Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Mówcie mi miszczyni kuchennej kreatywności. Wczoraj wieczorem, zapomniawszy zrobić jakiekolwiek zakupy, otwieram lodówkę w poszukiwaniu kolacyjnej inspiracji. Coś jak "weźmy z lodówki to, co mamy pod ręką, o!, mogą być krewetki!" (nie pamiętam autorstwa, Kasia Tusk?). Otwieram więc lodówkę, a tam całe nic... Echo wypomina mi z wyrzutem, zapomniałaś zrobić zakupy, zapomniałaś zrobić zakupy!
Wyjmuję wszystko, co się nadaje do jedzenia, będziemy improwizować. Sałata, jajka, resztka papryki, kawałeczek fety. Czerwona cebula. Oliwki kupiłam z pestkami, mać. Kto mi teraz wypestkuje oliwki?. Puszka tuńczyka. Kawałek białego sera i trzy rzodkiewki. Myślę, myślę... (piątek wieczór, dwa martini za mną, a ja myślę, proszę docenić). Wtem! Sałata nicejska, a co! Kolacja po burżujsku będzie, do tego twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem i cebulką. Z moim osobistym orkiszowym chlebem na zakwasie.
Tylko Lazurowego Wybrzeża zabrakło w tle, do tej sałaty ;).

Wieczór natomiast sobie zrobiłam filmowy, tutejsza telewizja zrobiła taneczny weekend, dali Dirty Dancing (niezapomniane wrażenia niemieckiego dubbingu), później znalazłam Cztery Wesela i Pogrzeb. Później natomiast zrobiło się wpół do pierwszej i poszłam spać, gnana resztkami rozsądku, że młoda wstanie o siódmej i nie przyjmie matki argumentów, że sobota, że dłużej pospać... Nic zrozumienia dla matki.

Teraz zbieramy się na zakupy i do konia (w drodze do francuskiego lidla na Idę czeka zawsze koń. Właściwie konia. Idziemy do konia, więc jak się zwierzę nazywa? Konia. Koniec dygresji). Więcej czarów nie będzie, lodówka się sama nie zapełni.

novembre

Lato! Lato wczoraj było! Dzisiaj już jest trochę mniej, chociaż balkon wciąż prowokacyjnie otwarty na oścież. na dworze dwadzieścia kilka stopni, a młoda zakichana i coś marudzi, że niby gorączka. W taką pogodę! Niestosowne, doprawdy.
Młody uprzejmie doniósł ze szkoły, że z gotowania powinien zdać, dostał dwie czwórki, uf. Teraz jeszcze tylko Napoleona męczymy, żeby zdał. Młody, nie Napoleon. Napoleonowi już nic nie pomoże.
A propos młodego gotowania, dostał ostatnio z gotowania tróję (przypominam, ocenę negatywną). Bo te czwórki to z kartkówek (tak tak, kartkówki z gotowania: jak robić zakupy? jakie produkty wybierać? co oznaczają te znaczki na produktach? jakie logo jest jakiego producenta i czym się wyróżniają jego produkty? itp itd). Natomiast po nieudanym gotowaniu zapytałam młodego, co jest takiego trudnego, w czym zawala, bo może byśmy zrobili przyspieszony kurs gotowania i by wystarczyło. Otóż młody powiedział, że on same przepisy oczywiście rozumie, ale jak pada hasło np. "dodaj skórkę z cytryny", to on się zawiesza. Dopiero podpatrzył u kolegów, że cytrynę trzeba umyć szczoteczką, wyparzyć i zetrzeć skórkę na drobnej tarce i w takiej postaci dodać do potrawy. Zatem nie, moi drodzy, gotowanie to nie jest przedmiot pt. wstaw parówki do mikrofali; bardziej podchodzi pod masterchefa, i to niekoniecznie dziecięcego. Czekam, kiedy będą robić kiełbasy (i pędzić bimber :D).

 

novembre

Poniedziałek, jak to poniedziałek, intensywny. Poranny rozruch na szybkich obrotach, rano jeżdżę z młodą na drugi koniec miasta do kulek. Niech się dziecko wyszaleje. Wracamy, panna na ostatnich nogach, próbuje przysypiać w tramwaju, na dodatek zapomniałam się przesiąść i dyliżans wieeezie nas przez pół miasta. Nie zdążę młodemu dać obiadu, znowu zapcha się tostami. Trudno, do piątej przeżyje. Zabawiam młodą, przesiadamy się, skracając sobie o kilka cennych minut podróż. Z przystanku biegiem do domu, młoda głodna, zmęczona i śpiąca, wszystko jednocześnie i natychmiast.
Nareszcie. Otwieram wózkownię, wypakowuję młodą i bambetle, zmęczoną biorę na ręce. Pierwsze piętro, ale po schodach jej nieść nie będę, wjeżdżamy windą. Widok windzianego lustra zawsze wywołuje uśmiech na twarzy młodej, co ta płeć robi z człowiekiem...! Biegiem do domu, klucz nie wchodzi do zamka, czyli młody docisnął z drugiej strony, szlag mnie trafia, dzwonię dzwonkiem, niech otwiera, młoda swoje waży! Klucze zamiast do mojej kieszeni lądują na wycieraczce, noż...!!

- Kuła? Kuła?

Tak, córko. Dobrze usłyszałaś, niestety.

novembre

Weekend poszedł, okres poszedł, kilogramy poszły. Milusio.
Długi weekend u nas na szczęście krótszy niż w Polsce, więc dzisiaj panowie wybrali się do swoich placówek, a my w domu mamy znów nasz codzienny, spokojny rytm. Młody wpada w południe, pohałasuje trochę, zje coś, pobawi się z młodą i leci dalej do szkoły. Jułek wraca o 19 i od razu, nie zdejmując butów, jest zaciągany przez młodą na parkiet do tańca. Ida włącza dowolną melodyjkę piętnaście razy z rzędu i tańczą w kółeczku. Cóż, lekarz kazał mu się ruszać, to się rusza ;p.

Pogoda trochę jakby lepsza (niczym żona po okresie ;p), do południa nawet słońce świeciło i udało nam się poczłapać z Idą na spacer. Z hulajnogą. I z wózkiem. I z PETami (się oddaje w sklepie). I ze szkłem (długi weekend był). I jeszcze do pralni, wymienić brudną marynarkę na czyste spodnie. Ida wszędzie na hulajnodze.

Przechodzimy przez ulicę, z daleka jedzie motocyklista. Jesteśmy tuż-tuż, myślę sobie, jeszcze przejedzie, ale zatrzymuje się i czeka, aż przejdziemy. A my idziemy, ja jedną ręką pcham wózek, drugą trzymam hulajnogę, Ida trzyma hulajnogę z drugiej strony, pan czeka, przechodzimy, Ida chce przejechać na hulajnodze, a nie ją przenosić, tłumaczę, że ulica, że nie wolno, pan czeka, Ida ciągnie za hulajnogę, potyka się, przewraca na ulicy, na środku pasów, na szczęście klapnęła tylko na pieluchę, siedzi i wyje. Pan czeka; dobre uczynki muszą być przecież ukarane. Kładę hulajnogę na wózku, biorę Idę pod pachę, uśmiecham się do pana, schodzimy z pasów. Pan na skrzyżowaniu skręca i zaraz zjeżdża w pierwszą w lewo.
Znaczy, sąsiad.

novembre

Waga za karę znowu poszła do kąta i zostanie tam, aż będzie grzeczna. No foch, no. Na dodatek o mało nie zabiłam męża (który to już raz... już bym za dobre sprawowanie dawno wyszła). Gdyż albowiem poszedł w poniedziałek do internisty na kontrolę i po leki. Wraca, opowiada, opowiada, a, no i schudłem, dwa albo trzy kilo, nie pamiętam. No żeż!!! Gość, który przed północą robi napad na lodówkę, do wieczornego meczu wciąga paczkę czipsów, a na kolację hamburgera z frytkami, zapijając jednym dużym jasnym pełnym, chudnie. A ja na warzywach i chudym mięsie jestem bogatsza o kilogram. Doprawdy, większej przykrości nie mógł mi zrobić, tym schudnięciem. I to z poniedziałku!!
:D

Teściowa miała w piątek uśpić wreszcie psa, który od niemal trzech lat jest na przeróżnych lekach, od roku na zastrzykach, a to serce, a to nerki, a to żołądek, schudł o połowę, jeść nie chce, chodzić nie chce, łba podnosić nie ma siły... Stary jest i już naprawdę na wykończeniu, podroby odmawiają posłuszeństwa, ale teściowa uparcie wpycha w niego całą swoją pensję i reanimuje. Umówiła się na ubiegły piątek, ale pies wtedy ożył i pierwszy raz od dawna sam poszedł pogrzebać w misce, więc odwołała wizytę. Nawiasem mówiąc, jeszcze u nas nie była, "bo pies". Ida się urodziła, nie przyleciała zobaczyć, pierwsze święta byliśmy tutaj sami, Ida była maleńka przecież, też nie przyleciała, bo pies. Teraz w sumie może przyleci, ale nie wie kiedy, bo z kolei działka się zaczyna (w domyśle jak pies wreszcie padnie), i będzie musiała się działką zająć, bo już w zeszłym roku ją zaniedbała, bo pies.
Z jednej strony rozumiem, że pies jest ważny, ale na moją uwagę, że znajomi zostawiają psa w psim hotelu i lecą na wakacje, a pies potem nie chce wracać do domu, bo w hotelu ma kawał pola i jest wybiegany i cały szczęśliwy, teściowa niemal załkała: i ja bym cię miała, Pimpusiu, do hotelu oddać?? To w sumie tyle w temacie.

Pogoda u nas, hue hue hue, pod zdechłym Azorem, dzisiaj maksymalna plus sześć, a z rana przez godzinę padał śnieg. Nawet mnie chce się trochę ciepła i słońca. Głównie, żeby Idę wybiegać na powietrzu, może by zaczęła jeść jak człowiek, a nie tylko zestaw: naleśniki, ryż, ryż z keczupem, czasem zupa jarzynowa (rękami...), jajko na miękko, banan, bułka z masłem, ewentualnie z dżemem, ale tylko figowym, inny smak ani kolor nie wchodzą w grę, no i to by było na tyle. Maślankę jeszcze pije, czasem jogurt, ale to już zależy od humoru. Podobno taki wiek i dopóki nie jest przez trzy miesiące o chlebie i wodzie, mam nie panikować. Lekarz mówi, że jajko zapewnia jej wszystko mięsne, co potrzeba, w zupie ma warzywa (przestała jeść zupy...), ale przynajmniej pije wodę, non stop pije wodę, może dlatego nie czuje głodu paskuda jedna? Och, jaki piękny słowotok mi wyszedł, dobrze, że przecinki stawiam. Tak czy inaczej trochę się martwię. Znajoma swojej rok temu dwulatce musiała znowu podawać słoiczki i to miksować, bo dziecko odmówiło gryzienia, więc może nie jest jeszcze tak źle, ale mimo wszystko. Ale rodzynki, czekoladowe króliczki i polewę czekoladową z ciasta wpierniczała w święta, aż miło, może to więc rzeczywiście jest manifestacja pt. mogę o czymś decydować, więc decyduję. A ty matka rwij włosy z głowy.

Poza tym co. Ostatnio coraz bardziej się zastanawiam, czy to był na pewno dobry pomysł, przyjeżdżać tutaj. Młody w szkole ma tyły, cały czas musi nadrabiać, bo nie jest Szwajcarem i nie zna języka w takim stopniu, żeby na pierwszej lekcji chemii o zmianach stanu skupienia wiedzieć, o co chodzi, znać słówka i na bieżąco notować, jak zaleca nauczyciel. Ja tutaj do pracy bardzo chętnie pójdę, ale obawiam się, że nie będzie zbyt wielu chętnych, żeby mnie zatrudnić. Gdybym miała jeszcze w ręku jakiś twardy zawód, nie wiem, fryzjerstwo, układanie glazury łazienkowej, byłoby mi łatwiej. Osób ze znajomością francuskiego mają tu za miedzą po wrąbek, a żeby być tutaj handlowcem czy asystentką, trzeba by mieć niemiecki biegły, więc ten. Czarno to widzę. A w Warszawie miałam pracę, młody miał szkołę, wszystko było poukładane. Po cholerę było ruszać?

novembre

Ta beza, ta Pavlova... mogłabym ją sama zjeść, przysięgam. Nawet bez kremu. No ale głupio było chociaż nie poczęstować. Ciasta wyszły mi pyszne, niestety. Najgorsze jest to, że teraz trzeba szybko wszystko wykańczać, bo się zaraz zepsuje. No jedzcie coś. Ida wyjada owszem, chętnie, głównie polewę czekoladową z mazurka, zostawiając migdały (a skąd masz babciu orzeszki? z toffifee), Pavlova też jej ładnie wchodzi. Moja krew! Młody stwierdził, że dobre, ale za słodkie.

We wczorajszej rozmowie z teściową na skype wyszło, że Ida miała parę dni temu. Naprawdę? Imieniny? To są imieniny Idy? Ale tak w kalendarzu? Aż się na usta cisnęło, że tak, owszem, są kilka razy w roku nawet, mimo, że to takie żydowskie imię... Widać jeszcze nie odchorowała.

W temacie ciast i obżarstwa świątecznego, to wróciłam dzisiaj do gimnastyki :D. Doszłam do wniosku, że niestety, niestety, trzeba się zacząć ruszać i oprócz samego zdrowego odżywiania, trzeba też się tu i ówdzie ujędrnić. Odpaliłam na youtube Olę Żelazo, zrobiłam rozgrzewkę i trening, ale kurczę, kolana szwankują. Wypadałoby łąkotki wymienić i dopiero się nad sobą znęcać. A jako że postanowiłam równocześnie wrócić do intensywnej nauki niemieckiego, pomyślałam, że czemu by nie poszukać jakiejś trenerki niemieckojęzycznej? Wpisałam coś w yt i wyskoczyły mi oczywiście setki propozycji, ale jedna z pierwszych miała magiczne słowo Knieschonend. Oszczędzające kolana. Ha! Czemu ja na to wcześniej nie wpadłam! Żadnych wykroków, wyskoków itp. Jutro sobie z panią poćwiczę i zobaczymy, czy mi ujędrni i jak szybko. Ona tam dużo tłumaczy, to bardzo miło z jej strony, zaraz sobie zrobię słowniczek stosownych słówek (rozciąganie - mięśnie - udo - wymachy - wstawaj - rusz dupę itp). I się będę ruszać i uczyć jednocześnie.

Słoneczko u nas zaświeciło dopiero dzisiaj, niby 12 stopni, wyszłyśmy z młodą teraz na krótki spacer i chyba pobiłyśmy rekord trasy. Wieje jak w kieleckiem! I to takim zimnym, arktycznym powietrzem, brrr...! A przez okno tak niewinnie to wygląda, słoneczko grzeje, niebieskie niebo, milusio jest, jasne. Kieliszek na rozgrzewkę by się przydał po takim spacerze.

A propos zimnego kieleckiego powietrza, to pogoda dzisiaj dokładnie taka, jak cztery lata temu w długi weekend majowy. Pojechaliśmy w Góry Świętokrzyskie, żeby po taniości, blisko, a i nie byliśmy nigdy, więc czemu nie. Na początek walnęła nam chłodnica i trzeba było wypożyczyć samochód, i tu jakby po taniości się skończyło. Później było już tylko lepiej, 36 stopni, po 12 na każdy dzień, wiało, lało, w telewizorze TV Kielce albo śnieg, zasięgu nie było. Brrrrr.

Na najbliższy długi weekend, którego nota bene tutaj przecież nie obchodzimy, przewidywane jest plus sześć i deszcz...

novembre

Śledzie w oleju.
Śledzie w śmietanie.
Ryba po grecku.
Sałatka jarzynowa.
Sałatka gyros.
Pasztet.
Kabanosy.
Wędlina.
Biały barszcz.
Jajka w majonezie.
Pieczarki marynowane! Bez nich święta są nieważne.
Sernik.
Pascha.
Mazurek z polewą czekoladową.
Mazurek pomarańczowy.
Beza do Pavlova się piecze (telefon ze sklepu: czy serek mascarpone to to samo, co mager quark? Nie!!).
Wafle z kajmakiem.
Chleb już rośnie.
Śmierdzące sery.
Wino.
Martini.

Kto to wszystko zje??

Wesołych Świąt!

novembre

Rozłożyło mnie na amęnt. Cały tydzień ani rączką, ani nóżką. Święta za pasem, ale ja nie teściowa, żeby z gorączką i kaszlem myć okna. Może Jezus nie zauważy, jak przyjdzie, że mam brudne. Powoli wracam do żywych, ale żebym ja miała jakoś spektakularnie więcej siły niż tydzień temu, to nie powiem. No, do spożywczego pójdę i się nie spocę z wysiłku, czyli postęp jest.

Młody miał w tym tygodniu jazdy w szkole. Jako że pękł był sobie jedną kostkę w prawym nadgarstku, przez dwa tygodnie nosił na prawicy gips. I o ile zwolnienie z wf dostał automatycznie, to okazało się, że w przypadku pisania klasówek nie jest to już takie oczywiste. W ubiegły czwartek nauczycielka od gotowania kazała mu pisać kartkówkę, "lewą ręką sobie poradzisz". Zdążył napisać odpowiedź na jedno pytanie z pięciu.
W środę nauczycielka od francuskiego stwierdziła, że w sumie skoro Piotrkowi tak się nudzi na lekcji, bo nie pisze (próbował napisać jakieś ćwiczenie lewą ręką i zastanawiał się, jak napisać jedno słowo), to test napisze w czwartek, z gipsem na ręce. Śmiało, zmieścisz się, chciałoby się powiedzieć. No, po prostu świetnie. Napisałam do wychowawcy i co się okazało - to nauczyciel danego przedmiotu decyduje, czy uczeń z gipsem pisze lewą ręką, czy w innym terminie. Brawa, oklaski, owacje na stojąco. Żeby nie to, że właśnie zaczynają się dwutygodniowe ferie świąteczne i młody musiałby jeszcze w ferie powtarzać materiał do klasówki, to zważywszy na jego zaziębienie, zostawiłabym go w domu. Ale - wczoraj francuski, dzisiaj geografia i historia (już bez gipsu), trzy klasówki pisać zaraz po feriach... Sam nie chciał. Zwłaszcza, że przygotowany i chciał już mieć z głowy.
Koniec końców młody napisał wczoraj lewą ręką ten francuski, franca stwierdziła, że pisze lepiej niż niejeden prawą ręką, zaliczył, dostał 4,25, uf. Tyle dobrego. Teraz trzymamy kciuki za historię i geografię.

System mnie rozwalił. Nauczyciel decyduje, czy uczeń pisze z gipsem, prawą ręką, lewą, może nogą... Gdyby młody tej klasówki nie zaliczył, pisałabym do dyrektora, a potem do gminy. Gmina taka ważna, wydaje (albo nie wydaje!) pozwolenia na opuszczenie zajęć przed świętami (my nie prosimy o pozwolenie, Piotrek dostaje gorączki w dniu wylotu i nie idzie do szkoły, taki zbieg okoliczności... w dupie mam ten ich system). Niechby się więc gmina wypowiedziała. Ale uf, jeden problem z głowy. Oraz gotowanie może pisać jeszcze raz, orzekła nauczycielka. Dziękujemy ci, wasza wspaniałomyślność.

Sporo nerwów kosztował nas, młodego i mnie, ten tydzień. Dobrze, że już się kończy. Przed nami święta, tu na miejscu, spokojne. Zapowiadają chłód i deszcz, będziemy oglądać Alternatywy 4 albo Gesslerową, i grać w planszówki. O.

novembre

Chorujemy sobie we trójkę od tygodnia. Zaczęła Ida we wtorek, gorączką 39,4, w piątek Piotrek wrócił ze szkoły w południe, położył się na pół godziny i wstał po czterech. Napisałam usprawiedliwienie wychowawcy na popołudnie, no bo co. Ja dołączyłam jakoś pomiędzy nimi, w tym fatalnym momencie, kiedy Ida już żywiutka stawała na nogi i zaczynała znów roznosić ją energia, a mnie ścinało i byłam nie do życia. Na szczęście akurat był weekend, więc bezceremonialnie zostałam na dwa dni w łóżku, a stery w domu przejął małżonek. Biedny, musiał wstawić naczynia do zmywarki i zrobić pranie. Więcej nie udało mu się zrobić, bo poszedł z Idą na spacer, Ida zleciała ze schodków na zjeżdżalni i to go tak wyczerpało, że padł i na wszelki wypadek już nie ryzykował nic innego. Nic nie robisz, nic nie spierdolisz, trudno odmówić tu racji.

Nastawiłam zakwas i piekę chleby. Nie znają tu razowego, pysznego, wilgotnego w środku, z chrupiącą skórką, to sama sobie piekę. Taaaaaki pyszny! A jak mi ładnie zakwas bąbelkuje! Jaram się, to już chyba ten wiek, nie? Że człowiek ma tylko zakwas do jarania. Się.

novembre

Młody pojechał na Skilager i co? I wrócił z gipsem na prawej ręce. Zaliczył wywrotkę, podparł się i zabolało. Na szczęście któraś kostka w nadgarstku jest tylko nadpęknięta, nic więcej, więc dwa tygodnie z szyną i wystarczy, nawet na kontrolę nie kazali iść, no chyba, żeby coś się działo.

Małżonek pojechał na pożegnalnego grilla na cześć jego byłego szefa w byłej pracy, tak mu się nie chciało iść, a tu proszę, twierdził, że na dziesiątą będzie. Może jakieś ładne Niemki się trafiły.

Przetestowałam ostatnio wieczorne chodzenie z kijami i stwierdzam, że po takich 3-4 km przechodzonych przed snem, kompletnie nie słyszę, czy mąż rano wstał, jak głośno się tłukł itp. Dotleniona jestem i śpię jak niemowlę. Tylko nie wstaję o 6:30, jak niemowlę, ale to już inna sprawa.

Właściwie Ida to już nie niemowlę, to mowlę i to pełną gębą. Napitala tak, jakby chciała nadrobić te dwa lata gaworzenia. A nadaje głównie po angielsku. Ot, efekt uboczny oglądania Cbeebies w oryginale. Piotrek po tygodniu nieobecności robił oczy ze zdziwienia, jak mu Ida zasunęła: what you doing, Tinky Winky? Oh, look! Później kłócili się, czy na obrazku jest orange, czy pumpkin. Jak czegoś nie dosłyszała, zawołała do młodego: what? Oraz mówi do mnie mummy, ale to już przejęła od polsko-hinduskiej koleżanki. Przy czym po angielsku jest tylko mummy, reszta zdania po polsku. Ostatnio pierwszy raz w życiu zobaczyła Świnkę Peppę i powiedziała: o, pig! piggy! Nie no jasne. Ubaw po pachy.

Acha, dzisiaj było 19 stopni i piękne słońce; uroczyście rozpoczęłam sezon jadania obiadu na balkonie. Wiosna.

novembre

Stan na dziś jest taki, że młody tak mnie wkurwił, że myślałam, że rozszarpię. Zabrałam mu pady, piloty i telefon. Bez tych dwóch pierwszych przeżyje, bo jutro wyjeżdża na obóz narciarski, ale wcale nie ma pewności, czy matka telefon odda, czy nie. Jak się dwie godziny temu przekonał, że to nie przelewki, aż się biedak rozpłakał, wizja pięciu dni bez telefonu go tak wzruszyła. Podchodzi mnie od różnych stron, ale jeszcze mam zęby jadowe na wierzchu. Przed chwilą wymyślił, że na liście do zabrania na obóz jest aparat bo będą robić zdjęcia i każdy musi mieć. Aż szkoda, że zenit leży w Radomiu, byłby jak znalazł.

Pogoda na weekend się popsuła, zachmurzyło się, pokropiło na szczęście symbolicznie, ale halny łeb urywał w ciągu dnia. Teraz spokorniał, podczas wieczornej przechadzki z kijami było bardzo przyjemnie, chociaż gwiazdy za chmurami. I ciepło. Lubię ciepłe wieczory.

Robiłam dzisiaj porządki w stosie płyt DVD, spora część nie opisana, kilka z Piotrkowego przedszkola, więc pewnie skopiowane na dysk i reszta do wyrzucenia, a wyrzucić się zapomniało, i leży. Znalazłam też płytę ślubno-weselną, Boże, jaki człowiek był piękny, młody i głupi! I szczupły ;-)).

Z rozrywek czysto kobiecych, kupiłam sobie dzisiaj w Jumbo garść gwoździków i przybiłam u Idy obrazek z Puchatkiem i wielo-ramkę ze zdjęciami. O, jutro sobie jeszcze jeden obrazek w sypialni zawieszę, ulubionego rozmazanego żonkila. Komuś coś machnąć na ścianę? Parę gwoździków jeszcze zostało.

O, Creep Radioheadów leci. W sam raz w klimacie gwoździ.

novembre

Przy +17 uroczyście rozpoczęłam sezon balkonowy. Słońce mamy tu dopiero popołudniu, ale powietrze jest już wtedy nagrzane, jest przyjemnie cieplutko. Róża puszcza pędy, kwiatki kwitną, szczypiorek trochę poganiam żeby zdążył na święta. I hiacynty sobie kupiłam, jeden malutki stanie w kuchni, żeby mi umilał gotowanie, drugi, potrójny, rośnie sobie na balkonie. W przyszły tygodniu, jak już minie weekendowe załamanie pogody i wichura (znowu halny zapowiadają ;/), położę Idę spać, przeniosę sobie fotel i wyciągnę się na tarasie, w słoneczku. Będę się oplażać (no bo co się robi na plaży? się oplaża, wiadomo).
Młody jedzie w niedzielę na obóz narciarski, już się nasłuchałam, jak to kijowo, bo on by wolał na letni gdzieś pojechać, A tu dwa lata z rzędu - na narty! Straszne to.
O, pierwszy wiosenny żuczek wpadł do mieszkania. Znowu mamy blisko drzewa, więc będą z nami pomieszkiwać cały sezon.
Młoda mówi coraz więcej, bardzo dużo słów powtarza, gdy zakładam jej bluzę, przypomina: siułak! (suwak). Wczoraj się okazało, że matka nosi okulaji. Pies to już nie jest hau hau, nawet nie jest pes, on jest pesek. Oczywiście nadal, jakimś cudem, językiem dominującym jest u niej angielski: look, mummy!, what doing?, ostatnio zobaczyła gumową kaczkę do kąpieli i mówi: o, duck! Jurek zamontował jej przy hulajnodze piszczałkę - kaczora, więc starzy mają ubaw i podpuszczają dziecko: walnij kaczora w łeb ;-)).

Na wagę się obraziłam, więc za karę poszła do kąta. Warzywa też odstawiłam wczoraj, w ramach protestu. Wciągasz tę sałatę, a waga i tak swoje. No, to teraz niech cierpi w kącie. Ustaliłam z moim dieto-kołczem (a co! się ma!) zmiany w menu, i zobaczymy, co dalej. Jeśli waga zacznie spadać, to ok, jeśli nie, to pójdę sobie zrobić jakieś badania, może hormony, może nietolerancje. Póki co - róbmy swoje.

novembre

Nieśmiało zagląda wiosna. Cieplejsze, słoneczne dni, pączkujące drzewa, drące się bez opamiętania ptaki. Przyjemnie.
Pomny Walentynek, małżonek przybył wczoraj z pracy z dwoma bukietami kwiatów, więc nie było awantury. Ida dostała piękne żonkile i tylko miała do mnie pretensje, że wyjęłam je z folii. Przecież nie po to dostała je w folii, żeby nie były w folii, tak?

W Bazylei właśnie skończył się Fasnacht. Zostawiliśmy wczoraj śpiącą Idę z młodym i wypuściliśmy się świętować. Jakaż wolność! Zeszliśmy pół miasta, zebraliśmy cukierki, wytarzaliśmy buty w tonach konfetti, wypiliśmy po sztandze i nieco dookoła wróciliśmy do domu. Taki Fasnacht powinien być raz w miesiącu.
Albo po prostu ja powinnam mieć regularnie wychodne.

Mama wyjechała, a ja postanowiłam zacząć mocniej socjalizować się w szwajcarskim społeczeństwie. Na poniedziałek zaprosiłam na kawę sąsiadkę z naszego piętra; ma dziewczynkę w wieku Idy, byłoby fajnie, gdyby młoda miała z kim się bawić, a mamusia kogoś do pogadania (mimo, że sąsiadka to Holenderka, a nie tubylec). Mąż Holenderki nas ostatnio zdumiał; młody wychodzi wieczorem ze śmieciami, a sąsiad akurat wychodzi pobiegać. I co? Zabiera młodemu worek (ciężki! pieluchy!) z 35 litrami śmieci, twierdząc, że on bez problemu wyrzuci, bo i tak ma po drodze, a na dworze ciemno, zimno, to niech młody zostanie w domu. Ten to ma szczęście...! ;-)))

No dobrze, my tu gadu gadu, a tu niedługo znajoma wpadnie na poranną kawę. Młodemu trzeba zadać coś do nauki, siebie ogarnąć, wysuszyć, twarz sobie namalować... Miłego dnia.

novembre

My tu gadu gadu, a tu młoda tydzień temu skończyła dwa lata. Dziś był kinderbal, baloniki, sztuczne ognie, dmuchanie świeczek i tort. I prezent - hulajnoga.

20170226_101439

novembre

Weekend zaczął się wcześnie. O szóstej paniusia stwierdziła, że wstawać, biegać, bawić się, ale matka jakoś nie podjęła tematu. Zrobiła dziecku w tył zwrot i wpakowała z powrotem do łóżeczka. Godzina snu uratowana!
Wczoraj mama wróciła do Polski, niestety. Skończyło się spanie do dziewiątej i wiele innych przyjemności. Zawsze trudno jest mi się oswoić z tym, że wyjeżdża; snułam się po domu bez celu i sensu. Na okoliczność wczesnej pobudki, położyłam się na drzemkę razem z młodą, a później, w ramach terapii, zabrałam się za sprzątanie. Chociaż to trochę bez sensu, sprzątać powinno się po kinderbalu, a nie przed.
Piątek nie byłby piątkiem, gdyby mój mąż czegoś nie wywinął. Pojechał wieczorem po młodego na turniej snookerowy, żeby się dziecko nie szlajało samo wieczorem po mieście. Dziecko zostało sfoszone, bo orany ale z czego robicie problem, i tak dalej. No ale tatuś pojechał. Telefon mu padał, więc zostawił w domu. Efekt był bardzo łatwy do przewidzenia. Tatuś pomylił tramwaje, nie znalazł klubu, po półtorej godzinie czekania młodego i bombardowania mnie smsami, czy długo jeszcze, w końcu objawił się na bahnhofie i zadzwonił do mnie z budki telefonicznej (alleluja, nie zapomniał portfela! ani kapelusza.). Otóż zgubił się, ale już się odnalazł, i on teraz podjedzie po młodego (jeszcze raz... powodzenia). Kazałam stać na przystanku i się nie ruszać, zadzwoniłam do młodego, żeby dojechał na sbb, zlokalizował tatusia i go nie zgubił w drodze do domu. Młody sam dojechałby do domu na 21:30, pod opieką tatusia byli trochę po 23. Taaaaa...

No dobrze, ponarzekalim, to teraz trzeba się ogarnąć i jedziemy na zakupy.

 

novembre

Zęby może? Nie wiem. Obudziła mnie młoda o północy, później dziesięć minut po północy, dwadzieścia, trzydzieści... tak do drugiej. Zrobiła powtórkę o czwartej. Ktoś kręci film o zombie? Mogę zagrać bez charakteryzacji.

Ten rok nam się zaczął filmowo. Nowy Rok przywitaliśmy Gwiezdnymi Wojnami, teraz, od powrotu z Polski i od przylotu mamy, oglądaliśmy Hobbita i Władcę Pierścieni (o, orka bym mogła zagrać). Odgrażam się rodzinie, że w najbliższy weekend, dla odreagowania okropności, puszczę im sagę Zmierzch. Niech cierpią.

Jedna laska w internetach napisała, że od półtora miesiąca schudła 13 kilo. No ja schudłam 3. Co prawda nie na dukanie, ale co jest ze mną nie tak, droga Gosiu? Może po prostu jest mi pisane bycie grubą Bertą i jak umrę, to tak jak życzliwie pocieszał tata mamę, wezmą dwie ekipy tragarzy dla mnie? Eee, ja to bym wolała być skremowana. Zawsze to o tragarzy taniej.

Aga napisała mi wczoraj, że cierpi na depresję weekendową. Otóż, mam to samo. Nie lubię weekendów. Plączą się wszyscy po chałupie, czegoś chcą, zaburzają codzienny, spokojny rytm. A idźcie wy do swoich placówek i dajcie święty spokój. Wczoraj wydarłam się na młodego, który nie mógł zrobić surówki do obiadu, bo on ma weekend. Zdążyłam powiedzieć tylko dwa zdania i stary wypchnął mnie z kuchni, wyjmując z ręki obieraczkę do ziemniaków, mówiąc: to ja obiorę ziemniaki a ty idź miej weekend. Cuda, cuda ogłaszają. Kredą w kominie muszę zanotować. Stanęłam z drugiej strony barku (kuchnia otwarta na salun) i biedny pierworodny pod moim okiem robił surówkę. Nawet obieraczka do ziemniaków w moich rękach może być potencjalnym narzędziem zbrodni.

Achhhhh jeszcze Wam coś opowiem, na dobry początek dnia.
Mąż jeździ do pracy pociągiem. 80 km, 50 minut.
W piątek 17:30 pisze mi na whatsappie, że już siedzi w pociągu.
No to super, o 19 będzie w domu.
Godzinę później dostaję wiadomość, że hmmm... wraca do Zurychu.
Wysiadając w Bajzlu zostawił w pociągu kapelusz. A kapelusz drogi był, i żal się właścicielowi zrobiło, więc się wrócił.
Jak się wrócił i znalazł kapelusz, pociąg, wahadło Bazylea - Zurych, ruszył.
A że jest to intercity, następny przystanek... Zurich Hauptbahnhof. (50 minut, myk myk, poczyta, zdrzemnie się i już będzie).
Ach, rano zapomniał portfela z domu, nie miał więc pieniędzy ani biletu na pociągi. Ani kawy w pociągu ani nic.
Każdemu konduktorowi musiał się tłumaczyć, że bilet ma, ino zostawił w domu. Na szczęście dostał zastępczy za piątaka i tak jeździł, i jeździł. Konduktor zdziwił się, widząc go po raz kolejny w tym samym pociągu. No ja bym się tam nie dziwiła, ale ja go znam już 19 lat. W czwartą stronę owego wieczoru już tylko machnął ręką i poszedł dalej.

Ten to ma ciekawe życie. Nie to co ja, emocjonujący spacer na plac zabaw i dreszczyk emocji w migrosie na zakupach.
Pozazdrościć.

novembre

Siostra poleciała i wróciła, pilot poznał całą wycieczkę - nie dziwię się, nie co dzień zdarza się, żeby 10 osób leciało z Radomia :D. I jeszcze wracało! A potem będzie, że lotnisko w Radomiu ma wzrost pasażerów o ileśtam procent.
Poza tym co. Brat się wziął i oświadczył. Wesele będzie, ale coś mi się wydaje, że spokojnie zdążę schudnąć, bo to jeszcze chwilę potrwa ;). Ale pierwszy krok zrobiony. Nawiasem mówiąc, zaręczyny odbyły się tradycyjnie, z bukietem kwiatów, na kolanach, wszystko jak trzeba (dla niewtajemniczonych: moje oświadczyny wyglądały tak: w sumie ja to się mogę żenić). Zazdroszczę!

U nas wiosna, plus 13, ptaki drą ryje, trawka kiełkuje, młoda znosi błoto z całej okolicy, turla się po placach zabaw, po ziemi, po wszystkim. Niech już będzie cieplej, to zaraz legginsy i bluza dresowa, zawsze to łatwiej niż kurtka i reszta bambetli na siebie.

Idę sobie. Zjem obiad i coś posprzątam. Młoda śpi, mama też się położyła, podobno w domu tyle nie śpi, a tutaj cały czas ziewa. Może z nudów, ile można na szydełku robić...

novembre

Ja muszę, ja po prostu muszę.
Jutro Sister leci do Wrocławia na konferencję. Z Radomia. Samolotem.

 

Ja
zebys się tylko nie zgubiła na tym lotnisku...
22:33
Beata
własnie sie sytresuję
4 bramki!
22:34
Ja
TYYYY a Wrocław?
22:34
Beata
4
mówiłas zeby za ludzmi

22:34
Ja
aaa widzisz
e Ty to sobie poradzisz, matematyczka jesteś, do 4 biegle liczysz
22:35
Beata
i spowrotem
22:35
Ja
(mama mówi że wybierzesz najladniejsza)
22:35
Beata
same matematyczki
9 na pewno
22:35
Ja
a przez rękaw będzie?
22:36
Beata
na pewno
widziałam na zdjeciu, schodki jak ds=rabinka dla  kaczora
22:36
Ja
:d
22:36
Beata
bardzo smieszne
22:37
Ja
mama jeszcze tylko pyta, czy w drodze powrotnej bagaż będzie czekał na beltach, czy też lokaje wam przyniosą... co to dla czterech walizek uruchamiać pasy
22:38
Beata
dla dziewieciu
!
minimum
22:38
Ja
a.. to nie wiem, czy starczy obsługi lotniska dla tylu osób
22:38
Beata
tyle wiem
hahaha
22:38
Ja
to może faktycznie na belcie będą czekać
22:38
Beata
wiecie co?
idźcie spac
człowiek w podrów poważna się wybiera, a tu...
22:39
Ja
my się martwimy
22:39
Beata
czym?
22:39
Ja
pozytywne fluidy ślemy
22:39
Beata
jak do zurychu lecialam to żadna sie nie martwiła, tylko mnie wypychały
22:39
Ja
no żebyście nie pomylili gate'a 4 z 40, nie zdążycie na samolot i co to będzie
Zurych to nie Wrocław
:d
22:40
Beata
przynajmniej mam blisko na lotnisko, a nie to co mama
22:41
Ja
w Polsce to już każdy ma blisko na lotnisko
22:41
Beata
oprócz mamy :D
:d
22:41
Ja
no tak :d
22:41
Beata
nastepnym razem poszukaj z przesiadka we wrocławiu (Radom - Bazylea)
22:42
Ja
czemu?
22:42
Beata
zeby miała blisko na lotnisko
22:42
Ja
aaa no tak
22:42
Beata
w 21 wsiądzie (autobus miejski)
22:42
Ja
a te 9 osób to z załogą czy bez?
22:42
Beata
słuchaj
22:42
Ja
a sklep wolnocłowy jest?
22:42
Beata
przepytac Cię z %?
na sklep licze  
22:43
Ja
już umiem!
ale tylko z 40%
ewentualnie z 36 albo 32
22:43
Beata
nie tylko w biedronce jest taniej niz na wolnocłowym
22:44
Ja
no trzeba mieć materiały
22:44
Beata
sie kupi
22:44
Ja
słuchaj, a jaki to model samolotu? mama obstawia helikopter (dla 9 osób), ja cessnę...
22:44
Beata
mariusz mówi ze wykupił mi ol inkluzif, lece sama i mam pełną obsługe
zmiencie dilera, co?
22:45
Ja
ojtam ojtam fajnie będzie, mówię Ci, tylko się nie zgubcie
słuchaj, a z przesiadką?
22:46
Beata
tak, w łodzi
22:46
Ja
no dooooobra no już ;0
repertuar nam się wyczerpuje
o, to promem?
22:46
Beata
łóz podwodna
22:47
Ja
nowy dworzec mają, ładny, warto zwiedzić
a myślałam, że fabryczna...
22:47
Beata
prosto ze stoczni
stoczni radom
:D

novembre

We wtorek mąż ostatni raz poszedł do starej pracy.
Wieczorem, chyba na pocieszenie, i z tęsknoty, kupił sobie... rower.
Wracając do domu rozwalił się tak, że ma zdarte oba kolana, wielkie strupy na nich i na łokciu, podarte spodnie itp.
Nowy szef pierwszego dnia pracy przywitał się, spojrzał na niego i mówi: a ty kulejesz? bo jakoś nie pamiętam...

Poza tym co. Poleciało się na tydzień do Polski. Załatwić parę rzeczy, odwiedzić rodzinę. Młoda szalała na lotnisku z radości, pobudka o czwartej rano? Co to dla niej, przecież będziemy lecieć samolotem! Zaspani ludzie patrzyli jak na ufo, a młoda w podskokach biegała do gate'u i z powrotem. Polski Bus? Wsiadamy i jedziemy, matka, szybciej, szybciej! A jak jej się Pałac Kultury podobał! Jest jedyną chyba obywatelką Polski, która była zachwycona tym widokiem. Cóż, w domu takiego nie ma, nie?

Po powrocie szaranagajama. Młody się kłóci ze starym, stary z młodym. Młody mi ryczy, że chce do Polski, tam ma przyjaciół i tam ma szkołę po polsku (i ho ho, jakie oceny by tam dostawał!). Stary dostaje szału, bo młody pyskuje i się nie uczy. Młody mówi, że nie będzie się starał, bo tata i tak powiedział, że młody jest idiota. Stary mówi, że oszaleje. Młody prosi, czy bym mogła już nie wyjeżdżać i z nim się uczyć i go przepytywać, bo jak go tata pyta, to zawsze jest inaczej/za mało/za dużo/nie to co trzeba, niż ma się nauczyć i potem dostaje 2,7, jak z geografii.

Weź mnie ktoś do czubków.

novembre

No więc mój mąż miał rower. W czasie przeszłym. Rower, nie mąż. W niedzielę, jak wychodził (sterroryzowany przez kochającą małżonkę) na spacer z Idą, rower stał sobie w rowerowni. Wczoraj w południe młody wrócił na przerwę do domu, i pyta: mama, a tata to pojechał rowerem do pracy? Śnieg, ojciec w koszuli, marynarce, widzę to oczyma wyobraźni, jak on w środku zimy rowerem do pracy. Acha, jasne. Zeszliśmy do rowerowni (piętro niżej, dokładnie pod naszym mieszkaniem) i stwierdziliśmy, że roweru niet.

Zadzwoniłam do małżonka, mówię, co i jak, i że trzeba powiadomić właścicieli, żeby wiedzieli, co się pod ich dachem wyrabia, oraz zgłosić na policję. A czy to jest sens zgłaaaaaszaaaać...? I taaaaak się nie znaaaaajdzie...
A potem to już tylko no ale nie krzycz, czego od razu krzyczysz! i pi, pi, pi. Szlag mnie trafił. Ja rozumiem, że pewnie się nie znajdzie, ale może któreś ubezpieczenie to obejmie, a w ogóle, to jak to, ktoś ukradł, ktoś tu przyszedł, wszedł do naszej rowerowni, i zabrał, co mu się podobało, tak po prostu, i mamy tego nigdzie nie zgłosić? No helloł, no. Mąż dzwonił do mnie jeszcze tego samego popołudnia, że rozmawiał z kolegą z pracy i że faktycznie, żeby zgłosić, bo pewnie się nie znajdzie, ale żeby zgłosić... Rili?

Dzisiaj rano zadzwoniłam na infolinię i pan mnie upewnił, że owszem ubezpieczenie mamy wypasione, ale na rowery powinno być osobne, a my nie mamy osobnego, więc ten. Lżejsi jesteśmy.

Ale z drugiej strony, tak sobie myślę... Rower bardzo mało używany, ile razy mąż na nim jeździł? z dziesięć? dwadzieścia? nie więcej. Wypasiony góral, jakby co najmniej kolarstwo górskie planował trenować. (chociaż może planował, w kwestii sportu mój mąż jest nieustannie na etapie planowania).

Myślę sobie więc, że może po prostu ten rower pójdzie do kogoś, komu bardziej się przyda? ;)

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci