Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Imieniny. Ida zobaczyła torta, zawołała Ooo, mniam mniam! I weź tu nie daj. Ostatnio mnie tak z jajkiem na miękko przerobiła. Ooo, jajo! Mniam mniam! I gotowałam następny zestaw.

U mnie co. Nic nowego. Dno i sto metrów mułu.
Miałam tu jedną fajną, dopiero co poznaną znajomą. Z gatunku takich, co to w pół słowa.
Wyprowadza się do Zurychu.

Mąż zabija smoki. Na jutro ambitny plan borować w ścianach (niem. bohrer, wiercić, prawda). Ale te smoki... W sumie, kto powiedział, że nie można trzymać butów w kartonach. To nawet eko jest. (a eko-szafka rozłoży się od deszczu na balkonie na czynniki pierwsze). Czepiam się, niezmiennie.
W uszach najpierw Amy, teraz stary dobry Radiohead. Jeszcze jakichś dobijających gwoździami do podłogi mi potrzeba, ale to znajdę, spoko. Ach, i Nirvana.

W prezencie imieninowym zaordynowałam sobie wyjście z domu o 15. Sama. Bez męża, syna, córki. Bez poganiania mnie, bez presji, że Ida musi zjeść, bez ciągnięcia za sobą przypadkiem wieszaka z ubraniami, bez siku pić jeść kupę... Sama. Jeszcze nie wiem, jak to jest, ale jak się uda, to Wam powiem.

Poprzymierzam sobie bluzki. Wypróbuję podkłady i róże do policzków. Przymierzę buty na szpilce (zapamiętać - nie skarpetki!!). Może upoluję jakieś prezenty na święta. A może nic nie kupię, tylko tak się przejdę. Jeśli starczy mi sił, pójdę wieczorem do kina na najnowszą Bridget Jones. I to dopiero będzie szaleństwo. Sama, tyle godzin, kto to widział.

 

Playlista:

Amy Winehouse, Back to black.
Radiohead, Creep.
Nirvana,The man who sold the world.
Radiohead, No surprises.
Bo i jakie tu niespodzianki.

 

Gwoździ mi zabrakło.

 

 

novembre

Zmęczonam. Rok się kończy, chiński rok małpy w cholerę też niech się kończy, niech się odwróci karta wreszcie. I niech zacznie być nudno i spokojnie. Bardzo ładnie poproszę.

Młody nawywijał w szkole, starym sposobem na szybie podpisał się za tatusia na zawiadomieniu o hipotetycznych ocenach na semestr. I teraz ma podwójnie w dupę, i za oceny, i za podpis. W ramach pokuty ma teraz przyspieszony kurs prasowania, tatusiowi siedem koszul raz na tydzień, przez trzy miesiące. Nic młody nie protestował.

Mąż zaproponował, żebyśmy zrobili u nas polskiego Sylwestra (ostatnio poznaliśmy sympatycznych, nowych tutaj Polaków). Zanim zaczęłam szukać sensownej wymówki, przypomniało mi się, że przecież wracamy z Polski trzydziestego. Obstawiam, że panowie przed wylotem (ja z Idą lecimy kilka dni wcześniej) nie zostawią posprzątanego na błysk mieszkania, o lodówce do zapełnienia nie wspomnę. Plan jest zatem bardzo zacny, planszówki z młodym, pizza, cola, piwo, film jakiś obejrzymy, fajerwerki i o pierwszej spać. Leniwie, kanapowo i w dresach. Taki jest plan. W ten sposób w nowy rok wejdziemy na luzie i w dobrych humorach.
Tfu odpukać.

novembre

...zdążył przywiercić jeden regał u Piotrka, zabrakło mu kątowników i kołków, Ida zasnęła, po obiedzie pojechaliśmy na zakupy, wieczorem w planach było parę drinków, ale pamiętaj, że jutro ty wstajesz do Idy rano, przypomniałam, nie ma mowy, ja już się dzisiaj narobiłem, kurtyna opadła z hukiem.

novembre

Sobota.
Skoro zostajemy, trzeba się do końca rozpakować. Przywiercić meble do ścian, wyjąć książki z kartonów. Mąż, żeby dobrze zacząć dzień, wczoraj do późna zabijał smoki. Akurat, żeby wstać dzisiaj na spokojnie, koło dziesiątej. I mam się nie czepiać, bo dzisiaj wszystko będzie przywiercone.
Wstał, wypił kawę, ubrał się. Myk myk i jedenasta. Gdzie są te takie kątowniki do mocowania mebli? Miałem je w takim pudełku... Szuka. Zagląda do kartonów podpisanych PIOTREK albo BUTY. Wiadomo, śrubki najlepiej upycha się do pantofli. Pod kanapą, na kanapie... nigdzie nie ma. A, trzeba to było sobie spakować. Nie miałam sumienia przypominać, jak bardzo przy pakowaniu bolał go kręgosłup lędźwiowy.
Po bezowocnych poszukiwaniach w domu i w zagrodzie piwnicy, wsiadł na rower, pojechał do sklepu kupić nowe. Na szczęście sklep niedaleko.
Przed wyjściem przypomniałam mu tylko, że Ida przed pierwszą idzie na drzemkę - więc akurat, jak będzie miał narzędzia, będą przymusowe dwie godziny przerwy.
A później mamy wynajęty samochód na zakupy, bo w lodówce światło.
Czyli, kartony zostają z nami.

Myślicie, że sąd mnie uniewinni?

novembre

No więc wychodzi na to, że jeszcze tu trochę pomieszkamy. Małżonek spełni życzenie składane mi wielokrotnie ("do Zurychu masz moment, godzinka i jesteś, poczytasz, zdrzemniesz się, jakbyś tam znalazła pracę, to mogłabyś śmiało codziennie dojeżdżać". Acha, yhy.). Zatem małżonkowi spełniło się i sam będzie teraz dojeżdżał, godzinkę, niedługo, poczyta, pouczy się niemieckiego, myk myk i będzie na miejscu.
Młody, jak się dowiedział, rozpłakał się. Myślał, że wrócimy do Warszawy, on wróci do kumpli z osiedla i z klasy i że w ogóle będzie tak, jak dawniej. Nie potrafił zrozumieć, że nawet gdybyśmy wrócili, i tak nie byłoby tak, jak dawniej. Będziemy pracować nad bardziej intensywnym zakorzenianiem się tutaj i zacieśnianiem więzów z tutejszymi kumplami.
Przy okazji, może wreszcie małżonek przywierci wszystkie szafy do ścian. Do tej pory nie chciał dziurawić, "bo nie wiadomo, jak długo tu będziemy mieszkać". Bo wiadomo, w cztery miesiące dziecko nie przewróci na siebie słupka na płyty CD, a w dwa lata już tak. Zapamiętam na przyszłość.
Idka mi wczoraj w nocy wyleciała z łóżeczka, wierzchem. Położyłam ją spać, po kilku minutach usłyszałam rąbnięcie i wrzask. Skończyło się na strachu i śliwie na czole, oraz na pogadance, którą usłyszałam od mamy, że gdyby miała łóżeczko z wyjmowanymi szczebelkami, to by nie wypadła. Gówno by nie wypadła, tak samo by wypadła, bo szczebelki też by były wstawione do łóżeczka. No ale wiadomo, gdybym tylko dopilnowała, to by młoda nie rozbiła głowy. Moja wina.
Panowie budowlańcy układają nam kostkę na dworze, idą jak burza; wczoraj było ich trzech, ułożyli z 10 metrów chodnika. Szacun. A dzisiaj niestety zaczęli akcję wymiany elewacji, bo jakieś tam problemy z nią mają i trzeba wszystkie płyty z budynku zdjąć i zamontować nowe. Już mi zaczęli wiercić, akurat wtedy, kiedy udało mi się namówić Idę na zaśnięcie w łóżeczku pomimo braku jednej ścianki (i wyjmowanych szczebelków, bo gdyby były, to...). Na szczęście Ida była padnięta i bormaszyna jej nie obudziła. Sen ma to dziecko po tatusiu, nie ma co.

novembre

Pogoda listopadowa. Mżawka, deszcz, śnieg z deszczem, zero słońca. Pospałoby się, tak do marca powiedzmy. Brrrr.

Mąż na kolejnej rozmowie o pracę. Trzymamy kciuki niezmiennie. Chociaż powrót do Polski też miałby swoje zalety. Wiem, upadłam na głowę.

Młody pojechał na snookera.

Młoda czyta książeczki, kartkuje, ogląda obrazki. Już tak dobre 20 minut siedzi.

Acha, skończyła.

novembre

Wygoniłam tatusia z córusią na spacer. I nie, nie dałam się wrobić, że niby rodzinny. O nie. Mnie się też coś od niedzieli należy. Umalowałam paznokcie, w ramach akcji dbania o siebie. O!

Pod wieczór idziemy przedstawić się sąsiadom. Nie jest to obowiązkowe, ale mile widziane, zwłaszcza w niedużych kamienicach, żeby dać się poznać i obejrzeć. Można też np. wrzucić informację do skrzynek i zaprosić na winko, ale jak pomyślałam, że zaproszę uporządkowanych Szwajcarów w te kartony... no to się jednak przejdziemy.

Młody się wieczorem mocno zdziwił, starzy zrobili mu nalot na telefon. Uczył się historii i chciał mi pokazać jakiegoś linka w telefonie, z którego się uczył. No, to mi pokazał...;-)

Efekt - przez najbliższe dwa tygodnie będzie miał nokię, yyy, no chyba prababcię 3310 ;-).

 

novembre

Chwalmy listonosza Pata za to, że jego głupkowate przygody pozwolą mi napisać tę notkę.

Przeprowadzka zrobiona. W zasadzie mogę wkleić część poprzedniej notki. Kartony częściowo rozpakowane, nic nie zrobione do końca. Tzn. Kuchnia jest, łazienka jest, ubrania prawie też. Mąż wczoraj po całym dniu ciężkiej pracy (oddaliśmy klucze od starego mieszkania, miał jedną telefoniczną rozmowę o pracę, przejrzał hays'a i jobs.ch), spytał, co się tak z tymi meblami czepiłam i dlaczego chcę, żeby nawet na kilka miesięcy (bo pewnie nie będziemy tu dłużej mieszkać) przywiercać je do ściany. Naprawdę, sama nie wiem, dlaczego nie chcę, żeby regał z książkami poleciał na Idę, albo szafka na buty, z ikei, stojąca na dwóch przednich nogach. Aaaatam, czepiam się. Oraz, jako że usłyszałam, że powinnam o siebie zadbać, bo jeśli sama o siebie nie zadbam, to nikt o mnie nie zadba (wypowiedziane wbrew pozorom z troską i w dobrej wierze, jak nie od mojego męża normalnie), wzięłam te słowa do siebie, pirzgnęłam szafką tam, gdzie stała, po czym przyniosłam sobie zestaw do manicure, opiłowałam ładnie zniszczone przeprowadzką paznokcie, następnie położyłam Idę spać i sama poszłam do wanny, na godzinę. Zrobiłam sobie aromatyczną kąpiel, z pianą, pilingami, maseczkami i na koniec masłem oliwkowym do ciała. Przy okazji, zaczęłam stosować patent Agnieszki, czyli najpierw piling gruboziarnisty, a później albo drobnoziarnisty, albo enzymatyczny, zależy, co tam mam. Aktualnie nie mam gruboziarnistego, ale mam żel do mycia twarzy i silikonową szczoteczkę. Myję się więc, pilinguję, nawilżam, odżywiam i czuję się zadbana niczym Koreanka :). Wiedzieliście, że one spędzają na demakijażu 40 minut dziennie?? Nie gotują, albo nie pracują, albo sama nie wiem, skąd mają tyle czasu. No, chyba, że krócej śpią.

Teraz czekam na machera od pralki, bo bezczelna pokazuje, że nie ma wody, chociaż kran odkręcony. Być może, jak przypuszcza Sister, w ścianie jest tylko kran, bez rury doprowadzającej, takie Alternatywy 4. A być może małżonek zakręcił zamiast odkręcić, w sumie możliwe, kiedyś wrzucił wsteczny zamiast jedynki, bo go zdenerwowałam. Dobrze, że on powoli rusza, a nie na pełnym gazie. Nie ten temperament, ale to dobrze, akurat wtedy się przydało, nie przywalił w samochód za nami, chociaż oczywiście i tak była to moja wina. Wszystko się okaże, jak przyjdzie macher. Czekam z utęsknieniem, prać będę tydzień bez przerwy chyba.

O ile nie będzie mnie bolał kręgosłup lędźwiowy*.

 

*W samym środku pakowania mąż odmówił współpracy, twierdząc, że boli go kręgosłup lędźwiowy, w czwartek o 22, po czym usiadł na kanapie oglądać snookera i rozwiązywać sudoku. Uczmy się od mądrzejszych od nas.

novembre

Pakujemy. Wszędzie stoją porozstawiane, częściowo wypełnione kartony, które trzeba będzie jeszcze dopełnić czymś lżejszym i zamknąć. I przewieźć. Spakowane jest prawie wszystko, z naciskiem na prawie. Zostało trochę w kuchni na ostatnią chwilę, łazienka, ale to wiadomo, pięć minut, Idy pokój to też moment, i stajnia Augiasza, pardon, pokój młodego. Niby sobie coś już pakował, ale w takim tempie, w jakim on to robi (czyli jednocześnie oglądając youtuba, a nie, teraz jest coś innego, gdzie ogląda się nie filmiki, tylko jak ktoś gra na żywo, youtube jest już passe), zatem w jego tempie przeprowadzka będzie koło kwietnia.

Póki co uszczęśliwiłam tragarzy informacją, że niestety chodnik i dojazd pod klatkę nie jest jeszcze gotowy, więc będą dygać wszystko w rękach, bo w piachu nawet jakikolwiek wózek odpada. Piątek zapowiada się czarownie. Powinnam zostawić jakąś butelkę na weekend, żeby po tej przeprowadzce narąbać się jak szpadel, ale nie wiem, czy uda mi się jakiś alkohol do piątku zaoszczędzić.

Sny mam obłędne. Najczęściej śni mi się, że tuż przed przeprowadzką mam atak wyrostka robaczkowego i zostawiam małżonka z całym tym bajzlem i idę do szpitala. Swoją drogą, kto wie, czy to nie taki głupi pomysł.

Śni mi się, jak już zasnę, prawda. Średnio cztery godziny przerywane płaczem Idy (katar :/). Efekt jest taki, że rano wstajemy, ogarniam ją i karmię, a potem zabieram do salonu kołdrę, włączam niepedagogicznie bajki, dziecko bawi się koło mnie, a ja drzemię. Kochana córunia, obudziła mnie dzisiaj dwa razy, raz, bo zrobiła kupę i poprosiła o zmianę pieluchy, a drugi raz, jak zjadła cały kawałek murzynka i chciała jeszcze. Mamunia dospała półtorej godziny i już była bardziej do ludzi. Piotrek wrócił w południe wcześniej ze szkoły, znaczy przed południem, znaczy przed jedenastą nawet. Dostał piątaka i siostrę w promocji i poszli po bułki. Wrócili - i Ida zażyczyła sobie iść na drzemkę. Trochę wcześnie, przed dwunastą, ale co tam. Może znowu pośpi trzy godziny, tak jak wczoraj...

novembre

I znowu. Przyjechali, wpadli jak po ogień, na weekend, i pojechali. A człowiek został i człowiekowi smutno, że znowu sam. Nikogo do pogadania, z poczuciem humoru dość specyficznym, rodzinnym naszym.

Człowiek jednakże na nudę nie narzeka, za chwilę Ida do lekarza, bo w nocy nie chce spać, trochę gorączkuje, trochę marudzi. To w sumie jak mamusia.

Na tarasie czekają kartony, żeby po raz szósty w ciągu ostatnich ośmiu lat zapełnić je życiowym dorobkiem i przewieźć w nowe miejsce. Póki co, tylko kilometr dalej, ale dokąd będzie następna przeprowadzka? I kiedy? Jestem już taka zmęczona. Chyba chciałabym wbić gwoździe we własną ścianę i chodzić boso po własnej podłodze. Póki co nawet nie mam, ani własnej ściany, ani podłogi. Najbliższy możliwy termin to zdaje się grudzień 2047. Pamiętam, oglądaliśmy kiedyś jakiś futurystyczny film i akcja działa się w 2054. Patrz, to siedem lat po tym, jak spłacimy kredyt hipoteczny! Budujące.

Z rozrywek, to byliśmy na Jungfraujoch, czyli na przełęczy Jungfrau, nieco ponad 3500. Już od 2000 metrów oddychało mi się nieco trudniej, a na samej górze rzeczywiście nie bez powodu wszędzie były tabliczki "chodź powoli". Oraz ja, cykor nad cykory, zjechałam po linie z takiej wysoooookiej skały, zaryłam tyłkiem w śnieg, nie mogłam złapać tchu i ogólnie bardzo mi się podobało. Tylko może samo siedzenie na chwilę przed tym, jak mnie miła pani zepchnęła w przepaść, to trochę za dużo jak na mnie. Na szczęście zepchnęła mnie dość szybko i nie miałam czasu na egzystencjalne rozważania i pożegnania z rodziną.

;-))

20161016_153619

20161016_144238

novembre

Poleżałam sobie w ten weekend. Rzadko choruję, ale jak już, to mnie rozkłada. Gorączki nie miewam prawie nigdy, wczorajsze 37 wywoływało u mnie ogromną ochotę spędzenia nocy na balkonie, znaczy, nieźle mi przygrzało. Dzisiaj stawiałam się na nogi sokiem z cebuli, a od wczoraj wiśniówką, no i jutro już będę mniej więcej na chodzie. Trzeba jeszcze na strych się przejść po cieplejsze buty i kurtkę, bo to już nie pora na baleriny.

Tatuś nawet wczoraj i dzisiaj wyszedł z dziećmi na rodzinny spacer, fiu fiu. Całe pół godziny, razy dwa! Doceńcie! (znacie ten kawał* o docencie? :D). Ale wczoraj naprawdę leżałam jak skórka, więc się przejął, tę wiśniówkę mi kupił, w słusznym mniemaniu że po max 48h wrócę do żywych.

Wczoraj wieczorem leżałam sama w sypialni, zamknięta, żeby mi Ida nie wchodziła i nie zawracała gitary. Dziecko w pewnym momencie zorientowało się, że nie ma matki na horyzoncie, obeszło całe mieszkanie, zajrzało do kuchni i pod prysznic, nie znalazło matki, wreszcie stanęła pod drzwiami sypialni i niczym duch zaczęła wołać: mamoooo, mamoooo! A ona mamo mówi takie zamknięte, jak mamuuuu, ciemno wszędzie, głucho wszędzie :D. Wpuściłam ją do pokoju, otworzyłam szufladę z babskimi skarbami - apaszki, szaliki, czapki, torebki. Godzinę się bawiła. 100% kobiety w kobiecie.

Rozbawił mnie dzisiaj młody, ja drugi dzień w łóżku, zakichana, słabosilna, a on mnie pyta: mama, a co jest na obiad? :D Znaczy, chorować możesz, ale chyba coś nam ugotowałaś, nie?

A propos chorowania, to mama jutro wychodzi ze szpitala. Wyhodowała sobie różę na nodze, gorączka, dreszcze, czerwona noga, antybiotyki, kroplówki i tak dalej. Po kilkukrotnej zmianie zeznań aktualna wersja jest taka, że czuje się świetnie i że jednak do nas przyleci, pomóc przy przeprowadzce. Zobaczymy, co powie kilka dni przed przylotem. Jak ją znam, do tego czasu może jej się jeszcze kilka razy wersja zmienić.

Póki co bardzo się cieszę, że rozchorowałam się w ten weekend, bo w następny mamy gości, tra la la ;). Przylatuje Agnieszka moja cioteczna, Idy chrzestna. Absolut gruszkowy już czeka, o, sprite'a muszę dopisać do listy zakupów. Zapowiadają 16 stopni i prawie bezchmurnie, trzymam za słowo!

 

*
Do lekarza, świeżo upieczonego docenta przyszła rodzina z podziękowaniami za wyleczenie chorego.
- Dziękujemy, panie doktorze - mówią.
- Docencie, docencie - poprawia docent.
- Doceniamy, doceniamy..
novembre

Matterhorn.20161003_135757

Przyznam się szczerze, że powyżej 2000m trochę mi serducho waliło. A na 3000m, jak jeszcze nosiłam Idę, która chciała tylko do mnie na ręce i żaden inny wariant nie wchodził w grę, czułam się, jak, jak... O, wiem! Jakbym godzinę biegała bez przerwy. Nigdy co prawda nie biegałam godzinę bez przerwy, do autobusu miewam najwyżej 20 metrów, ale tak sobie właśnie wyobrażam, że taki to musi być ból i kłucie całej klatki piersiowej. Niemniej - było warto. Taaaakie widoki!

 20161003_1359041

Fragment trasy kolejki, która zawiozła nas na Gornergrat.

 20161003_1555001

 20161003_161820

Tu byłam! ;-)

novembre

Zjadło mi notkę. Autozapis co 10 sekund, acha yhy. Jasne. Da się 10 lat bloga przenieść na inny potral jakoś bezboleśnie? Ktoś coś? Bo mnie tu szlag zaraz trafi.

Tymczasem zen i kwiat lotosu, chłopacy na turnieju snookerowym, kibicują koledze Piotrka. Ida śpi. Ja się poparzyłam herbatą z kubka termicznego, brawa dla tej pani.

Szwagier przyleciał wczoraj, ten to jest zdolny, spakował się na tydzień w worek taki jak na basen ;-). Spoko, najwyżej się zrobi pranie jakoś w poniedziałek czy wtorek.

Aby go uczcić (i żebym ja sobie zobaczyła, bo podobno ładnie), wybieramy się do Zermatt. Mąż zaproponował, że weźmiemy samochód, bo wynajem będzie zbliżony do kosztu biletów. Tak tak, już widzę Idę 2*4h w samochodzie, i mojego męża, oazę cierpliwości (Jezu Idka przestań, Idka bądź cicho, jezu zróbcie coś nooooo). Zapowiada się czarownie.

W tv The Fugees Kilin' me softly. Lubię.

Piotrek szczęśliwy, że wujek przyjechał; zrobił mu tosty na śniadanie, gadają, śmieją się, jest fajnie. Do pokoju wchodzi Jurek i z miejsca: dlaczego ty chodzisz w tych dresach one są na ciebie za małe i załóż jakąś koszulkę na litość boską.
Szkoda, że dziecko w zasadzie chowa się przed własnym ojcem, zamyka w pokoju, żeby tylko nie wejść w interakcję, nie znaleźć się na celowniku, nie oberwać bardzo często za nic.

Młodemu zaczęły się ferie, uroczyście na tę okazję oddał nam piloty od swojego telewizora i pady od playstation. Gdyż albowiem wychowawca napisał mejla, że martwi się o Piotrka, bo wczoraj znowu nie było go w szkole i tych nieobecności już kilka jest, i żeby Piotrek trochę bardziej przykładał się do nauki. Wczoraj akurat młody miał biegunkę i tę nieobecność mu usprawiedliwiłam, ale rozwinęliśmy w rodzinnej rozmowie wątek kilku nieobecności. Okazało się, że raz w czwartek, po południu, i raz na wf, oraz że oczywiście na wagarach był sam, mhm. Zawsze mnie to zastanawia; ja wiem, że każde kolejne pokolenie ponoć jest mądrzejsze od poprzedniego, bo takie są przecież założenia ewolucji, ale dlaczego na Boga dzieciaki uważają, że starzy łykną wszystko, co im się wciśnie? Że niby ta ewolucja aż tak szybko leci do przodu, że wystarczy sprzedać najprostszą bajeczkę i już jest git? Rany boskie.

Póki co na głowie mam szukanie firmy przeprowadzkowej, umówić się z prawnikiem, żeby skonsultować ostatnią korespondencję z właścicielkami, wykupić ubezpieczenie od najmu, które przez trzy lata mój mąż twierdził, że mamy, oraz załatwić kilka pomniejszych spraw.

O, właśnie jakieś bydlę wystartowało. Szkoda, że pochmurno, nic nie było widać, ale po odgłosach obstawiam, że jakieś emiraty.

novembre

Jakaś taka rozlazła jestem. Tyle rzeczy powinnam. Czas przecieka, a ja się przelewam po domu i nic mi się nie chce. Czekam, aż mi się zachce, ale to jeszcze trochę. Zawsze jesienią dostaję kopa od gwiazd. Lubię listopad, przeciwnie niż reszta świata. Dni są krótsze, można się zakopać pod kocem, można czytać cały wieczór i nikt nie powie wyszłabyś na dwór z dzieckiem. Jesienią mam urodziny. Jesienią już blisko do świąt, praktycznie po Wszystkich Świętych grają Jingle Bells. Albo i przed. Ta jesień zapowiada się pracowicie, będzie przeprowadzka przecież. Samo się nie zrobi.

Chciałabym gdzieś już być na stałe. Zapuścić korzenie. Mąż niezmiennie testuje moją cierpliwość i cytuje oferty pracy, a to Niemcy, a to Polska, Wrocław, Warszawa. I obiecuje, że to będzie już ostatnia przeprowadzka. Acha, yhy. Jasne. Tutaj podobno już w ogóle nie ma pracy, nic, zero, null.

Powinnam poczytać o niemieckim systemie edukacji, czy jest zbliżony do szwajcarskiego. Kiedyś małżonek radośnie zapewniał mnie, że tak, na pewno, a ostatnio sam stwierdził, że "ciekawe, czy się czymś różnią". Czyli, nawet nie sprawdził. Wpuszczał na minę, jak zawsze, niepoprawny optymista. A za chwilę ta mina wybuchnie dokładnie pode mną.

Leki chyba działają, tyle dobrego. Przynajmniej w nocy śpi, a w dzień/wieczorami nie truje już tyle o pracy, tylko normalnie, jak wcześniej.

Oraz wpadł na pomysł (co on z tymi pomysłami? Dobromir się znalazł), że najchętniej to by sprzedał nasze warszawskie mieszkanie. No, to śmiało, trzeba tylko jeszcze spłacić 31 lat kredytu, prawda.

Poprzelewałabym się niczym cieknące zegary, ale panienka się właśnie wyspała. Po trzech godzinach, no no no. Zatem obiad i idziemy się poszwendać po kałużach.

novembre

Wrzesień wcale nie jest prostszy. Mąż świeżo na tabletkach szczęścia, trochę lepiej śpi, przestał się kłócić z matką, więc chyba działają. Ja bym sobie jeszcze po cichu życzyła, żeby mu minęło czarnowidztwo, bo już nie mogę tego słuchać. Że może zwolnią, a jak nie zwolnią, to on też nie chce już tam pracować, że gdyby wiedział wcześniej, to by nie wyjechał, że miałam rację, że nie chciałam jechać (rili?), że nie znajdzie tu pracy, bo ma wąską specjalizację a wszystkie firmy outsource'ują (kurczę, jak to napisać? :)) informatykę do tańszych krajów i że może by naprawdę wrócić do Polski...? Na nic zdają się nasze po wielekroć ustalenia, że na razie to on tutaj pracuje i czeka na rozwój wypadków, a w razie czego to o boże, pójdziemy na szwajcarski socjal, no, bywają większe nieszczęścia w życiu. A póki co to niech młody skończy tutaj gimnazjum i dopiero się wyprowadźmy, co?

Odebrał mi całą frajdę z mieszkania tutaj, bo siedzę jak na bombie, nie wiem, co on wymyśli, czego byśmy nie ustalali, to on i tak swoje. Za półtora miesiąca przeprowadzka do kolejnego mieszkania, będzie fajne, ładne, nowe, z własnym waszturmem (wieżą pralka + suszarka). Chętnie bym się nim nacieszyła, że nareszcie sensowne warunki, mimo kosztu przeprowadzki to przecież zmiana na lepsze. Staram się zachować równowagę, powtarzam, że nic się nie dzieje, wyciągam na spacery, żeby oderwać go choć trochę od myśli o pracy. Jestem buforem między nim a młodym, facet w nerwicy i na skraju depresji plus dojrzewający burzliwie nastolatek to nie jest dobre połączenie. Efekt jest taki, że nie rozmawiają ze sobą normalnie, tylko od razu kłócą się i żrą, trzaskają drzwiami, nie pyskuj mi tu, a ty wiesz lepiej, a ty nie słuchasz, a ty zawsze, a ty nigdy... Ratunku.

Powinnam aktywnie szukać pracy. Póki co moje szukanie pracy wygląda tak, że przeglądam ogłoszenia, no, fajne, i tak mój niemiecki będzie za słaby, wyłączam komputer i idę się pokiwać w kąciku.

A mąż wymyślił, że jak on sobie już poprzyszywa wszystkie klepki, to - werrrrrrble - może byśmy poszli na terapię małżeńską.

Zmieńcie mu leki bo po tych bredzi.

novembre

Wróciłyśmy i my z Polski. Przede wszystkim, nareszcie wizzairem, czyli stąd, z Bazylei, na Okęcie. Zawsze to 3h krócej niż z Zurychu, odpada pociąg. Teraz kwadrans miejskim autobusem i jesteśmy na lotnisku. Miodzio.

Ida w podróży była naprawdę cierpliwa, w tamtą stronę mieliśmy godzinę opóźnienia, bo ktoś przed startem źle się poczuł i była kołomyja z lekarzami, szukaniem bagażu itp, a młoda spokojnie siedziała na moich kolanach i czytała kupioną na podróż książeczkę.

W Polsce było, jakkolwiek nie lubię tego słowa, fajnie. Z rodziną, ze znajomymi, na luzie. Nawet teściowa ze dwa razy została z Idą, a ja miałam wychodne w ciągu dnia, no no. Trzy tygodnie to i dużo, i mało, ale dobre i to.

Teraz już jesteśmy na miejscu. Korzystamy z ostatnich dni gorącej pogody (i siedzimy w domu ;p). Mam ambitny plan przejrzeć cały dom i powyrzucać, oddać, sprzedać zawczasu to, co już nam się nie przyda, tak, żeby nie przenosić bez sensu niepotrzebnych rzeczy i przeprowadzka przebiegła w miarę bezboleśnie. Co daj boże amen.

Nowy katalog IKEA przyjechał do mnie do domu w ubiegłym tygodniu, kompletnie mnie nie zachwycił. Oprócz łososia z frytkami w sosie holenderskim nie ma tam nic do kupienia. Nie wiem, może w przyszłym tygodniu pojadę ;).

Młody zaczął rok szkolny, łapie już pierwsze, nie najgorsze oceny, przepytuję go, na ile potrafię, trochę z wikipedii, bo tu nie ma mody na uczenie się z książek. Ciekawe, jak się ma nauczyć do klasówki z historii. Natomiast mogę się pochwalić, że wiem już, że ślepa kiszka po niemiecku to Blindarm. W ogóle Darm to jelito, więc tak jak i w polskim, jest Dickdarm (grube), Dünndarm (cienkie) i tak dalej Mogę Wam wszystkie wymienić ;).

A propos szkoły, Piotrek dostaje w szkole kserówki z ćwiczeniami, na kserówce z francuskiego był podany adres strony allgemeinbildung.ch. Zajrzałam tam i - no jakże mi miło! - wszystkie przedmioty z omówioną teorią oraz osobny moduł z ćwiczeniami. Odpaliliśmy francuski i proszę, do każdego rozdziału ćwiczenia ze słówek, najpierw wybierz z listy (dopasuj słowo do obrazka), później napisz sam - podpisz obrazek, później masz podkreślniki, czyli wiesz, ile liter ma słowo, wpisz słowo, i tak dalej, i tak dalej. Nie miał młody wyjścia, robi te ćwiczenia, ale jako, że to w komputerze, to nawet mu się podoba i widać, że szybciej i łatwiej się tak nauczyć, niż dostać 20 słówek i po prostu wbijać do głowy.

Generalnie niech ten rok już się może skończy, poproszę. U Jurka problemy w pracy, w sporej mierze spowodowane jego własnym podejściem. Jak już się trochę prostowało, to jego dobry kolega dostał wylewu. 35 lat chłopak do piachu poszedł, no. W międzyczasie szukanie mieszkania. W słabszych chwilach wszystko okazuje się być moją winą, wiadomix. Lecę już na oparach, za parę dni mąż idzie do lekarza po tiktaki i miejmy nadzieję, że się trochę uspokoi. Czekam jak kania dżdżu.

 

novembre

Piotruś wrócił z wojaży po Polsce. Trochę zadowolony, bo spotkał się ze wszystkimi, ale choroba weszła mu w paradę i niestety jakaś radomska randka nie doszła do skutku. Upss.
Najbardziej oczywiście ucieszył się z powrotu i z pokemonów do złapania, i już pytał, czy on by nie mógł o 23 iść do parku Schützenmatt, tu niedaleko, bo wtedy będzie jakiś konkretny pokemon. Albo, jeśli nie może, czy by nie mógł iść do Erolla na nocowanie (Eroll mieszka 200 m od nas, ale pewnie ma bardziej wyluzowanych rodziców, albo psa do wyprowadzenia w nocy). No więc nope, synu. Nie zamierzam mieć Jugendamtu na karku przez twoje łapanie pokemonów.

Weekend sielski rodzinny się zapowiada, czyli jutro pranie, ortodonta Piotrka, po południu jakiś spacer rodzinny na ręcznie robione hamburgery (a inne to jakie są, przepraszam? maszynowe? chociaż w sumie, może są). W niedzielę też można jakiś spacer po mieście zaliczyć, w poniedziałek jest święto państwowe, więc fajerwerki puszczają w wieczór przed, mądry naród. No, a w świąteczny poniedziałek lecimy, my z Idą. Na szczęście stąd, z Miluzy, więc 10 minut autobusem i jesteśmy na lotnisku. Oraz zaleta nie do przecenienia, walizka może ważyć 32 kilo. Można szaleć (na trzy tygodnie, ta. co ja na trzy tygodnie zapakuję? eeee, ja to potrafię, na pewno się coś znajdzie).

Panowie uzgodnili wstępnie, że śpią obaj u Piotrka w pokoju. Jeden, bo ma coś bardzo ważnego na komputerze, a ma wakacje i nie ma limitu, chyba. Drugi, bo kolejny weekend gra w Diablo, więc coś tam pewnie ma do zabicia. Niech mi tylko słowo powie na łapiącego pokemony młodego ;p. W gruncie rzeczy różnica poziomów - żadna.

Tymczasem ja odreagowuję dzisiejszy dzień. Niby Ida jest w podróży tfu, tfu, odpukać, bardzo cierpliwa i kochana, ale ile można siedzieć w pociągu. Tramwaj, tramwaj, pociąg, półtorej godziny, lotnisko, czekamy, biegamy, wściekamy się, zgarniamy Piotrka, wracamy, pociąg, tramwaj, tramwaj, dom, Ida kolacja, Ida spać, ufff... Piwo. Drugie piwo. Trzecie piwo. Spać. ;-)

novembre

Niedzielny poranek, chciałoby się napisać. Ha, ha. Niedzielne południe, albo i wczesne popołudnie. Dyżury weekendowego wstawania do Idy egzekwuję bezlitośnie, jeśli ktoś wczoraj do późna w noc grał w Diablo u Piotrka na playstation, to trudno, rano trzeba było wstać do córuni. A mamusia się wyspała do dziesiątej trzydzieści. Aż mnie plecy rozbolały, ile można leżeć w końcu. Teraz Ida jeszcze śpi, mąż na kanapie odsypia nocne walki, a ja siedzę na tarasie i rozkoszuję się spokojem (bo ciszą już niekoniecznie, szpaki, kosy, wróble, jaskółki, wrony, gawrony, bociany, gołębie, wszystko wokół tu nadaje).

Umowa na mieszkanie podpisana i odesłana, jeszcze tylko dosłaliśmy jakieś inne bardzo ważne papierki, bo się pani pomyliła, i już spokój. Pod koniec października przeprowadzka. Kupiliśmy bilety do Polski, lecimy w przyszły poniedziałek, na trzy tygodnie tylko, ale inaczej nie dało rady. Jeszcze mi mąż tydzień urwał, bo najpierw kupiliśmy bilety, a potem sobie przypomniał, że w sumie w ostatnim tygodniu mojego pobytu w Polsce to on ma workshop w Poznaniu. A Piotrek już ma szkołę, no i głupio tak zostawić trzynastolatka na parę dni samego w jak by nie było, obcym kraju. Zatem za jedyne 50 CHF przebukował powrót na wcześniejszy i tanie linie zrobiły się już normalne, a nie tanie, ale nic to, mus to mus.

Piotrek odpoczywa u babci w Lublinie. Małą aferkę wywołaliśmy, bo jednak nie jedzie do Suśca ze szwagrem - oni jednak jadą, zgodnie z planem, na cztery dni, więc już dzisiaj Piotrek nocuje u babci. Ale to dobrze, babcia niech go też tam przeczołga na działce, trochę czasu spędzi z cioteczno-ciotecznym i będzie git. Bardzo się już za moim syneczkiem stęskniłam. Pusto w domu bez niego. Dobrze, że już wraca - i akurat na mijankę spędzimy razem weekend. On przyleci w piątek, weekend wspólny, my lecimy w poniedziałek. A potem to już szkoła, szkoła, szkoła...

Córunia zapełnia nam wolny czas, jak tylko może. Codziennie bawi się w dmuchanym baseniku na tarasie, bo nie zawsze jest pogoda, żeby wyjść na dwór. Wczoraj był taki żar, że uciekłyśmy ze dworu, ławka parzy, zjeżdżalnia parzy, grama cienia nie było, bez sensu. A w domu opuszczam markizy na tarasie, ma cień, ciepło i wodę, i się chlapiemy. Wczoraj wrzuciła swoją torebkę do basenu, zamoczyła ją dokładnie, po czym wyjęła, założyła sobie na ramię i tak przeszła przez taras, kuchnię, przedpokój i salon, zostawiając za sobą strugi wody na świeżo umytej przez tatusia podłodze. Wytarłam wszystko i powiesiłam torebkę na takim wieszaku do wietrzenia ubrań, mają tu takie na każdym balkonie. Ida stanęła pod zawieszoną torebką i bardzo jej się podobało, bo woda skapywała jej prosto na głowę i miała prysznic. W ogóle dziecko prysznic uwielbia i ostatnio tylko tam ją kąpiemy. Zresztą, z wanienki i tak wychodzi. Podobnie, jak z fotelika do karmienia. Oraz z wózka zakupowego. Nie ma nudy, panie.

W piątek w Hieberze nakupowaliśmy owoców, bo to najlepsze na upały. I tak córunia wczoraj wrąbała trzy kawałki, pardon, wycinki kołowe arbuza i garść wiśni, dużych, ciemnych, słodkich. Dzisiaj przed śniadaniem chciałam zjeść brzoskwinię, acha, jasne. Zostawiła mi dwa maleńkie kawałeczki. Na deser jest jeszcze melon, zobaczymy, jak jej posmakuje. W sumie się nie dziwię, że tak wciąga owoce, przecież ja przez pół ciąży jadłam głównie brzoskwinie, gruszki, maliny; codziennie szłam do warzywniaka i jak ostatni narkoman, trzęsącymi się rękami, kupowałam swoją działkę. Widać dziecku się spodobało.

Perfekcyjna pani domu obiad ma już przygotowany, łosoś w cieście francuskim, z ryżem, koperkiem i fasolką zieloną. Ewentualnie wczorajsze ziemniaki i jajka sadzone, z kefirem. Jak pakowałam do wózka 10 kefirów, to się na mnie dziwnie patrzył. A teraz, proszę, już chyba tylko pięć w lodówce zostało. Trzeba będzie jechać dokupić; niestety do Niemiec, bo oni tutaj nie znajo.

Oho, się paniusia obudziła. Znaczy, koniec fajrantu.

novembre

Mieszkanie klepnięte, czekamy na umowę, podpisujemy i można będzie odetchnąć z ulgą. Ale już takie malutkie uf uf.

Deszcze niespokojne przewalają się i nad nami, nie tak obfite, jak nad Warszawą, na szczęście. Póki co rozkoszuję się przyjemnymi 17 stopniami i skarpetkami na nogach. Chłodno, dziwne uczucie.

Od mamy rano dostałam kolejną porcję złotych rad, że w telewizji mówili, że kolacji nie trzeba jeść o 18, tylko 2--3 godziny przed snem, i że kiedyś się wcześniej chodziło spać, i dlatego kolację trzeba było jeść wcześniej, jak się ktoś odchudzał, rzecz jasna. Oraz, już chyba czas Idę sadzać na nocniku. Dobre rady zawsze w cenie.

Póki co jedziemy w weekend na wycieczkę do Neuchatel. Hotel klepnięty, ale nie będziemy codziennie w tę i nazad jeździć. Pogoda zapowiada się już letnia, w planach Neuchatel, Biel/Bienne i zobaczymy, co jeszcze dookoła. Może uda się posiedzieć nad jeziorem i posłuchać szumu fal? To prawie, jak nad Bałtykiem.
Prawie.

novembre

Papiery na mieszkanie złożone, czekamy. Lada moment ma być decyzja.

Młody urlopuje w Polsce. Polansował się wśród starych kolegów i koleżanek w Warszawie, teraz spędza czas z siostrzeńcami. Następny w planach jest Lublin i jakże atrakcyjny wyjazd z wujem do Suśca. Po raz siódmy. Co można robić w Suścu?? Po raz siódmy? Chodzić z pieskiem na spacery. "bo my nie jeździmy nad morze tylko tam gdzie jest spokojnie i tam są zawsze wolne kwatery". No, się nie dziwię, kto przy zdrowych zmysłach jedzie do Suśca? Młody jeśli gardzi takim szałowym wyjazdem, niech się dogaduje z babcią, żeby został u niej, i już. (nie, nie lubię szwagra, no nie i już).

Ida zobaczyła Piotrka na skype, ale był szał! Przybijała mu piątkę, dawała buzi telewizorowi, a gdyby nie uszy, to śmiałaby się dookoła głowy ;-). Ciekawe, jak będzie wariować, jak się spotkają.

Upał i duchota. Czekam na deszcz, obiecali dostawę na dzisiaj i od jutra przyjemne dwadzieścia jeden. Na razie pochmurno.

Mąż schizuje na tle potencjalnych zmian w pracy, powiedziałam mu kilka ciepłych słów na temat wylewania na mnie wszystkich swoich frustracji i zmartwień. Póki co bez większego efektu.

Poszłam w sobotę do fryzjera i po sandałki jakieś ładne. Wróciłam z dwiema parami spodni i bluzką oraz kieckami dla małej. Muszę się wybrać do miasta po spodnie, zanim mi się buty rozlecą.

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci