Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Dzisiaj będzie notka hipochondryczna. Nie na darmo jestem wnuczką swojej babci i oprócz dodanego roku (bo ja, panie doktorze, mam cały rok przypisany, bo ja się urodziłam w grudniu. No więc ja się urodziłam w listopadzie, ale też mogę używać tego argumentu, uważam.), zatem oprócz żylaków odziedziczyłam po babci niskie ciśnienie. Taką przynajmniej mam nadzieję. Babcia leki na nadciśnienie zaczęła brać jakoś koło siedemdziesiątki.

Mąż jest w trakcie przechodzenia przeróżnych badań związanych z wiekiem średnim. Ostatnio na okoliczność bezdechu dostał taki aparacik do nagrywania, jak śpi, kiedy chrapie itp. No i oczywiście jak się podłączył na noc do tego ustrojstwa, nie chrapał nic a nic.

Dygresja. Wiecie, co zrobić, jak mąż chrapie? Przekręcać mu głowę w prawo, aż się usłyszy chrupnięcie. Koniec dygresji.

Ostatnio małżonek zaopatrzył się w ciśnieniomierz, bo w naszym wieku to już trzeba kontrolować. Topsz. Rozpakował, podłączył, zmierzył sobie ciśnienie, zawołał mnie, patrzcie, a ja nie dostrzegam takich małych, codziennych oznak troski! O ciśnienie moje się martwi! Zatem po jego 145/105 założył mi rękaw na ramię, wcisnął start, po czym po chwili jęknął z rozżalenia: eee, ty to nie musisz...

Jakoś mi zimno było dzisiaj. Ida poszła spać, myślę sobie, położę się na chwilę. Przykryłam się dwoma kocami, dygoczę z zimna, czekam na tę falę gorąca. Pffff nic. Musiałam trochę blado wyglądać, bo młody wrócił ze szkoły, popatrzył na matkę i stwierdził, że on sobie sam kluski ugotuje, wszystko zje, sprzątnie i jeszcze młodą się zajmie, gdy się obudzi. A ty matka leż. Chyba go wystraszyłam.

Spod dwóch koców poprosiłam młodego, żeby mi przyniósł to mężowe cudo techniki. Aparat wybuczał 93/49. No, to w sumie nie dziwne, że jestem cieknący zegar ;/.

Jeszcze tylko głupotę zrobiłam, bo oprócz gorącej herbaty wypiłam łyk wiśniówki na rozgrzanie. Teraz oprócz tego, żem flak, to jeszcze o meble się obijam. No nie polecam P.T. czytelnikom.

novembre

Piątek trzynastego. Oprócz sałaty wysypanej rano na podłogę, nic pechowego mi się nie przydarzyło. Z pomidorkami, cebulą, oliwkami, fetą i oliwą. Pyszne było, a długo nie leżało, więc.

Młody miał w szkole Kulturtag, czyli każdy sobie wybierał, dokąd na wycieczkę pojedzie, żeby się ukulturalnić. Były muzea, fabryki, różne ciekawe miejsca do wyboru. Mój syn wybrał... fabrykę pierniczków http://www.laeckerli-huus.ch/. Najpierw była historia firmy, ciekawa, ale opowiedziana w dialekcie, więc nie wszystko zrozumiał, później zwiedzanie, nuda, a na końcu to, na co czekał od rana, mianowicie były takie wielkie michy i można było jeść pierniczków, ile wlezie. No, to zjadł. Wrócił do domu cały kwadratowy jak pierniczek (sześcienny? zaraz mnie Sister poprawi, to wstawię erratę :)).

Coś bym napisała mądrego, ale nie mam co. Dni mijają podobne do siebie, młoda daje w kość, wszędzie jej pełno, wszędzie wlezie, wszystko ściąga, ostatnio poszliśmy we trójkę do sklepu, ja zapełniałam koszyk, tatuś miał pilnować córuni, o, jajo!, zawołała, i sześciopak wylądował na ziemi, tatuś nie zauważył, dwa regały dalej wybierał sobie soki do picia.

Odkroiłam sobie kawałek opuszka, nie wiem, kiedy. Może rano, do sałaty poszedł.

Małżonek przytył 13 kg w pół roku, bo te tabletki rozweselające wzmagają apetyt, ale np. od ośmiu mandarynek zjedzonych po 22 się nie tyje, bo owoce to samo zdrowie, prawda. To wszystko przez tabletki.

A ja odkurzyłam z półki wampiry i czytam. Młody mnie spytał, dlaczego, skoro już je kiedyś czytałam. Odparłam, że czasem wolę się przenieść w przyjemniejszą niż własna, rzeczywistość. Ehhh.

novembre

Dzwonię do mamy na skype, wyjątkowo późnym popołudniem.
Odbiera, smarkając nosem.
- Co, skoki oglądałaś?
- A daj spokój, ja nie mogę tego oglądać, ja od razu ryczę..!

Eh, mam to samo po rodzicielce, wzruszam się bardzo łatwo i mimo, że staram się panować, bardzo różnie mi to wychodzi. No, ale dzisiaj się chłopakom należało!

Młody przyniósł semestralną laurkę ze szkoły. Zgodnie z przewidywaniami, jest zagrożony z czterech przedmiotów. Przy czym w drugim semestrze oceny z pierwszego i oceny na semestr nie mają żadnego wpływu na oceny końcowe.  System tu mają taki, że można zdać z maksymalnie trzema trójami (które, jak wielokrotnie pisałam, są tu ocenami negatywnymi), jednakże ilość punktów dodatnich musi przewyższać ujemne. I tak czwórka ma zero punktów, 4,5 ma pół punktu, 3,5 ma minut pół punktu i tak dalej. Czyli sytuacja jest do wyprowadzenia, zakładając, że młody poprawi ocenę z gotowania z 3,5 (klasówka pt. masz przepis i napisz, jak to ugotować; a młody wiedział, jak, tylko nie znał słówek po niemiecku, i doopa) oraz że poprawi co najmniej jeden przedmiot (a miejmy nadzieję, że niejeden), i niechby zdał.

Acz dowiedziałam się dzisiaj od znajomej, że w podstawówce nauczyciele w ogóle nie zgłaszają rodzicom, że dziecku grozi powtarzanie roku. Jeśli maluch sobie nie radzi, po prostu musi rok powtórzyć i dojrzeć do kolejnego etapu edukacji. I nie informuje się rodziców, właśnie po to, żeby nie wyciągali dziecka za uszy, tylko dziecko samo ma dorosnąć, nauczyć się i za rok - zdać. Znajomi znajomych mieli sytuację, gdzie jeden z bliźniaków zdał, a drugi został powtarzać rok. Trochę fakap, ale może to dziecku służy? Hmmm.

A propos dziecka, to moje dziecka śpią. Jedno od godziny, wychlapawszy się w kąpieli i wysmarowawszy się pianą po włosach (myju myju), drugie padło na kanapie jeszcze przed siostrą, zaraz jak się skończyły skoki, czyli już dobre dwie godziny śpi. Nie wiem, wizja nauki historii Szwajcarii tak go zmorzyła do snu, czy co?

novembre

I co mnie podkusiło, żeby posprzątać? Aktywny dzień, też sobie wymyśliłam.
Poszłam z córką na spacer.
Sprzątnęłam swoją szafę ubraniową. Zadziwiające, zawsze znajdzie się coś do wyrzucenia. Teraz też, kolejna torba ciuchów precz. W końcu zostanę w jednych jeansach i bluzie.
Zrobiłam obiad. Osobno każdemu dziecku, młody zaczyna pochłaniać gargantuiczne porcje typu trzy kotlety i fura ziemniaków. I zasmażka.
Posprzątałam w młodej zabawkach. Zdecydowanie brakuje jej pojemników na zabawki, zwłaszcza po ostatnich świętach, puzzle, kredki, klocki, kuchnia wraz z wyposażeniem - a metraż się nie zwiększył. Roboczo pochowałam, jak się dało, żeby jeszcze paniusia miała trochę większe nabożeństwo do sprzątania, to by było dobrze. Chociaż...? Brudne ubranka przed kąpielą już sama wrzuca do kosza! ;)
Młoda poszła spać, ja w ramach relaksu uprasowałam obrusy i bluzki. Kto by tam tylko leżał na kanapie i oglądał skoki...!
Wstawiłam, wysuszyłam (tymi ręcami!) i poskładałam cztery prania. Podobno tracimy na to rok z życia. Dzięki.
Młoda wstała, ogarnęłam ją i usmażyłam naleśniki.
Drugi spacer, bo młody potrzebuje koniecznie na jutro jakąśtam teczkę do szkoły. Idziemy. Ja już trochę jakby zmęczona, młody fuka na mnie, że mu każę w sklepie buraki zważyć (surowe buraki znalazłam! co ciekawe, gotowane tańsze niż surowe, ciekawostka). Mam dość.
Po powrocie do domu okazuje się, że na młodego czeka kolega, niby nie umawiali się dokładnie, miał potwierdzić, bla bla bla. Włącza mi się opcja wrednej matki, kolega oczywiście, zapraszamy, niech sobie pogra na PS, ale młody miał przed spotkaniem z kolegą sprzątnąć łazienkę, nie ma że boli. Przy czym łazienka sprzątnięta w trzy minuty, to bardzo mi przykro, ale cztery razy była poprawiana. Nagrabił sobie w sklepie, do tego nie umówiony kolega, acha, jasne.
Na koniec dnia wrzeszcząca w wannie Ida i pomysł, żeby wykąpać się z nią. Jaki wrzask... przy wychodzeniu! Cała wanna piany, chlapanie, przeglądanie się w słuchawce prysznicowej. Szał i radocha po pachy. Już ubrana przyszła mi dać buziaka, przytrzymała się brzegu wanny i przełożyła nogę do środka. Jak nic kiedyś wleci. A jak jej przyjdzie do głowy stanąć na stopniu, to już w ogóle bez problemu. A może zostawiać ją tam, niczym w kojcu...?
22:00. Po kolejnym leniwym dniu niepracującej pani domu, napieprzają mnie plecy, że ledwo siedzę. Kończę herbatę i kładę się spać.
Nigdy nie wiadomo, czy i tym razem młoda nie obudzi się o trzeciej nad ranem z dziarską komendą wstawać! zmieniać pieluchę! ubierać! nowy dzień jest! wyspałam się! maaaaaaaamaaaaaaaaa!

novembre

...bo jeżeli sama o siebie nie zadbam, to nikt o mnie nie zadba.
Święte słowa pana dobrodzieja.

Pobyt w Polsce krótki, jak to na święta, ale bardzo przyjemny. Pobyłam, odetchnęłam, nagadałam, najadłam i napiłam (nie, żebym tutaj niedożywiona chodziła, o nie, ale wiecie, wszystkie te świąteczne przysmaki...). Teraz jeszcze pod koniec miesiąca lecę na tydzień odebrać mieszkanie, bo nam się najemcy wyprowadzają, więc spakuję młodą i polecimy.

Młoda w podróży bardzo dzielna, pobudka na samolot o jakiejś koszmarnej godzinie, 3:50, a ona po pierwszym płaczu, że niunia (ś)pi, za chwilę banan na buzi, bo lecimy samolotem, i już dziecko gotowe, ubrane i czeka na starszego brata, który ma problem nie do przeskoczenia, nie może znaleźć czystych skarpetek.

Mąż się w święta wyspał, jak zaczął w wigilię wieczorem, tak z niewielkimi przerwami spał do końca pobytu. Ten to może pospać...! Teściowa patrzyła, częściowo z podziwem, częściowo ze zgrozą, ale teraz to pewnie w nocy nie będziesz mógł zasnąć? - Nie, procha wezmę i zasnę normalnie. Teść tak podobno też miał, gdzie się położył, tam momentalnie zasypiał. Różnica taka, że mąż nie potrzebuje leżeć, świetnie śpi na siedząco.

Sylwestra spędziliśmy zgodnie z planem, na domowej kanapie, otoczeni przekąskami, oglądając Gwiezdne Wojny. Kilka minut przed północą otworzyliśmy szampana, złożyliśmy sobie życzenia, po czym wróciliśmy na kanapę. A jak mnie nogi bolały! ;))

Wczoraj niespodzianka, spadł śnieg. Rzadkość tutaj. Spacerujemy więc z młodą, robimy traktorki butami, rzucamy się śnieżkami. Korzystamy, ile się da.

novembre

Sobota.
Poranny wkurw sponsorowany przez młodego. Jedziemy do miasta kupić mu spodnie. Stare dwa rozmiary za małe. Jedz szybciej. Zostaw ten telefon. Gderam. Chcę jak najszybciej wrócić, żeby położyć Idę na drzemkę. Wyjścia do południa muszę mieć dobrze zorganizowane i na czas. Im szybciej rano wyjdę, tym większa szansa, że się młodej plan dnia nie pomiesza. Pralka kończy pranie, akurat zdążę przełożyć do suszarki i wstawić następne, i można wychodzić.
Młody we własnym wszechświecie ma inne pojęcie czasu. Pojęcie to definiuje słowem Zdążę. No już. No już jem, te parówki są twarde. Dwadzieścia minut cztery parówki. Trzymajcie mnie ludzie. W końcu zjadł. Pralka wyświetla dwie minuty do końca prania. W sam raz, żeby zdążył umyć zęby i ubrać się. Dlaczego nie mogę tych butów? Ciepło jest! A te są niewygodne! Dziesięć stopni na plusie (-3), nie mogę cienkiej kurtki? Ugotuję się! Nieeee no i jeszcze szalik? Świetnie, spocę się, rozchoruję to będziesz miała do mnie pretensje!! Cierpliwość skończyła mi się po dwudziestu metrach drogi na przystanek. W ten oto sposób młody wystąpi na święta w starych jeansach.

Poza tym co. Lecę z młodą w poniedziałek rano. We wtorek manikjury, w środę fryzjer. I jeden samotny wypad na zakupy, bez młodej, za to, miejmy nadzieję, ze spokojnym mierzeniem i kupieniem wszystkiego potrzebnego. Sama. Wow.
A później to już Cicha noc i Przybieżeli...

Cukierki z choinki już prawie wszystkie zjedzone, i nawet nie bardzo mogę na młodego zwalić winę. Nic to; zawieszę nowe, nikt się nie jorgnie.

novembre

Święta za pasem. Jak zwykle, jak co roku, na Boże Narodzenie wyjeżdżamy. My z Idą już za kilka dni, panowie tuż przed Wigilią. Ostatnie prezenty dokupię już na miejscu; wiem, co i gdzie. Mąż wczoraj zapytał, czy w kwestii prezentu pod choinkę mam jakiś pomysł, czy też liczę na jego inwencję. Skanowanie potrzeb zajęło mi ułamek sekundy. Łańcuszek srebrny, długość podam ci, jak zmierzę szyję. Jeszcze nie wie, że mój prezent dla mnie czeka już w Polsce. Łańcuszek jak raz się przyda.

W związku z lotem do Polski, w przyszły piątek Piotrek idzie na wagary. Tutaj nie można wziąć dnia wolnego tuż przed lub po weekendzie, świętach itp. Przysługuje jeden dzień wolny w roku szkolnym, do wybrania wtorek-czwartek. No puknijcie się w czaszkę. Przy dłuższych wyjazdach rodzice wysyłają pisma do gemajndy, żeby wyrazili zgodę na nieobecność dziecka w szkole, i gemajnda zazwyczaj tej zgody nie udziela. Bo nie. Bo może. A już na pewno nie na Boże Narodzenie. Baselstadt i Baselland to jedyne kantony w Szwajcarii, gdzie dzień przed Wigilią są jeszcze dniami normalnie pracującymi w szkołach. A że wizzair lata w poniedziałki i piątki... Młody po prostu w piątek do szkoły nie pójdzie (lot mają o 9), a ja szkołę niezwłocznie poinformuję mejlem, koło czternastej. No bo co. Że mają głupie przepisy, to już nie moja wina.

Chłodnawo u nas jest, że nawet bym czasem czapkę założyła, ale śniegu ni hu hu. Szkoda. Na święta to bym akurat poprosiła tak na trawniki i choinki tylko posypać, bo przecież będziemy jeździć.

Wstaję ostatnio razem z młodym, czyli 6:20. Na spokojnie umyję głowę, zjem śniadanie, przy okazji dopilnuję, co też rano zjada młody (ostatni hit: sucha kromka chleba tostowego...). Jestem już na chodzie i wybudzona, kiedy wstaje młoda. I dzień jakiś dłuższy się nagle robi, można przed 9 wybrać się na zakupy do Niemiec i jeszcze tyyyyle dnia przede mną.

Ale żeby tak samej z siebie wstawać 6:20? Starzeję się.

novembre

Na ostatnich nogach wracam z Idą ze świątecznych zakupów. Młoda mi wyje, mam dosyć.
Podjeżdża 36, biegniemy przez przejście, ale na wysepce zatrzymują mnie światła. Trudno, pojadę następną. To tylko 10 minut (10 minut z wijącym się węgorzem, rzucającym ciastkami, płaczącym, chcącym na ręce, do wózka, wysiadać i oglądać filmy na telefonie, jednocześnie).
Kierowca autobusu nie odjeżdża, mimo godzin popołudniowego szczytu. Przeczekuje fazę świateł, otwiera mi drzwi.
Ruszamy.

 

 

novembre

Przy drugiej butelce grzanego wina życie wygląda jakby przyjemniej.
Młody łapie matematykę, (na trzeźwo) (na moje trzeźwo) (w sumie na jego też) (mam nadzieję).
Z historii okazało się, że nie może zrobić zdjęć rozdziału do nauczenia, ale może pożyczyć książkę do domu. Wcześniej nie zapytał, nie wiedział. Nie no jasne.
Młoda zaczyna gadać, głównie ćśiii... tata (ś)pi!. Czyli dobra obserwatorka rzeczywistości nam rośnie.
Za oknem minus pięć, wyż i zero śniegu. Śniegu chcę! Młodą na sanki zabrać, bałwana ulepić. Rok temu młoda widziała śnieg tylko przez okno, bo jak wyszłyśmy na dwór, to już stopniał.
Oraz z tego miejsca chciałabym poczynić wyznanie.
Jak czytałam w internetach, jak to ludzie się emocjonują jakimś serialem, że kiedy następny odcinek, i niech ten bohater zrobi to, a tamten co innego i och i ach, to pukałam się w czoło, delikatnie mówiąc.
Od wczoraj obejrzałam cały sezon Belfra, jednym tchem, odcinek za odcinkiem. Niniejszym wszystkich potencjalnie obrażonych bardzo przepraszam.

Dygresja.
Dawno dawno temu, jak mieszkałam i pracowałam jeszcze w Lublinie, mieliśmy bardzo często wyjazdy służbowe integracyjne z klientami. No taka karma, co robić. Na jednym z nich, takim ważniejszym wyjeździe, kierownik mówi do nas mniej więcej te słowa:
- Słuchajcie, do godziny pierwszej jesteśmy w pracy, jeden drink, jedno piwo, ale wszystko pod kontrolą, żeby chlewu przed klientami nie było.
A na drugi dzień przy śniadaniu powiedział tak:
- Jeżeli wczoraj po 22 kogoś uraziłem, to bardzo przepraszam.
Generalnie był to kawał chuja, ale tutaj szacun. A na akordeonie grać umiał i śpiewał też nie najgorzej, klientom się podobało.
Koniec dygresji.

Kupiłam u naszych dobrych sąsiadów zza północnej granicy tea lighty zapachowe, ich mać. A było do Ikei jechać, tam bon na torcik urodzinowy jeszcze czeka, to nie! Zachciało się dzisiaj kupować. Nie pachną nic. Nic. Wrrrr. No nic, będą robić za takie normalne, do podgrzewacza do herbaty czy coś.
A do ikei i tak muszę. Już nie pamiętam, po co, ale muszę. (a, torcik!). To i świeczki przy okazji.

Branoc.

novembre

Rodzinny Skype z teściową.
Opowiadam o dzisiejszym porannym wstawaniu Piotrka, czyli jak mi - jak zwykle - napyskował, że on już wstaje, że wie i żebym się odczepiła, a następnie zrobił w łóżku fik i zasnął martwym bykiem,. Dobrze, że o siódmej mąż się przecknął i dobrze, że mieszkamy rzut beretem od szkoły, to młody zdążył jeszcze herbatę wypić. Teściowa łączy się w bólu, bo przez ponad dwie dekady co rano budziła pierworodnego, genów pan nie wydłubiesz. Oraz sugeruje, żeby pierworodny może zaczął już trenować regularne (ha ha) punktualne (ha ha ha) wczesne (oj bo mi zajady popękają) wstawanie, skoro od lutego będzie podróżował do nowej pracy 80 km pociągiem w jedną stronę.
...i się zaczęło...
- Ty mi nie musisz mówić, ja wiem, że to będzie masakra, trzy godziny dziennie w podróży, jeszcze dłużej mnie nie będzie w domu niż teraz, będę zmęczony, ja nie wiem, jak to będzie w ogóle!
Wszystko na wysokim C, wszystko w bardzo niegrzecznym do matki tonie, która jako żywo (jak zwykle) nie miała złych intencji (ha ha).
Miałam na końcu języka przypomnieć mu, jak to rozwijał przede mną propagandę sukcesu, że jakbym znalazła pracę gdzie indziej, to nie ma tragedii, bo Szwajcaria jest niewiele większa od mazowieckiego, że za cztery godziny to już jesteś na drugim końcu kraju, że godzinka drogi to akurat prasówka, drzemka, myk, myk... Tak, tak, święte słowa pani dobrodziejki, prawda. Z własnej perspektywy zrobiło się nagle jakby mniej różowo, ciekawe, dlaczego?

Swoją drogą, jak to jest, że ja mogłam jeździć półtorej godziny w jedną stronę, a zdarzało się i dwie, dwie i pół, zależnie od korków, z Ursusa na Pragę, i nikt się nade mną nie litował? I ja sama nad sobą też się nie litowałam, nawet nie przyszło mi do głowy szczerze mówiąc? A tutaj z propagandy sukcesu nagle straszne rzeczy się będą działy, bo o szóstej pobudka, bo pociąg, bo to, bo tamto...

 

Piosenka w tle, Deep Purple, Sometimes I feel like screaming.
Jakże adekwatny tytuł.

novembre

Bridget bdb. Ubawiłam się, uśmiałam, rozczuliłam. Stara, dobra Bridget. Jeśli nie byłyście, idźcie koniecznie.

I niech Was nie zraża, że główną bohaterkę gra nowa aktorka. Trochę podobna do Meryl Streep, trochę do Soni Bohosiewicz, trochę do nikogo. Utyta, nawet przypomina Renee Zellweger, ale tylko chwilami. Ale nic to, i tak warto iść do kina ;-).

novembre

Bardzo mi się taki weekend podoba. Mimo, że samotne zakupy zaczęłam od czekania 40 minut na tramwaj, który był się popsuł. Nic to, zen, oaza spokoju i cztery przystanki z buta, żeby było szybciej.
Na zakupach było cudownie... przymierzyłam jedne spodnie i jedną spódnicę, kupiłam sobie podkład i róż, biały ser w ruskim sklepie i zmęczona i szczęśliwa wróciłam do domu.
Wersja alternatywna, dla szukających dziury w całym: na zakupach było razem ze mną ćwierć miliona luda, wszystkie sklepy zrobiły czarny weekend, kolejki do przymierzalni, kolejki do kas, tłok, ścisk, szlag mnie trafiał.
Niemniej taka samotna wyprawa bardzo mi się spodobała i zamierzam praktykować ją regularnie.
Do kina wybieram się dzisiaj, miałam iść na 18, ale źle spojrzałam w program, bo na 18 jest z niemieckim dubbingiem. To ja poczekam spokojnie i pójdę na 20, będę miała wersję oryginalną z napisami niemieckimi i francuskimi do wyboru.

Mąż wystąpił do mnie z pretensjami, że Piotrek wczoraj cały dzień grał na playstation! (a ma limit 3h), zamiast się uczyć albo coś poczytać. Ale chwila, czyja to jest wina, skoro nie było mnie w domu od 14? Dołożyłam od siebie jeszcze prośbę, że jeśli wymaga od syna (czytania po niemiecku, albo porządku w pokoju), żeby dawał przykład (sprzątnął koszule z podłogi i rozpakował walizkę, tak, tak, cztery tygodnie od wyprowadzki). Zanim zapadła cisza, usłyszałam, że się czepiam.

Na mieście rozwiesili już ozdoby choinkowe. Wygląda to bajkowo, gwiazdy, sople, choinki. Śniegu by tylko sypnęli, żeby klimat był zimowy, choinkowy i świąteczny. Z tego, co widzę, chyba niestety skończy się na śniegu w spray'u na szybie.

novembre

Małpa ma nieprawdopodobne szczęście w miłości. Jest urocza, a pod jej wpływem świat ogarnia szał wolnej miłości, jak w 1968 roku. Łatwiej będzie flirtować, nawiązywać nowe znajomości, szukać idealnej drugiej połowy. Jeśli tkwisz w złym związku, bo Małpa doda odwagi, aby wyfrunąć na wolność. Doda wiary w siebie i optymizmu. W latach Małpy spotyka się mnóstwo dusz, które inaczej wcale by na siebie nie wpadły. To czas, kiedy konwenanse odchodzą do lamusa, dlatego odważnie szukaj swojego szczęścia.

 

I wszystko jasne...
Przeznaczenia nie oszukasz.

 

http://czary.pl/horoskopy/chinski/chinski_horoskop_roczny.php

 

novembre

Imieniny. Ida zobaczyła torta, zawołała Ooo, mniam mniam! I weź tu nie daj. Ostatnio mnie tak z jajkiem na miękko przerobiła. Ooo, jajo! Mniam mniam! I gotowałam następny zestaw.

U mnie co. Nic nowego. Dno i sto metrów mułu.
Miałam tu jedną fajną, dopiero co poznaną znajomą. Z gatunku takich, co to w pół słowa.
Wyprowadza się do Zurychu.

Mąż zabija smoki. Na jutro ambitny plan borować w ścianach (niem. bohrer, wiercić, prawda). Ale te smoki... W sumie, kto powiedział, że nie można trzymać butów w kartonach. To nawet eko jest. (a eko-szafka rozłoży się od deszczu na balkonie na czynniki pierwsze). Czepiam się, niezmiennie.
W uszach najpierw Amy, teraz stary dobry Radiohead. Jeszcze jakichś dobijających gwoździami do podłogi mi potrzeba, ale to znajdę, spoko. Ach, i Nirvana.

W prezencie imieninowym zaordynowałam sobie wyjście z domu o 15. Sama. Bez męża, syna, córki. Bez poganiania mnie, bez presji, że Ida musi zjeść, bez ciągnięcia za sobą przypadkiem wieszaka z ubraniami, bez siku pić jeść kupę... Sama. Jeszcze nie wiem, jak to jest, ale jak się uda, to Wam powiem.

Poprzymierzam sobie bluzki. Wypróbuję podkłady i róże do policzków. Przymierzę buty na szpilce (zapamiętać - nie skarpetki!!). Może upoluję jakieś prezenty na święta. A może nic nie kupię, tylko tak się przejdę. Jeśli starczy mi sił, pójdę wieczorem do kina na najnowszą Bridget Jones. I to dopiero będzie szaleństwo. Sama, tyle godzin, kto to widział.

 

Playlista:

Amy Winehouse, Back to black.
Radiohead, Creep.
Nirvana,The man who sold the world.
Radiohead, No surprises.
Bo i jakie tu niespodzianki.

 

Gwoździ mi zabrakło.

 

 

novembre

Zmęczonam. Rok się kończy, chiński rok małpy w cholerę też niech się kończy, niech się odwróci karta wreszcie. I niech zacznie być nudno i spokojnie. Bardzo ładnie poproszę.

Młody nawywijał w szkole, starym sposobem na szybie podpisał się za tatusia na zawiadomieniu o hipotetycznych ocenach na semestr. I teraz ma podwójnie w dupę, i za oceny, i za podpis. W ramach pokuty ma teraz przyspieszony kurs prasowania, tatusiowi siedem koszul raz na tydzień, przez trzy miesiące. Nic młody nie protestował.

Mąż zaproponował, żebyśmy zrobili u nas polskiego Sylwestra (ostatnio poznaliśmy sympatycznych, nowych tutaj Polaków). Zanim zaczęłam szukać sensownej wymówki, przypomniało mi się, że przecież wracamy z Polski trzydziestego. Obstawiam, że panowie przed wylotem (ja z Idą lecimy kilka dni wcześniej) nie zostawią posprzątanego na błysk mieszkania, o lodówce do zapełnienia nie wspomnę. Plan jest zatem bardzo zacny, planszówki z młodym, pizza, cola, piwo, film jakiś obejrzymy, fajerwerki i o pierwszej spać. Leniwie, kanapowo i w dresach. Taki jest plan. W ten sposób w nowy rok wejdziemy na luzie i w dobrych humorach.
Tfu odpukać.

novembre

...zdążył przywiercić jeden regał u Piotrka, zabrakło mu kątowników i kołków, Ida zasnęła, po obiedzie pojechaliśmy na zakupy, wieczorem w planach było parę drinków, ale pamiętaj, że jutro ty wstajesz do Idy rano, przypomniałam, nie ma mowy, ja już się dzisiaj narobiłem, kurtyna opadła z hukiem.

novembre

Sobota.
Skoro zostajemy, trzeba się do końca rozpakować. Przywiercić meble do ścian, wyjąć książki z kartonów. Mąż, żeby dobrze zacząć dzień, wczoraj do późna zabijał smoki. Akurat, żeby wstać dzisiaj na spokojnie, koło dziesiątej. I mam się nie czepiać, bo dzisiaj wszystko będzie przywiercone.
Wstał, wypił kawę, ubrał się. Myk myk i jedenasta. Gdzie są te takie kątowniki do mocowania mebli? Miałem je w takim pudełku... Szuka. Zagląda do kartonów podpisanych PIOTREK albo BUTY. Wiadomo, śrubki najlepiej upycha się do pantofli. Pod kanapą, na kanapie... nigdzie nie ma. A, trzeba to było sobie spakować. Nie miałam sumienia przypominać, jak bardzo przy pakowaniu bolał go kręgosłup lędźwiowy.
Po bezowocnych poszukiwaniach w domu i w zagrodzie piwnicy, wsiadł na rower, pojechał do sklepu kupić nowe. Na szczęście sklep niedaleko.
Przed wyjściem przypomniałam mu tylko, że Ida przed pierwszą idzie na drzemkę - więc akurat, jak będzie miał narzędzia, będą przymusowe dwie godziny przerwy.
A później mamy wynajęty samochód na zakupy, bo w lodówce światło.
Czyli, kartony zostają z nami.

Myślicie, że sąd mnie uniewinni?

novembre

No więc wychodzi na to, że jeszcze tu trochę pomieszkamy. Małżonek spełni życzenie składane mi wielokrotnie ("do Zurychu masz moment, godzinka i jesteś, poczytasz, zdrzemniesz się, jakbyś tam znalazła pracę, to mogłabyś śmiało codziennie dojeżdżać". Acha, yhy.). Zatem małżonkowi spełniło się i sam będzie teraz dojeżdżał, godzinkę, niedługo, poczyta, pouczy się niemieckiego, myk myk i będzie na miejscu.
Młody, jak się dowiedział, rozpłakał się. Myślał, że wrócimy do Warszawy, on wróci do kumpli z osiedla i z klasy i że w ogóle będzie tak, jak dawniej. Nie potrafił zrozumieć, że nawet gdybyśmy wrócili, i tak nie byłoby tak, jak dawniej. Będziemy pracować nad bardziej intensywnym zakorzenianiem się tutaj i zacieśnianiem więzów z tutejszymi kumplami.
Przy okazji, może wreszcie małżonek przywierci wszystkie szafy do ścian. Do tej pory nie chciał dziurawić, "bo nie wiadomo, jak długo tu będziemy mieszkać". Bo wiadomo, w cztery miesiące dziecko nie przewróci na siebie słupka na płyty CD, a w dwa lata już tak. Zapamiętam na przyszłość.
Idka mi wczoraj w nocy wyleciała z łóżeczka, wierzchem. Położyłam ją spać, po kilku minutach usłyszałam rąbnięcie i wrzask. Skończyło się na strachu i śliwie na czole, oraz na pogadance, którą usłyszałam od mamy, że gdyby miała łóżeczko z wyjmowanymi szczebelkami, to by nie wypadła. Gówno by nie wypadła, tak samo by wypadła, bo szczebelki też by były wstawione do łóżeczka. No ale wiadomo, gdybym tylko dopilnowała, to by młoda nie rozbiła głowy. Moja wina.
Panowie budowlańcy układają nam kostkę na dworze, idą jak burza; wczoraj było ich trzech, ułożyli z 10 metrów chodnika. Szacun. A dzisiaj niestety zaczęli akcję wymiany elewacji, bo jakieś tam problemy z nią mają i trzeba wszystkie płyty z budynku zdjąć i zamontować nowe. Już mi zaczęli wiercić, akurat wtedy, kiedy udało mi się namówić Idę na zaśnięcie w łóżeczku pomimo braku jednej ścianki (i wyjmowanych szczebelków, bo gdyby były, to...). Na szczęście Ida była padnięta i bormaszyna jej nie obudziła. Sen ma to dziecko po tatusiu, nie ma co.

novembre

Pogoda listopadowa. Mżawka, deszcz, śnieg z deszczem, zero słońca. Pospałoby się, tak do marca powiedzmy. Brrrr.

Mąż na kolejnej rozmowie o pracę. Trzymamy kciuki niezmiennie. Chociaż powrót do Polski też miałby swoje zalety. Wiem, upadłam na głowę.

Młody pojechał na snookera.

Młoda czyta książeczki, kartkuje, ogląda obrazki. Już tak dobre 20 minut siedzi.

Acha, skończyła.

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci