Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Stan na dziś jest taki, że młody tak mnie wkurwił, że myślałam, że rozszarpię. Zabrałam mu pady, piloty i telefon. Bez tych dwóch pierwszych przeżyje, bo jutro wyjeżdża na obóz narciarski, ale wcale nie ma pewności, czy matka telefon odda, czy nie. Jak się dwie godziny temu przekonał, że to nie przelewki, aż się biedak rozpłakał, wizja pięciu dni bez telefonu go tak wzruszyła. Podchodzi mnie od różnych stron, ale jeszcze mam zęby jadowe na wierzchu. Przed chwilą wymyślił, że na liście do zabrania na obóz jest aparat bo będą robić zdjęcia i każdy musi mieć. Aż szkoda, że zenit leży w Radomiu, byłby jak znalazł.

Pogoda na weekend się popsuła, zachmurzyło się, pokropiło na szczęście symbolicznie, ale halny łeb urywał w ciągu dnia. Teraz spokorniał, podczas wieczornej przechadzki z kijami było bardzo przyjemnie, chociaż gwiazdy za chmurami. I ciepło. Lubię ciepłe wieczory.

Robiłam dzisiaj porządki w stosie płyt DVD, spora część nie opisana, kilka z Piotrkowego przedszkola, więc pewnie skopiowane na dysk i reszta do wyrzucenia, a wyrzucić się zapomniało, i leży. Znalazłam też płytę ślubno-weselną, Boże, jaki człowiek był piękny, młody i głupi! I szczupły ;-)).

Z rozrywek czysto kobiecych, kupiłam sobie dzisiaj w Jumbo garść gwoździków i przybiłam u Idy obrazek z Puchatkiem i wielo-ramkę ze zdjęciami. O, jutro sobie jeszcze jeden obrazek w sypialni zawieszę, ulubionego rozmazanego żonkila. Komuś coś machnąć na ścianę? Parę gwoździków jeszcze zostało.

O, Creep Radioheadów leci. W sam raz w klimacie gwoździ.

novembre

Przy +17 uroczyście rozpoczęłam sezon balkonowy. Słońce mamy tu dopiero popołudniu, ale powietrze jest już wtedy nagrzane, jest przyjemnie cieplutko. Róża puszcza pędy, kwiatki kwitną, szczypiorek trochę poganiam żeby zdążył na święta. I hiacynty sobie kupiłam, jeden malutki stanie w kuchni, żeby mi umilał gotowanie, drugi, potrójny, rośnie sobie na balkonie. W przyszły tygodniu, jak już minie weekendowe załamanie pogody i wichura (znowu halny zapowiadają ;/), położę Idę spać, przeniosę sobie fotel i wyciągnę się na tarasie, w słoneczku. Będę się oplażać (no bo co się robi na plaży? się oplaża, wiadomo).
Młody jedzie w niedzielę na obóz narciarski, już się nasłuchałam, jak to kijowo, bo on by wolał na letni gdzieś pojechać, A tu dwa lata z rzędu - na narty! Straszne to.
O, pierwszy wiosenny żuczek wpadł do mieszkania. Znowu mamy blisko drzewa, więc będą z nami pomieszkiwać cały sezon.
Młoda mówi coraz więcej, bardzo dużo słów powtarza, gdy zakładam jej bluzę, przypomina: siułak! (suwak). Wczoraj się okazało, że matka nosi okulaji. Pies to już nie jest hau hau, nawet nie jest pes, on jest pesek. Oczywiście nadal, jakimś cudem, językiem dominującym jest u niej angielski: look, mummy!, what doing?, ostatnio zobaczyła gumową kaczkę do kąpieli i mówi: o, duck! Jurek zamontował jej przy hulajnodze piszczałkę - kaczora, więc starzy mają ubaw i podpuszczają dziecko: walnij kaczora w łeb ;-)).

Na wagę się obraziłam, więc za karę poszła do kąta. Warzywa też odstawiłam wczoraj, w ramach protestu. Wciągasz tę sałatę, a waga i tak swoje. No, to teraz niech cierpi w kącie. Ustaliłam z moim dieto-kołczem (a co! się ma!) zmiany w menu, i zobaczymy, co dalej. Jeśli waga zacznie spadać, to ok, jeśli nie, to pójdę sobie zrobić jakieś badania, może hormony, może nietolerancje. Póki co - róbmy swoje.

novembre

Nieśmiało zagląda wiosna. Cieplejsze, słoneczne dni, pączkujące drzewa, drące się bez opamiętania ptaki. Przyjemnie.
Pomny Walentynek, małżonek przybył wczoraj z pracy z dwoma bukietami kwiatów, więc nie było awantury. Ida dostała piękne żonkile i tylko miała do mnie pretensje, że wyjęłam je z folii. Przecież nie po to dostała je w folii, żeby nie były w folii, tak?

W Bazylei właśnie skończył się Fasnacht. Zostawiliśmy wczoraj śpiącą Idę z młodym i wypuściliśmy się świętować. Jakaż wolność! Zeszliśmy pół miasta, zebraliśmy cukierki, wytarzaliśmy buty w tonach konfetti, wypiliśmy po sztandze i nieco dookoła wróciliśmy do domu. Taki Fasnacht powinien być raz w miesiącu.
Albo po prostu ja powinnam mieć regularnie wychodne.

Mama wyjechała, a ja postanowiłam zacząć mocniej socjalizować się w szwajcarskim społeczeństwie. Na poniedziałek zaprosiłam na kawę sąsiadkę z naszego piętra; ma dziewczynkę w wieku Idy, byłoby fajnie, gdyby młoda miała z kim się bawić, a mamusia kogoś do pogadania (mimo, że sąsiadka to Holenderka, a nie tubylec). Mąż Holenderki nas ostatnio zdumiał; młody wychodzi wieczorem ze śmieciami, a sąsiad akurat wychodzi pobiegać. I co? Zabiera młodemu worek (ciężki! pieluchy!) z 35 litrami śmieci, twierdząc, że on bez problemu wyrzuci, bo i tak ma po drodze, a na dworze ciemno, zimno, to niech młody zostanie w domu. Ten to ma szczęście...! ;-)))

No dobrze, my tu gadu gadu, a tu niedługo znajoma wpadnie na poranną kawę. Młodemu trzeba zadać coś do nauki, siebie ogarnąć, wysuszyć, twarz sobie namalować... Miłego dnia.

novembre

My tu gadu gadu, a tu młoda tydzień temu skończyła dwa lata. Dziś był kinderbal, baloniki, sztuczne ognie, dmuchanie świeczek i tort. I prezent - hulajnoga.

20170226_101439

novembre

Weekend zaczął się wcześnie. O szóstej paniusia stwierdziła, że wstawać, biegać, bawić się, ale matka jakoś nie podjęła tematu. Zrobiła dziecku w tył zwrot i wpakowała z powrotem do łóżeczka. Godzina snu uratowana!
Wczoraj mama wróciła do Polski, niestety. Skończyło się spanie do dziewiątej i wiele innych przyjemności. Zawsze trudno jest mi się oswoić z tym, że wyjeżdża; snułam się po domu bez celu i sensu. Na okoliczność wczesnej pobudki, położyłam się na drzemkę razem z młodą, a później, w ramach terapii, zabrałam się za sprzątanie. Chociaż to trochę bez sensu, sprzątać powinno się po kinderbalu, a nie przed.
Piątek nie byłby piątkiem, gdyby mój mąż czegoś nie wywinął. Pojechał wieczorem po młodego na turniej snookerowy, żeby się dziecko nie szlajało samo wieczorem po mieście. Dziecko zostało sfoszone, bo orany ale z czego robicie problem, i tak dalej. No ale tatuś pojechał. Telefon mu padał, więc zostawił w domu. Efekt był bardzo łatwy do przewidzenia. Tatuś pomylił tramwaje, nie znalazł klubu, po półtorej godzinie czekania młodego i bombardowania mnie smsami, czy długo jeszcze, w końcu objawił się na bahnhofie i zadzwonił do mnie z budki telefonicznej (alleluja, nie zapomniał portfela! ani kapelusza.). Otóż zgubił się, ale już się odnalazł, i on teraz podjedzie po młodego (jeszcze raz... powodzenia). Kazałam stać na przystanku i się nie ruszać, zadzwoniłam do młodego, żeby dojechał na sbb, zlokalizował tatusia i go nie zgubił w drodze do domu. Młody sam dojechałby do domu na 21:30, pod opieką tatusia byli trochę po 23. Taaaaa...

No dobrze, ponarzekalim, to teraz trzeba się ogarnąć i jedziemy na zakupy.

 

novembre

Zęby może? Nie wiem. Obudziła mnie młoda o północy, później dziesięć minut po północy, dwadzieścia, trzydzieści... tak do drugiej. Zrobiła powtórkę o czwartej. Ktoś kręci film o zombie? Mogę zagrać bez charakteryzacji.

Ten rok nam się zaczął filmowo. Nowy Rok przywitaliśmy Gwiezdnymi Wojnami, teraz, od powrotu z Polski i od przylotu mamy, oglądaliśmy Hobbita i Władcę Pierścieni (o, orka bym mogła zagrać). Odgrażam się rodzinie, że w najbliższy weekend, dla odreagowania okropności, puszczę im sagę Zmierzch. Niech cierpią.

Jedna laska w internetach napisała, że od półtora miesiąca schudła 13 kilo. No ja schudłam 3. Co prawda nie na dukanie, ale co jest ze mną nie tak, droga Gosiu? Może po prostu jest mi pisane bycie grubą Bertą i jak umrę, to tak jak życzliwie pocieszał tata mamę, wezmą dwie ekipy tragarzy dla mnie? Eee, ja to bym wolała być skremowana. Zawsze to o tragarzy taniej.

Aga napisała mi wczoraj, że cierpi na depresję weekendową. Otóż, mam to samo. Nie lubię weekendów. Plączą się wszyscy po chałupie, czegoś chcą, zaburzają codzienny, spokojny rytm. A idźcie wy do swoich placówek i dajcie święty spokój. Wczoraj wydarłam się na młodego, który nie mógł zrobić surówki do obiadu, bo on ma weekend. Zdążyłam powiedzieć tylko dwa zdania i stary wypchnął mnie z kuchni, wyjmując z ręki obieraczkę do ziemniaków, mówiąc: to ja obiorę ziemniaki a ty idź miej weekend. Cuda, cuda ogłaszają. Kredą w kominie muszę zanotować. Stanęłam z drugiej strony barku (kuchnia otwarta na salun) i biedny pierworodny pod moim okiem robił surówkę. Nawet obieraczka do ziemniaków w moich rękach może być potencjalnym narzędziem zbrodni.

Achhhhh jeszcze Wam coś opowiem, na dobry początek dnia.
Mąż jeździ do pracy pociągiem. 80 km, 50 minut.
W piątek 17:30 pisze mi na whatsappie, że już siedzi w pociągu.
No to super, o 19 będzie w domu.
Godzinę później dostaję wiadomość, że hmmm... wraca do Zurychu.
Wysiadając w Bajzlu zostawił w pociągu kapelusz. A kapelusz drogi był, i żal się właścicielowi zrobiło, więc się wrócił.
Jak się wrócił i znalazł kapelusz, pociąg, wahadło Bazylea - Zurych, ruszył.
A że jest to intercity, następny przystanek... Zurich Hauptbahnhof. (50 minut, myk myk, poczyta, zdrzemnie się i już będzie).
Ach, rano zapomniał portfela z domu, nie miał więc pieniędzy ani biletu na pociągi. Ani kawy w pociągu ani nic.
Każdemu konduktorowi musiał się tłumaczyć, że bilet ma, ino zostawił w domu. Na szczęście dostał zastępczy za piątaka i tak jeździł, i jeździł. Konduktor zdziwił się, widząc go po raz kolejny w tym samym pociągu. No ja bym się tam nie dziwiła, ale ja go znam już 19 lat. W czwartą stronę owego wieczoru już tylko machnął ręką i poszedł dalej.

Ten to ma ciekawe życie. Nie to co ja, emocjonujący spacer na plac zabaw i dreszczyk emocji w migrosie na zakupach.
Pozazdrościć.

novembre

Siostra poleciała i wróciła, pilot poznał całą wycieczkę - nie dziwię się, nie co dzień zdarza się, żeby 10 osób leciało z Radomia :D. I jeszcze wracało! A potem będzie, że lotnisko w Radomiu ma wzrost pasażerów o ileśtam procent.
Poza tym co. Brat się wziął i oświadczył. Wesele będzie, ale coś mi się wydaje, że spokojnie zdążę schudnąć, bo to jeszcze chwilę potrwa ;). Ale pierwszy krok zrobiony. Nawiasem mówiąc, zaręczyny odbyły się tradycyjnie, z bukietem kwiatów, na kolanach, wszystko jak trzeba (dla niewtajemniczonych: moje oświadczyny wyglądały tak: w sumie ja to się mogę żenić). Zazdroszczę!

U nas wiosna, plus 13, ptaki drą ryje, trawka kiełkuje, młoda znosi błoto z całej okolicy, turla się po placach zabaw, po ziemi, po wszystkim. Niech już będzie cieplej, to zaraz legginsy i bluza dresowa, zawsze to łatwiej niż kurtka i reszta bambetli na siebie.

Idę sobie. Zjem obiad i coś posprzątam. Młoda śpi, mama też się położyła, podobno w domu tyle nie śpi, a tutaj cały czas ziewa. Może z nudów, ile można na szydełku robić...

novembre

Ja muszę, ja po prostu muszę.
Jutro Sister leci do Wrocławia na konferencję. Z Radomia. Samolotem.

 

Ja
zebys się tylko nie zgubiła na tym lotnisku...
22:33
Beata
własnie sie sytresuję
4 bramki!
22:34
Ja
TYYYY a Wrocław?
22:34
Beata
4
mówiłas zeby za ludzmi

22:34
Ja
aaa widzisz
e Ty to sobie poradzisz, matematyczka jesteś, do 4 biegle liczysz
22:35
Beata
i spowrotem
22:35
Ja
(mama mówi że wybierzesz najladniejsza)
22:35
Beata
same matematyczki
9 na pewno
22:35
Ja
a przez rękaw będzie?
22:36
Beata
na pewno
widziałam na zdjeciu, schodki jak ds=rabinka dla  kaczora
22:36
Ja
:d
22:36
Beata
bardzo smieszne
22:37
Ja
mama jeszcze tylko pyta, czy w drodze powrotnej bagaż będzie czekał na beltach, czy też lokaje wam przyniosą... co to dla czterech walizek uruchamiać pasy
22:38
Beata
dla dziewieciu
!
minimum
22:38
Ja
a.. to nie wiem, czy starczy obsługi lotniska dla tylu osób
22:38
Beata
tyle wiem
hahaha
22:38
Ja
to może faktycznie na belcie będą czekać
22:38
Beata
wiecie co?
idźcie spac
człowiek w podrów poważna się wybiera, a tu...
22:39
Ja
my się martwimy
22:39
Beata
czym?
22:39
Ja
pozytywne fluidy ślemy
22:39
Beata
jak do zurychu lecialam to żadna sie nie martwiła, tylko mnie wypychały
22:39
Ja
no żebyście nie pomylili gate'a 4 z 40, nie zdążycie na samolot i co to będzie
Zurych to nie Wrocław
:d
22:40
Beata
przynajmniej mam blisko na lotnisko, a nie to co mama
22:41
Ja
w Polsce to już każdy ma blisko na lotnisko
22:41
Beata
oprócz mamy :D
:d
22:41
Ja
no tak :d
22:41
Beata
nastepnym razem poszukaj z przesiadka we wrocławiu (Radom - Bazylea)
22:42
Ja
czemu?
22:42
Beata
zeby miała blisko na lotnisko
22:42
Ja
aaa no tak
22:42
Beata
w 21 wsiądzie (autobus miejski)
22:42
Ja
a te 9 osób to z załogą czy bez?
22:42
Beata
słuchaj
22:42
Ja
a sklep wolnocłowy jest?
22:42
Beata
przepytac Cię z %?
na sklep licze  
22:43
Ja
już umiem!
ale tylko z 40%
ewentualnie z 36 albo 32
22:43
Beata
nie tylko w biedronce jest taniej niz na wolnocłowym
22:44
Ja
no trzeba mieć materiały
22:44
Beata
sie kupi
22:44
Ja
słuchaj, a jaki to model samolotu? mama obstawia helikopter (dla 9 osób), ja cessnę...
22:44
Beata
mariusz mówi ze wykupił mi ol inkluzif, lece sama i mam pełną obsługe
zmiencie dilera, co?
22:45
Ja
ojtam ojtam fajnie będzie, mówię Ci, tylko się nie zgubcie
słuchaj, a z przesiadką?
22:46
Beata
tak, w łodzi
22:46
Ja
no dooooobra no już ;0
repertuar nam się wyczerpuje
o, to promem?
22:46
Beata
łóz podwodna
22:47
Ja
nowy dworzec mają, ładny, warto zwiedzić
a myślałam, że fabryczna...
22:47
Beata
prosto ze stoczni
stoczni radom
:D

novembre

We wtorek mąż ostatni raz poszedł do starej pracy.
Wieczorem, chyba na pocieszenie, i z tęsknoty, kupił sobie... rower.
Wracając do domu rozwalił się tak, że ma zdarte oba kolana, wielkie strupy na nich i na łokciu, podarte spodnie itp.
Nowy szef pierwszego dnia pracy przywitał się, spojrzał na niego i mówi: a ty kulejesz? bo jakoś nie pamiętam...

Poza tym co. Poleciało się na tydzień do Polski. Załatwić parę rzeczy, odwiedzić rodzinę. Młoda szalała na lotnisku z radości, pobudka o czwartej rano? Co to dla niej, przecież będziemy lecieć samolotem! Zaspani ludzie patrzyli jak na ufo, a młoda w podskokach biegała do gate'u i z powrotem. Polski Bus? Wsiadamy i jedziemy, matka, szybciej, szybciej! A jak jej się Pałac Kultury podobał! Jest jedyną chyba obywatelką Polski, która była zachwycona tym widokiem. Cóż, w domu takiego nie ma, nie?

Po powrocie szaranagajama. Młody się kłóci ze starym, stary z młodym. Młody mi ryczy, że chce do Polski, tam ma przyjaciół i tam ma szkołę po polsku (i ho ho, jakie oceny by tam dostawał!). Stary dostaje szału, bo młody pyskuje i się nie uczy. Młody mówi, że nie będzie się starał, bo tata i tak powiedział, że młody jest idiota. Stary mówi, że oszaleje. Młody prosi, czy bym mogła już nie wyjeżdżać i z nim się uczyć i go przepytywać, bo jak go tata pyta, to zawsze jest inaczej/za mało/za dużo/nie to co trzeba, niż ma się nauczyć i potem dostaje 2,7, jak z geografii.

Weź mnie ktoś do czubków.

novembre

No więc mój mąż miał rower. W czasie przeszłym. Rower, nie mąż. W niedzielę, jak wychodził (sterroryzowany przez kochającą małżonkę) na spacer z Idą, rower stał sobie w rowerowni. Wczoraj w południe młody wrócił na przerwę do domu, i pyta: mama, a tata to pojechał rowerem do pracy? Śnieg, ojciec w koszuli, marynarce, widzę to oczyma wyobraźni, jak on w środku zimy rowerem do pracy. Acha, jasne. Zeszliśmy do rowerowni (piętro niżej, dokładnie pod naszym mieszkaniem) i stwierdziliśmy, że roweru niet.

Zadzwoniłam do małżonka, mówię, co i jak, i że trzeba powiadomić właścicieli, żeby wiedzieli, co się pod ich dachem wyrabia, oraz zgłosić na policję. A czy to jest sens zgłaaaaaszaaaać...? I taaaaak się nie znaaaaajdzie...
A potem to już tylko no ale nie krzycz, czego od razu krzyczysz! i pi, pi, pi. Szlag mnie trafił. Ja rozumiem, że pewnie się nie znajdzie, ale może któreś ubezpieczenie to obejmie, a w ogóle, to jak to, ktoś ukradł, ktoś tu przyszedł, wszedł do naszej rowerowni, i zabrał, co mu się podobało, tak po prostu, i mamy tego nigdzie nie zgłosić? No helloł, no. Mąż dzwonił do mnie jeszcze tego samego popołudnia, że rozmawiał z kolegą z pracy i że faktycznie, żeby zgłosić, bo pewnie się nie znajdzie, ale żeby zgłosić... Rili?

Dzisiaj rano zadzwoniłam na infolinię i pan mnie upewnił, że owszem ubezpieczenie mamy wypasione, ale na rowery powinno być osobne, a my nie mamy osobnego, więc ten. Lżejsi jesteśmy.

Ale z drugiej strony, tak sobie myślę... Rower bardzo mało używany, ile razy mąż na nim jeździł? z dziesięć? dwadzieścia? nie więcej. Wypasiony góral, jakby co najmniej kolarstwo górskie planował trenować. (chociaż może planował, w kwestii sportu mój mąż jest nieustannie na etapie planowania).

Myślę sobie więc, że może po prostu ten rower pójdzie do kogoś, komu bardziej się przyda? ;)

novembre

Dzisiaj będzie notka hipochondryczna. Nie na darmo jestem wnuczką swojej babci i oprócz dodanego roku (bo ja, panie doktorze, mam cały rok przypisany, bo ja się urodziłam w grudniu. No więc ja się urodziłam w listopadzie, ale też mogę używać tego argumentu, uważam.), zatem oprócz żylaków odziedziczyłam po babci niskie ciśnienie. Taką przynajmniej mam nadzieję. Babcia leki na nadciśnienie zaczęła brać jakoś koło siedemdziesiątki.

Mąż jest w trakcie przechodzenia przeróżnych badań związanych z wiekiem średnim. Ostatnio na okoliczność bezdechu dostał taki aparacik do nagrywania, jak śpi, kiedy chrapie itp. No i oczywiście jak się podłączył na noc do tego ustrojstwa, nie chrapał nic a nic.

Dygresja. Wiecie, co zrobić, jak mąż chrapie? Przekręcać mu głowę w prawo, aż się usłyszy chrupnięcie. Koniec dygresji.

Ostatnio małżonek zaopatrzył się w ciśnieniomierz, bo w naszym wieku to już trzeba kontrolować. Topsz. Rozpakował, podłączył, zmierzył sobie ciśnienie, zawołał mnie, patrzcie, a ja nie dostrzegam takich małych, codziennych oznak troski! O ciśnienie moje się martwi! Zatem po jego 145/105 założył mi rękaw na ramię, wcisnął start, po czym po chwili jęknął z rozżalenia: eee, ty to nie musisz...

Jakoś mi zimno było dzisiaj. Ida poszła spać, myślę sobie, położę się na chwilę. Przykryłam się dwoma kocami, dygoczę z zimna, czekam na tę falę gorąca. Pffff nic. Musiałam trochę blado wyglądać, bo młody wrócił ze szkoły, popatrzył na matkę i stwierdził, że on sobie sam kluski ugotuje, wszystko zje, sprzątnie i jeszcze młodą się zajmie, gdy się obudzi. A ty matka leż. Chyba go wystraszyłam.

Spod dwóch koców poprosiłam młodego, żeby mi przyniósł to mężowe cudo techniki. Aparat wybuczał 93/49. No, to w sumie nie dziwne, że jestem cieknący zegar ;/.

Jeszcze tylko głupotę zrobiłam, bo oprócz gorącej herbaty wypiłam łyk wiśniówki na rozgrzanie. Teraz oprócz tego, żem flak, to jeszcze o meble się obijam. No nie polecam P.T. czytelnikom.

novembre

Piątek trzynastego. Oprócz sałaty wysypanej rano na podłogę, nic pechowego mi się nie przydarzyło. Z pomidorkami, cebulą, oliwkami, fetą i oliwą. Pyszne było, a długo nie leżało, więc.

Młody miał w szkole Kulturtag, czyli każdy sobie wybierał, dokąd na wycieczkę pojedzie, żeby się ukulturalnić. Były muzea, fabryki, różne ciekawe miejsca do wyboru. Mój syn wybrał... fabrykę pierniczków http://www.laeckerli-huus.ch/. Najpierw była historia firmy, ciekawa, ale opowiedziana w dialekcie, więc nie wszystko zrozumiał, później zwiedzanie, nuda, a na końcu to, na co czekał od rana, mianowicie były takie wielkie michy i można było jeść pierniczków, ile wlezie. No, to zjadł. Wrócił do domu cały kwadratowy jak pierniczek (sześcienny? zaraz mnie Sister poprawi, to wstawię erratę :)).

Coś bym napisała mądrego, ale nie mam co. Dni mijają podobne do siebie, młoda daje w kość, wszędzie jej pełno, wszędzie wlezie, wszystko ściąga, ostatnio poszliśmy we trójkę do sklepu, ja zapełniałam koszyk, tatuś miał pilnować córuni, o, jajo!, zawołała, i sześciopak wylądował na ziemi, tatuś nie zauważył, dwa regały dalej wybierał sobie soki do picia.

Odkroiłam sobie kawałek opuszka, nie wiem, kiedy. Może rano, do sałaty poszedł.

Małżonek przytył 13 kg w pół roku, bo te tabletki rozweselające wzmagają apetyt, ale np. od ośmiu mandarynek zjedzonych po 22 się nie tyje, bo owoce to samo zdrowie, prawda. To wszystko przez tabletki.

A ja odkurzyłam z półki wampiry i czytam. Młody mnie spytał, dlaczego, skoro już je kiedyś czytałam. Odparłam, że czasem wolę się przenieść w przyjemniejszą niż własna, rzeczywistość. Ehhh.

novembre

Dzwonię do mamy na skype, wyjątkowo późnym popołudniem.
Odbiera, smarkając nosem.
- Co, skoki oglądałaś?
- A daj spokój, ja nie mogę tego oglądać, ja od razu ryczę..!

Eh, mam to samo po rodzicielce, wzruszam się bardzo łatwo i mimo, że staram się panować, bardzo różnie mi to wychodzi. No, ale dzisiaj się chłopakom należało!

Młody przyniósł semestralną laurkę ze szkoły. Zgodnie z przewidywaniami, jest zagrożony z czterech przedmiotów. Przy czym w drugim semestrze oceny z pierwszego i oceny na semestr nie mają żadnego wpływu na oceny końcowe.  System tu mają taki, że można zdać z maksymalnie trzema trójami (które, jak wielokrotnie pisałam, są tu ocenami negatywnymi), jednakże ilość punktów dodatnich musi przewyższać ujemne. I tak czwórka ma zero punktów, 4,5 ma pół punktu, 3,5 ma minut pół punktu i tak dalej. Czyli sytuacja jest do wyprowadzenia, zakładając, że młody poprawi ocenę z gotowania z 3,5 (klasówka pt. masz przepis i napisz, jak to ugotować; a młody wiedział, jak, tylko nie znał słówek po niemiecku, i doopa) oraz że poprawi co najmniej jeden przedmiot (a miejmy nadzieję, że niejeden), i niechby zdał.

Acz dowiedziałam się dzisiaj od znajomej, że w podstawówce nauczyciele w ogóle nie zgłaszają rodzicom, że dziecku grozi powtarzanie roku. Jeśli maluch sobie nie radzi, po prostu musi rok powtórzyć i dojrzeć do kolejnego etapu edukacji. I nie informuje się rodziców, właśnie po to, żeby nie wyciągali dziecka za uszy, tylko dziecko samo ma dorosnąć, nauczyć się i za rok - zdać. Znajomi znajomych mieli sytuację, gdzie jeden z bliźniaków zdał, a drugi został powtarzać rok. Trochę fakap, ale może to dziecku służy? Hmmm.

A propos dziecka, to moje dziecka śpią. Jedno od godziny, wychlapawszy się w kąpieli i wysmarowawszy się pianą po włosach (myju myju), drugie padło na kanapie jeszcze przed siostrą, zaraz jak się skończyły skoki, czyli już dobre dwie godziny śpi. Nie wiem, wizja nauki historii Szwajcarii tak go zmorzyła do snu, czy co?

novembre

I co mnie podkusiło, żeby posprzątać? Aktywny dzień, też sobie wymyśliłam.
Poszłam z córką na spacer.
Sprzątnęłam swoją szafę ubraniową. Zadziwiające, zawsze znajdzie się coś do wyrzucenia. Teraz też, kolejna torba ciuchów precz. W końcu zostanę w jednych jeansach i bluzie.
Zrobiłam obiad. Osobno każdemu dziecku, młody zaczyna pochłaniać gargantuiczne porcje typu trzy kotlety i fura ziemniaków. I zasmażka.
Posprzątałam w młodej zabawkach. Zdecydowanie brakuje jej pojemników na zabawki, zwłaszcza po ostatnich świętach, puzzle, kredki, klocki, kuchnia wraz z wyposażeniem - a metraż się nie zwiększył. Roboczo pochowałam, jak się dało, żeby jeszcze paniusia miała trochę większe nabożeństwo do sprzątania, to by było dobrze. Chociaż...? Brudne ubranka przed kąpielą już sama wrzuca do kosza! ;)
Młoda poszła spać, ja w ramach relaksu uprasowałam obrusy i bluzki. Kto by tam tylko leżał na kanapie i oglądał skoki...!
Wstawiłam, wysuszyłam (tymi ręcami!) i poskładałam cztery prania. Podobno tracimy na to rok z życia. Dzięki.
Młoda wstała, ogarnęłam ją i usmażyłam naleśniki.
Drugi spacer, bo młody potrzebuje koniecznie na jutro jakąśtam teczkę do szkoły. Idziemy. Ja już trochę jakby zmęczona, młody fuka na mnie, że mu każę w sklepie buraki zważyć (surowe buraki znalazłam! co ciekawe, gotowane tańsze niż surowe, ciekawostka). Mam dość.
Po powrocie do domu okazuje się, że na młodego czeka kolega, niby nie umawiali się dokładnie, miał potwierdzić, bla bla bla. Włącza mi się opcja wrednej matki, kolega oczywiście, zapraszamy, niech sobie pogra na PS, ale młody miał przed spotkaniem z kolegą sprzątnąć łazienkę, nie ma że boli. Przy czym łazienka sprzątnięta w trzy minuty, to bardzo mi przykro, ale cztery razy była poprawiana. Nagrabił sobie w sklepie, do tego nie umówiony kolega, acha, jasne.
Na koniec dnia wrzeszcząca w wannie Ida i pomysł, żeby wykąpać się z nią. Jaki wrzask... przy wychodzeniu! Cała wanna piany, chlapanie, przeglądanie się w słuchawce prysznicowej. Szał i radocha po pachy. Już ubrana przyszła mi dać buziaka, przytrzymała się brzegu wanny i przełożyła nogę do środka. Jak nic kiedyś wleci. A jak jej przyjdzie do głowy stanąć na stopniu, to już w ogóle bez problemu. A może zostawiać ją tam, niczym w kojcu...?
22:00. Po kolejnym leniwym dniu niepracującej pani domu, napieprzają mnie plecy, że ledwo siedzę. Kończę herbatę i kładę się spać.
Nigdy nie wiadomo, czy i tym razem młoda nie obudzi się o trzeciej nad ranem z dziarską komendą wstawać! zmieniać pieluchę! ubierać! nowy dzień jest! wyspałam się! maaaaaaaamaaaaaaaaa!

novembre

...bo jeżeli sama o siebie nie zadbam, to nikt o mnie nie zadba.
Święte słowa pana dobrodzieja.

Pobyt w Polsce krótki, jak to na święta, ale bardzo przyjemny. Pobyłam, odetchnęłam, nagadałam, najadłam i napiłam (nie, żebym tutaj niedożywiona chodziła, o nie, ale wiecie, wszystkie te świąteczne przysmaki...). Teraz jeszcze pod koniec miesiąca lecę na tydzień odebrać mieszkanie, bo nam się najemcy wyprowadzają, więc spakuję młodą i polecimy.

Młoda w podróży bardzo dzielna, pobudka na samolot o jakiejś koszmarnej godzinie, 3:50, a ona po pierwszym płaczu, że niunia (ś)pi, za chwilę banan na buzi, bo lecimy samolotem, i już dziecko gotowe, ubrane i czeka na starszego brata, który ma problem nie do przeskoczenia, nie może znaleźć czystych skarpetek.

Mąż się w święta wyspał, jak zaczął w wigilię wieczorem, tak z niewielkimi przerwami spał do końca pobytu. Ten to może pospać...! Teściowa patrzyła, częściowo z podziwem, częściowo ze zgrozą, ale teraz to pewnie w nocy nie będziesz mógł zasnąć? - Nie, procha wezmę i zasnę normalnie. Teść tak podobno też miał, gdzie się położył, tam momentalnie zasypiał. Różnica taka, że mąż nie potrzebuje leżeć, świetnie śpi na siedząco.

Sylwestra spędziliśmy zgodnie z planem, na domowej kanapie, otoczeni przekąskami, oglądając Gwiezdne Wojny. Kilka minut przed północą otworzyliśmy szampana, złożyliśmy sobie życzenia, po czym wróciliśmy na kanapę. A jak mnie nogi bolały! ;))

Wczoraj niespodzianka, spadł śnieg. Rzadkość tutaj. Spacerujemy więc z młodą, robimy traktorki butami, rzucamy się śnieżkami. Korzystamy, ile się da.

novembre

Sobota.
Poranny wkurw sponsorowany przez młodego. Jedziemy do miasta kupić mu spodnie. Stare dwa rozmiary za małe. Jedz szybciej. Zostaw ten telefon. Gderam. Chcę jak najszybciej wrócić, żeby położyć Idę na drzemkę. Wyjścia do południa muszę mieć dobrze zorganizowane i na czas. Im szybciej rano wyjdę, tym większa szansa, że się młodej plan dnia nie pomiesza. Pralka kończy pranie, akurat zdążę przełożyć do suszarki i wstawić następne, i można wychodzić.
Młody we własnym wszechświecie ma inne pojęcie czasu. Pojęcie to definiuje słowem Zdążę. No już. No już jem, te parówki są twarde. Dwadzieścia minut cztery parówki. Trzymajcie mnie ludzie. W końcu zjadł. Pralka wyświetla dwie minuty do końca prania. W sam raz, żeby zdążył umyć zęby i ubrać się. Dlaczego nie mogę tych butów? Ciepło jest! A te są niewygodne! Dziesięć stopni na plusie (-3), nie mogę cienkiej kurtki? Ugotuję się! Nieeee no i jeszcze szalik? Świetnie, spocę się, rozchoruję to będziesz miała do mnie pretensje!! Cierpliwość skończyła mi się po dwudziestu metrach drogi na przystanek. W ten oto sposób młody wystąpi na święta w starych jeansach.

Poza tym co. Lecę z młodą w poniedziałek rano. We wtorek manikjury, w środę fryzjer. I jeden samotny wypad na zakupy, bez młodej, za to, miejmy nadzieję, ze spokojnym mierzeniem i kupieniem wszystkiego potrzebnego. Sama. Wow.
A później to już Cicha noc i Przybieżeli...

Cukierki z choinki już prawie wszystkie zjedzone, i nawet nie bardzo mogę na młodego zwalić winę. Nic to; zawieszę nowe, nikt się nie jorgnie.

novembre

Święta za pasem. Jak zwykle, jak co roku, na Boże Narodzenie wyjeżdżamy. My z Idą już za kilka dni, panowie tuż przed Wigilią. Ostatnie prezenty dokupię już na miejscu; wiem, co i gdzie. Mąż wczoraj zapytał, czy w kwestii prezentu pod choinkę mam jakiś pomysł, czy też liczę na jego inwencję. Skanowanie potrzeb zajęło mi ułamek sekundy. Łańcuszek srebrny, długość podam ci, jak zmierzę szyję. Jeszcze nie wie, że mój prezent dla mnie czeka już w Polsce. Łańcuszek jak raz się przyda.

W związku z lotem do Polski, w przyszły piątek Piotrek idzie na wagary. Tutaj nie można wziąć dnia wolnego tuż przed lub po weekendzie, świętach itp. Przysługuje jeden dzień wolny w roku szkolnym, do wybrania wtorek-czwartek. No puknijcie się w czaszkę. Przy dłuższych wyjazdach rodzice wysyłają pisma do gemajndy, żeby wyrazili zgodę na nieobecność dziecka w szkole, i gemajnda zazwyczaj tej zgody nie udziela. Bo nie. Bo może. A już na pewno nie na Boże Narodzenie. Baselstadt i Baselland to jedyne kantony w Szwajcarii, gdzie dzień przed Wigilią są jeszcze dniami normalnie pracującymi w szkołach. A że wizzair lata w poniedziałki i piątki... Młody po prostu w piątek do szkoły nie pójdzie (lot mają o 9), a ja szkołę niezwłocznie poinformuję mejlem, koło czternastej. No bo co. Że mają głupie przepisy, to już nie moja wina.

Chłodnawo u nas jest, że nawet bym czasem czapkę założyła, ale śniegu ni hu hu. Szkoda. Na święta to bym akurat poprosiła tak na trawniki i choinki tylko posypać, bo przecież będziemy jeździć.

Wstaję ostatnio razem z młodym, czyli 6:20. Na spokojnie umyję głowę, zjem śniadanie, przy okazji dopilnuję, co też rano zjada młody (ostatni hit: sucha kromka chleba tostowego...). Jestem już na chodzie i wybudzona, kiedy wstaje młoda. I dzień jakiś dłuższy się nagle robi, można przed 9 wybrać się na zakupy do Niemiec i jeszcze tyyyyle dnia przede mną.

Ale żeby tak samej z siebie wstawać 6:20? Starzeję się.

novembre

Na ostatnich nogach wracam z Idą ze świątecznych zakupów. Młoda mi wyje, mam dosyć.
Podjeżdża 36, biegniemy przez przejście, ale na wysepce zatrzymują mnie światła. Trudno, pojadę następną. To tylko 10 minut (10 minut z wijącym się węgorzem, rzucającym ciastkami, płaczącym, chcącym na ręce, do wózka, wysiadać i oglądać filmy na telefonie, jednocześnie).
Kierowca autobusu nie odjeżdża, mimo godzin popołudniowego szczytu. Przeczekuje fazę świateł, otwiera mi drzwi.
Ruszamy.

 

 

novembre

Przy drugiej butelce grzanego wina życie wygląda jakby przyjemniej.
Młody łapie matematykę, (na trzeźwo) (na moje trzeźwo) (w sumie na jego też) (mam nadzieję).
Z historii okazało się, że nie może zrobić zdjęć rozdziału do nauczenia, ale może pożyczyć książkę do domu. Wcześniej nie zapytał, nie wiedział. Nie no jasne.
Młoda zaczyna gadać, głównie ćśiii... tata (ś)pi!. Czyli dobra obserwatorka rzeczywistości nam rośnie.
Za oknem minus pięć, wyż i zero śniegu. Śniegu chcę! Młodą na sanki zabrać, bałwana ulepić. Rok temu młoda widziała śnieg tylko przez okno, bo jak wyszłyśmy na dwór, to już stopniał.
Oraz z tego miejsca chciałabym poczynić wyznanie.
Jak czytałam w internetach, jak to ludzie się emocjonują jakimś serialem, że kiedy następny odcinek, i niech ten bohater zrobi to, a tamten co innego i och i ach, to pukałam się w czoło, delikatnie mówiąc.
Od wczoraj obejrzałam cały sezon Belfra, jednym tchem, odcinek za odcinkiem. Niniejszym wszystkich potencjalnie obrażonych bardzo przepraszam.

Dygresja.
Dawno dawno temu, jak mieszkałam i pracowałam jeszcze w Lublinie, mieliśmy bardzo często wyjazdy służbowe integracyjne z klientami. No taka karma, co robić. Na jednym z nich, takim ważniejszym wyjeździe, kierownik mówi do nas mniej więcej te słowa:
- Słuchajcie, do godziny pierwszej jesteśmy w pracy, jeden drink, jedno piwo, ale wszystko pod kontrolą, żeby chlewu przed klientami nie było.
A na drugi dzień przy śniadaniu powiedział tak:
- Jeżeli wczoraj po 22 kogoś uraziłem, to bardzo przepraszam.
Generalnie był to kawał chuja, ale tutaj szacun. A na akordeonie grać umiał i śpiewał też nie najgorzej, klientom się podobało.
Koniec dygresji.

Kupiłam u naszych dobrych sąsiadów zza północnej granicy tea lighty zapachowe, ich mać. A było do Ikei jechać, tam bon na torcik urodzinowy jeszcze czeka, to nie! Zachciało się dzisiaj kupować. Nie pachną nic. Nic. Wrrrr. No nic, będą robić za takie normalne, do podgrzewacza do herbaty czy coś.
A do ikei i tak muszę. Już nie pamiętam, po co, ale muszę. (a, torcik!). To i świeczki przy okazji.

Branoc.

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci