Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

 

I już po maratonie weselnym.

Najpierw, tydzień temu, cywilny męża brata i przyjęcie weselne. Pogoda była taka sobie, ale na szczęście nie padało. Sam ślub, wiadomo, dziesięć minut i po krzyku. Zresztą, jak sam szwagier mówił, formalność i papierek, bo przecież chodzą ze sobą już ponad 20 lat, więc o co ten hałas. Po uroczystości i życzeniach przeszliśmy piechotą do domu weselnego, gdzie było przyjęcie. Na przyjęciu okazało się, że jesteśmy za wcześnie i stoły jeszcze nie gotowe, pan młody zaproponował więc z właściwym sobie wdziękiem, że możemy sobie pójść na pół godziny (zaczynało padać) albo ostatecznie zaczekać, ha ha, ha, ale śmieszne. Zaczekaliśmy. Ktoś z gości rzucił, że próg, że panna młoda, że tradycja, ale panna młoda zaoponowała z taką gwałtownością i fochem, że pomysł został zduszony w zarodku. Pannie młodej lepiej nie podpadać w jej szczególnym dniu, prawda. Następnie okazało się, że zostaliśmy rozdzieleni z mężem - on jako świadek siedział obok młodego, a ja, "żebym miała bliżej wychodzić do Idy", tuż przy wyjściu, w kąciku 60+. Czarownie, doprawdy. Jedzenie było bardzo smaczne, ale obsługa nie nadążała za grzaniem i podawaniem dań na 50 osób, ale było ciepło, więc nikt nie miał pretensji o zimny rosołek czy barszczyk. O 19 było już po wszystkim, a jeszcze w trakcie mąż przez całą salę pytał mnie "jaki wynik?", bo śledziłam na bieżąco relację z meczu o trzecie miejsce.

Mąż przyleciał i poleciał, po czym po czterech dniach przyleciał ponownie (stan na dziś: znów poleciał, i dobrze, bo mnie zeźlił).

W piątek pojechaliśmy na Warmię, na porządne, wiejskie wesele z poprawinami.

Pogoda dopisała. Młodzi do ślubu pojechali motorami, a że z domu do kościoła i z kościoła do domu weselnego było ponad 20 kilometrów, a za nimi ustawiła się długa kolumna gości, robili fajne wrażenie. Jedzenie było pyszne (i ciepłe! ;p). Zespół grał do tańca wszystkie te discopolowe oczy zielone, miłość w Zakopanem i inne weselne szlagiery. Nikt nie udawał, że och, ach, my takiej muzyki to nie... Wszyscy się bawili.

Sama impreza była w domu weselnym pod miastem, z podwórkiem, ławeczkami i zadaszoną altanką dla gości (i z nalewakiem piwa ;)). Część imprezy toczyła się więc na powietrzu, pod gwiazdami. Na tej samej posesji były pokoje noclegowe, kiedy więc udało mi się w końcu spacyfikować Idę do spania, bez uszczerbku dla zabawy zaglądałam do niej co jakiś czas.

A propos zabawy, małżonek z właściwym sobie brakiem wdzięku popsuł mi humor, oświadczając, że na święta to my nie przyjedziemy, bo on nie dostanie urlopu, bo jego współpracownik się rozwodzi i na święta będzie miał dzieci pod opieką. Zero refleksji, że może pogada, może dwa dni się uda zorganizować, żeby przyjechać, bo wie, że to dla mnie ważne. Bo tak naprawdę żyję od wyjazdu do wyjazdu i za kilka dni, kiedy wrócę do domu, zacznie się odliczanie do kolejnego pobytu w Polsce. Wróć, zaczęłoby się. Piękna jesień się zapowiada. A tak to co. Wybawiłam się, głównie nie z mężem, tylko z Idą, która ciągle mamamamamamamama. Zjadłam masę pysznych potraw, swojskie wędliny, kiełbasy, kabanosy, chleb ze smalcem, boziu jakie to pyszne było wszystko...!

Wczoraj poprawiny, zwane potocznie dożynkami, bo w podgrupach trwały do późnego wieczora. Wódka się nie kończyła, rany boskie. My wróciliśmy dzisiaj, mama jutro wraca pociągiem. I młodzi będą mogli odpocząć ;).

A propos powrotu, mieliśmy z mężem, jeszcze przed wątkiem świątecznym, pewną różnicę zdań. Otóż męża jedynie słuszna nawigacja kazała jadąc od Warszawy zjechać 30 km przed Ostródą na Grunwald i dalej Lubawę, do Iławy. Natomiast brat, który jak by nie było, tam mieszka i tamtymi drogami jeździ, mówił, żeby walić siódemką do Ostródy i dopiero tam odbijać na Iławę. No ale wiadomo, ja się nie znam i tambylec też się nie zna, dlatego też z fochem przed Ostródę było w tamtą stronę, ale dzisiaj, w drodze powrotnej, było już po całości, drogą krajową szesnastej kategorii. Ale przynajmniej Grunwald widziałam z samochodu, a w końcu co mi tam, to nie ja miałam samolot wieczorem.

I tak to. Skończyły się wyjazdy, uroczystości i przyjemności. No, te ostatnie jeszcze przez chwilę, bo wracamy dopiero w przyszły czwartek. Póki co jutro wyjazd do Warszawy, bo wraca młody. Jeszcze w poniedziałek do kosmetyczki po odrobinę luksusu - i zdjąć tę cholerną hybrydę. Zaczęła mi się ścierać po tygodniu! Nie tak się umawiałyśmy!

novembre

Uff jak gorąco.
Spędziłam w Radomiu kilka dni i teraz wakacjujemy się u teściowej w Lublinie. A skoro Lublin, to 30 stopni i mniej być nie chce. Tradycja ważna rzecz.
Teściowa w szale działkowych przetworów, rano praca, później działka, zrywa, przynosi, przerabia, a potem "kto to będzie jadł" i wtrynia znajomym.
W sobotę ślub szwagra. Panna młoda w ramach wybierania menu (zabrali teściową jako siłę doradczą) strzeliła focha, że sos kurkowy to nie, bo będą matki karmiące i że jakiś inny sos trzeba. Teściowa na to, że ojej, najwyżej zjedzą bez sosu, ziemniaki i surówkę. Panna młoda na to w tajemnicy zadzwoniła do domu weselnego i zamówiła kurki specjalnie dla teściowej, z furią, że niech się nażre. Pan młody takoż dostanie, bo nie stanął po stronie oblubienicy, ino kurek. A, i jeszcze nie zaprosili bliskich znajomych teściowej, bo "jak sobie będziesz robiła swoje wesele, to sobie zaprosisz, kogo będziesz chciała". Teściowa od 3 lat wdowa, przypominam. Nnnno. Tak więc zapowiada się niezła impreza, ciekawe, co jeszcze wyskoczy. Stay tuned.

Sukienki kupiłam rzutem na taśmę, dwie, obie fajne, fuksja z falbanek i klasyczniejsza miętowa z koronka na górze i gładkim dołem. Szare szpilki do tego. Przystopowało mnie przy torebce, bo chcę taką, żeby mi pasowała do obu kreacji i jeszcze żebym mogła ją potem nosić, a nie że wyląduje na dnie szafy jak inne piękne lakierowane jednorazowe. I otóż znalazłam wczoraj! Szara matowa skórzana, można z paskiem, można bez, jedyne 170 złotych. To ja jeszcze przemyślę... Swoją drogą, powinna być wypożyczalnia torebek i biżuterii weselnej. Przecież to się kupuje na raz.

Młoda moja ma sukienkę z 50 metrów firanki, beza jak się patrzy, ale śliczna beza ;). Za tydzień, u chrzestnego, będzie niosła obrączki do ślubu (o ile się nie wystraszy i nie rozpłacze i nie ucieknie. z obrączkami.). A tak w ogóle to młoda co trochę pyta, kiedy jedziemy do domu, bo ona już chce i tęskni. I tylko te dwa wesela w bezie ją zatrzymują w miejscu.

Pani Anetka ostrzygła mnie wczoraj tak, że płakać się chce. Krótko do brody, niby wycieniowane, niby mają się układać, ale chciałam co innego. Nie zrozumiałyśmy się i wyglądam jak na zdjęciu ze świadectwa maturalnego czyli jak idź i nie wracaj. A a a. We wrześniu fryzjer.

Tymczasem jestem w szale spotkań, wczoraj Agnieszka, dzisiaj Agnieszka i Beti, jutro może kolejna Agnieszka, potem przerwa na weekend, mąż przyjeżdża (a to też się spotkam :D), chwila oddechu i kolejne wesele. Fajnie.

novembre

Jeszcze tak nie było, żeby aż tak nie chciało mi się lecieć do Polski. Jutro wieczorem lecimy, a walizka czeka w piwnicy, aż się nad nią zlituję i przytargam. Do tej pory tydzień przed to ja już miałam szczoteczkę do zębów spakowaną, żeby nie zapomnieć. Teraz... sama nie wiem. Cieszę się, pewnie, że się cieszę, że wreszcie zobaczę i wyściskam wszystkich osobiście. Że pogratuluję hurtem, matury i dyplomu chrześnicy, sukcesów siostrzeńcowi, a ich rodzicom udanych dzieci, do tego ślub i wesele, dwie osobne imprezy, najpierw Jurka brat, cywilny i obiad, tydzień później mój brat, kościelny, wesele z poprawinami. Moje dwie Agnieszki. No i z Betty się zobaczę, już się umówiłyśmy, że przyjedzie do Lublina, jeszcze tylko teściową poinformuję. Ale ona i tak będzie chodzić do pracy, bo zmienniczka jej się wtryniła z urlopem, a po pracy wiadomo, działka. Ciekawe, czy jak teraz przyjedziemy, też się miniemy w drzwiach bloku, bo ona musi ogórki podlać?

Młody kończy dziś rok szkolny i zaczyna wakacje. Jeszcze tylko fryzjer przed wyjazdem, żeby mieć świeżą fryzurę, wiadomo. Młoda bez fryzjera i zastanawiam się, jak ją uczesać na wesele, ale chyba żadne czesanie nie ma sensu, bo gumeczki zsuwają się z włosów, robi się mierzwa i siano i wygląda to jak idź i nie wracaj. Przyklei jej się ze dwie spinki z kwiatuszkami do głowy i styknie.

Ja sukienek na imprezy oczywiście nie mam. Na ślub miałam iść w jednej takiej, co to do niej miałam schudnąć, prawda. No, to może się pobiorą, jak schudnę? Oraz jako że nie wiem, co kupię, w jakich kolorach, muszę ze sobą zabrać wszystkie możliwe kombinacje butów, torebek i biżuterii. Nie, żebym miała tego aż tyle, ale jak się leci na miesiąc, niekoniecznie w walizce człowiek potrzebuje trzech par szpilek, z czego założy jedną parę, raz. Ale nic to, po imprezach wtrynię wszystko mężowi do walizki, on będzie dolatywał tylko na imprezy, a bagaż ma 23 kilo, to w drodze powrotnej będę miała luźniej. (luźniej, w drodze powrotnej, ha ha ha).

Oraz. Tym razem nie kupuję żadnej herbaty!! Czerwonej cytrynowej oraz mojej ukochanej zielonej zen chai mam zapas na spokojnie wystarczający do Bożego Narodzenia. (a na święta jedziemy samochodem, to przywiozę transporter wtedy :D). W ogóle robiłam dzisiaj porządek w herbatach i stwierdziłam, że trzeba przystopować trochę i najpierw powypijać przynajmniej to, co już mam kupione - przywiozłam po świętach, przywiozła mi mama, przywiozła teściowa, mąż dogryza, że trzeba osobną szafkę na herbaty postawić. To niech ja powypijam i wtedy zaszaleję i znowu nakupuję na ruski rok.

W ogóle mnie na porządki naszło ostatnio. Z piwnicy powywalałam, co niepotrzebne, szafa z ubraniami przejrzana - tradycyjnie dokupiłam ze dwie bluzki, a wywaliłam z dziesięć. Bo i tak nie chodzę, bo ileż to może leżeć i czekać, "aż się zmieszczę", skoro się nie mieszczę, bo niech to nosi ktoś inny i się cieszy. Efekt jest taki, że moje ubrania, zimowe i letnie, mogłabym śmiało zmieścić na dwóch półkach szafy. No dobra, plus wieszaki, ale tam też nie ma z czym szaleć. Poza tym ja jestem praktyczna i po domu chodzę raczej w jednym zestawie, bo umówmy się, do sprzątania i gotowania nie trzeba się jakoś szczególnie stroić (a potem płacz, jak trzeba wyjść z domu, bo).

I w szafce nocnej porządki. I w dokumentach. I przed wyjazdem wyjadanie z lodówki i zamrażalnika - mimo, że Jurek zostaje, ale on, umówmy się, nie będzie gotował raczej. Wczoraj zostali we dwóch w domu i okazało się, że jedzenie w lodówce w pojemnikach to nie ma jedzenia. I zamówili pizzę, zamiast sprawdzić, co można jeszcze powyjadać. Nic to. Wyjedzą dziś i jutro.

Takie porządki robię, jakbym miał mnie po drodze szlag trafić. Ale nie, spoko, zapisałam się na niemiecki na po wakacjach, to może nie będzie tak źle. Trzeba wreszcie to B2 zrobić, bo widzę, że bez tego nie nadaję się nawet do zamiatania ulic (albowiem jak się tutaj chce pracować jako ktokolwiek, jako taki zamiatacz ulic na przykład, trzeba mieć wykształcenie kierunkowe o profilu zamiatacza ulic, praktyki i ze dwa lata doświadczenia w zawodzie. I tak jest w każdej branży. Podejrzewam, że widząc moje cv, z wykształcenia romanistka, z doświadczenia handlowiec, oni tam zachodzą w głowę, jak to jest możliwe. Cóż, na polskim rynku pracy wszystko jest możliwe i wszystko jest normalne, umówmy się. Koniec dygresji).

To co. Jutro wieczorem lecimy, śpimy w naszym starym mieszkaniu, bo akurat zmieniają się lokatorzy, w niedzielę rano odbieram i przekazuję mieszkanie jednocześnie, herbata u sąsiadów i... wakacje.

 

Acha, jakby co, to jeśli się da, to mnie tam na części proszę rozparcelować, może się przyda komuś nerka czy wątroba. Resztę spalić, tylko urna żeby mi nie była złota, bo nie lubię.  To pa.

novembre

Dziś kolejna porcja wiadomości wymieszanych. Dobrych czy złych, ale zawsze prawdziwych, jak mawiał dziadek.

Młody przyniósł świadectwo. Tydzień wcześniej, bo trzeba podpisać i oddać do szkoły. No więc zdał. Jak miło. Oceny przyzwoite albo i bardzo przyzwoite, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę ilość pracy i czasu włożonego w efekty. No, ale efekty są najważniejsze, prawda.

Młoda dostała tydzień temu zaproszenie na urodziny. Do koleżanki z przedszkola, której w ogóle nie kojarzyła ani ona, ani ja, no ale Ida na pytanie, jakie imiona mają jej koleżanki w przedszkolu, odpowiada "dzieci". A ja też nigdy nie gadam z matkami tylko zostawiam Idę i uciekam na wolność.
Tydzień temu złapała mnie jedna matka, że jej córka w domu ciągle opowiada o Idzie, że Ida to, Ida tamto, i że zapraszają na urodziny. Przyjęłyśmy zaproszenie, kupiłyśmy prezent i gites. Tymczasem matka pisze, że córka wczoraj miała 39,2 i kaszel, ale dzisiaj rano jest już OK (zawsze rano jest OK...) i że kinderparty aktualne. No chyba że nie. Kurczę, raz, że powinna zrobić przerwę przed przedszkolem (przedszkola życzą sobie jednego lub dwóch dni po ustąpieniu gorączki), a dwa, że kurczę, za tydzień lecimy do Polski, jeszcze zakupy przede mną i średnio mam ochotę, żeby Ida mi się przed samym wylotem rozchorowała. W związku z czym podziękujemy za zaproszenie i przekażemy prezent za tydzień w przedszkolu, i już.

Mama mnie ostatnio poprosiła o pomoc, bo znajoma ma taką maść na kolana i jej mąż sobie smaruje i go nie boli, tylko że w Polsce nie można tej maści dostać, tylko w Niemczech, i podobno jest droga, no ale skoro pomaga... Dobra. Daj mi nazwę tej maści, poszukam. I mama mi pisze na whatsappie: Cannabis... - Oho, myślę sobie, nieźle się zaczyna! ;-))). Okazało się, że jest to żel do masażu z oleju konopnego, arniki i tych innych przeciwzapalnych i przeciwbólowych, znalazłam w polskim sklepie internetowym i zamówiłam. Ale pierwsze wrażenie, że mama szuka trawki na rynku, bezcenne ;)).

Parę dni temu jechaliśmy na kinderbal do parku. Wsiedliśmy do autobusu, była w nim matka z trójką dzieci. Najmłodsze, może półtoraroczne, darło się jak opętane. Ale nie było to darcie, "bo tak", tylko widać było, że coś dzieciaka boli, że coś mu dolega. No, zdarza się. Po dwóch przystankach (nie wiem, jak długo wcześniej wyło) kierowca powiedział przez mikrofon, że płacz dziecka rozprasza jego uwagę i że on się musi skoncentrować i że jeśli dziecko nie przestanie, będą musieli wysiąść (CZY DZIECKO MNIE SŁYSZY?). Na przystanku wysiadł i podszedł do matki. W tym czasie matka wzięła dzieciaka na ręce (super bezpiecznie, no ale co poradzić) i młody już nie wył, siedział cicho u matki na rękach. Kierowca pogadał z matką, że on nie ma komfortu pracy, że wiezie ludzi i nie może się rozpraszać i koniec końców kazał jej wysiąść. Mimo, że młode już było cicho, ona miała jeszcze dwójkę drobnych dzieci i ostatni przystanek do celu...
I teraz tak: z jednej strony, ja rozumiem odpowiedzialność kierowcy, to, że on o 3 rano wstaje, komfort jego pracy itp. Z drugiej strony, no kurczę, taka jego praca, wozić ludzi. Dziecko nie robiło mu na złość, tylko było prawdopodobnie chore, i jego płacz nie trwał (przynajmniej dla kierowcy, bo dla matki to już inna sprawa...) cały dzień, tylko kilka minut. Oraz, czy kierowca zareagowałby tak samo, gdyby matka miała tylko jedno dziecko, a nie troje, oraz białą skórę? I czy równie chętnie wyprasza w nocy pijaczków, bezdomnych i kiboli?

Tymczasem już tylko tydzień do lotu do Polski. Muszę jakoś ogarnąć odbiór mieszkania w Warszawie, bo lokatorzy nam się zmieniają. Szkopuł w tym, że przylatuję 30.06. przed północą i najwygodniej byłoby mi od razu odebrać mieszkanie i się tam kimnąć, rano przekazać mieszkanie kolejnej lokatorce, wypić herbatę z sąsiadami i jechać do swoich. No zobaczymy, jak to będzie.

To co, ile przerżniemy z Kolumbią? :D

novembre

Dzięęędobry! (głosem Katarzyny Kwiatkowskiej).

W ten piękny, letni poranek przywitał mnie kolejny mejl dziękujący za przesłane cv. Oni naprawdę tak muszą? Z poniedziałku? Nawet sobie nie wyobrażacie, jakie to frustrujące, nie nadawać się do niczego.

Poza tym na szczęście mundial się zaczął, tyle dobrego.

Młody zaspał rano na praktyki, na szczęście mój Ed Sheeran budzi skuteczniej niż te jego łomoty, więc szybko złapał śniadanie, ogarnął się i poleciał.

W piątek mamy kolejny kinderbal, u Niemca. Trzeba podjechać po prezent jakiś oraz wymiksować się od dwóch godzin kiblowania z obcymi ludźmi plus zaproszenia na grilla.

W telefonie dwie notatki, "do Polski" i "z Polski". Pamięć już nie ta, trzeba wszystko zapisywać.

To co, ściągamy zewłok z łóżka, ubieramy, naklejamy uśmiech i do roboty!

 

novembre

Zmęczona jestem tak, że chce mi się płakać. Prosto z przedszkola pojechałyśmy z Idą na zakupy do Weil am Rhein, czyli do Niemca tuż za granicę. Daleko nie jest, ale tramwajem z przesiadką chwila schodzi. Zakupy tylko takie najbardziej potrzebne, a i tak ledwo się zmieściłam ze spożywką w moją zakupową torbę. W drugiej torbie jakieś moje kosmetyki, prezent na sobotni kinderbal, prowiant, bo oczywiście piciu i bułecke. Oraz nagroda, bo żeby mi cholera nie uciekała z wózka, obiecałam jej nagrodę za dobre sprawowanie. Dziecko na miejscu, zakupy spokojnie zrobione, prezent tani jak barszcz, same plusy.
W drodze powrotnej, skoro panienka zasnęła, a ja miałam przy sobie list od yves rocher, no i po drodze było, prawda, podjechałyśmy jeszcze i do nich. Zrób zakupy za dychę, a dostaniesz tyyyyyle gratisów!. Zrobiłam zakupy za trzy dychy, ale tyle było promocji i tyle potrzeb nagle... Wiadomo.
A propos zmęczenia, to po prostu ręce mnie bolą i ramiona. Trzeba przeorganizować tę domową logistykę zakupową.

Znalazłam ostatnio fajne ogłoszenie o pracę. Szukają kogoś z czterema językami, plus komputer, plus chęć  do pracy wieczorami i w weekendy, no żywcem pode mnie pisane. Napisałam ten pieprzony list motywacyjny, wysłałam wszystko i... następnego dnia rano dostałam odpowiedź, że miło, że dzwonisz, ale nie ma nas w domu. Nie pasujesz do nas profilem i twoje dane nie zostaną zachowane w naszej bazie. Pewnie też mają swoje rodo. Oraz życzą mi szczęścia w dalszym szukaniu pracy. No, ja ich też ;/.

I tak to sobie żyję beztrosko i bezpracowo. Do pracy nikt mnie nie chce, do maca będę overqualified, na inne stanowiska nie mam szans, bo nie jestem nativem, od biedy sprzątanie wchodzi w grę, albo wykładanie chemii w migrosie. Co nie byłoby takie głupie skądinąd, bo może bym wreszcie trochę schudła. Sprawdziłam, ile ważyłam rok czy dwa lata temu - przez ten czas przytyłam 5 kilo i schudłam 6, można mi gratulować. Za miesiąc wesele brata, a ja schudłam uwaga uwaga (to dla tych, co nie są tak biegli w odejmowaniu) kilogram. I nawet żadne spanxy mi nie pomogą, bo te w moim rozmiarze leżą na mnie jak z przeproszeniem majtki, nic nie obciskają, a takie rozmiar mniejsze nie chcą za wuja pana wejść na moją rzyć. Czarownie. Ale spoko, sukienki jeszcze nie mam, ale dowiem się, skąd Nosowska bierze swoje kreacje a la wór na ziemniaki, i będzie gites.

Za trzy tygodnie do Polski, ale nawet to nie poprawia mi humoru.

Wszystko do kitu ;/.

novembre

Nowięc tak. Męża koledzy przyszli w sobotę, na pożegnalną wódeczkę. Chociaż mąż się wzbraniał, bo on się nigdzie nie wybiera, więc jakie pożegnanie. A robotę nową ma w wieżowcu obok starej, więc i piątkowe piwo im pewnie zostanie w tradycji (Tradycja to ładne imię dla dziewczynki).

Przyszli nastawieni na pierogi. O pierogach, niczym innym, gadali cały wieczór. Nalepiłam ich prawie 140, pierogów, nie kolegów. Zjedli ze smakiem, i małżonek uparcie twierdzi, że są idealne (no ja myślę, z przepisu jego mamusi ;p), niemniej pod niebiosa wychwalali... placki ziemniaczane z sosem pieczarkowym. I nie że z torebki! Na śmietanie 32%, z cebulką, czosnkiem, i pieczarkami rzecz jasna. Oni tutaj znają placki, ale robią je z podgotowanych ziemniaków startych na tarce. Też smaczne, ale zupełnie inne (dla ciekawskich - wyguglajcie sobie rösti).

Panowie posiedzieli, pojedli, popili, poszli spać i rano udali się na SBB w drogę powrotną. Bardzo miło było, ale bardzo męcząco, mam na myśli przygotowania, gotowanie itp. Teraz dochodzi już środa, a ja dalej zmęczona.

Mąż w przypływie euforii i alkoholu, powiedział mi, że wszystko jest tak pyszne i że on mi tak dziękuje, że jutro (czyli w niedzielę, kiedy będzie kacował, acha) mogę sobie zażyczyć, co tylko chcę. Wycieczkę na Haiti albo rejs statkiem dookoła świata, wszystko spełni, całkiem jak ten hipopotam żabie. Nie kazałam mu nawlec igły, natomiast świadoma, że w niedzielę to on pomimo szczerych obietnic będzie odsypiał cały dzień, wybiorę się w sobotę w miasto sama. A on zostanie z dziećmi, posprzątają, wyjdą na spacer, zrobią obiad, pójdą na drzemkę (o to, znając mojego męża, jestem dziwnie spokojna. No, przynajmniej on zaśnie na drzemkę...). Mam ochotę iść do kina na I feel pretty (nie wiem, jaki jest polski tytuł, dziewczyna budzi się rano i stwierdza, że jest piękna; czy mógłby mnie ktoś obudzić?). Oraz mam ochotę podjechać do Tamarisa po sandałki; mam jedne. JEDNE sandałki. Jedne klapki i jedne espadryle. Oraz jedne baleriny, kupione w ciąży z Idą, już im się należy emerytura. Koniecznie trzeba na shopping.

Celowo nie idę po sukienkę na wesele, bo za pierwszym razem kupiłam piżamę (niewątpliwie zrobiłabym w niej furorę na weselu, ale nie będę bratu psuła imprezy...), za drugim co kupiłam? Tusz do rzęs, l'oreala, ten najnowszy. No powiem wam, niezły przeciąg robię, jak mrugam. Oraz muszę uważać z malowaniem, bo rzęsy mam długie, choć rzadkie, a jak tusz wydłuża, to mi rzęsy brudzą szkła okularów. To się nazywa problemy pierwszego świata!

Po pobycie teściowej, wyjazdach i ogólnym rozprężeniu atmosfery, wprowadziłam Idzie wieczorny reżim i tym sposobem córunia ląduje przed 21 w łóżku. Wszystkim nam to służy, mam tego wieczoru trochę więcej, niż gdy w łaskawości swojej zasypiała przed 23. Dosyć tego. I nawet jeśli po 21 jeszcze woła i wstaje na siku, to generalnie już usypia i wiem, że mam ją z głowy.

Syneczek przyniósł tróję z zeszytu z przedmiotu pt. gotowanie, to tak dla równowagi. Nóżki z dupki powyrywać, no.

To dobranoc się z Państwem i do następnego razu.

novembre

Weekend był cudowny.

Małżonek, zgodnie z zapowiedzią, z piątkowego pożegnania wrócił w sobotę koło południa, więc moje plany (zakupy, manikjury, może fryzjer?) poszły się paść. Udałyśmy się za to na przedszkolny piknik. Ida się wyszalała, ja się wynudziłam. Całe szczęście, że spotkałam jedną matkę, którą znam, bo zgadałyśmy się już kiedyś pod przedszkolem, jak Ida miała fazę wycia, że zła matka ją porzuca, więc teraz mogłyśmy porozmawiać na spokojnie. No i każdy przyniósł coś do jedzenia, a że Bazylea to mieszanka kulturowa, spróbowałam tybetańskich pierożków z kapustą i mięsem (prawie jak nasze), tureckiego placka, kawałka pizzy i oryginalnego brownie przygotowanego przez oryginalną Amerykankę, to wszystko, zanim sobie przypomniałam, że przecież jestem na diecie bez mąki i cukru. Taaaaaa...

W sobotę był dzień matki, ale ja doczekałam się tylko lakonicznych życzeń dwa tygodnie wcześniej, bo tutaj świętują 13. maja. Nie należały mi się żadne kwiatki ani nic, zresztą już kolejny rok. Widać taka ze mnie matka, nie umiałam dobrze wychować, to mam. Małżonek synowi nie przypomni, bo sam matce nie złożył życzeń, a poza tym kiedyś usłyszałam, że ja nie jestem jego matką tylko żoną, więc o co mi chodzi. No, w sumie trudno mu odmówić racji i logiki, skąd więc ten mój wkurw. Tak więc młody usłyszał to i owo, co w połączeniu ze szlabanem na komputer dało efekt bardzo grzecznego i potulnego syneczka. Szlaban na kompa ma od tygodnia, bo stwierdziłam, że skoro nie potrafi się zachowywać i odzywać normalnie, nie skutkują rozmowy, prośby ani groźby, trzeba było przejść do kar. A że ja wredna jestem z natury, karą jest nieograniczony w czasie szlaban na komputer, a udostępnienie go możliwe będzie, gdy bardzo subiektywnie stwierdzę trwałą poprawę.

Oraz wiecie, szkoły z internatem to jednak nie był taki głupi wynalazek...

Tymczasem od rana mamy poniedziałek; w nocy była potężna burza, trzaskało i lało dokładnie nad naszą wsią, aż myślałam, że nie zasnę... przez całe siedem sekund tak myślałam, a potem nie wiem, co było, bo zasnęłam.

Od rana czekam na macherów, którzy po półtora roku pisania mejli, wreszcie dzisiaj usuną niedoróbkę z remontu; na styku przedpokoju i pokoju młodego brakuje pół metra fugi w podłodze. Niby drobiazg, ale niech zrobią. Wstałam w tej intencji po siódmej, bo włosy, bo śniadanie, a oni od ósmej rano będą wszystko naprawiać, prawda. Jest dziesiąta, a ja czekam jak idiotka.

Młoda wstała o szóstej rano i właśnie padła na drzemkę. Długo nie pośpi, bo zaraz przychodzą Sara z Heleną na kawę (i przeczekać u nas ich macherów, którzy coś tam będą naprawiać i trzeba wyprowadzić dzieci z domu).

Najadłam się chia z mango na śniadanie i mi teraz bleeeee.

novembre

I znów nastał codzienny, nudnawy rytm. Przedszkole, rehabilitacja, zakupy, skype z mamą ("JESZCZE nie znalazłaś pracy?"), młody, młoda, wieczór, kolacja, spać, dwudziesta druga, mam czas dla siebie! To co? Poczytać? Maseczka? Film? Spaaać...

Młoda niezmiennie ma fazę na święta. Od pół roku wieczorem czytamy te same dwie książeczki, Bałwanka i Mikołaja, tylko trzecia się zmienia - od miesiąca jest Stefek Burczymucha. Pierwsze utrzymane są w klimacie świątecznym i co wieczór Ida wspomina, że Mikołaj wyląduje na dachu i przez komin wrzuci jej prezent. Taki duży! Ostatnio, jako że też były święta, bo poniedziałek po Zielonych Świątkach jest tu też wolny, Ida założyła czapkę, szalik, rękawiczki i zażyczyła sobie rzucać się śnieżkami. Zrobiły z babcią kulki z papieru i się bawiły w salonie. O prezentach i sankach nie wspominała, chociaż te drugie dałoby radę zorganizować, skoro skoczkowie skaczą na igielicie, to czemu by nie miała zjeżdżać na trawie? Kończąc temat świąt, gdy dziś w drodze z przedszkola do domu mijałyśmy kościół (jakiś ewangelicki, kalwiński czy coś podobnego, przepraszam, czytam tylko napisy, nie znam się), oznajmiła, że tu mieszka bozia (już nie Gosia, na szczęście już była parę razy u Gosi i przestała mylić) oraz nawiązała do ostatnio przygotowywanego koszyczka do święconki i upomniała się o jajka, bo musi koniecznie je pomalować. W sumie, czemu nie?

Tymczasem palnęłam kiedyś, że nie ma sprawy, i mam. Za tydzień przychodzą czterej Niemcy na obiadokolację. Męża koledzy z pracy, albowiem mąż zmienia pracę i oprócz godnego pożegnania dziś wieczorem, w pracy (wolno im po godzinach zostawać w biurze i walić wódę, macie pojęcie? byle po sobie posprzątali), czterej najbliżsi (jeźdźcy apokalipsy...) przybędą w przyszłą sobotę o 16 na obiad. I teraz Kasia w blokach startowych, bo: biały barszcz, pierogi (ruskie, niepatriotyczne), śledzie, wędlina, sałatka, placki ziemniaczane ze sosem, i paszteciki z czerwonym barszczem na zamknięcie imprezy. Oraz ciasto, i tu mnie zawiesiło, bo co to znaczy tradycyjne polskie ciasto? Piernik? Karpatka? Szarlotka? Sernik? Mazurek? Padnie chyba na piernik, ale mam pewne wątpliwości co do dostępności przyprawy do piernika w maju...

Pogoda przestała się wygłupiać i wyprodukowała dzisiaj 30 stopni. Ponarzekałam rano, jak o dziesiątej już mdlałam na dworze, ale generalnie bardzo miło, zwłaszcza jak się siedzi w salunie. Jutro piknik przedszkolny, miał iść tatuś wybrany przez aklamację, kiedy to w ubiegłą sobotę kiblowałam CZTERY godziny na placu zabaw, ale obawiam się, że po jego dzisiejszym pożegnaniu pracowym będę musiała zmodyfikować plany i zmienić priorytety, prawda.

No to co, miłego weekendu Państwu życzę.

novembre

Intensywnie. Teściowa przyleciała w ubiegły wtorek, i się wycieczkujemy. Na początek - Mediolan. Piękne miasto, Włochów, ich luz i nonszalancję pokochałam od jednego kopa. Lody mają najlepsze na świecie, pizza, zabytki... Wszystko biorę w ciemno. Dlaczego urodziłam się w Polsce, a nie w takim Mediolanie na przykład? Hę? Teściowa każe się cieszyć, że nie w Syrii, ale nieszczęście bliźniego nigdy mnie aż tak nie cieszyło.

Po czterech dniach długiego tutaj weekendu, we wtorek zaliczyłyśmy jeszcze we trzy, z Idą, Genewę. Po początkowym deszczu, później rozpogodziło się i po raz pierwszy zobaczyłam to miasto w słońcu. Staróweczka, fontanna, jezioro. Nie, żebym odpoczęła, bo wiadomo, zwiedzanie to intensywny odpoczynek, ale zawsze człowiek głowę oderwał.

W sobotę dałam się namówić na wycieczkę w góry, ale takie ze szlakami, żeby wejść na punkt widokowy. A że z Idą i z wózkiem na punkt widokowy nie da się wejść, to wy sobie zostaniecie na dole, jest plac zabaw, jest ścieżka jakaś dla dzieci, będzie fajnie, zobaczysz!

Jakaś głupia byłam.

Ścieżka dla dzieci zaczynała się od podejścia pod górę, gdzie schodki były z gliny, tylko z pionowymi deseczkami zapobiegającymi zsunięciu się, co jakby na dzień dobry wykluczało podejście moje i wózka (Ida dałaby sobie pewnie radę). Miałam wizję raczej spaceru owszem, 2 km, ale w poziomie, nie w pionie. Zostałyśmy więc cztery, qwa cztery godziny na placu zabaw, przy zamkniętej restauracji, gdzie z nudów miałam już strzelać z procy do innych turystów. Doskonale zmarnowany dzień, doprawdy.

Dzisiaj, czyli w niedzielę, zaproponowałam towarzystwu spacerek z rowerkiem do sklepiku na zakupki, potem zostali na placu zabaw, a ja odreagowuję. Ogarniam mieszkanie, gotuję obiad, czytam, piszę.

I odliczam. Nie wiem, jak to jest, ale siedem tygodni pobytu mamy minęło nie wiadomo kiedy, podczas gdy dwa tygodnie pobytu teściowej się ciągną jak guma do żucia. Dziwne.

novembre

Dzień dobry, bankomat zjadł mi kartę. Widać on też bez śniadania.

Bayern odpadł z LM, mąż nie na darmo krzyczał cały wieczór Müller, ty ruro! Albowiem Müller grał jak rura, nie ukrywajmy.

Młody nauczył siostrę dialogu:
- Jedna sztaba pan...
- Wąski!
- Druga sztaba pan...
- Siara!
I dziecko radośnie recytuje.
Radośnie poszło też do przedszkola, mimo, że niekoniecznie wyspana była. Taki urok wstawania po długim weekendzie - albowiem długi weekend u nas już się skończył; konstytucji oni tu nie świętują, a święto narodowe mają 1. sierpnia.

Poza tym weekend średnio ciepły i leniwy. Młoda się wczoraj wykopyrtnęła tatusiowi na hulajnodze, starła sobie skroń biedacyna. Dobrze, że w kasku jechała, bez kasku byłaby cała buzia starta.

Po wymianie klawiatury wciąż spacja nie dobija. Irytujące. Ale nie, nie będę siedemnasty raz rozkręcać i poprawiać. Klawiatura niech się poprawi.

Na dworze 10 stopni i pochmurno, Ida odmawiała wstawania, bo nie ma słońca. Jak nie ma słońca, to jest noc, a jak jest noc, to się śpi, tak? Dała się ściągnąć z łóżka, ale nie była jakoś całkiem przekonana, że to już. Pewnie, też bym pospała do dziesiątej.

Zrobiliśmy duże zakupy i mam teraz zielono w lodówce. A i tak nie kupiłam kapusty młodej, bo nie było, a chodzi za mną, żeby zrobić taką pyszną, aaaaa...!

Z osobistych sukcesów, pragnę odnotować, że udało mi się wreszcie zrobić porządny manicure i pedicure. Oczywiście córunia podstawiła łapki i zażądała tęczowych kolorków na paznokciach. Sto procent kobiety w kobiecie ;).

I to tyle, proszę państwa. Skończyłam rehabilitację, mam wreszcie chwilę, żeby przejrzeć ogłoszenia o pracę i powysyłać, żeby mieli tam co odrzucać.

Do widzenia się z Państwem przy lepszej pogodzie!

novembre

Bardzo miły weekend za nami. Lampa świeciła na całego, ale przynajmniej było 27 stopni, a nie 37, więc dało radę wytrzymać. W sobotę wybraliśmy się na spacer do Rheinfelden, bo młoda miała obiecaną wycieczkę pociągiem. Takie 20 minut było dla niej akurat ;).Przespacerowaliśmy się po starówce, później mostem na niemiecką stronę. Tam lody (bleeeee sam cukier i kryształki lodu! zawsze jak taki napotkam, boję się, że to szkło przypadkiem się dostało ;///). Drobne zakupy i spacerem abarot do domu.

Wieczorem przyszli sąsiedzi. Zjedliśmy pizzę, a później przenieśliśmy się w plenery, czyli na balkon, z piwkiem i drinkami. Sascha się śmiał, że Szwajcarzy by nigdy nie siedzieli na balkonie z piwem... No naprawdę. To akurat dla nas komplement, bo Szwajcarzy są sztywni jak widelec, zasznurowani w konwenanse po samą szyję.

Niedziela już spokojniejsza, trochę odsypialiśmy wieczorne szaleństwa, w południe zwlokłam się z Idą na basen. Trzy miesiące przerwy spowodowane maratonem przeziębień, młoda weszła do wody (W rękawkach) i zrobiła na dzień dobry ze sześć szerokości basenów. Ryba w wodzie!

Dzisiaj pierwszy dzień tygodnia i nowe postanowienia. Ściągnęłam zewłok o 7:20, żeby na spokojnie zjeść śniadanie i posiedzieć w ciszy chwilę bez młodej. Acha, jasne. Przydreptała parę minut po mnie do kuchni, i tyle miałam tego spokoju ;).

Za chwilę joga, potem zakupy, na popołudnie zapowiadają burze. No zobaczymy.

novembre

Ciepłość nastała. I to taka, że no naprawdę bez przesady! 27 stopni w kwietniu? Heloł? A w lipcu proponujemy czternaście, dla równowagi. Balkoning uprawiamy na całego, za wyjątkiem tych chwil, kiedy to Idunia po raz enty wywali mi ziemię z róży, którą to już różę możemy chyba spisać na straty, bo mało który kwiatek przeżyje bez ziemi, a fanką storczyków to ja nie jestem. Natomiast cebulki wysadzone w połowie produkcji szczypiorku przyjęły się z powrotem, co prawda tylko te, które nie wylądowały za balkonem i dostrzegłam je dopiero dzisiaj, ale co tam. I tak go było za dużo, tego szczypiorku. Ida przeprowadziła selekcję naturalną i gotowe. Przetrwały najsilniejsze (albo te, co mają szczęście).

Kupiłam sobie ostatnio frezarkę do pięt. Taką zwykłą, mam na myśli nie markową, tylko marki własnej z drogerii. Ludzie, jakie to jest cudo! Oszlifowałam pięty, wysmarowałam kremem na noc, a dzisiaj skóra na stopach jak pupa niemowlęcia! Żadna tarka tak nie daje rady. Efekt jak prosto od pedikiurzystki. Polecam, Magda Gessler.

Poza tym co; nuda. Kupiłam sobie podkład w płynie, po ponad półrocznym stosowaniu mineralnego kryjącego. No ale mineralny kryjący dostępny w Polsce (neauty.pl), chyba go zamówię do teściowej i mi przywiezie, bo ten w płynie to dajcie spokój. Warzy się, nie trzyma się, jakiś taki jest. Odzwyczaiłam się chyba.

Podcięłam młodej włosy. Profesjonalnie, profesjonalnymi nożyczkami. Trochę opitoliłam, bo jeszcze jej się mechacą na potylicy, a poza tym skoro Marina obcina włosy w nów i lepiej rosną, to ja też chciałam spróbować :). Trzy miesiące do wesela, zobaczymy, jaki to busz będzie miała na głowie. Póki co kręcą jej się dookoła wszystkie, po cięciu loczki są ładne i równe (z trudem opierałam się, żeby przyciąć jeszcze tu, i tu, i tu, a potem - wyrównać!). Może ja powinnam zostać fryzjerką? ;)

Idę. Sprzątnę ślady zabawy córuni w ogrodniczkę. A dopiero co wczoraj podłogę myłam!!

novembre

Dzień dobry. Otóż ci, którzy pracują w Zurychu, mają jutro pół dnia wolnego z okazji lokalnego święta topienia marzanny. A jeszcze jak sobie pozostałe pół dnia odbierają z licznych nadgodzin, to już w ogóle siedzą w domu trzy dni. Co zrobić. Zgromadziliśmy zapasy alkoholu i spróbujemy przetrwać ten czas.

Tydzień temu przyjechał do nas szwagier! Z Mareckim i jego kolegą. Mieli niemal po drodze, bo chłopacy brali udział w konkursie gdzieś w Niemczech niedaleko nas. Wpadli tylko na jeden wieczór, noc i poranek, ale dobre i to. Nawet nie wiedzą, jak się ucieszyłam, że przyjechali. Tak jakby kawałek domu przyjechał. Poszliśmy na spacer, pokazaliśmy gościom starówkę, Spalentor, Marktplatz i katedrę, za Renem pogłaskaliśmy lwa, zjedliśmy lody. Marecki i jego kolega zajęli drugie miejsce, każdy w swojej kategorii. Bardzo ładnie, gratulujemy :*.

Młody złapał w tym tygodniu jakiegoś wirusa, zaczęło się w czwartek rano, i jak padł, tak wstał w sobotę. Biedny taki, blady, ledwo ciepły. Na szczęście po nastolatkach od razu widać, kiedy zdrowieją; kiedy siadł na chwilę do komputera, było wiadomo, że wraca do formy.

Młoda po przerwie świątecznej wróciła do przedszkola, jak to ona, z przytupem. W środę wyła godzinę po moim wyjściu, w piątek postęp - już tylko pół. Bez sensu są dla przedszkolaków te wszystkie przerwy świąteczne, ledwo się przyzwyczai, że trzeba i że nie ma zmiłuj, i już przestaje płakać - przerwa. I potem abarot od nowa. No nic, teraz do wakacji już prawie żadnej przerwy nie będzie. Niech się dziecko hartuje.

Wczorajszy dzień bardzo ciepły, słoneczny, miły. Święto lasu, mąż zrobił carbonarę na obiad. Potem spacer, trochę zakupowy, żeby zapasy wina uzupełnić, bo patrz pierwszy akapit, trochę trzeba zreanimować stół na balkonie. Stoi już kolejny sezon na dworze, lakier zaczął odchodzić, brzydko to wygląda. Trzeba wyczyścić i zabezpieczyć i mieć z głowy na następnych parę lat. Oraz na przyszłość przykrywać czymś na zimę, prawda. Ale ja lubię takie rzeczy robić, a tydzień (oprócz jutra) ma być bardzo ciepły i słoneczny. Ze stołem pójdzie szybko, z krzesłami trochę będzie zabawy, ale co tam. Siedzę w domu, c'nie?

Dziś leniwa niedziela. Ida obudziła mnie o ósmej, ale chwilę pobawiła się sama, zanim trzeba było wstać z ciepłego łóżka i ogarnąć jej jakieś śniadanie. Nie ma tego złego, obejrzałam przynajmniej GP China. A było co oglądać, Hamilton poza podium, piękny piruet Verstappena i Vettela, działo się ;). Mąż teraz ogląda powtórkę, a ja gryzę się w język, żeby mu nie spojlerować ;).

Na jutro zaplanowałam sobie samotne babskie zakupy, gdyż albowiem moja szafa i kosmetyczka wołają o uzupełnienie. Właśnie udało mi się za jednym zamachem wykończyć szampon i odżywkę, piling, balsam i żel do twarzy. Do tego potrzebuję kupić podkład, kredkę do brwi, buty sportowe, buty jakieś inne, baleriny albocuś. Mąż mi się zapisywał na tę wycieczkę, ale jutro ma padać, może go to zniechęci i pójdę sobie w spokoju sama, bez ogonów.

Klawiatura w komputerze wymieniona; rozkręcaliśmy kilka razy, bo coś brzęczało, ale mąż podkleił plastrem i gra gitara. Teraz jeszcze tylko wentylator wymienić, bo już wyrobiony, po jak by nie było, niemal czterech latach. Nawiasem mówiąc, nabrałam wprawy i teraz mogłabym sobie sama w laptopie coś wymienić. Prościzna ;).

To co, miłej niedzieli Państwu życzę.

novembre

Święta minęły na leżąco. Ida stanęła na nogi błyskawicznie i równie błyskawicznie rozłożyło mnie. Wiadomo, święta przygotowane, można się kłaść. Wyleżałam się dwa dni, z przerwą na śniadaniokolację, i pierwszego dnia po wstałam rześka i w formie, a że wiosna przyszła, to umyłam balkon i okna w salonie, kupiłam pelargonie; jak wiosna, to wiosna.

W planach mam jeszcze posprzątanie piwnicy, bo za każdym razem, gdy mój mąż idzie tam czegoś szukać, zostawia za sobą zgliszcza, i ja potem nie mogę niczego znaleźć, bo mi przestawia pudełka. Trzeba by tam w końcu kupić ze dwa regały, bo inaczej nigdy nie dojdziemy do ładu. Póki co, stoi tam 50 rozprostowanych pudełek przeprowadzkowych i wielki karton pełen folii bąbelkowej. Nie dam się nabrać; jak tylko je wywalę, okaże się, że znowu są potrzebne.

Póki co, dochodzi południe, a ja w piżamie. Młoda dała pospać niemal do 10, co jej się nie zdarza. Chyba żegnamy się z południowymi drzemkami :(. Za oknem piękne słońce i 16 stopni, nareszcie, nareszcie! Idziemy na spacer.

novembre

Dziś wczesnym rankiem, po dwóch dniach stanu bylejakości, Ida wreszcie rzygnęła, czym anulowała zaproszenie dzikiego tłumu do nas na jutrzejsze śniadanie. Nie ma tego złego; góra jedzenia, netfliks, bo pogoda podła, a siły na spacery (i ochotników) brak. Mnie po tygodniu trzymania się też właśnie malowniczo rozkłada, zdaje się w stronę wirusa Idy się udam. I teraz co: jeść i zmarnować? czy nie jeść i płakać z żalu? Tak źle i tak niedobrze. W poniedziałek obiecują -1 w nocy i +18 w dzień i słońce. I wtedy, jak zaświeci, wyda się, że nie umyłam okien na święta.

Większość Szwajcarii zasypana śniegiem, ma spaść nawet do metra, i aż dziwne, bo we włoskich, najcieplejszych zazwyczaj rejonach. A u nas tylko deszczyk i plus dziewięć. Luuuzik.

Wesołych Świąt!

novembre

Wykąpałam laptopa. Na szczęście niedużo, i na szczęście niesłodzoną herbatą, a mąż twierdzi, że cukier lepiej przewodzi prąd, chociaż niewielkie to pocieszenie. Po trzech dniach laptop prawie że zmartwychwstał (a było poczekać jeszcze tydzień, do świąt...), klawiatura raz działa, raz nie działa i co jej pan zrobisz. Teraz mamy tę chwilę, kiedy klawiatura w łaskawości swojej wyświetla dokładnie te guziczki, które ja naciskam, ale niestety nie jest to regułą. Na szczęście nowe klawiatury na allegro są po cztery dychy, a znajomy wracając ze świąt nam ją przywiezie. Jeśli więc zamilknę, znaczy, że nie z własnej woli, tylko siła wyższa. (teraz też przy laptopie popijam wino, ale kieliszek stoi daleeeeeko. Na wszelki wypadek) (ja i zamilknąć z własnej woli, jasne).

Piękny weekend u nas, +14 i piękne słońce. Wiosną czuć. Na święta oczywiście +9 i ulewa, ale może jeszcze coś się zmieni, ostatnio prognozy co parę godzin pokazują inne wartości. Zobaczymy.

Plan na święta mam rozpisany; jako że przychodzą znajomi (co się w sumie jeszcze okaże, bo młody właśnie się rozłożył i jeśli do piątku całkiem nie wyzdrowieje, dam ludziom barszczu na wynos, chyba, że ktoś na własną odpowiedzialność, to zapraszam. Niemniej znajomi z trzytygodniową dziewczynką, zdaje się, będą mało entuzjastyczni. No ale to się jeszcze zobaczy). Zatem, jako, że przychodzą znajomi, zaocznie podzieliłam prace: panowie sprzątają i robią zakupy, ja gotuję i podaję. Panowie mają też, o czym jeszcze nie wiedzą, drobnym druczkiem zapisane w tej umowie spacery z Idą (na rowerku! młoda dostała rowerek) oraz przeróżne dodatkowe drobne prace, które mi przyjdą po drodze do głowy.

No to co. Jeśli się nie odezwę, będzie to znaczyło, że albo nie mam czasu, bo latam jak z pieprzem, albo klawiatura odmawia posłuszeństwa, a to nie jest tak, że podłączę zewnętrzną i działa. Wpadłam na to, i owszem, ale nie. Klawiatura wystawia środkowy palec, oświadcza, że ctrl jest na stałe włączony, nie reaguje na wpisanie hasła itp. Co ciekawe, teraz też nie reagowała, podczas logowania, ale jak przejechałam dłonią po wszystkich klawiszach w te i wewte, niczym pasaże na pianinie - łaskawie zaskoczyła.

Zatem (te dygresje mnie kiedyś zabiją), jeśli nie będę miała możliwości się zalogować (a na telefonie blox.pl pokazuje mi środkowy palec), życzę Wam wszystkim wesołych, spokojnych, ciepłych Świąt. Odpocznijcie, nie ganiajcie, nie gotujcie za dużo, bo najpierw będzie zostaw to na święta, a potem no jedzcie coś (klasyczne teksty mojej teściowej). Olejcie okna, dywany (a u mnie nie ma nawet trzepaków, a sa sa sa, nie żebym od razu leciała trzepać w Polsce, tak tylko piszę, że można mi zazdrościć; odkurzacz i tyle), umalujcie pazury, uzupełnijcie zapasy wina i mazurka i zjedzcie ze smakiem. Wesołych!

novembre

Długi dzień. Pobudka o szóstej to jednak nie jest to, do czego jestem ostatnio przyzwyczajona. Tymczasem trzeba było zwlec zewłoka, ubrać, umalować, potem jeszcze spionizować dziecko, zgarnąć babcię, jej bambetle - i na lotnisko. W drodze do lotniska Ida zobaczyła samoloty i radośnie krzyknęła, że jesteśmy już w Polsce. Niestety, to tak nie działa, chociaż fajnie by było być tak blisko.

Na lotnisku mama zdziwiła się, że chodzi wojsko z ostrą bronią - ale przecież lotnisko jest na terytorium Francji, a oni zdaje się jeszcze od czasu zamachu na Bataclan, nie znieśli stanu wyjątkowego. Chodzą po pięciu i pilnują porządku.

Mama poleciała, z dwudziestominutowym opóźnieniem co prawda, ale dolecieli o czasie. W powietrzu korków nie było. Młoda o dziwo nie płakała na lotnisku, w przeciwieństwie do mamuni ;). Co ja poradzę, że wciąż tęsknię i mimo, że przyzwyczaiłam się, polubiłam i zaaklimatyzowałam, życie w Polsce byłoby pod wieloma względami prostsze. A do niedziel bez zakupów można przywyknąć. Upierdliwe, ale można.

W przyszły weekend święta. Ida bardzo się ucieszy, zapowiadają +3 i śnieg i mrozik w nocy. Kulig zrobimy. Śnieg, święta, prezenty, ależ ten czas leci! :) Wigilię, tfu, śniadanie wielkanocne robimy u nas, spęd dla zaprzyjaźnionych, zostających na miejscu Polaków, i ich dzieci. W sumie skład będzie podobny, jak na urodzinach Idy, 17 osób, w tym jedna kilkutygodniowa panienka. Śniadanie będzie składkowe, każdy przyniesie, co uważa, ja zrobię barszcz, bigos, królową sałatek, schab upiekę, paschę, mazurka, jajka. Resztę wyprodukują dziewczyny. Posiedzimy, pogadamy, spędzimy miło czas, a nie, jak rok temu. Święta we czworo też oczywiście mają swój urok, zasiadamy do śniadania o dziesiątej, kwadrans po mój mąż mówi, że on już się najadł i że dziękuje, wszystko pyszne. I co tu robić przez resztę dnia? Oraz ile można i o czym rozmawiać z własnym mężem? ;). A tak to zawsze będzie gwarniej, weselej, razem.

Młody pojechał na obóz narciarski, o jakiż spokój zapanował w domu! Nikt nie pyskuje, nie trzeba sprawdzać, przypominać i kontrolować. Ostatni hit - na klasówkę z francuskiego nauczył się nie tego, co trzeba, bo mu się pomyliło. A tłukłam z nim imparfait i passe composé, aż się nauczył, zasady ogarnął, masę ćwiczeń zrobił, pfffff. Po świętach będzie. Tymczasem czasowniki napisał jakoś, a słówek typu z drewna, ze szkła itp., nie napisał prawdopodobnie wcale. Gdyż albowiem powiedzieli nauczycielce, we dwóch, że oni się uczą francuskiego dwa lata, a reszta klasy - pięć. No i pani im kazała się nauczyć tyle, ile mogą. Ile mógł młody? Zero. Brawa dla tego pana. Ja naprawdę odpoczywam, jak go nie ma. Wiem, jak to brzmi, ale jego zachowanie i podejście (niestety, nie tylko do szkoły), mocno daje mi w kość. Nerwy już nie te.

Młoda po ostatnich wyskokach typu usypianie przed północą, śpi dziś grzecznie od 22. Czyli pobudka o 6:30 jej służy. Jutro też wczesny poranek, przedszkole czeka. Mimo, iż Ida upiera się, że nie może iść do przedszkola, bo przedszkol zniknął, oddali go do sklepu (do sklepu z przedszkolami, rzecz jasna). Kocha tę instytucję całkiem jak mamusia swego czasu ;).

Z youtube płynie sobie U2, Beautiful Day. Musiałam wpisać w wyszukiwarkę, bo oczywiście yt sam z siebie podpowiada mi świnkę Peppę i króliczka Binga. Oraz mam tę moooooooc. Ciekawe, dlaczego.

 

novembre

Wiosna! Jeszcze tylko w weekend minus dwa (W Polsce minus trzynaście, mama się zastanawia, czy wracać, no bo dajcie spokój), i już można będzie umyć krzesła balkonowe, nakupować kwiatków i cieszyć się balkoningiem. Tarasingiem. Śniadaniem na słońcu; drugim, póki co, ale jednak. Ptacy ćwierkają, drzewa zaraz wystrzelą. Hiacynty kupiłam, w wazonach rozwijają się dniokobietowe tulipany. W eurojackpot można wygrać 43 miliony złotych, mówią w telewizorze (TVP Polonia, mama ogląda PnŚ). Gracie? Ja czasem puszczam totka, ale wbrew wszystkim znakom na niebie i ziemi, jednak mam większe szczęście w miłości, niż w grach. Czyli w grach mam chyba ujemne... Sama nie wiem.

Byliśmy w niedzielę w Genewie, na wystawie samochodów. Oczy mi wychodziły z orbit i każdego jednego chciałam schować do torebki i zabrać cichaczem do domu, ale nie mogłam się zdecydować, który ładniejszy. Wahałam się między BMW M8 a Volvo V60, tym najnowszym.
Idka miała w nosie wózek, który wzięłam, bo przecież dużo chodzenia, bo się zmęczy itp. Pedometer wyliczył mi ponad trzynaście kilometrów na nogach, a taki mały szkrab przecież nie chodzi po linii prostej, tylko w kółko, bo tak normalnie to nuda. W wózku przejechała tak ze sto metrów, potem mogłam wózek wywalić do kosza. Wieczorem wszyscy padnięci i nieledwo, a ona jeszcze bajkę, jeszcze rysować, jeszcze na gitarze pograć... Wesoły Romek normalnie. Ja nie wiem, po kim ona ma te dopalacze.

Efektem ubocznym zwiedzania Genewy jest ból barku, który mnie dopadł. Dla odmiany - prawego. Idę jutro zaprowadzić swój kręgosłup oraz podejrzaną rwę kulszową do lekarza. Strasznie mi się gnaty sypią w tym sezonie.

A propos gnatów, to efektem rozciągania się na jodze jest -2 cm w obwodzie łydki. Bardzo mi miło. Jeszcze trochę i może znajdę jakieś normalne kozaki na zimę. Trochę, czyli pewnie z pół roku. Akurat na zimę.

Młody odlicza dni i godziny; w niedzielę jadą na tygodniowy obóz narciarski, a zaraz po nim zaczyna dwutygodniowe ferie wiosenne. O ile pierwszy semestr to nauka i tylko jedne ferie jesienne, to w drugim semestrze, po przerwie świątecznej są zaraz ferie zimowe, obóz, ferie wiosenne (wielkanocne), potem jeszcze ze dwa długie weekendy... Minie szybko.

Pytałam ostatnio Piotrka, czy gdybyśmy hipotetycznie mieli się przeprowadzać, np. pod Zurych, bardzo by protestował. Ku mojemu zdziwieniu, odparł, że nie, że ma tu kolegów, ale nie aż takich przyjaciół, jak w Warszawie, że najchętniej wróciłby do Polski, a w ogóle - nigdy z niej nie wyjeżdżał. Zdaję sobie sprawę, że dopiero za kilkadziesiąt lat będzie w stanie powiedzieć, czy to dobrze, czy źle, że się wyprowadziliśmy z Polski, ale teraz widzę, że bardzo mu ciężko i wróciłby w te pędy. Niemniej, jako rocznik 2003, w Polsce byłby królikiem doświadczalnym deformy edukacji. Dziękuję, postoję.

Tymczasem pozostał niecały tydzień pobytu mamy u nas. Spacerujemy, układamy puzzle, babcia czyta wnusi książeczki, śpiewają kundel bury i kaczkę dziwaczkę. Szybko zleciało.

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci