Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Rodzina wychodzi z katarów i przeziębień. Jeszcze dzisiaj zrobiłam sok z buraka, o którym mama sama wspomniała, że podobno taki zdrowy, to niech pije. Bo apteczny wypiła ze dwa razy, ale ciągle zapomina i trzeba jej, jak dziecku, przypominać, a potem Jurek wrócił z dreszczami z pracy, to ona stwierdziła, że nie będzie piła tego syropu, tylko zostawi dla zięcia. Bo wiecie, ostatni w całej Szwajcarii kupiłam i więcej nie ma. Rany boskie. Gorzej jak z dzieckiem, bo ani się nie wydrzesz, ani nie przetłumaczysz, ani w dupę nie dasz. Chociaż z dzieckiem, patrząc po ostatnich histeriach Idy (ja nie chciaaaaałaaaam iść po schodach! Ja chciaaałaaam windą! (na pierwsze piętro, w połowie schodków mi zaczyna wyć)), nie jest łatwiej. Wychodzi na to, że paradoksalnie najłatwiej jest z nastolatkiem. Naprawdę, można osiwieć, zgłupieć i co tam jeszcze kto chce.

Tymczasem u nas wiosna. Dzisiaj +9, słońce, bez wiatru, bardzo przyjemny spacer do sklepu zaliczyłyśmy z Idą. Oczywiście, jeśli nie liczyć darcia się, że ona chce na hulajnodze. W sukience Elsy z Frozen, firanka dalej niż do ziemi, i hulajnoga. Widzę już oczyma wyobraźni rachunek za implanty. Niemniej okoliczności przyrody powolutku robią się miłe.

W weekend planuję, żeby wszyscy już w końcu wyzdrowieli, bo ile można. Trzeci raz przekładam wizytę u dentysty, no nie będę mu przecież prątkować.

 

PS. Za to wylogowywanie w momencie, jak klikasz Publikuj, komuś się należy fiołków pod oczami nasadzić. No naprawdę ;///.

novembre

Nie mam siły. Nie wiem, czy to ciągnące się drugi tydzień moje przeziębienie plus nieprzespane noce z powodu gorączkującej Idy, czy to codzienność mnie tak wykańcza. Młody jest nieznośny. Zachowuje się okropnie, prowokuje, zaczepia, igra z ogniem. A potem, jak matka nie mając innego sposobu na syna oznajmi, że na właśnie zaczynające się ferie młody ma szlaban na komputer, to są pretensje i płacz, bo to przecież matka niedobra, wiadomo. I ciekawostka, nawet małżonek wczoraj chodził za mną, żeby młodemu karę darować, bo przeprosił. No, naprawdę, jestem pod wrażeniem. Przeprosił, łał. Bijmy pokłony. Oznajmiłam, że oprócz żalu za grzechy i obietnicy poprawy, jest też pokuta. Mąż zawinął się i do tematu już nie wraca.

Idka od czwartku chora, gorączka już mam nadzieję coraz niższa, ale jeszcze wczoraj radośnie 39,1, bo czemu nie. Ale na przeciwgorączkowych chałupę roznosi standardowo, więc jest nadzieja w narodzie. Poobserwuję ją dzisiaj, gorączkę mam na myśli, i jeśli nie będzie niższa bez leków, jutro wybierzemy się do przystojnego wujka Andreasa. Niech obejrzy i posłucha.

Wczoraj spotkałyśmy się z tutejszymi matkami Polkami na śniadaniu mistrzyń. Nie widziałyśmy się dawno, jedna wyjechała na dwa miesiące do Polski, druga zaczęła pracować, trzecia w wysokiej ciąży, nie dawało się zgrać grafików. Niemniej pogadałyśmy, nadrobiłyśmy zaległości z własnych życiorysów, umówiłyśmy się na ciąg dalszy. O ile Idy zdrowie pozwoli, może jeszcze pod koniec tego tygodnia.

Młoda w formie po kolejnym leku ogląda bajki. Wystarczy jej włączyć tableta i dalej ona już sama wie, jak włączyć świnkę peppę na netfliksie, a jak układanki i puzzle. A jeszcze nie tak dawno małżonek sam krytykował znajomą, której małe dziecko potrafiło obsługiwać tablet. No, jak tak można, takie małe dziecko! Ha ha ha. Jak to punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ostatnio opieprzył młodego, że chce rano przed szkołą wziąć szybki prysznic. Zupełnie już zapomniał, jak to rano brał prysznic i w samym szlafroku, nie wytarty, wychodził na balkon zapalić. Zimą, przy -15. No, ale jego pewnie grzał dym papierosowy od środka, to nie było ryzyka, że zachoruje. A młody ma się słuchać i koniec.

Kupiłam sobie wampiry po niemiecku i czytam. Wybór padł na tę mało ambitną lekturę, bo po pierwsze znam treść na pamięć, po drugie poziom słownictwa nie jest jakiś strasznie wysoki, więc nawet niekoniecznie muszę sprawdzać w słowniku. Słówko na dziś: unberechenbar - nieobliczalny.

Dobrej niedzieli Wam.

 

 

 

novembre

Po poniedziałkowej jodze wstałam we wtorek rano, biegiem z Idą na przystanek, na lotnisko, bo mama przylatuje... Nagle coś mnie zastopowało. Coś mi nie pasuje, coś jest nie tak. Po trzech sekundach zajarzyłam: nic mnie nie boli! Normalnie się w nocy przewracałam z boku na bok, wstałam bez bólu, nic mnie nie blokowało, nie uwierało. No no no... Strach pomyśleć, co będzie po następnych zajęciach!

Ida dzielnie ćwiczy ze mną, już wie, że idziemy na jogę, bardzo chce i lubi. Poza tym jest tam jedna dziewczynka w jej wieku, więc bawią się razem i rozrabiają. Nie gadają ze sobą, bo Ida po hiszpańsku jeszcze nic, a po niemiecku umie tylko policzyć do pięciu (przedszkole!), ale dzieciom język jest niepotrzebny.

We wtorek przyleciała moja mama. Znajoma pyta mnie, ojej, dlaczego na tak długo? Ja niezmiennie odpowiadam, że oprócz tego, że dla siebie, robię to dla babci i dla wnuczki. Obie są w sobie zakochane, ja się już nie liczę, teraz Ida do babci mówi: babcia, chodź chodź, muszę siku, chodź ze mną! :) - a ja mogę spokojnie siedzieć. Dzisiaj rano Ida pobiegła prosto do babci i mogłam spać do 9!! Szaleństwo.

Młody skończył wczoraj piętnaście lat. Pięt naś cie. To jest zaleta wczesnego macierzyństwa: dziecko stare, a ja wciąż taka młoda! Po licznych zmianach planów, spędził mam nadzieję fajny dzień. Pozwoliliśmy mu wziąć Jokertag, czyli dzień wolny od szkoły. Rano pojechali do Zurychu na shopping, potem tamże na oryginalną włoską pizzę do oryginalnego włoskiego pizzaiolo. Po powrocie do domu McDonald's (zapomniałam spytać, czy zamówili happy meale i czy siedzieli w sali zabaw, jak na party urodzinowe przystało :D). Wieczorem koledzy przyszli do nas, zrobiłam burgery i podałam tort. Rozegrali kilka partyjek w fifę i dzień urodzin się skończył.

A ja niestety przeziębiłam się i trochę jestem nieledwo. Chyba razem z Idą pójdę zaraz na drzemkę, chociaż obawiam się, że tylko mnie nie będzie trzeba do tego pomysłu przekonywać...

novembre

Na jogę mi się zachciało. Znalazłam jedne zajęcia, w centrum, tanie jak barszcz, na dodatek można z dziećmi i te dzieci mają opiekę. W tej samej sali, co matki robią psa z głową w dół, więc wiadomo, że dzieci razem z nimi. Ida wpasowała się idealnie pode mnie z tym psem, śmiesznie to wyglądało, dwa trójkąty.

Zatem. Zachciało mi się na jogę, żeby poznać kogoś nowego i pogadać z tym kimś po niemiecku. Bo z Sarą, to sorry, jak mamy się obie męczyć, zanim ja coś po niemiecku powiem, to po angielsku jesteśmy już dwa wątki dalej (zazwyczaj obgadujemy naszych mężów, którzy mają wiele cech wspólnych i doprawdy plotkować o nich szukając słówek w telefonie... sami rozumiecie.). Przyszłyśmy na zajęcia, przebrałyśmy się, prowadząca zaczyna... po hiszpańsku. Ani słowa nie umie kobieta po niemiecku, no świetnie. Nauczyłam się liczyć do dziesięciu, wiem, jak jest wdech i wydech, ręce, dłonie. Za tydzień na pewno będzie lepiej. Może nie z niemieckim, ale co tam. A w kwestii poznawania nowych ludzi, to spotkałam dziewczyny, które chodziły ze swoimi berbeciami na kulki, tam, gdzie ja z Idą. Wszystkie żony ekspatów i wszystkie swojo- i anglojęzyczne. No, to sobie pogadałam po niemiecku, że ho ho.
Sama joga świetna, chociaż po 40 minutach rozciągania nastąpiło przykre 20 minut normalniejszych ćwiczeń aerobikowych, jakieś brzuszki, skłony itp. A po nich wyciszenie, ale na siedząco, bo podobno dzieci zaczynały panikować, jak matki leżały z zamkniętymi oczami na macie, no i wtedy dupa z relaksu.

Dzisiaj miałyśmy iść z Idą do lokalnego treffpunktu, żeby się pobawiła z rówieśnikami chwilę, ale nagle okazało się, że powitanie słońca, psy i parę innych wczorajszych, bardzo przyjemnych skądinąd i prostych, asan, spowodowało, że bolą mnie plecy i nie mogę się ruszać, a oddychać tylko półgębkiem. Półpłuckiem. Rany, nie spodziewałam się, że aż tak się dałam rozciągnąć! Ledwo z łóżka wstałam. Do tego dodajmy moje postępy na basenie, gdzie desperacko próbuję nauczyć się odważyć przepłynąć metr bez deski, próbuję jedną ręką, potem drugą ręką, deska mi przeszkadza, ale trzymam się jej kurczowo, dopływając do brzegu puszczam deskę i wreszcie płynę radośnie sama, płynę! Te ostatnie 40 cm... Niemniej coś tam sobie rozćwiczyłam w niedzielę, zastany bark daje znać o sobie, ale w sumie to dobrze, to znaczy, że żyję.

Wieczorem jeszcze tylko ścięłam się z małżonkiem, poszło o pierdołę, jak zwykle, bo to nigdy nie idzie o jakieś wielkie rzeczy. Usterki zlokalizowane po wprowadzeniu się nie zostały usunięte, nie są jakieś upierdliwe, no ale są, i co ja zrobiłam w tym temacie i co zamierzam zrobić. Przede wszystkim, nie zamierzam dawać się musztrować, a po drugie, jak sam mi kiedyś poradził, "jak ci przeszkadza, to zrób sam". Oraz poszłam spać po 22. Nie licząc trzech pobudek do Idy i jakichś dziwnych snów przez całą noc, jestem fantastycznie wyspana. Moje plecy!

 

novembre

Jezu jaka wichura. Znowu ponad setka, i mimo, że niby +11, to łeb urywa i pada jakieś coś. Zacina. Zawiewa. W oczy biednemu.

W tych pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnych, zaprowadziłyśmy z Idą mojego zęba do dentysty. Wyszłyśmy z domu i zaraz zaczęło rzucać żabami. Osłoniłam Idę plastikiem w wózku i przytrzymując sobie głowę, żeby nie odleciała, poszłyśmy na przystanek. Po drodze popatrzyłyśmy, jak nam szóstka ucieka, ale co tam. Tu byłyśmy wygrane, bo jest porządna wiata przystankowa. Ledwo wsiadłyśmy, przestało padać i wyszło piękne słońce. Przejechałyśmy całe miasto, wysiadamy, znów leje. Ale co tam, idziemy żwawym krokiem, byle do przodu. I to szybko, bo mam kwadrans i półtora kilometra do przejścia, przez Ren, mostem pod górę, Ida woła, że ona teraz chce oglądać łabędzie. Potem już trochę w dół i pomiędzy domami, i już tak nie urywa. Dobiegamy dwie minuty przed czasem (dzisiejszy jogging zaliczony. W razie, gdybym go chciała zacząć uprawiać, to pierwszy trening mogę śmiało pominąć. O, to zacznę od jutra!). Zdążę akurat z młodą do toalety i odpalić jej bajki na tablecie. Tylko śwince Peppie i jej - nomen omen - wizycie u dentysty zawdzięczam kwadrans spokoju, podczas którego dentysta zakładał mi prowizoryczny kawałek zęba.
Droga powrotna już bez takiej prędkości, ale niebo dawało z siebie wszystko. Śnieg z deszczem, wichura, po chwili wyszło słońce i Ida wpadła w zachwyt: jakie piękne słoneczko! Naprawdę, podziwiam tę jej dziecięcą zdolność do dostrzegania rzeczy pięknych.
Potem jeszcze tylko zakupy, tramwaj, zakupy, tramwaj, Ida zasnęła, w domu zaczęła protestować, że nie, ona nie chce drzemki i nie chce odpocząć! Po pięciu minutach zabawy sama położyła się do łóżeczka i tylko narobiła matce nadziei, bo po chwili wstała i na nowych duracelach szaleje po chałupie.

A mnie po czterogodzinnym spacerku bolą plecy, nie mówiąc o tym, że przez kawałek czekolady będę o parę stówek lżejsza.

novembre

Łakomstwo ukarane.
Jako, że na tygodniu grzechów spożywczych nie popełniam, w niedzielę mam w nagrodę jakiś mały deser, czy co tam chcę. Wczoraj miałam ochotę na kawałek czekolady, z jednym orzechem i jednym twardym ciastkiem zatopionym w czekoladzie. Jednym, go mać. Nie wiem, na którym z nich, ale chrupnął mi ząb. No, po prostu świetnie. Na szczęście odłamało się tak, że dentysta powinien dosztukować kawałek bez większych ceregieli, i mam nadzieję, że nie powie, że znowu korona. Ileż w końcu można być królową w swoim domu.

Młoda poszła do przedszkola. Pierwszego dnia była euforia, została chętnie, nie płakała, bawiła się i w ogóle och i ach. Kolejnego dnia trzymała mnie za nogę i mama chodź ze mną!, zalane łzami. O nie, nie ze mną te numery, Brunner. Ty masz iść do dzieci, ja mam iść zobaczyć, jak chmury wyglądają. Pani zabrała młodą do oglądania królików (króliki są trzymane już chyba tylko do Wielkanocy na pasztet, stare i nieledwo; potem będą małe czarne świnki :)), a ja sobie poszłam. Yasmine, przedszkolanka, mówiła mi potem, że owszem, trochę płakała, ale wszystkie dzieci na początku płaczą i mam się nie martwić. Gdyby ona wiedziała, jak bardzo ja się nie martwię! Aż wstyd. No, ale co poradzę. Młodej się krzywda nie dzieje, odspawać od moich nóg ją trzeba, a przedszkole właśnie za to ma płacone, żeby się dzieckiem zająć. Młoda przyniosła pierwsze arcydzieło, jakieś kawałki koloru papierowego naklejonego na biały arkusz, plus własnoręcznie wykonane korale z pociętych rurek do picia albo igielitowych. Za chwilę będzie miała więcej biżuterii niż matka.

Młody wczoraj zadbał o wspólne spędzanie czasu w niedzielę wieczór, a mianowicie małżonek zalogował się do elektronicznego dziennika i zobaczył, że dziś rano jest klasówka z chemii. Młody nic nie słyszał, nic nie widział, Lernzielów (celów do nauczania, co powinien uczeń umieć do klasówki) na oczy nie widział. W sekundę z telewizora przeniósł się na zeszyt z materiałami, potem matka, zamiast spokojnie oglądać The Crown na netfliksie, robiła odpytkę. Przysłowie ludowe głosi, że głupi ma szczęście, bo młody niemal wszystko pamiętał z ubiegłego roku, douczył się tego, czego nie pamiętał, i obstawiam, że zaliczy.
Przy okazji dzisiaj zobaczyłam, że z geografii dostał szóstkę za aktywność i coś tam jeszcze. Szóstka ma wagę 0,15. Ktoś mi wytłumaczy, na cholerę stawiać oceny ważące 0,1, 0,15, 0,3? Nauczycielką jest jakaś Czeszka i młody twierdzi, podobnie zresztą, jak ja, że pani nie ogarnia tutejszego systemu ocen.

Wieczory małżeńskie spędzamy przed telewizorem, zaczęliśmy już drugi sezon Korony. Kto może, niech obejrzy. Kawałek historii oglądany od środka, z wnętrza pałacu Buckingham. No i Małgorzata, świetnie zagrana, temperamentna dziewczyna. Chyba taki urok dzieci drugich w kolejce do tronu. Podobno Diana na Harry'ego mówiła "ty moja kochana kopio zapasowa'" ;-).

Aaa, no i ku potomności, wczoraj popływałam (wciąż z deską, można się śmiać :)) tak, że poczułam, że hipotetycznie, kiedyś będę w tych miejscach miała mięśnie. Zrobiłam parę długości basenu i porządnie się zmęczyłam. Młody robił swoje długości na głębokim, a tatuś usiłował dogonić córunię, która ostatnio pływa w kole, i pływa tak szybko, tak przebiera nogami, że naprawdę jesteśmy pod wrażeniem. No ale co. W końcu Ryba.

Wczoraj dorzuciliśmy Owsiakowi po przelewie, mbank dorzuci drugie tyle; ciekawe, czy się spodziewali takiej kwoty ;). Zamiast miliona mają przelać siedem. Ale na dobry cel, to niech nie żałują.

To ja teraz do kuchni, bo po trzeciej przyjdzie Sara podrzucić Helenę na godzinkę.

novembre

Młoda znowu nie chce jeść. Ma to pewnie związek z wujową pogodą za oknem, bo przy wietrze ponad 100 km/h niezbyt przyjemnie się wychodzi na spacer, niemniej śniadania potrafi nie zjeść, ulubioną zupą łaskawie da się nakarmić, a i to nie zawsze, pół jabłka na podwieczorek i naleśnik z serem i dżemem na kolację. No szału nie ma. Chyba wrócimy do kolacji pt. jajko na miękko, bo ileż mięsa mieści się w dwóch gryzach parówki...? Mądre poradniki każą się nie stresować, nie pompować atmosfery, podawać dziecku jedzenie normalnie i nic pomiędzy. Ciekawe, czy poradniki były testowane spojrzeniem ze szreka błagającym: jestem głodna! daj mi bułecke! Oszaleć można z tym macierzyństwem, mówię wam.
Mąż szczęśliwie po urlopie wrócił do pracy, wichury mu nie straszne. Młody korzysta z wolnego do końca tygodnia i bumeluje, chociaż już powoli sam próbuje przestawić się na wcześniejsze wstawanie. Tak, aby poniedziałek nie był pobudką w środku nocy.
Teściowa pojechała do sanatorium. Dostała je wcześniej, jako to takie poszpitalne, po operacji barku. Pierwszego dnia nie miała czasu mi odpisać na whatsappie, dziś odpisała, że pozapisywała się na wszystkie wycieczki, spacery i koncerty, że wyda wszystkie pieniądze ale co tam, wszystko bardzo jej się podoba.
I tu zwyrodniała wyobraźnia rzuciła na pierwszy plan moją mamę, która też czeka w kolejce do sanatorium, chyba jeszcze z półtora roku ludzi przed nią. Ale w zasadzie mogę wam napisać, jak będzie wyglądał jej pobyt:
- budynek będzie stary
- winda będzie stara albo nieczynna (w końcu sanatorium, czyli rehabilitacja, nie? :D)
- łóżka będą za niskie i będzie jej trudno wstać, bo ją kolana bolą
- oknem wieje
- jedzenie będzie mdłe i takie sobie
- towarzystwo w pokoju albo bardzo gadatliwe, albo jakieś dziwne
- zabiegi będą straszne, bo trzeba będzie przejść do budynku obok
- oraz zdjąć rajstopy - czyli schylić się, a to boli
- spacery odpadają, bo ją nogi bolą
- wycieczki też, bo ona nie wsiądzie do autobusu, bo stopień jest za wysoko dla niej
- ogólnie "nie no, fajnie było, trzeba było jechać to pojechałam, ale te zabiegi to i tak na pewno nie pomogą".

Ja wiem, to brzmi strasznie, ale jestem gotowa założyć się o co chcecie, że tak właśnie będzie.

Poza tym co. Kończy się dojadanie po Sylwestrze; na drugi raz zrobię im Sylwestra niczym z Kogla Mogla ("Proszę się częstować, jakby co, to doniosę" - powiedziała Kasia Solska podając kilka szklanek słonych paluszków). Została w zasadzie jedna sałatka, kabanosy, których większość zamrożę (kupiłam opakowanie zamknięte hermetycznie, kilo sześćdziesiąt, prawda). Wędliny jeszcze nie kupowałam, ale i amatorów u nas nie ma. Za to jemy już "normalne" jedzenie, płatki owsiane, sałatę czy zupę jarzynową. No, nie tylko, nabój świątecznych słodyczy też jeszcze czeka na zjedzenie... A jak woła! :)

Ubiegły rok miał być moim rokiem, i jak tylko sobie postanowiłam, tak pierdyknęło wszystko po kolei. W tym roku więc nie postanawiam sobie nic na głos; zaplanowałam to i owo w kalendarzu, poza tym wszystkie horoskopy wykopują mnie do pracy i wróżą ogromne pieniądze, więc sami rozumiecie. Zaczynam wysyłać te siwi. (ale wygląda, nie? :D) A, i muszę sobie koniecznie kupić druty! Zachorowałam na robienie na drutach, na fajne swetry, czapki i chusty. Teściowa by mi robiła, ale raz, że jest za daleko, dwa, że oczy jej siadają; mama woli serwetki i obrusy (kiedyś zaproponowałam, żeby wyszydełkowała maleńkiej wtedy Idzie jakąś zabawkę kolorową, to fuknięcie pamiętam do dziś. Czyli znaczy że nie.) To sama się nauczę i będę obdarowywać rodzinę i znajomych swoimi arcydziełami.
O ile w tym roku nie połamię rąk...

novembre

Uf, uf. Dojechaliśmy, wróciliśmy. Pokochałam niemieckie autostrady, za to, że kierowcy jadą, nawet w korku. Jak jest stłuczka na poboczu, to zwalniają do 50, 80, czy ilu tam. Na polskiej autostradzie stłuczka - wszystko stoi. Kierowcy wysiadają na fajkę, mogłam bez problemu wysadzić Idę na siku na poboczu, pełen luz. Przed Wrocławiem 100 km w trzy godziny. Powrotna droga była już dużo lepsza, wiadomo, nie wszyscy wracają w tym samym czasie ze świąt, więc siłą rzeczy było luźniej. Zdecydowaliśmy się nie nocować, tylko jechać, ile się da. Zwłaszcza, że małżonek wyspany, droga dobra, korków niet. Ostatnia godzina była męcząca, ale wypiliśmy po kawie (ja też!! kawę wypiłam!!), zimne powietrze nas otrzeźwiło, poza tym Idunia córunia jendoliła, że ona chce do domu spać. A pod blokiem, o 4 rano, zażyczyła sobie kolację, paróweczę z chlebkiem, i była wielce rozczarowana, że matka nie szykuje pełnej kąpieli, tylko szybki prysznic...;)
W Bawarii złapał nas śnieg; towarzyszył nam przez ponad godzinę drogi, i tu pochwała samochodu. Miał wszystkie możliwe bajery, kontrolę trakcji, zwalnianie, kiedy ten przed nami zwalniał, ciężki pedał gazu przy większym śniegu itp. Sam się prowadził. Wystarczyło tylko mieć otwarte oczy, bo jakieś cwane czujniki wyłapywały zmęczenie kierowcy i życzyły przerwy na kawę ;). Tak naprawdę więcej stresu przysporzyła mi wymiotująca młoda, niż droga. Niestety jedyny sposób, żeby nie wymiotowała, to nie dać jej jeść, a już broń Boże w samochodzie. Ale spoko, małżonek kupił jakieś cudo na orlenie i wyprał tapicerkę; ja wyprałam fotelik i git.

Same święta miłe, gwarne, rodzinne, ciepłe i jak zwykle za krótkie.

Sylwester w domu. Młody wybył do Vanessy, Idka padła przed 22, a my zalegliśmy przed telewizorem. Nie bardzo mogliśmy znaleźć coś fajnego ani w tv, ani na netfliksie. Stanęło na "Masz wiadomość", którego nie znałam, do momentu, aż sobie przypomniałam, że jednak kiedyś już to oglądałam, i to pewnie nie raz. Ach, ta moja pamięć do filmów.

Fajerwerki obejrzeliśmy w telewizorze; z naszych okien nie widać kompletnie nic, słychać jedynie huk petard. Oraz pobliskich kościołów, które z okazji powitania Nowego Roku, nap... dzwoniły kwadrans przed do kwadransa po. Ale spoko, przynajmniej nie przespaliśmy północy.

Stary rok skończył się beznadziejnie. Po powrocie napisałam do sąsiadki, że jesteśmy i że możemy już odebrać klucze do mieszkania i listy, przy okazji zapytałam, czy wszystko ok, jako zawoalowane pytanie, jak się ma trzecia córa. Otóż trzecia córa... po prostu serduszko stanęło, dzień przed porodem. Nawet nie wyobrażam sobie, jakie mieli święta :(. Najstarszej, pięciolatce, powiedzieli, że niektóre dzieci wybierają bycie gwiazdką na niebie; młodsza, dwuipółlatka, nie dopytuje. Przyszła wczoraj Sara z dziewczynami na kawę, zużyłyśmy masę chusteczek i parę kieliszków wiśniówki. Straszne to. 

Mam nadzieję, że Nowy zatrze to wrażenie po poprzedniku. Chociaż obawiam się, że co roku tak piszę...

novembre

Pięć dni do Wigilii, trzy do wyjazdu. Nawet Ida odlicza. W niedzielę powiedziałam jej, że jeszcze pięć nocek i jedziemy, a ona zrozumiała, że już, jak tylko zje kolację. Zatem zjadła kolację i pojechała do kąpieli... i w ryk. Ona chce do babci i ona chce do babci, teraz, zaraz, już! Niedziela wieczór, nie ma za bardzo atrakcji do zapewnienia dziecku o tej porze, oprócz wizji pójścia spać, ale to docenia się w starszym niż trzy lata wieku. Na szczęście na poniedziałek zapowiadali opady śniegu, więc udało mi się odwrócić jej uwagę od jazdy do babci. Co nie zmienia faktu, że odlicza, zostały już trzy paluszki. Tęskni.
I wciąż nie wiemy, o której godzinie ruszamy. Wysłałam odwołanie do szkoły w sprawie wolnego piątku dla Piotrka, i jeszcze czekamy. Jeśli nie, to cóż, jak co roku, młody rozchoruje się na ostatnich lekcjach i tyle. Chociaż naprawdę wolałabym ruszać o 6 rano niż o 12. Ehhh.
Miałam się nie denerwować, kortyzol mi wyszedł za wysoki, za dużo stresu podobno. Ciekawe, od czego, niech pomyślę.
A propos myślenia, to (uwaga, uwaga, nie zdarza się to często), przyznałam rację mężowi. On twierdzi, że pojedzie sam i nie potrzebuje mnie za zmiennika. Na początku tłumaczyłam, że w razie czego, że szybciej, że to, że tamto... Przestałam. I tak będziemy nocować gdzieś po drodze. Poza tym, ja będę miała na głowie Idę, która po 10 minutach spyta, czy jesteśmy już na miejscu, po 20 zacznie płakać, Jurek będzie się wściekać, że chce mieć ciszę i spokój, a ja będę jako ten kwiat lotosu, oczywiście, bo kortyzol. No i jak w połowie drogi Jurek stwierdzi, że on by się może przespał, a ja poprowadzę, to ja będę super hiper mega wypoczęta, prawda. No więc, chce jechać, niech jedzie. W końcu to tylko dwa razy siedemset kilometrów, parę godzin korków w Niemczech i pewnie niewiele lepiej na polskich bramkach. Chyba, że z okazji świąt, będą tak witali emigrantów, że otworzą ;p.
Postanowień noworocznych nie robię, bo co z tego, że robiłam, skoro życie postanowiło mi pokazać, co ja sobie mogę postanowić. Aż się boję sobie postanowić dożyć do następnego sylwestra.
Prezenty spakowane, przynajmniej te kupione tutaj. Większość kupowałam przez polski, że tak powiem, internet. Taniej, parę szybkich klików, wir na koncie i tylko mama za posłańca chodziła na pocztę odbierać przesyłki. Ale blisko ma, a spoko, spacer jej się przyda.
Odkopałam ostatnio Rudolfa Czerwononosego i włączyłam dzieciom; Piotrek uwielbiał jako dzieciak. Zaczęli oglądać obydwoje, Idka po parunastu minutach odpadła, ale Piotrek obejrzał całość, czym mnie szczerze ubawił. Ale, jak twierdził, bardzo lubił i lubi Rudolfa, więc dlaczego miałby go nie obejrzeć? Bo ma już prawie 15 lat? Co to za argument, tatuś ogląda królika Bugsa, więc o co chodzi.

No to co, kochani. Jakby co, to mnie proszę skremować, przeszczepić, co tam się komu przyda, bo jakoś czarno widzę tę podróż. Ale jak to mówił któryś z mędrców, pasmatrim, uwidim.
Wesołych Świąt!!

 

novembre

Piątek, a ja jeszcze wtorku nie skończyłam.
Młoda zapisana do Spielgruppy, na dwa przedpołudnia w tygodniu. Nie wiem, jak ona, ale ja się już nie mogę doczekać. Trzy godziny wolności! Pierwsze dni chyba przesiedzę sama w jakiejś kawiarni, croissantem zagryzając herbatę i po prostu patrząc na ludzi. Na dorosłych.
Napisaliśmy do szkoły prośbę o zwolnienie Piotrka z dwóch ostatnich dni przed świętami, żeby wcześniej ruszyć w drogę; w tym roku nie lecimy samolotem, bo ceny biletów dla czterech osób nas niemal zabiły. Za jedną czwartą ceny wynajęliśmy samochód, co tam, że 1500 kilometrów, nocleg po drodze, jęcząca Idka, nieznana trasa i korki na autostradzie. Szwajcarzy widać nie takie rzeczy ze szwagrem po pijaku robili, bo zgody szkoła nie udzieliła. Uzasadnienie: bo nie. Efekt będzie taki, że dojedziemy w sobotę wieczorem do mojej mamy, czyli 23. grudnia, wigilia, pierwszy dzień świąt i drugiego dnia rano pojedziemy do teściowej. 29. grudnia ruszamy z powrotem, żeby 30 dotrzeć do domu, oddać samochód i zalec na kanapie z szampanem i kabanosami. Po cichu myślałam, że może zostawimy dzieci same i wybierzemy się do jakichś znajomych, ale zanim zdążyłam zwerbalizować i zwizualizować, jak by to było pięknie, młody spytał, czy on w tym roku też musi spędzać z nami Sylwestra, bo może z Vanessą u Vanessy, a może u kolegi tu niedaleko... Acha, no to jużeśmy poszli. Chyba, że zrobimy party z dziećmi, ale co to za party z dziećmi... Eh, trudno, mamy jeszcze parę seriali do obejrzenia na netfliksie.
Młoda właśnie podeszła do mnie i poprosiła o coś nowego. Zupełnie, jakby czytała książkę o rozwoju dzieci: "trzylatki uwielbiają magiczne słowa: coś nowego, niespodzianka". Mam na nią póki co niezły sposób, bo zawsze odbijam piłeczkę, że jak chce coś nowego, najpierw musi posprzątać coś starego. Ida zaczyna sprzątać zabawki i tak się nimi zajmuje, że o czymś nowym zapomina.
Wczoraj zrobiliśmy z młodym przegląd jego szafy. Efekt jest taki, że po spakowaniu ubrań za małych, młody został z czterema t-shirtami, dwiema bluzami itp. Pół roku temu, po zimowym przesileniu, też tak było ;). Na szczęście młody wymagający nie jest, tzn on może mieć tylko dwie bluzy, jeśli to będą bluzy, które on wybierze i które mu się podobają; wiadomo, przez nas wybranych może nie założyć, jeśli mu się nie podobają, nawet gdyby były ostatnie na świecie. Póki co zamówił sobie na zalando jakieś bluzki, więc jest szansa, że nie będzie tak całkiem świecił golizną w święta.
Znowu zapowiadają u nas opady śniegu. Po ostatnich prognozach, w poniedziałek poleciałam do sklepu po śniegowe spodnie dla Idy, po czym od razu zmienili prognozy z -2 na +9.
Oraz muszę do francuskiego lidla, bo lada moment rodzina się zdziwi, że przecież były wieszane czekoladki na choince, i gdzie one teraz są? (w zasadzie mogłabym im powiedzieć, gdzie, ale nie będę się wyrażać).
W ramach Mikołaja, parę dni temu kupiłam sobie szminkę. Trochę jaśniejsza od tego, czym uparcie chce mnie malować małżonek, taka śliwka. Ładna, podobała mi się. Niestety, albo w sklepie, albo w drodze do domu, zgubiłam ją. Może się wysunęła z kieszeni, może zostawiłam ją na pasie do pakowania, cholera wie. Eh, trudno. Chodziłam wkurzona cały wieczór, nie, że tyle kasy straciłam, bo trzy franki to jeszcze nie jest rozpaczliwa strata, tylko dlatego, że chciałam się umalować na spokojnie w domu. No nic.
Wczoraj poszłam znów do sklepu, odkupić szminkę. Stanęłam przed stoiskiem - wiem, która marka, wiem mniej więcej, gdzie leżały te konkretne - i... żadna mi się nie podobała. Kurtyna, oklaski, brawo ja.
Wybrałam w końcu jedną, która ostatecznie mogła być i w domu okazało się, że to dokładnie ta, że to ten odcień, który kupiłam sobie na Mikołaja.
Wieczory spędzam przy komputerze, zamawiając prezenty dla rodziny, mama tylko chodzi na pocztę i odbiera. Dzisiaj ma dwie paczki z poczty do odebrania i ma przyjść kurier z kolejną, paczką, nie pocztą. Święta, panie. Jeszcze dwa tygodnie.

novembre

Niedziele ostatnio upływają nam zgodnie z ustalonym, przyjemnym planem. Wstać niestety trzeba 9-10. Szczęśliwiec, który rano wstaje do Idy odlicza sobie godzinkę, ale ostatnio ja rano ją ubieram, daję śniadanie i włączam bajkę, a po chwili wstaje do niej Jurek, który jako że na tygodniu wstaje 5:50, to w weekend nie śpi dłużej, niż do ósmej. Praca wyregulowała mu poranki, no i wiek robi swoje ;p.

W okolicy 10-11, zależy, o której wstanie młody, idziemy na basen. I o ile wstanie sprawnie i nie sabotuje na każdym kroku moich próśb, dzień można zaliczyć do udanych. Jeśli mamy drobną różnicę zdań, ja rzucam kluczami, zdejmuję buty i oświadczam, że nigdzie nie idę, Jurek bierze młodą i wychodząc z nią przed blok daje młodemu zadanie, spowodować, żeby mamusia jednak poszła. Acha, powodzenia. Niemniej dzisiaj obowiązywał ten pozytywny scenariusz, bo młody chciał ja najszybciej iść do Vanessy, więc wiedział, że brak współpracy mu się nie opłaca.

Dziś na basenie nie założyłam Idzie rękawków, bo i tak z jednego schodzi powietrze, muszę dokupić drugi komplet. Basen płytki, 60-80 cm, rzucaliśmy sobie piłkę, dziecko się zapomniało, skoczyło w wodzie, podkurczyło nogi i okazało zdziwione spojrzenie, spod powierzchni wody, na matkę, że jak to. Wyciągnęłam, pouczyłam, że nie skaczemy, dziecko skoczyło jeszcze raz. Tym razem głowa została jednak ponad wodą.

Po basenie obowiązkowy spacer, albo do piekarza, na kawę, herbatę, czekoladę, bułkę, co tam kto woli, albo, jeśli jak dziś, piekarz już się zamykał (tak, tak, dobra zmiana w Szwajcarii pozamykała sklepy w niedziele już dawno temu, mać), poszliśmy do Migrosa po kilka niezbędnych drobiazgów (co ciekawe, oficjalne Migrosy są w niedziele zamknięte, natomiast Migros-Partner, czyli franczyza, ma utarg podejrzewam jak z dwóch sobót; kolejka non stop. No i piwo i fajki mają, w przeciwieństwie do poprawnych migrosów zwykłych).

Pogoda fajna, minus dwa, piękne słońce, zero wiatru, więc przeszliśmy się piechotą do domu te niecałe trzy przystanki. Dotleniona młoda padła spać, ja przygotowałam obiad pt. wspomnienie wczorajszego dnia (pamiętacie Jetsonów? To chyba ona, albo Wilma Flinston, jedna z nich, serwowała takie danie :D). Zatem u nas dzisiaj było wspomnienie wczorajszego dnia połączone z czyszczeniem lodówki; każdy wykończył to, co lubił i co trzeba było wyjeść. W ten sposób o 14 było już po obiedzie.

Mąż ogląda biathlon (chrrr... chrrr...), młody u Vanessy, Ida śpi. Nastawiłam chleb. Zagniotłam ciasto na kruche ciasteczka, po południu będziemy z młodą wycinać. Wieczorem, jak Piotrek wróci, ubieramy choinkę.

Wczoraj byliśmy na naszym wiejskim kiermaszu świątecznym, Ida była zachwycona choinkami (Halinka!), światełkami, bombkami. Rodzice bardziej zachwycali się grzanym winem i raclette (uwielbiam. Gdyby żółty ser odchudzał, byłabym najszczuplejsza w całej wsi).

Ufff. Dotleniłam się i trochę poruszałam dzisiaj. Pływam sobie z deską na tym mniejszym basenie. Luz, nikt się nie śmieje na mój widok, a nie chcę zajmować miejsca na głębokim basenie ludziom, którzy przyszli machnąć 50 długości.

Jeszcze godzina wolnego, zanim Ida wstanie i zanim skoki w telewizorze. To co, to może drzemka?

novembre

Dzień dobry dzisiaj.
Rano mąż dał pospać i wstał do Idy bladym świtem o wpół do ósmej. Ja niemal trzy godziny później; rozpusta. Wstałam do śniadania, mąż poleciał po kwiatki i eklerki - jako, że parę dni temu miałam urodziny, na imieniny poprosiłam o eklerki, na które miałam ogromną ochotę od dawna, ale jakoś nigdy nie składało się, żeby zaszaleć i sobie kupić. Mąż przyniósł osiem, oraz kwiatki :).
Malując się stwierdziłam, że koniecznie muszę sobie kupić kredkę do oczu, poszliśmy więc na spacer. Ze sklepu wyszłam z kredką, szminką, konturówką i paroma jeszcze drobiazgami. Jak to kobieta na stoisku z kosmetykami :).
Wpadł gość kupić wystawiony na tutti.ch pistolet NERF. Młody zadowolony, wzbogacił się o 10 franków.
Po południu udaliśmy się do znajomych Polaków na kinderbal. Jubilat skończył pięć lat, był tort i dekoracje na motywach ciasteczkowego potwora. Dzieci się wybawiły, matki nagadały, ojcowie również - przeważnie w podgrupach, ze względów lokalowych. Matki z dziećmi w jednym, ojcowie w drugim.
Ida zajęta była przez większość czasu warsztatem Jasia. Jaś ma stół z młotkami, śrubami, śrubokrętami itp. Wszystko drewniane. Imadło też jej się bardzo podobało. Jakaż to odmiana od korony i królewnowych motywów!
Po kinderbalu zrobiłam obiado-kolację, pieczona ryba, ziemniaki i surówka z czerwonej kapusty. Miała być z kiszonej, do ryby, ale zapomniałam kupić. Ziemniaki to rarytas, nie lubię ich obierać, najczęściej piekę razem z kurocyckami, krojąc w łódeczki i zostawiając łupiny.
Ida po raz drugi w życiu ominęła drzemkę; kimnęła się 10 minut w drodze na imprezę i trochę lewitowała w drodze powrotnej. O 20:15 zażyczyła sobie kończyć kąpiel i padła spać, tylko dwa razy wołając mnie na siku oraz inne życiowe problemy (nie wiem, co chcę, ale przyjdź do mnie i każ mi już spać. I tak co chwila.)
Teraz jest już wieczór, jestem wykąpana, mam wymalowane paznokcie - suszę je na klawiaturze komputera; ewentualnie jeszcze książka jest dobra. Mąż się nabija, bo dał mi kiedyś lampkę do komputera włączaną na USB i ta lampka świetnie się sprawdza, gdy maluję przy komputerze paznokcie.
Popijam grzane wino, zaraz obejrzymy jakiś serial. Przed nami jeszcze niedziela, basen, pizza w wykonaniu mojego męża oraz po południu słodkie lenistwo, bo ma rzucać żabami. No chyba, że spadnie w końcu śnieg, na co się odgrażają już od paru tygodni...

A propos malowania paznokci - małżonek ostatnio zaczął mnie namawiać na trochę ostrzejszy makijaż. Rzeczywiście, nie maluję się za bardzo, podkład, brwi, rzęsy, róż (nie pomoże puder róż, kiedy panna stara już...), i tyle. Paznokcie - tylko u stóp; to robota głupiego dla mnie, malować paznokcie u rąk czymkolwiek powyżej odżywki. Po 12h zaczyna odpadać, ścierać się. A ja muszę mieć albo 100%, albo nic.
Przy okazji jakichś zakupów sklepowych, poprosił, żebym umalowała się.. fioletową szminką. Głuchy na moje sugestie, że Halloween właśnie się skończyło, obstawał przy swoim. Dla świętego spokoju umalowałam się jakimś oberżynowym testerem i wyszłam ze sklepu straszyć ludzi.
Mężowi bardzo się podobało.
Dzisiaj na zakupach przypomniał się ze swoją fanaberią, ja nie wiem, może jakaś koleżanka w biurze tak się maluje i jemu się podoba, no nic. Umalowałam się kolejną, szminką, nie koleżanką, i stwierdziłam, że skoro tak się upiera, niech ma. W końcu to on mnie widzi, a nie ja siebie.
Na kinderbal użyłam szminki (Catrice Ultimate Matt Lipstick 040 Dramatic Lilatic), dzieci się na szczęście nie wystraszyły. Teraz dorabiam sobie paznokcie, w kolorze głębokiej śliwki, ale chłop, umówmy się, różnicy w odcieniu nie wychwyci. A szminka nie jest na ustach taka trupio fioletowa, na szczęście, trochę własny pigment ratuje sytuację, więc nie jest źle. Podpytałam koleżanki matki Polki na kinderbalu, potwierdziły, że na randkę albo na imprezę jest jak najbardziej ok, natomiast po bułki do migrosa może niekoniecznie. Obiecałam, że nie będę straszyć pań kasjerek w migrosie niczym powyżej różowego błyszczyka.
Jeszcze tylko muszę poszukać jakichś matowych cieni, bo do matowej szminki to chyba matowe cienie? Droga gosiu? Pierwszy raz w życiu mam matową szminkę, jak to się nosi? Chyba sobie zapodam jakąś paletkę w kolorze nude. I pójdę do youtube'a na kurs makijażu. Nie nadążam za tą modą!

novembre

Taki psycholog w poradni to ma przerypaną pracę. Przychodzi człowiek, opowiada, odpowiada na pytania, często niewygodne, ryczy, smarcze, użala się nad sobą, no kupka nieszczęścia jednym słowem. A psychourzędnik twardy musi być, nie miętki, profesjonalny, trochę się owszem, pożałuje, trochę pokaże, że może jednak z tej sytuacji, wbrew wszelkim podejrzeniom, jest jakieś wyjście, ale nie zbyt jaskrawo, zasugeruje tylko gdzieś na brzegu, mimochodem. Człowiek smarka nos w chusteczkę, stwierdza, że rzeczywiście, być może, gdzieś tam, kiedyś, ktoś inaczej spojrzał na ten problem i być może we wszechświecie istnieje nań rozwiązanie. Ściera człowiek z nosa i oczu nędzną resztkę makijażu, stwierdza, że póki co woda w Renie jednak za zimna, i wraca do domu, obiecując solennie przemyślenie wykonania kolejnego kroku. Małego dla ludzkości, ale wielkiego dla jednostki. Do przodu.

...a potem dzwoni małżonek, i chce wiedzieć, jak było, fajnie? takie wizyty naprawdę mogą pomóc, człowiek sobie pogada, pogada, i potem taki w dobrym nastroju stamtąd wychodzi, i od razu jest lepiej...

Y-y.

A tak serio, to taki psycholog musi mieć bardzo mocną barierę psychiczną, żeby nie wchłaniać tego całego szlamu zrzucanego przez pacjentów. Brrr...

novembre

Nie bardzo wiem, co napisać. Radość życia gdzieś mi się zawieruszyła. Po dwudziestu latach dorosłego życia, starania się, bycia dzielną za nas oboje, załatwiania, przeprowadzania, remontowania, pilnowania, organizowania... skończyło mi się paliwo. Wystarcza tylko na podstawowe czynności.
Ale spoko, wciąż jeszcze wstaję co rano, ubieram się, maluję coś na twarzy i staram się to minimum wykonywać.

 

 

novembre

Październik minął, i nareszcie. Dotychczas zawsze tak było, że jesień była dla mnie sprzyjającym czasem, spokojem, wyciszeniem, poukładaniem, podsumowaniem i zbieraniem sił przed kolejną wiosną. Ostatnie lata, chyba te od wyprowadzki z Polski, starają się udowodnić mi, że ależ skąd, jaki spokój. Dwa lata temu i rok temu depresja małżonka, rok temu dodatkowo non stop fajerwerki z młodego szkołą. Nie mam takiego czasu, żebym mogła odetchnąć i stwierdzić: no dobrze, poukładane, jest chwila luzu, mogę zająć się sobą. Zawsze coś. Może to kwestia pojawienia się na świecie Idy? Dwudziestu lat już nie mam, kondycja nie ta, a panienka cierpi na nadmiar energii, nudy z nią nie ma. Do tego, jak to ładnie określają, siedzę w domu (każdy, kto widział Idę chociaż przez pięć minut, roześmieje się w głos na kombinację słów Ida oraz siedzę). Poszłabym do pracy, nawet bardzo chętnie, ale jest we mnie ogrom wątpliwości, strachu i niewiary w siebie. Bo. Co, jak Ida będzie chorować? Co, jak będę zarabiać tylko na waciki - albo i nie, po odliczeniu przedszkola? Co, po pierwsze właściwie, jeśli nikt tu nie będzie chciał mnie zatrudnić? W Polsce moja praca opierała się głównie na gadaniu, kontaktach z dostawcami, klientami, a tutaj... szkoda gadać. Gdyby jeszcze oni mówili jak ludzie, po niemiecku, byłoby to do ogarnięcia. Ale nie, oni muszą w dialekcie. Wspólnego z hochdeutschem to ma tyle, co polski z czeskim. Eh.

Młody w październiku dowalił, jak tylko mógł; w szkole jest bardzo ładnie, nie na darmo większości tematów uczy się drugi raz, prawda, może błyszczeć i robić za gwiazdę. Natomiast "nadrabia" zachowaniem w domu, pyskowaniem, a czasami po prostu treść jest ok, ale ton jego głosu sprawia, że czuję w żyłach adrenalinę, i aż się młody prosi. No, ale przecież nie będę nastolatka tłukła. Chociaż może by się przydało czasem.

Małżonek stara się, jak może, ostatnio mi powiedział, że trzeba Piotrka pilnować ze szkołą, bo przez ostatnie dwa lata był puszczony samopas i proszę, jakie były efekty. Stanęły mi w oczach te wszystkie popołudnia spędzane na odpytywaniu młodego z chemii, biologii, tłuczenie reguł gramatyki francuskiej, znienawidzona przeze mnie historia, te wszystkie jego wzloty i upadki, zakończone spektakularnym brakiem 0,037 do średniej, żeby zdać. Ja rozumiem, że koniec końców nie zdał, ja rozumiem, że mąż w pracy nie widział, jak my spędzamy popołudnia, ale - samopas...? Naprawdę? Aż takiego wsparcia się nie spodziewałam. Chociaż może trzeba było.

Po raz kolejny - i myślałam, że ostatni - w życiu, o ja optymistka, przeszłam na dietę, taką do końca życia, zdrową, zbilansowaną i och i ach. Schudłam trzy kilo, i dupa. Pozostałe dwadzieścia radośnie jest i nie ma zamiaru mnie opuścić aż do śmierci. Prosty wniosek, najwierniejszy kobiecie jest jej tłuszcz na udach. Nie mam już siły; za nieco ponad pół roku ślub i wesele brata, za rok przekręca mi się licznik, jeśli nie teraz, to kiedy? A z drugiej strony, coraz częściej dopada mnie refleksja: a po co? a jeśli jutro wpadnę pod samochód, to czy warto się tak dzisiaj zarzynać? Na świecie jest siedem miliardów ludzi, no nie mogą mieć wszyscy super poukładane i jeszcze zdrowo pod deklem. Może ja jestem w tych drugich?

 

Konia z rzędem temu, kto wyłapał, o co mi w tej notce chodzi...

novembre
Wczoraj.
Piotrek zaczyna lekcje 9:30, ale poprzedniego wieczora zapowiada, ze chciałby iść godzinę wcześniej, spotkać się z kumplami.
Do Jurka jest wersja: z koleżanką.
Prosi, żeby obudzić go wcześniej, bo on musi wziąć prysznic i jeszcze skoczyć do sklepu.
Po kwiatki.
Yyy... urodziny... no, coś w tym stylu. Prawie.
Kupuje 10 czerwonych róż (w komplecie), jedną zostawia Idzie, bo wiadomo, daje się nieparzyste.
Z 9 różami idzie do szkoły - godzinę przed czasem.

Dzisiaj.
Młody dostał 4,5 z klasówki z biologii. Bardzo ładnie, pochwaliłam go, podobno trudne było, a umówmy się, cieszą nas wszystkie pozytywne oceny. Klasówka była z metod antykoncepcji, omówienie, wskazania, przeciwwskazania, wskaźnik Pearla, takie tam. Nudy.
Wrócił ze szkoły, gadamy, opowiada mi, jak mu minął dzień. 
Poruszam temat bierzmowania; jego rówieśnicy w Polsce w tym lub przyszłym roku przystępują do bierzmowania, jego to ominie na miejscu, ale jeśli chce, mogę się dowiedzieć w Polskiej Misji Katolickiej w Bazylei, czy przygotowują i przeprowadzają (bo chrzty i komunie owszem). Piotrek dopytuje, do czego jest to potrzebne, czy ewentualnie może przystąpić później, tak sobie myśli na głos i w pewnej chwili słyszę:
- ...bo w sumie to nie wiem, ale może Vanessa kiedyś chciałaby wziąć ślub kościelny...

Tak, tak. Mój syn od wczoraj ma status na facebooku: w związku.
 
 
 
 
 
 
Ratunkuuuuuuuuuuuu!
novembre

Siadam do komputera, napisałabym notkę. Ale o czym? Nie bardzo jest o czym, nic się nie dzieje. No, bo ile można pisać, że pogoda, że Piotrek, że Idka... w kółko to samo. Młody w szkole zbiera szóstki i tróje, młoda ostatnio smarka i dwie noce spędziłam na dywanie koło łóżeczka. Hitem była wczorajsza noc, kiedy to Idzie coś się śniło i wołała: nie dziewczynka! Idy plac zabaw! Czyli mózg tam sobie robi defragmentację dysku i wyrzuca co poniektóre przeżycia na wierzch. Swoją drogą, pamiętacie defragmentację dysku? Się robiło, żeby był porządek, i tak fajnie te kwadraciki się przesuwały, mogłam na to patrzeć jak na pingwiny cesarskie w zoo.

A propos spania, Ida oświadczyła, że już jest wieczór, ona je kolację, idzie się kąpać i idzie spać i wszyscy idą spać, a mama to będzie spała na kocu obok Iduni łóżeczka. No może jednak już nie, co? ;)

Siedliśmy parę dni temu do komputera z mocnym postanowieniem zakupu biletów na święta. Jakoś nigdy nie przyszło nam do głowy sprawdzić, od kiedy można bilety kupić, tzn. na ile do przodu, zawsze braliśmy się za temat w październiku. Siedliśmy, ustaliliśmy daty... taaa... taaa... Po pierwsze, ostatnio dzieci nam urosły, Piotrek się już liczy jako dorosły, Idka też, nagle zrobiły się cztery bilety do kupienia. Po drugie, wizzair excusez le mot ocipiał, bo bilety są po 266 franków tam i niewiele taniej z powrotem. Sezon świąteczny kończy im się 9. stycznia, Piotrek ma szkołę od razu, Trzech Króli jest u nas pracujące. Dodając do biletów koszt wynajmu samochodu, bo jakoś trzeba wszędzie dojechać, wyszło nam coś około 2k franków. Hoł hoł hoł, wesołych świąt! Po intensywnej burzy mózgów, przeanalizowaniu różnych dziwnych rozwiązań typu pociągi, lot ja z Idą wcześniej, chłopaki później, my wizzairem, oni swissem, tu potrzebny hotel w Zurychu, tam już nie ma biletów, tu jeszcze są, i tak dalej, i tak dalej, zdecydowaliśmy, że bierzemy samochód z wypożyczalni i jedziemy samochodem. Wliczając paliwo na pewno zmieścimy się w tysiącu. Trochę tylko osiwiałam na myśl, że 1400 km, że Ida, że śnieg, który wbrew temu, co twierdzi małżonek, pada również na autostrady, że nie wiem, co jeszcze... No, ale co. Ludzie jeżdżą i żyją. Mam nadzieję, że my też ;).

novembre

Słuchajcie, masaż, masaż mi dali! Na tej fizjoterapii. Idę sobie tam, kładę się, a Frau Helga masuje mi plecy, delikatnie uciska, rozciąga, ale tak robi, żeby było przyjemnie. A ja leżę i się poddaję, żeby nie powiedzieć, oddaję. Później jeszcze dostaję ciepły okład na plecy i leżę pod kocykiem, i kiedy już powoli odpływam, bo ciepło, rozluźniona, kocyk i te sprawy, właśnie wtedy dzwoni minutnik i pani zaprasza na kolejną wizytę. Przyjdę, pewnie, że przyjdę!

Córka mi właśnie urządziła awanturę, bo tęcza zniknęła z nieba, a ona chce tęczę! Mama, poproszę tęczę, maaamaaaaa! I weź nie daj, człowieku. Póki co zapodałam akwarele i młoda smaruje kolejne tęczowe arcydzieła.

Umalowałam wreszcie paznokcie u stóp. Nieaktualnym, letnim kolorem łososia, przepraszam, nie zdążyłam latem tego zrobić. Tu już pora na zimowe burgundy i fiolety powoli nadchodzi.

Sprzedałam głęboki wózek po Idzie, hurra! Sąsiadka, której za chwilę urodzi się trzecia dziewczynka (5 - 2,5 - noworodek, dziękuję za taki miks), odkupiła ode mnie za niewielkie pieniądze. Od razu luźniej w piwnicy.

Jutro rano zakupy, potem robimy nic, w niedzielę ambitne plany wstać o 7 na GP Japonii, potem basen, potem kontynuujemy leżenie do góry brzuchem. Trzymajcie kciuki za powodzenie naszych planów.

novembre

Poszłam do lekarza, bo tu mnie strzyka, tam mnie łupie, wiecie, jak to jest; wiek zobowiązuje. Z prawej strony pod żebrami. Dr google mówi: woreczek. (albo rak, aids lub toczeń). Lekarz mówi: woreczek. Pani przyjdzie na usg, obejrzymy. Na usg... nic. Obejrzała mi wszystkie podroby, swoją drogą, przyzwyczaiłam się, że jak idę na usg, to oglądamy dziecko, a nie kamienie. Dziwne uczucie. Trzeba się przestawić. No ale, jakie kamienie. Woreczek pusty. Podroby ładne, nerki, trzustka, nic tylko wystawiać na allegro. Lekarka myślała, myślała, no bo jak to tak, bez diagnozy wypuścić pacjenta, skoro boli, a nic nie ma (oprócz hipochondrii, ale tę najtrudniej zdiagnozować; trzeba najpierw wykluczyć wszystkie schorzenia; jak widać jestem na początku tej drogi). I wymyśliła, że nerwy. Nerwobóle, w sensie. Lecą od kręgosłupa pod żebrami do przodu i bolą. Zwłaszcza, że od ciepłej kąpieli się poprawia. Dała przeciwbólowy na noc i skierowanie na rehabilitację. Podobno nawet jest niedaleko ośrodek, gdzie w jednej sali wykańczają matki, a drugiej, żeby było do rymu, dziatki. Zadzwonimy, zobaczymy.
Chociaż chyba trzeba głowę zacząć leczyć, bo właśnie postawiłam przed Idą mój kubek z herbatą, a sobie zostawiłam plastikowy kubeczek. Nic mnie nie zastanowiło, dopóki Ida nie powiedziała, ooo, mamy herbata! Eh.

Mąż mi na okoliczność lekarza podniósł ciśnienie, ale to dobrze, niskie mam, a kawy nie lubię; będzie mi się lepiej żyło. Otóż dostałam od niego garść porad, jak i co mam chodzić, siedzieć, ćwiczyć, ruszać się, zapisać na fitness ("gdybyś chciała w sobotę rano, to ja z Idą zostanę" "- w soboty rano to ty miałeś na wycieczki rowerowe jeździć, nie wypominawszy..."; poza tym, dziękujemy ci, o wasza wspaniałomyślność). Oraz moje ulubione - w samochodzie oparcie pionowo. Pomijam, że samochodu nie mamy i jeździmy raz na kilka tygodni na zakupy, a ja nie jestem taksówkarzem z chorobą zawodową, ale. Kiedyś, jak padł na korzonki, lekarka doradziła mu, żeby oparcie prosto i blisko (brawo bezpieczeństwo). Kurna, osiem miliardów ludzi na świecie i tylko mój mąż tak siedzi. A nie, przepraszam, jeszcze kiedyś na Mazurach widziałam takiego gościa, miał z 80 lat i denka od musztardy w okularach. Łokcie przy kierownicy, nos niemal na szybie. No, to nie jest źle, jest ich dwóch. Tamten pewnie też trafił na tę lekarkę.

Zaczęłam uprawiać sąsiedzką wymianę dziecięcą. Raz któraś weźmie moje, raz ja mam w domu przedszkole. W środę miałam pierwszą godzinę samotności, i oboże, co robić? Tyle planów, tyle możliwości... Obejrzałam zaległe ucha prezesa i czas się skończył. Ale co tam, dobre i to.

No to co, herbata stygnie, miłego weekendu Wam wszystkim.

novembre

Intensywny weekend. Wczoraj z rana pojechaliśmy, jak i połowa Bazylejczyków, do Ikei. Robili promocję na kallaxa, a 20 franków piechotą nie chodzi, wiadomo. W drodze powrotnej poślimaczyliśmy się na autostradzie i małżonek całkowicie wyleczył się z dojazdów do pracy hipotetycznym samochodem. 8 km w 40 minut.

Po południu panowie wybyli do miasta, potem skręcali młodej regał. Nareszcie mieszczą się jej książki, których ma sporo, poza tym młody bardzo chętnie pozbył się swoich zapomnianych kubusiów puchatków i robiąc sobie miejsce w regale, czym prędzej wtrynił wszystko młodej. Cwaniaczek.

Później jeszcze zakupy, bo spożywka nam się skończyła, i jak to dobrze, że pojechaliśmy do lidla, nakupowaliśmy spożywki, rieslinga, bordeaux i jeszcze dwa jakieś. W zabójczej cenie dwa euro, ale jak na stołowe wina, bdb. A my koneserami wielkimi nie jesteśmy i z powodzeniem można by nam dać podróbkę, niczym ta blondyna w Przystanku Alaska, i też byśmy się nie poznali.

Dzisiaj bladym świtem przed południem wybyliśmy na basen. Młoda w rękawkach kładzie się na wodzie, na plecach albo na brzuchu, i tak leży. Podpatrzyła u brata i jej się spodobało. Albo kładzie się na desce i tak sobie dryfuje, machając od niechcenia nogami. Cudo. Ryba w wodzie.

Młody, bardzo mądre dziecko, poprosił tatusia, żeby w niedziele obiady gotował tatuś i żeby co dwa tygodnie była pizza. Dzisiaj była ta co druga niedziela, więc w planach był makaron. Znalazłam na jadłonomii penne z bakłażanem, a jako że kupiłam bakłażana i nie mogę znaleźć na niego pomysłu, idealnie było zrobić go na obiad. I veggi, jak to małżonek lubi. Było bardzo smaczne, mąż nie mógł znaleźć bazylii, więc doprawił cytrynowym pieprzem, a zamiast bakłażana dał cukinię... Chyba znajdę przepis na ratatouille, inaczej bakłażany zostaną z nami na zawsze. Jak można pomylić bakłażana i cukinię???

W pracy małżonek ma bardzo miły skądinąd zwyczaj, że po urlopie przynosi się ciasto. W ubiegłym tygodniu koleżanka zaczepiła małżonka, jak było na urlopie (w pierwszej połowie sierpnia...) i poinformowała go o panującym w firmie zwyczaju. Upiekłam sernik i rogaliki ;)

Rogaliki pomagała mi robić Ida, jakżeby inaczej. Przystawiłam jej mały stolik, dałam w miseczkę mąkę i trochę gotowego ciasta do wałkowania, przyniosła sobie plastikowy wałek od ciastoliny, zakasała rękawy i do roboty. Pół godziny spokoju!

Paznokcie muszę umalować. I włosy. Może we wtorek?

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci