Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Panowie od naprawy okna spóźniają się już osiem minut! Ja przepraszam, ja nie po to wstałam o siódmej, żeby oni się spóźniali, no. Uszczelka odeszła mi od okna, i fruwa sobie, samotny biały żagiel.

No dobrze, a właściwie jeszcze lepiej, pan zadzwonił, że on jest przy mojej ulicy, ale numeru 208 to tu nie ma. Dał się jednak przekonać i poprowadzić, teraz opowiada mi dużo zapewne ciekawych rzeczy, ale cóż, w dialekcie...! Niemniej, już wiem, jak jest uszczelka: Dichtung!

Poza tym dzień zapowiada się intensywnie. Odebrać spodnie męża od krawca (pękły przy kieszeni, a ja maszyną nijak nie mogłam podejść, oddałam fachowcowi za jedyne 10 sfr), zanieść je do pralni, zrobić zakupy serowo-czekoladowe, puścić jeszcze kilka pralek - i suszarek - prania, co nieco uprasować, wrzucić do walizki to i owo, usiąść na niej, żeby się domknęła...

Startujemy jutro po południu. W Warszawie podrzucimy młodego do jego najlepszego przyjaciela, a same jedziemy pod Polskiego Busa, a właściwie pod Viki Busa, i spod PKiNu ruszamy do Radomia.

Żadnych latających drzew z konarami ja poproszę nie!

novembre

To były bardzo intensywne dwa tygodnie. Pojechaliśmy do Grindelwaldu i wyżej, na First, było Montreux i zamek Chillon, był Zurych, Solothurn, Lozanna i Neuchatel, oprócz tego oczywiście Bazylea, spacery po mieście, Kunstmuseum, basen, lody, zakupy... Wszystko w towarzystwie 35 stopni upału i ani kropelki z nieba. Teściowa poleciała wczoraj, a ja padłam jak kawka, i ani rączką, ani nóżką. Muszę odetchnąć.

I, o dziwo, nie było prawie żadnych uwag ani wtrącania się, było za to czytanie Idzie książeczek, malowanie i układanie puzzli. Czyli tak, jak babcia powinna.

Za chwilę my startujemy do Polski, młody na miesiąc, my na prawie dwa. Tak sobie naiwnie myślę, że może odpocznę, cha cha cha.

Młody ostatecznie będzie powtarzał klasę. Kosztowało mnie to masę nerwów, a okazało się, że zupełnie niepotrzebnie, bo potraktowali go trochę uznaniowo. Tzn. jego sytuacja zdać czy nie zdać była na styku i mogli albo się wykazać dobrą wolą i go puścić dalej, albo się wykazać dobrą wolą i go zostawić. No i go zostawili. Tak naprawdę to myślę, że wyjdzie mu to na dobre, ogarnie sobie na spokojnie logiczny rozbiór zdania, podszlifuje matematykę i za rok zda na piątkach. Co daj boże amen. Niemniej zryczał się młody strasznie, tatuś pocieszał, jak umiał (bo ty się nie przykładasz, bo to jest to co ja mówiłem, że trzeba systematycznie, a ty nie dbasz, nie pilnujesz, to nie zdałeś!!), babcia tu też błysnęła (a może go przenieść do Polski i niechby tam się uczył...?), wieczór rozkręcał się jak fidget spinner. Zarządziłam koniec tematu, bo jak można się tak pastwić, ja rozumiem pogadankę (ta tatusia była czwarta z kolei), ale może nie akurat tego dnia. Już mu wystarczyło wrażeń.
Następnego dnia młodego bolała głowa i brzuch, ale nie dałam się, poszedł do szkoły. Kiedyś trzeba się zmierzyć z taką sytuacją, im wcześniej, tym lepiej. Ze szkoły wrócił już w niezłym humorze, a kolejnego dnia oświadczył, że z jego klasy nie zdał też Gianluigi, a Giuseppe to sam chce* powtarzać klasę, więc nie jest sam, luuuuz.

*W sekundarschule są trzy poziomy nauczania, A, czyli niski, nieciekawe towarzystwo, E, czyli średni, P, czyli zdolniachy. Piotrek i wyżej wymienieni koledzy są w E. Giuseppe ma z kilku przedmiotów prowizoryczne zaliczenie, co oznacza, że jeśli w kolejnym semestrze nie poprawi ocen, to spadnie na poziom niższy, czyli A, akurat na ostatni semestr ostatniego roku w szkole. A świadectwa z poziomu A są niewiele warte. Woli więc teraz powtarzać klasę, podciągnąć oceny i za rok zdać bez żadnej prowizorki, nie ryzykując już wpadki z niższym poziomem. Trochę jeszcze nie ogarniam tego systemu ;).

W związku z tym, że była reforma edukacji, Piotrek był ostatnim rocznikiem w systemie 5+4, niższe są 6+3, rok niżej nie ma już ani trzeciej, ani czwartej klasy. Zgodnie z materiałem Piotrek pójdzie więc do klasy drugiej. Śmieję się z niego, że zdał z trzeciej do drugiej.

Tymczasem ochłodziło się, jeśli tak można nazwać 25 stopni i parujący w biegu deszcz. Ale przynajmniej znów jest powietrze i nie trzeba oddychać wodą.

novembre

Piątek, dwudziesta trzecia.
Znad drugiego piwa myślę sobie, pójdę do Piotrka, każę mu kłaść się spać. Jest weekend, może odpocząć, posiedzieć, na pewno będzie protestował, na pewno się nabierze. Będzie fun.

Wchodzę do młodego do pokoju, ale zanim cokolwiek powiem, słyszę:
- No tak, za trzy minuty zadzwoni budzik i kładę się spać.
- Ale dlaczego?? - pytam zdezorientowana.
- No, bo jutro trzeba wstać, posprzątać... a co, mogę? - poderwał się z nową energią.

 

Chciała matka strollować syna, syn strollował matkę. Nawet, jeśli nieświadomie.

novembre

Chciałam to mam. W przyszłym tygodniu przylatuje do nas teściowa. I się zacznie. Że dlaczego nie daję dzieciom mleka do picia (bo jest bezwartościowe?), że ona całe życie jadła/piła coś tam i teraz właśnie dlatego ma takie świetne wyniki (i szafkę lekarstw na nadciśnienie, cukrzycę, wątrobę, tarczycę, żołądek i astmę), że zrobimy, jak uważamy, ale ona nam radzi itp. No dobrze, te 10 dni wytrzymam, nieprawdaż. Trzeba przemyśleć plan wycieczki, bo teściowa owszem, przylatuje do nas, ale głównie dlatego, że teraz w Alpach kwiatki najładniej kwitną, nie, żeby do wnuków. Zatem obowiązkowo zamek w Chillon i Montreux, Neuchatel, Grindelwald i gdzieś wyżej, pewnie First, co jeszcze, to się zobaczy. Trzeba poszukać na sbb, może są swisspassy w dobrej cenie (przejazdówki wykupowane na kilka dni, niekoniecznie obok siebie).

Trzy tygodnie temu teściowa szczęśliwie pozwoliła psu nie męczyć się więcej, i go uśpiła. Z psa została skóra i kości, szafkę leków miał niemal tak pokaźną, jak teściowa (wszak psy się upodabniają do właścicieli, albo odwrotnie, nigdy nie pamiętam), czas już był najwyższy. Teraz teściowa zażywa swobody, lata po mieście do wieczora, całe dnie spędza na działce i nareszcie odżywa.

Póki co u nas dwa dni przyjemnego chłodu (o ile nie zapomina się zabrać ze sobą bluzy), a na weekend znowu lampa. 32, 35 stopni. Na szczęście fachowiec naprawił nam wczoraj zewnętrzną markizę, której brak bardzo nam doskwierał w słoneczne dni. Salon mamy od południowego zachodu i akurat pod wieczór słońce oślepiało nas kompletnie. Żaluzje powodują kompletną ciemność, a też bez sensu świecić światło w ciągu dnia. Teraz będzie przyjemniej, przy okazji młoda osłonięta z każdej strony będzie mogła znowu na balkonowym baseniku zażywać naturystycznych kąpieli. I wyrzucać zabawki za balkon.

Po kilku latach przerwy wróciłam do tabletek. Głównie z próżności, nie potrafiłam zapanować nad swoją cerą, i mimo, że tylko raz w miesiącu, to te krostki sobie zostawały na dwa tygodnie, więc. Poza tym za rok wesele brata i życzę sobie mieć ładną cerę na zdjęciach, oraz jak popatrzyłam w apkę (boże! kiedyś się w kalendarzyk patrzyło, taki mały, kwadratowy! która miała, ręka w górę!) i mi wyszło, że dostanę okres akurat w dniu ślubu brata (po czym okres spóźnił mi się 10 dni). Więc o nie.

Przy okazji, robi się to tak:
- Dzień dobry doktorze, chciałabym umówić się na wizytę, potrzebuję tabletki.
- A które? Te, które brała już pani wcześniej? i nie było żadnych skutków ubocznych? Była u mnie pani dwa tygodnie temu na wizycie, jest pani zdrowa, nie ma sprawy. Nie, po co ma pani przychodzić, przyślę pani receptę. Na rok?
- Yyy, może na pół na razie, we wrześniu i tak przyjdę na kontrolę...
(a tak naprawdę, to nie wiedziałam, ile kosztują. Okazało się, że jeśli wykupię półroczne opakowanie, jeden listek kosztuje równowartość zestawu McDonalda, plus w aptece zbiera się pieczątki i dziesiąte opakowanie jest gratis. A całość zdaje się jest refundowana przez ubezpieczyciela, ale tu nie mam pewności, bo jedna farmaceutka powiedziała mi, że tak, druga, że nie. Wysłałam, zobaczymy).

Póki co, osiemnaście stopni i pomidorówka na kuchni. Oraz może bym jakieś ciasto machnęła? Chodzi za mną albo sernik jaglany, albo ciasto marchewkowe. Wszystko w ramach wmawiania sobie, że to przecież zdrowe i dietetyczne :D.

novembre

Narzekałam na zimę w maju i +9, to mam, 32 i patelnię. I też narzekam! Widać narzekania moje zostały wysłuchane, bo na przyszły tydzień widziałam znowu 12 stopni. Po tygodniu picia wody z powietrza z przyjemnością zacznę swobodnie oddychać. Zwłaszcza, że w taką pogodę nie ruszamy się z młodą nigdzie z domu, szkoda się prażyć. Zrobiłyśmy sobie basen na tarasie, osłoniłam go roletami i młoda się tapla cała szczęśliwa. Mamusia też od czasu do czasu nogi zamoczy i jest git.

Ida rozwija się w mowie (oraz w piśmie, głównie na ścianie kredkami świecowymi). Ostatnio rzucając mi ball zawołała catch! Lody niezmiennie są delicious, a przy porannych łaskotkach okazało się, że ma ears i fingers. Po polsku też coś tam mówi, głównie: Mama, look! Autobus! Idy autobus!, bo wszystko jest Idy, taki wiek, co nie zna granic ni kordonów. Świat u jej stóp, póki co ten materialny.

Przeturlaliśmy się przez jeden długi weekend, za tydzień jeszcze jeden, i już zaraz na koniec czerwca i wakacje. Tydzień później niż w Polsce, i mimo, że oceny wystawione będą w połowie miesiąca, chodzić trzeba, nie ma zmiłuj. W międzyczasie młody będzie miał trzy dni praktyk, które powinien był sobie sam zorganizować. Już mówię od początku: od trzeciej klasy gimnazjum młodzież powinna myśleć, co chciałaby ewentualnie robić w przyszłości i w tym kierunku samodzielnie na rynku wyszukać sobie miejsce do praktyk. Nie na długo, na trzy dni. Jest to na pewno odgórnie ustalone, bo firmy mają specjalne miejsca dla takich nieletnich praktykantów. Tylko że trzeba podzwonić i znaleźć sobie miejsce. Zalecane: wcześniej niż trzy tygodnie przed terminem. Albowiem trzy tygodnie przed terminem okazuje się, że wolnych miejsc już nie ma; zarezerwowane przez tych przebiegłych kolegów, którzy zadzwonili od razu, w marcu. A nie na koniec maja. Młodemu zostają jakieś popołudniowe zajęcia ogólne w szkole, oczywiście nie wie, na czym będą polegały, bo się nie interesował, bo przecież on praktyki dla siebie znajdzie. Jeszcze jutro będzie dzwonił, bo dzisiaj jednej pani Ziuty nie było, a druga nie odbierała. Jutro na pewno będą czekać na jego telefon, wiadomix.

Powoli już odliczam do wakacji; trzeba zrobić listy co zabrać oraz co przywieźć. Najnowsze odkrycie, po polskiej fecie i białym barszczu, mają tu też te takie fajne papirusy do smażenia kurzych piersi. Bardzo się cieszę. Ostatnio w hipermarkecie niemieckim wykładałam zakupy na ladę i były to: Tymbark jabłko-mięta, kabanosy Tarczyński, feta Mlekovity, Prince Polo... Ale nawet pomimo tego, że większość rzeczy mogę tu dostać, tęsknię. Nie wszystko można kupić.

novembre

Mówcie mi miszczyni kuchennej kreatywności. Wczoraj wieczorem, zapomniawszy zrobić jakiekolwiek zakupy, otwieram lodówkę w poszukiwaniu kolacyjnej inspiracji. Coś jak "weźmy z lodówki to, co mamy pod ręką, o!, mogą być krewetki!" (nie pamiętam autorstwa, Kasia Tusk?). Otwieram więc lodówkę, a tam całe nic... Echo wypomina mi z wyrzutem, zapomniałaś zrobić zakupy, zapomniałaś zrobić zakupy!
Wyjmuję wszystko, co się nadaje do jedzenia, będziemy improwizować. Sałata, jajka, resztka papryki, kawałeczek fety. Czerwona cebula. Oliwki kupiłam z pestkami, mać. Kto mi teraz wypestkuje oliwki?. Puszka tuńczyka. Kawałek białego sera i trzy rzodkiewki. Myślę, myślę... (piątek wieczór, dwa martini za mną, a ja myślę, proszę docenić). Wtem! Sałata nicejska, a co! Kolacja po burżujsku będzie, do tego twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem i cebulką. Z moim osobistym orkiszowym chlebem na zakwasie.
Tylko Lazurowego Wybrzeża zabrakło w tle, do tej sałaty ;).

Wieczór natomiast sobie zrobiłam filmowy, tutejsza telewizja zrobiła taneczny weekend, dali Dirty Dancing (niezapomniane wrażenia niemieckiego dubbingu), później znalazłam Cztery Wesela i Pogrzeb. Później natomiast zrobiło się wpół do pierwszej i poszłam spać, gnana resztkami rozsądku, że młoda wstanie o siódmej i nie przyjmie matki argumentów, że sobota, że dłużej pospać... Nic zrozumienia dla matki.

Teraz zbieramy się na zakupy i do konia (w drodze do francuskiego lidla na Idę czeka zawsze koń. Właściwie konia. Idziemy do konia, więc jak się zwierzę nazywa? Konia. Koniec dygresji). Więcej czarów nie będzie, lodówka się sama nie zapełni.

novembre

Lato! Lato wczoraj było! Dzisiaj już jest trochę mniej, chociaż balkon wciąż prowokacyjnie otwarty na oścież. na dworze dwadzieścia kilka stopni, a młoda zakichana i coś marudzi, że niby gorączka. W taką pogodę! Niestosowne, doprawdy.
Młody uprzejmie doniósł ze szkoły, że z gotowania powinien zdać, dostał dwie czwórki, uf. Teraz jeszcze tylko Napoleona męczymy, żeby zdał. Młody, nie Napoleon. Napoleonowi już nic nie pomoże.
A propos młodego gotowania, dostał ostatnio z gotowania tróję (przypominam, ocenę negatywną). Bo te czwórki to z kartkówek (tak tak, kartkówki z gotowania: jak robić zakupy? jakie produkty wybierać? co oznaczają te znaczki na produktach? jakie logo jest jakiego producenta i czym się wyróżniają jego produkty? itp itd). Natomiast po nieudanym gotowaniu zapytałam młodego, co jest takiego trudnego, w czym zawala, bo może byśmy zrobili przyspieszony kurs gotowania i by wystarczyło. Otóż młody powiedział, że on same przepisy oczywiście rozumie, ale jak pada hasło np. "dodaj skórkę z cytryny", to on się zawiesza. Dopiero podpatrzył u kolegów, że cytrynę trzeba umyć szczoteczką, wyparzyć i zetrzeć skórkę na drobnej tarce i w takiej postaci dodać do potrawy. Zatem nie, moi drodzy, gotowanie to nie jest przedmiot pt. wstaw parówki do mikrofali; bardziej podchodzi pod masterchefa, i to niekoniecznie dziecięcego. Czekam, kiedy będą robić kiełbasy (i pędzić bimber :D).

 

novembre

Poniedziałek, jak to poniedziałek, intensywny. Poranny rozruch na szybkich obrotach, rano jeżdżę z młodą na drugi koniec miasta do kulek. Niech się dziecko wyszaleje. Wracamy, panna na ostatnich nogach, próbuje przysypiać w tramwaju, na dodatek zapomniałam się przesiąść i dyliżans wieeezie nas przez pół miasta. Nie zdążę młodemu dać obiadu, znowu zapcha się tostami. Trudno, do piątej przeżyje. Zabawiam młodą, przesiadamy się, skracając sobie o kilka cennych minut podróż. Z przystanku biegiem do domu, młoda głodna, zmęczona i śpiąca, wszystko jednocześnie i natychmiast.
Nareszcie. Otwieram wózkownię, wypakowuję młodą i bambetle, zmęczoną biorę na ręce. Pierwsze piętro, ale po schodach jej nieść nie będę, wjeżdżamy windą. Widok windzianego lustra zawsze wywołuje uśmiech na twarzy młodej, co ta płeć robi z człowiekiem...! Biegiem do domu, klucz nie wchodzi do zamka, czyli młody docisnął z drugiej strony, szlag mnie trafia, dzwonię dzwonkiem, niech otwiera, młoda swoje waży! Klucze zamiast do mojej kieszeni lądują na wycieraczce, noż...!!

- Kuła? Kuła?

Tak, córko. Dobrze usłyszałaś, niestety.

novembre

Weekend poszedł, okres poszedł, kilogramy poszły. Milusio.
Długi weekend u nas na szczęście krótszy niż w Polsce, więc dzisiaj panowie wybrali się do swoich placówek, a my w domu mamy znów nasz codzienny, spokojny rytm. Młody wpada w południe, pohałasuje trochę, zje coś, pobawi się z młodą i leci dalej do szkoły. Jułek wraca o 19 i od razu, nie zdejmując butów, jest zaciągany przez młodą na parkiet do tańca. Ida włącza dowolną melodyjkę piętnaście razy z rzędu i tańczą w kółeczku. Cóż, lekarz kazał mu się ruszać, to się rusza ;p.

Pogoda trochę jakby lepsza (niczym żona po okresie ;p), do południa nawet słońce świeciło i udało nam się poczłapać z Idą na spacer. Z hulajnogą. I z wózkiem. I z PETami (się oddaje w sklepie). I ze szkłem (długi weekend był). I jeszcze do pralni, wymienić brudną marynarkę na czyste spodnie. Ida wszędzie na hulajnodze.

Przechodzimy przez ulicę, z daleka jedzie motocyklista. Jesteśmy tuż-tuż, myślę sobie, jeszcze przejedzie, ale zatrzymuje się i czeka, aż przejdziemy. A my idziemy, ja jedną ręką pcham wózek, drugą trzymam hulajnogę, Ida trzyma hulajnogę z drugiej strony, pan czeka, przechodzimy, Ida chce przejechać na hulajnodze, a nie ją przenosić, tłumaczę, że ulica, że nie wolno, pan czeka, Ida ciągnie za hulajnogę, potyka się, przewraca na ulicy, na środku pasów, na szczęście klapnęła tylko na pieluchę, siedzi i wyje. Pan czeka; dobre uczynki muszą być przecież ukarane. Kładę hulajnogę na wózku, biorę Idę pod pachę, uśmiecham się do pana, schodzimy z pasów. Pan na skrzyżowaniu skręca i zaraz zjeżdża w pierwszą w lewo.
Znaczy, sąsiad.

novembre

Waga za karę znowu poszła do kąta i zostanie tam, aż będzie grzeczna. No foch, no. Na dodatek o mało nie zabiłam męża (który to już raz... już bym za dobre sprawowanie dawno wyszła). Gdyż albowiem poszedł w poniedziałek do internisty na kontrolę i po leki. Wraca, opowiada, opowiada, a, no i schudłem, dwa albo trzy kilo, nie pamiętam. No żeż!!! Gość, który przed północą robi napad na lodówkę, do wieczornego meczu wciąga paczkę czipsów, a na kolację hamburgera z frytkami, zapijając jednym dużym jasnym pełnym, chudnie. A ja na warzywach i chudym mięsie jestem bogatsza o kilogram. Doprawdy, większej przykrości nie mógł mi zrobić, tym schudnięciem. I to z poniedziałku!!
:D

Teściowa miała w piątek uśpić wreszcie psa, który od niemal trzech lat jest na przeróżnych lekach, od roku na zastrzykach, a to serce, a to nerki, a to żołądek, schudł o połowę, jeść nie chce, chodzić nie chce, łba podnosić nie ma siły... Stary jest i już naprawdę na wykończeniu, podroby odmawiają posłuszeństwa, ale teściowa uparcie wpycha w niego całą swoją pensję i reanimuje. Umówiła się na ubiegły piątek, ale pies wtedy ożył i pierwszy raz od dawna sam poszedł pogrzebać w misce, więc odwołała wizytę. Nawiasem mówiąc, jeszcze u nas nie była, "bo pies". Ida się urodziła, nie przyleciała zobaczyć, pierwsze święta byliśmy tutaj sami, Ida była maleńka przecież, też nie przyleciała, bo pies. Teraz w sumie może przyleci, ale nie wie kiedy, bo z kolei działka się zaczyna (w domyśle jak pies wreszcie padnie), i będzie musiała się działką zająć, bo już w zeszłym roku ją zaniedbała, bo pies.
Z jednej strony rozumiem, że pies jest ważny, ale na moją uwagę, że znajomi zostawiają psa w psim hotelu i lecą na wakacje, a pies potem nie chce wracać do domu, bo w hotelu ma kawał pola i jest wybiegany i cały szczęśliwy, teściowa niemal załkała: i ja bym cię miała, Pimpusiu, do hotelu oddać?? To w sumie tyle w temacie.

Pogoda u nas, hue hue hue, pod zdechłym Azorem, dzisiaj maksymalna plus sześć, a z rana przez godzinę padał śnieg. Nawet mnie chce się trochę ciepła i słońca. Głównie, żeby Idę wybiegać na powietrzu, może by zaczęła jeść jak człowiek, a nie tylko zestaw: naleśniki, ryż, ryż z keczupem, czasem zupa jarzynowa (rękami...), jajko na miękko, banan, bułka z masłem, ewentualnie z dżemem, ale tylko figowym, inny smak ani kolor nie wchodzą w grę, no i to by było na tyle. Maślankę jeszcze pije, czasem jogurt, ale to już zależy od humoru. Podobno taki wiek i dopóki nie jest przez trzy miesiące o chlebie i wodzie, mam nie panikować. Lekarz mówi, że jajko zapewnia jej wszystko mięsne, co potrzeba, w zupie ma warzywa (przestała jeść zupy...), ale przynajmniej pije wodę, non stop pije wodę, może dlatego nie czuje głodu paskuda jedna? Och, jaki piękny słowotok mi wyszedł, dobrze, że przecinki stawiam. Tak czy inaczej trochę się martwię. Znajoma swojej rok temu dwulatce musiała znowu podawać słoiczki i to miksować, bo dziecko odmówiło gryzienia, więc może nie jest jeszcze tak źle, ale mimo wszystko. Ale rodzynki, czekoladowe króliczki i polewę czekoladową z ciasta wpierniczała w święta, aż miło, może to więc rzeczywiście jest manifestacja pt. mogę o czymś decydować, więc decyduję. A ty matka rwij włosy z głowy.

Poza tym co. Ostatnio coraz bardziej się zastanawiam, czy to był na pewno dobry pomysł, przyjeżdżać tutaj. Młody w szkole ma tyły, cały czas musi nadrabiać, bo nie jest Szwajcarem i nie zna języka w takim stopniu, żeby na pierwszej lekcji chemii o zmianach stanu skupienia wiedzieć, o co chodzi, znać słówka i na bieżąco notować, jak zaleca nauczyciel. Ja tutaj do pracy bardzo chętnie pójdę, ale obawiam się, że nie będzie zbyt wielu chętnych, żeby mnie zatrudnić. Gdybym miała jeszcze w ręku jakiś twardy zawód, nie wiem, fryzjerstwo, układanie glazury łazienkowej, byłoby mi łatwiej. Osób ze znajomością francuskiego mają tu za miedzą po wrąbek, a żeby być tutaj handlowcem czy asystentką, trzeba by mieć niemiecki biegły, więc ten. Czarno to widzę. A w Warszawie miałam pracę, młody miał szkołę, wszystko było poukładane. Po cholerę było ruszać?

novembre

Ta beza, ta Pavlova... mogłabym ją sama zjeść, przysięgam. Nawet bez kremu. No ale głupio było chociaż nie poczęstować. Ciasta wyszły mi pyszne, niestety. Najgorsze jest to, że teraz trzeba szybko wszystko wykańczać, bo się zaraz zepsuje. No jedzcie coś. Ida wyjada owszem, chętnie, głównie polewę czekoladową z mazurka, zostawiając migdały (a skąd masz babciu orzeszki? z toffifee), Pavlova też jej ładnie wchodzi. Moja krew! Młody stwierdził, że dobre, ale za słodkie.

We wczorajszej rozmowie z teściową na skype wyszło, że Ida miała parę dni temu. Naprawdę? Imieniny? To są imieniny Idy? Ale tak w kalendarzu? Aż się na usta cisnęło, że tak, owszem, są kilka razy w roku nawet, mimo, że to takie żydowskie imię... Widać jeszcze nie odchorowała.

W temacie ciast i obżarstwa świątecznego, to wróciłam dzisiaj do gimnastyki :D. Doszłam do wniosku, że niestety, niestety, trzeba się zacząć ruszać i oprócz samego zdrowego odżywiania, trzeba też się tu i ówdzie ujędrnić. Odpaliłam na youtube Olę Żelazo, zrobiłam rozgrzewkę i trening, ale kurczę, kolana szwankują. Wypadałoby łąkotki wymienić i dopiero się nad sobą znęcać. A jako że postanowiłam równocześnie wrócić do intensywnej nauki niemieckiego, pomyślałam, że czemu by nie poszukać jakiejś trenerki niemieckojęzycznej? Wpisałam coś w yt i wyskoczyły mi oczywiście setki propozycji, ale jedna z pierwszych miała magiczne słowo Knieschonend. Oszczędzające kolana. Ha! Czemu ja na to wcześniej nie wpadłam! Żadnych wykroków, wyskoków itp. Jutro sobie z panią poćwiczę i zobaczymy, czy mi ujędrni i jak szybko. Ona tam dużo tłumaczy, to bardzo miło z jej strony, zaraz sobie zrobię słowniczek stosownych słówek (rozciąganie - mięśnie - udo - wymachy - wstawaj - rusz dupę itp). I się będę ruszać i uczyć jednocześnie.

Słoneczko u nas zaświeciło dopiero dzisiaj, niby 12 stopni, wyszłyśmy z młodą teraz na krótki spacer i chyba pobiłyśmy rekord trasy. Wieje jak w kieleckiem! I to takim zimnym, arktycznym powietrzem, brrr...! A przez okno tak niewinnie to wygląda, słoneczko grzeje, niebieskie niebo, milusio jest, jasne. Kieliszek na rozgrzewkę by się przydał po takim spacerze.

A propos zimnego kieleckiego powietrza, to pogoda dzisiaj dokładnie taka, jak cztery lata temu w długi weekend majowy. Pojechaliśmy w Góry Świętokrzyskie, żeby po taniości, blisko, a i nie byliśmy nigdy, więc czemu nie. Na początek walnęła nam chłodnica i trzeba było wypożyczyć samochód, i tu jakby po taniości się skończyło. Później było już tylko lepiej, 36 stopni, po 12 na każdy dzień, wiało, lało, w telewizorze TV Kielce albo śnieg, zasięgu nie było. Brrrrr.

Na najbliższy długi weekend, którego nota bene tutaj przecież nie obchodzimy, przewidywane jest plus sześć i deszcz...

novembre

Śledzie w oleju.
Śledzie w śmietanie.
Ryba po grecku.
Sałatka jarzynowa.
Sałatka gyros.
Pasztet.
Kabanosy.
Wędlina.
Biały barszcz.
Jajka w majonezie.
Pieczarki marynowane! Bez nich święta są nieważne.
Sernik.
Pascha.
Mazurek z polewą czekoladową.
Mazurek pomarańczowy.
Beza do Pavlova się piecze (telefon ze sklepu: czy serek mascarpone to to samo, co mager quark? Nie!!).
Wafle z kajmakiem.
Chleb już rośnie.
Śmierdzące sery.
Wino.
Martini.

Kto to wszystko zje??

Wesołych Świąt!

novembre

Rozłożyło mnie na amęnt. Cały tydzień ani rączką, ani nóżką. Święta za pasem, ale ja nie teściowa, żeby z gorączką i kaszlem myć okna. Może Jezus nie zauważy, jak przyjdzie, że mam brudne. Powoli wracam do żywych, ale żebym ja miała jakoś spektakularnie więcej siły niż tydzień temu, to nie powiem. No, do spożywczego pójdę i się nie spocę z wysiłku, czyli postęp jest.

Młody miał w tym tygodniu jazdy w szkole. Jako że pękł był sobie jedną kostkę w prawym nadgarstku, przez dwa tygodnie nosił na prawicy gips. I o ile zwolnienie z wf dostał automatycznie, to okazało się, że w przypadku pisania klasówek nie jest to już takie oczywiste. W ubiegły czwartek nauczycielka od gotowania kazała mu pisać kartkówkę, "lewą ręką sobie poradzisz". Zdążył napisać odpowiedź na jedno pytanie z pięciu.
W środę nauczycielka od francuskiego stwierdziła, że w sumie skoro Piotrkowi tak się nudzi na lekcji, bo nie pisze (próbował napisać jakieś ćwiczenie lewą ręką i zastanawiał się, jak napisać jedno słowo), to test napisze w czwartek, z gipsem na ręce. Śmiało, zmieścisz się, chciałoby się powiedzieć. No, po prostu świetnie. Napisałam do wychowawcy i co się okazało - to nauczyciel danego przedmiotu decyduje, czy uczeń z gipsem pisze lewą ręką, czy w innym terminie. Brawa, oklaski, owacje na stojąco. Żeby nie to, że właśnie zaczynają się dwutygodniowe ferie świąteczne i młody musiałby jeszcze w ferie powtarzać materiał do klasówki, to zważywszy na jego zaziębienie, zostawiłabym go w domu. Ale - wczoraj francuski, dzisiaj geografia i historia (już bez gipsu), trzy klasówki pisać zaraz po feriach... Sam nie chciał. Zwłaszcza, że przygotowany i chciał już mieć z głowy.
Koniec końców młody napisał wczoraj lewą ręką ten francuski, franca stwierdziła, że pisze lepiej niż niejeden prawą ręką, zaliczył, dostał 4,25, uf. Tyle dobrego. Teraz trzymamy kciuki za historię i geografię.

System mnie rozwalił. Nauczyciel decyduje, czy uczeń pisze z gipsem, prawą ręką, lewą, może nogą... Gdyby młody tej klasówki nie zaliczył, pisałabym do dyrektora, a potem do gminy. Gmina taka ważna, wydaje (albo nie wydaje!) pozwolenia na opuszczenie zajęć przed świętami (my nie prosimy o pozwolenie, Piotrek dostaje gorączki w dniu wylotu i nie idzie do szkoły, taki zbieg okoliczności... w dupie mam ten ich system). Niechby się więc gmina wypowiedziała. Ale uf, jeden problem z głowy. Oraz gotowanie może pisać jeszcze raz, orzekła nauczycielka. Dziękujemy ci, wasza wspaniałomyślność.

Sporo nerwów kosztował nas, młodego i mnie, ten tydzień. Dobrze, że już się kończy. Przed nami święta, tu na miejscu, spokojne. Zapowiadają chłód i deszcz, będziemy oglądać Alternatywy 4 albo Gesslerową, i grać w planszówki. O.

novembre

Chorujemy sobie we trójkę od tygodnia. Zaczęła Ida we wtorek, gorączką 39,4, w piątek Piotrek wrócił ze szkoły w południe, położył się na pół godziny i wstał po czterech. Napisałam usprawiedliwienie wychowawcy na popołudnie, no bo co. Ja dołączyłam jakoś pomiędzy nimi, w tym fatalnym momencie, kiedy Ida już żywiutka stawała na nogi i zaczynała znów roznosić ją energia, a mnie ścinało i byłam nie do życia. Na szczęście akurat był weekend, więc bezceremonialnie zostałam na dwa dni w łóżku, a stery w domu przejął małżonek. Biedny, musiał wstawić naczynia do zmywarki i zrobić pranie. Więcej nie udało mu się zrobić, bo poszedł z Idą na spacer, Ida zleciała ze schodków na zjeżdżalni i to go tak wyczerpało, że padł i na wszelki wypadek już nie ryzykował nic innego. Nic nie robisz, nic nie spierdolisz, trudno odmówić tu racji.

Nastawiłam zakwas i piekę chleby. Nie znają tu razowego, pysznego, wilgotnego w środku, z chrupiącą skórką, to sama sobie piekę. Taaaaaki pyszny! A jak mi ładnie zakwas bąbelkuje! Jaram się, to już chyba ten wiek, nie? Że człowiek ma tylko zakwas do jarania. Się.

novembre

Młody pojechał na Skilager i co? I wrócił z gipsem na prawej ręce. Zaliczył wywrotkę, podparł się i zabolało. Na szczęście któraś kostka w nadgarstku jest tylko nadpęknięta, nic więcej, więc dwa tygodnie z szyną i wystarczy, nawet na kontrolę nie kazali iść, no chyba, żeby coś się działo.

Małżonek pojechał na pożegnalnego grilla na cześć jego byłego szefa w byłej pracy, tak mu się nie chciało iść, a tu proszę, twierdził, że na dziesiątą będzie. Może jakieś ładne Niemki się trafiły.

Przetestowałam ostatnio wieczorne chodzenie z kijami i stwierdzam, że po takich 3-4 km przechodzonych przed snem, kompletnie nie słyszę, czy mąż rano wstał, jak głośno się tłukł itp. Dotleniona jestem i śpię jak niemowlę. Tylko nie wstaję o 6:30, jak niemowlę, ale to już inna sprawa.

Właściwie Ida to już nie niemowlę, to mowlę i to pełną gębą. Napitala tak, jakby chciała nadrobić te dwa lata gaworzenia. A nadaje głównie po angielsku. Ot, efekt uboczny oglądania Cbeebies w oryginale. Piotrek po tygodniu nieobecności robił oczy ze zdziwienia, jak mu Ida zasunęła: what you doing, Tinky Winky? Oh, look! Później kłócili się, czy na obrazku jest orange, czy pumpkin. Jak czegoś nie dosłyszała, zawołała do młodego: what? Oraz mówi do mnie mummy, ale to już przejęła od polsko-hinduskiej koleżanki. Przy czym po angielsku jest tylko mummy, reszta zdania po polsku. Ostatnio pierwszy raz w życiu zobaczyła Świnkę Peppę i powiedziała: o, pig! piggy! Nie no jasne. Ubaw po pachy.

Acha, dzisiaj było 19 stopni i piękne słońce; uroczyście rozpoczęłam sezon jadania obiadu na balkonie. Wiosna.

novembre

Stan na dziś jest taki, że młody tak mnie wkurwił, że myślałam, że rozszarpię. Zabrałam mu pady, piloty i telefon. Bez tych dwóch pierwszych przeżyje, bo jutro wyjeżdża na obóz narciarski, ale wcale nie ma pewności, czy matka telefon odda, czy nie. Jak się dwie godziny temu przekonał, że to nie przelewki, aż się biedak rozpłakał, wizja pięciu dni bez telefonu go tak wzruszyła. Podchodzi mnie od różnych stron, ale jeszcze mam zęby jadowe na wierzchu. Przed chwilą wymyślił, że na liście do zabrania na obóz jest aparat bo będą robić zdjęcia i każdy musi mieć. Aż szkoda, że zenit leży w Radomiu, byłby jak znalazł.

Pogoda na weekend się popsuła, zachmurzyło się, pokropiło na szczęście symbolicznie, ale halny łeb urywał w ciągu dnia. Teraz spokorniał, podczas wieczornej przechadzki z kijami było bardzo przyjemnie, chociaż gwiazdy za chmurami. I ciepło. Lubię ciepłe wieczory.

Robiłam dzisiaj porządki w stosie płyt DVD, spora część nie opisana, kilka z Piotrkowego przedszkola, więc pewnie skopiowane na dysk i reszta do wyrzucenia, a wyrzucić się zapomniało, i leży. Znalazłam też płytę ślubno-weselną, Boże, jaki człowiek był piękny, młody i głupi! I szczupły ;-)).

Z rozrywek czysto kobiecych, kupiłam sobie dzisiaj w Jumbo garść gwoździków i przybiłam u Idy obrazek z Puchatkiem i wielo-ramkę ze zdjęciami. O, jutro sobie jeszcze jeden obrazek w sypialni zawieszę, ulubionego rozmazanego żonkila. Komuś coś machnąć na ścianę? Parę gwoździków jeszcze zostało.

O, Creep Radioheadów leci. W sam raz w klimacie gwoździ.

novembre

Przy +17 uroczyście rozpoczęłam sezon balkonowy. Słońce mamy tu dopiero popołudniu, ale powietrze jest już wtedy nagrzane, jest przyjemnie cieplutko. Róża puszcza pędy, kwiatki kwitną, szczypiorek trochę poganiam żeby zdążył na święta. I hiacynty sobie kupiłam, jeden malutki stanie w kuchni, żeby mi umilał gotowanie, drugi, potrójny, rośnie sobie na balkonie. W przyszły tygodniu, jak już minie weekendowe załamanie pogody i wichura (znowu halny zapowiadają ;/), położę Idę spać, przeniosę sobie fotel i wyciągnę się na tarasie, w słoneczku. Będę się oplażać (no bo co się robi na plaży? się oplaża, wiadomo).
Młody jedzie w niedzielę na obóz narciarski, już się nasłuchałam, jak to kijowo, bo on by wolał na letni gdzieś pojechać, A tu dwa lata z rzędu - na narty! Straszne to.
O, pierwszy wiosenny żuczek wpadł do mieszkania. Znowu mamy blisko drzewa, więc będą z nami pomieszkiwać cały sezon.
Młoda mówi coraz więcej, bardzo dużo słów powtarza, gdy zakładam jej bluzę, przypomina: siułak! (suwak). Wczoraj się okazało, że matka nosi okulaji. Pies to już nie jest hau hau, nawet nie jest pes, on jest pesek. Oczywiście nadal, jakimś cudem, językiem dominującym jest u niej angielski: look, mummy!, what doing?, ostatnio zobaczyła gumową kaczkę do kąpieli i mówi: o, duck! Jurek zamontował jej przy hulajnodze piszczałkę - kaczora, więc starzy mają ubaw i podpuszczają dziecko: walnij kaczora w łeb ;-)).

Na wagę się obraziłam, więc za karę poszła do kąta. Warzywa też odstawiłam wczoraj, w ramach protestu. Wciągasz tę sałatę, a waga i tak swoje. No, to teraz niech cierpi w kącie. Ustaliłam z moim dieto-kołczem (a co! się ma!) zmiany w menu, i zobaczymy, co dalej. Jeśli waga zacznie spadać, to ok, jeśli nie, to pójdę sobie zrobić jakieś badania, może hormony, może nietolerancje. Póki co - róbmy swoje.

novembre

Nieśmiało zagląda wiosna. Cieplejsze, słoneczne dni, pączkujące drzewa, drące się bez opamiętania ptaki. Przyjemnie.
Pomny Walentynek, małżonek przybył wczoraj z pracy z dwoma bukietami kwiatów, więc nie było awantury. Ida dostała piękne żonkile i tylko miała do mnie pretensje, że wyjęłam je z folii. Przecież nie po to dostała je w folii, żeby nie były w folii, tak?

W Bazylei właśnie skończył się Fasnacht. Zostawiliśmy wczoraj śpiącą Idę z młodym i wypuściliśmy się świętować. Jakaż wolność! Zeszliśmy pół miasta, zebraliśmy cukierki, wytarzaliśmy buty w tonach konfetti, wypiliśmy po sztandze i nieco dookoła wróciliśmy do domu. Taki Fasnacht powinien być raz w miesiącu.
Albo po prostu ja powinnam mieć regularnie wychodne.

Mama wyjechała, a ja postanowiłam zacząć mocniej socjalizować się w szwajcarskim społeczeństwie. Na poniedziałek zaprosiłam na kawę sąsiadkę z naszego piętra; ma dziewczynkę w wieku Idy, byłoby fajnie, gdyby młoda miała z kim się bawić, a mamusia kogoś do pogadania (mimo, że sąsiadka to Holenderka, a nie tubylec). Mąż Holenderki nas ostatnio zdumiał; młody wychodzi wieczorem ze śmieciami, a sąsiad akurat wychodzi pobiegać. I co? Zabiera młodemu worek (ciężki! pieluchy!) z 35 litrami śmieci, twierdząc, że on bez problemu wyrzuci, bo i tak ma po drodze, a na dworze ciemno, zimno, to niech młody zostanie w domu. Ten to ma szczęście...! ;-)))

No dobrze, my tu gadu gadu, a tu niedługo znajoma wpadnie na poranną kawę. Młodemu trzeba zadać coś do nauki, siebie ogarnąć, wysuszyć, twarz sobie namalować... Miłego dnia.

novembre

My tu gadu gadu, a tu młoda tydzień temu skończyła dwa lata. Dziś był kinderbal, baloniki, sztuczne ognie, dmuchanie świeczek i tort. I prezent - hulajnoga.

20170226_101439

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci