Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Zmęczona jestem tak, że chce mi się płakać. Prosto z przedszkola pojechałyśmy z Idą na zakupy do Weil am Rhein, czyli do Niemca tuż za granicę. Daleko nie jest, ale tramwajem z przesiadką chwila schodzi. Zakupy tylko takie najbardziej potrzebne, a i tak ledwo się zmieściłam ze spożywką w moją zakupową torbę. W drugiej torbie jakieś moje kosmetyki, prezent na sobotni kinderbal, prowiant, bo oczywiście piciu i bułecke. Oraz nagroda, bo żeby mi cholera nie uciekała z wózka, obiecałam jej nagrodę za dobre sprawowanie. Dziecko na miejscu, zakupy spokojnie zrobione, prezent tani jak barszcz, same plusy.
W drodze powrotnej, skoro panienka zasnęła, a ja miałam przy sobie list od yves rocher, no i po drodze było, prawda, podjechałyśmy jeszcze i do nich. Zrób zakupy za dychę, a dostaniesz tyyyyyle gratisów!. Zrobiłam zakupy za trzy dychy, ale tyle było promocji i tyle potrzeb nagle... Wiadomo.
A propos zmęczenia, to po prostu ręce mnie bolą i ramiona. Trzeba przeorganizować tę domową logistykę zakupową.

Znalazłam ostatnio fajne ogłoszenie o pracę. Szukają kogoś z czterema językami, plus komputer, plus chęć  do pracy wieczorami i w weekendy, no żywcem pode mnie pisane. Napisałam ten pieprzony list motywacyjny, wysłałam wszystko i... następnego dnia rano dostałam odpowiedź, że miło, że dzwonisz, ale nie ma nas w domu. Nie pasujesz do nas profilem i twoje dane nie zostaną zachowane w naszej bazie. Pewnie też mają swoje rodo. Oraz życzą mi szczęścia w dalszym szukaniu pracy. No, ja ich też ;/.

I tak to sobie żyję beztrosko i bezpracowo. Do pracy nikt mnie nie chce, do maca będę overqualified, na inne stanowiska nie mam szans, bo nie jestem nativem, od biedy sprzątanie wchodzi w grę, albo wykładanie chemii w migrosie. Co nie byłoby takie głupie skądinąd, bo może bym wreszcie trochę schudła. Sprawdziłam, ile ważyłam rok czy dwa lata temu - przez ten czas przytyłam 5 kilo i schudłam 6, można mi gratulować. Za miesiąc wesele brata, a ja schudłam uwaga uwaga (to dla tych, co nie są tak biegli w odejmowaniu) kilogram. I nawet żadne spanxy mi nie pomogą, bo te w moim rozmiarze leżą na mnie jak z przeproszeniem majtki, nic nie obciskają, a takie rozmiar mniejsze nie chcą za wuja pana wejść na moją rzyć. Czarownie. Ale spoko, sukienki jeszcze nie mam, ale dowiem się, skąd Nosowska bierze swoje kreacje a la wór na ziemniaki, i będzie gites.

Za trzy tygodnie do Polski, ale nawet to nie poprawia mi humoru.

Wszystko do kitu ;/.

novembre

Nowięc tak. Męża koledzy przyszli w sobotę, na pożegnalną wódeczkę. Chociaż mąż się wzbraniał, bo on się nigdzie nie wybiera, więc jakie pożegnanie. A robotę nową ma w wieżowcu obok starej, więc i piątkowe piwo im pewnie zostanie w tradycji (Tradycja to ładne imię dla dziewczynki).

Przyszli nastawieni na pierogi. O pierogach, niczym innym, gadali cały wieczór. Nalepiłam ich prawie 140, pierogów, nie kolegów. Zjedli ze smakiem, i małżonek uparcie twierdzi, że są idealne (no ja myślę, z przepisu jego mamusi ;p), niemniej pod niebiosa wychwalali... placki ziemniaczane z sosem pieczarkowym. I nie że z torebki! Na śmietanie 32%, z cebulką, czosnkiem, i pieczarkami rzecz jasna. Oni tutaj znają placki, ale robią je z podgotowanych ziemniaków startych na tarce. Też smaczne, ale zupełnie inne (dla ciekawskich - wyguglajcie sobie rösti).

Panowie posiedzieli, pojedli, popili, poszli spać i rano udali się na SBB w drogę powrotną. Bardzo miło było, ale bardzo męcząco, mam na myśli przygotowania, gotowanie itp. Teraz dochodzi już środa, a ja dalej zmęczona.

Mąż w przypływie euforii i alkoholu, powiedział mi, że wszystko jest tak pyszne i że on mi tak dziękuje, że jutro (czyli w niedzielę, kiedy będzie kacował, acha) mogę sobie zażyczyć, co tylko chcę. Wycieczkę na Haiti albo rejs statkiem dookoła świata, wszystko spełni, całkiem jak ten hipopotam żabie. Nie kazałam mu nawlec igły, natomiast świadoma, że w niedzielę to on pomimo szczerych obietnic będzie odsypiał cały dzień, wybiorę się w sobotę w miasto sama. A on zostanie z dziećmi, posprzątają, wyjdą na spacer, zrobią obiad, pójdą na drzemkę (o to, znając mojego męża, jestem dziwnie spokojna. No, przynajmniej on zaśnie na drzemkę...). Mam ochotę iść do kina na I feel pretty (nie wiem, jaki jest polski tytuł, dziewczyna budzi się rano i stwierdza, że jest piękna; czy mógłby mnie ktoś obudzić?). Oraz mam ochotę podjechać do Tamarisa po sandałki; mam jedne. JEDNE sandałki. Jedne klapki i jedne espadryle. Oraz jedne baleriny, kupione w ciąży z Idą, już im się należy emerytura. Koniecznie trzeba na shopping.

Celowo nie idę po sukienkę na wesele, bo za pierwszym razem kupiłam piżamę (niewątpliwie zrobiłabym w niej furorę na weselu, ale nie będę bratu psuła imprezy...), za drugim co kupiłam? Tusz do rzęs, l'oreala, ten najnowszy. No powiem wam, niezły przeciąg robię, jak mrugam. Oraz muszę uważać z malowaniem, bo rzęsy mam długie, choć rzadkie, a jak tusz wydłuża, to mi rzęsy brudzą szkła okularów. To się nazywa problemy pierwszego świata!

Po pobycie teściowej, wyjazdach i ogólnym rozprężeniu atmosfery, wprowadziłam Idzie wieczorny reżim i tym sposobem córunia ląduje przed 21 w łóżku. Wszystkim nam to służy, mam tego wieczoru trochę więcej, niż gdy w łaskawości swojej zasypiała przed 23. Dosyć tego. I nawet jeśli po 21 jeszcze woła i wstaje na siku, to generalnie już usypia i wiem, że mam ją z głowy.

Syneczek przyniósł tróję z zeszytu z przedmiotu pt. gotowanie, to tak dla równowagi. Nóżki z dupki powyrywać, no.

To dobranoc się z Państwem i do następnego razu.

novembre

Weekend był cudowny.

Małżonek, zgodnie z zapowiedzią, z piątkowego pożegnania wrócił w sobotę koło południa, więc moje plany (zakupy, manikjury, może fryzjer?) poszły się paść. Udałyśmy się za to na przedszkolny piknik. Ida się wyszalała, ja się wynudziłam. Całe szczęście, że spotkałam jedną matkę, którą znam, bo zgadałyśmy się już kiedyś pod przedszkolem, jak Ida miała fazę wycia, że zła matka ją porzuca, więc teraz mogłyśmy porozmawiać na spokojnie. No i każdy przyniósł coś do jedzenia, a że Bazylea to mieszanka kulturowa, spróbowałam tybetańskich pierożków z kapustą i mięsem (prawie jak nasze), tureckiego placka, kawałka pizzy i oryginalnego brownie przygotowanego przez oryginalną Amerykankę, to wszystko, zanim sobie przypomniałam, że przecież jestem na diecie bez mąki i cukru. Taaaaaa...

W sobotę był dzień matki, ale ja doczekałam się tylko lakonicznych życzeń dwa tygodnie wcześniej, bo tutaj świętują 13. maja. Nie należały mi się żadne kwiatki ani nic, zresztą już kolejny rok. Widać taka ze mnie matka, nie umiałam dobrze wychować, to mam. Małżonek synowi nie przypomni, bo sam matce nie złożył życzeń, a poza tym kiedyś usłyszałam, że ja nie jestem jego matką tylko żoną, więc o co mi chodzi. No, w sumie trudno mu odmówić racji i logiki, skąd więc ten mój wkurw. Tak więc młody usłyszał to i owo, co w połączeniu ze szlabanem na komputer dało efekt bardzo grzecznego i potulnego syneczka. Szlaban na kompa ma od tygodnia, bo stwierdziłam, że skoro nie potrafi się zachowywać i odzywać normalnie, nie skutkują rozmowy, prośby ani groźby, trzeba było przejść do kar. A że ja wredna jestem z natury, karą jest nieograniczony w czasie szlaban na komputer, a udostępnienie go możliwe będzie, gdy bardzo subiektywnie stwierdzę trwałą poprawę.

Oraz wiecie, szkoły z internatem to jednak nie był taki głupi wynalazek...

Tymczasem od rana mamy poniedziałek; w nocy była potężna burza, trzaskało i lało dokładnie nad naszą wsią, aż myślałam, że nie zasnę... przez całe siedem sekund tak myślałam, a potem nie wiem, co było, bo zasnęłam.

Od rana czekam na macherów, którzy po półtora roku pisania mejli, wreszcie dzisiaj usuną niedoróbkę z remontu; na styku przedpokoju i pokoju młodego brakuje pół metra fugi w podłodze. Niby drobiazg, ale niech zrobią. Wstałam w tej intencji po siódmej, bo włosy, bo śniadanie, a oni od ósmej rano będą wszystko naprawiać, prawda. Jest dziesiąta, a ja czekam jak idiotka.

Młoda wstała o szóstej rano i właśnie padła na drzemkę. Długo nie pośpi, bo zaraz przychodzą Sara z Heleną na kawę (i przeczekać u nas ich macherów, którzy coś tam będą naprawiać i trzeba wyprowadzić dzieci z domu).

Najadłam się chia z mango na śniadanie i mi teraz bleeeee.

novembre

I znów nastał codzienny, nudnawy rytm. Przedszkole, rehabilitacja, zakupy, skype z mamą ("JESZCZE nie znalazłaś pracy?"), młody, młoda, wieczór, kolacja, spać, dwudziesta druga, mam czas dla siebie! To co? Poczytać? Maseczka? Film? Spaaać...

Młoda niezmiennie ma fazę na święta. Od pół roku wieczorem czytamy te same dwie książeczki, Bałwanka i Mikołaja, tylko trzecia się zmienia - od miesiąca jest Stefek Burczymucha. Pierwsze utrzymane są w klimacie świątecznym i co wieczór Ida wspomina, że Mikołaj wyląduje na dachu i przez komin wrzuci jej prezent. Taki duży! Ostatnio, jako że też były święta, bo poniedziałek po Zielonych Świątkach jest tu też wolny, Ida założyła czapkę, szalik, rękawiczki i zażyczyła sobie rzucać się śnieżkami. Zrobiły z babcią kulki z papieru i się bawiły w salonie. O prezentach i sankach nie wspominała, chociaż te drugie dałoby radę zorganizować, skoro skoczkowie skaczą na igielicie, to czemu by nie miała zjeżdżać na trawie? Kończąc temat świąt, gdy dziś w drodze z przedszkola do domu mijałyśmy kościół (jakiś ewangelicki, kalwiński czy coś podobnego, przepraszam, czytam tylko napisy, nie znam się), oznajmiła, że tu mieszka bozia (już nie Gosia, na szczęście już była parę razy u Gosi i przestała mylić) oraz nawiązała do ostatnio przygotowywanego koszyczka do święconki i upomniała się o jajka, bo musi koniecznie je pomalować. W sumie, czemu nie?

Tymczasem palnęłam kiedyś, że nie ma sprawy, i mam. Za tydzień przychodzą czterej Niemcy na obiadokolację. Męża koledzy z pracy, albowiem mąż zmienia pracę i oprócz godnego pożegnania dziś wieczorem, w pracy (wolno im po godzinach zostawać w biurze i walić wódę, macie pojęcie? byle po sobie posprzątali), czterej najbliżsi (jeźdźcy apokalipsy...) przybędą w przyszłą sobotę o 16 na obiad. I teraz Kasia w blokach startowych, bo: biały barszcz, pierogi (ruskie, niepatriotyczne), śledzie, wędlina, sałatka, placki ziemniaczane ze sosem, i paszteciki z czerwonym barszczem na zamknięcie imprezy. Oraz ciasto, i tu mnie zawiesiło, bo co to znaczy tradycyjne polskie ciasto? Piernik? Karpatka? Szarlotka? Sernik? Mazurek? Padnie chyba na piernik, ale mam pewne wątpliwości co do dostępności przyprawy do piernika w maju...

Pogoda przestała się wygłupiać i wyprodukowała dzisiaj 30 stopni. Ponarzekałam rano, jak o dziesiątej już mdlałam na dworze, ale generalnie bardzo miło, zwłaszcza jak się siedzi w salunie. Jutro piknik przedszkolny, miał iść tatuś wybrany przez aklamację, kiedy to w ubiegłą sobotę kiblowałam CZTERY godziny na placu zabaw, ale obawiam się, że po jego dzisiejszym pożegnaniu pracowym będę musiała zmodyfikować plany i zmienić priorytety, prawda.

No to co, miłego weekendu Państwu życzę.

novembre

Intensywnie. Teściowa przyleciała w ubiegły wtorek, i się wycieczkujemy. Na początek - Mediolan. Piękne miasto, Włochów, ich luz i nonszalancję pokochałam od jednego kopa. Lody mają najlepsze na świecie, pizza, zabytki... Wszystko biorę w ciemno. Dlaczego urodziłam się w Polsce, a nie w takim Mediolanie na przykład? Hę? Teściowa każe się cieszyć, że nie w Syrii, ale nieszczęście bliźniego nigdy mnie aż tak nie cieszyło.

Po czterech dniach długiego tutaj weekendu, we wtorek zaliczyłyśmy jeszcze we trzy, z Idą, Genewę. Po początkowym deszczu, później rozpogodziło się i po raz pierwszy zobaczyłam to miasto w słońcu. Staróweczka, fontanna, jezioro. Nie, żebym odpoczęła, bo wiadomo, zwiedzanie to intensywny odpoczynek, ale zawsze człowiek głowę oderwał.

W sobotę dałam się namówić na wycieczkę w góry, ale takie ze szlakami, żeby wejść na punkt widokowy. A że z Idą i z wózkiem na punkt widokowy nie da się wejść, to wy sobie zostaniecie na dole, jest plac zabaw, jest ścieżka jakaś dla dzieci, będzie fajnie, zobaczysz!

Jakaś głupia byłam.

Ścieżka dla dzieci zaczynała się od podejścia pod górę, gdzie schodki były z gliny, tylko z pionowymi deseczkami zapobiegającymi zsunięciu się, co jakby na dzień dobry wykluczało podejście moje i wózka (Ida dałaby sobie pewnie radę). Miałam wizję raczej spaceru owszem, 2 km, ale w poziomie, nie w pionie. Zostałyśmy więc cztery, qwa cztery godziny na placu zabaw, przy zamkniętej restauracji, gdzie z nudów miałam już strzelać z procy do innych turystów. Doskonale zmarnowany dzień, doprawdy.

Dzisiaj, czyli w niedzielę, zaproponowałam towarzystwu spacerek z rowerkiem do sklepiku na zakupki, potem zostali na placu zabaw, a ja odreagowuję. Ogarniam mieszkanie, gotuję obiad, czytam, piszę.

I odliczam. Nie wiem, jak to jest, ale siedem tygodni pobytu mamy minęło nie wiadomo kiedy, podczas gdy dwa tygodnie pobytu teściowej się ciągną jak guma do żucia. Dziwne.

novembre

Dzień dobry, bankomat zjadł mi kartę. Widać on też bez śniadania.

Bayern odpadł z LM, mąż nie na darmo krzyczał cały wieczór Müller, ty ruro! Albowiem Müller grał jak rura, nie ukrywajmy.

Młody nauczył siostrę dialogu:
- Jedna sztaba pan...
- Wąski!
- Druga sztaba pan...
- Siara!
I dziecko radośnie recytuje.
Radośnie poszło też do przedszkola, mimo, że niekoniecznie wyspana była. Taki urok wstawania po długim weekendzie - albowiem długi weekend u nas już się skończył; konstytucji oni tu nie świętują, a święto narodowe mają 1. sierpnia.

Poza tym weekend średnio ciepły i leniwy. Młoda się wczoraj wykopyrtnęła tatusiowi na hulajnodze, starła sobie skroń biedacyna. Dobrze, że w kasku jechała, bez kasku byłaby cała buzia starta.

Po wymianie klawiatury wciąż spacja nie dobija. Irytujące. Ale nie, nie będę siedemnasty raz rozkręcać i poprawiać. Klawiatura niech się poprawi.

Na dworze 10 stopni i pochmurno, Ida odmawiała wstawania, bo nie ma słońca. Jak nie ma słońca, to jest noc, a jak jest noc, to się śpi, tak? Dała się ściągnąć z łóżka, ale nie była jakoś całkiem przekonana, że to już. Pewnie, też bym pospała do dziesiątej.

Zrobiliśmy duże zakupy i mam teraz zielono w lodówce. A i tak nie kupiłam kapusty młodej, bo nie było, a chodzi za mną, żeby zrobić taką pyszną, aaaaa...!

Z osobistych sukcesów, pragnę odnotować, że udało mi się wreszcie zrobić porządny manicure i pedicure. Oczywiście córunia podstawiła łapki i zażądała tęczowych kolorków na paznokciach. Sto procent kobiety w kobiecie ;).

I to tyle, proszę państwa. Skończyłam rehabilitację, mam wreszcie chwilę, żeby przejrzeć ogłoszenia o pracę i powysyłać, żeby mieli tam co odrzucać.

Do widzenia się z Państwem przy lepszej pogodzie!

novembre

Bardzo miły weekend za nami. Lampa świeciła na całego, ale przynajmniej było 27 stopni, a nie 37, więc dało radę wytrzymać. W sobotę wybraliśmy się na spacer do Rheinfelden, bo młoda miała obiecaną wycieczkę pociągiem. Takie 20 minut było dla niej akurat ;).Przespacerowaliśmy się po starówce, później mostem na niemiecką stronę. Tam lody (bleeeee sam cukier i kryształki lodu! zawsze jak taki napotkam, boję się, że to szkło przypadkiem się dostało ;///). Drobne zakupy i spacerem abarot do domu.

Wieczorem przyszli sąsiedzi. Zjedliśmy pizzę, a później przenieśliśmy się w plenery, czyli na balkon, z piwkiem i drinkami. Sascha się śmiał, że Szwajcarzy by nigdy nie siedzieli na balkonie z piwem... No naprawdę. To akurat dla nas komplement, bo Szwajcarzy są sztywni jak widelec, zasznurowani w konwenanse po samą szyję.

Niedziela już spokojniejsza, trochę odsypialiśmy wieczorne szaleństwa, w południe zwlokłam się z Idą na basen. Trzy miesiące przerwy spowodowane maratonem przeziębień, młoda weszła do wody (W rękawkach) i zrobiła na dzień dobry ze sześć szerokości basenów. Ryba w wodzie!

Dzisiaj pierwszy dzień tygodnia i nowe postanowienia. Ściągnęłam zewłok o 7:20, żeby na spokojnie zjeść śniadanie i posiedzieć w ciszy chwilę bez młodej. Acha, jasne. Przydreptała parę minut po mnie do kuchni, i tyle miałam tego spokoju ;).

Za chwilę joga, potem zakupy, na popołudnie zapowiadają burze. No zobaczymy.

novembre

Ciepłość nastała. I to taka, że no naprawdę bez przesady! 27 stopni w kwietniu? Heloł? A w lipcu proponujemy czternaście, dla równowagi. Balkoning uprawiamy na całego, za wyjątkiem tych chwil, kiedy to Idunia po raz enty wywali mi ziemię z róży, którą to już różę możemy chyba spisać na straty, bo mało który kwiatek przeżyje bez ziemi, a fanką storczyków to ja nie jestem. Natomiast cebulki wysadzone w połowie produkcji szczypiorku przyjęły się z powrotem, co prawda tylko te, które nie wylądowały za balkonem i dostrzegłam je dopiero dzisiaj, ale co tam. I tak go było za dużo, tego szczypiorku. Ida przeprowadziła selekcję naturalną i gotowe. Przetrwały najsilniejsze (albo te, co mają szczęście).

Kupiłam sobie ostatnio frezarkę do pięt. Taką zwykłą, mam na myśli nie markową, tylko marki własnej z drogerii. Ludzie, jakie to jest cudo! Oszlifowałam pięty, wysmarowałam kremem na noc, a dzisiaj skóra na stopach jak pupa niemowlęcia! Żadna tarka tak nie daje rady. Efekt jak prosto od pedikiurzystki. Polecam, Magda Gessler.

Poza tym co; nuda. Kupiłam sobie podkład w płynie, po ponad półrocznym stosowaniu mineralnego kryjącego. No ale mineralny kryjący dostępny w Polsce (neauty.pl), chyba go zamówię do teściowej i mi przywiezie, bo ten w płynie to dajcie spokój. Warzy się, nie trzyma się, jakiś taki jest. Odzwyczaiłam się chyba.

Podcięłam młodej włosy. Profesjonalnie, profesjonalnymi nożyczkami. Trochę opitoliłam, bo jeszcze jej się mechacą na potylicy, a poza tym skoro Marina obcina włosy w nów i lepiej rosną, to ja też chciałam spróbować :). Trzy miesiące do wesela, zobaczymy, jaki to busz będzie miała na głowie. Póki co kręcą jej się dookoła wszystkie, po cięciu loczki są ładne i równe (z trudem opierałam się, żeby przyciąć jeszcze tu, i tu, i tu, a potem - wyrównać!). Może ja powinnam zostać fryzjerką? ;)

Idę. Sprzątnę ślady zabawy córuni w ogrodniczkę. A dopiero co wczoraj podłogę myłam!!

novembre

Dzień dobry. Otóż ci, którzy pracują w Zurychu, mają jutro pół dnia wolnego z okazji lokalnego święta topienia marzanny. A jeszcze jak sobie pozostałe pół dnia odbierają z licznych nadgodzin, to już w ogóle siedzą w domu trzy dni. Co zrobić. Zgromadziliśmy zapasy alkoholu i spróbujemy przetrwać ten czas.

Tydzień temu przyjechał do nas szwagier! Z Mareckim i jego kolegą. Mieli niemal po drodze, bo chłopacy brali udział w konkursie gdzieś w Niemczech niedaleko nas. Wpadli tylko na jeden wieczór, noc i poranek, ale dobre i to. Nawet nie wiedzą, jak się ucieszyłam, że przyjechali. Tak jakby kawałek domu przyjechał. Poszliśmy na spacer, pokazaliśmy gościom starówkę, Spalentor, Marktplatz i katedrę, za Renem pogłaskaliśmy lwa, zjedliśmy lody. Marecki i jego kolega zajęli drugie miejsce, każdy w swojej kategorii. Bardzo ładnie, gratulujemy :*.

Młody złapał w tym tygodniu jakiegoś wirusa, zaczęło się w czwartek rano, i jak padł, tak wstał w sobotę. Biedny taki, blady, ledwo ciepły. Na szczęście po nastolatkach od razu widać, kiedy zdrowieją; kiedy siadł na chwilę do komputera, było wiadomo, że wraca do formy.

Młoda po przerwie świątecznej wróciła do przedszkola, jak to ona, z przytupem. W środę wyła godzinę po moim wyjściu, w piątek postęp - już tylko pół. Bez sensu są dla przedszkolaków te wszystkie przerwy świąteczne, ledwo się przyzwyczai, że trzeba i że nie ma zmiłuj, i już przestaje płakać - przerwa. I potem abarot od nowa. No nic, teraz do wakacji już prawie żadnej przerwy nie będzie. Niech się dziecko hartuje.

Wczorajszy dzień bardzo ciepły, słoneczny, miły. Święto lasu, mąż zrobił carbonarę na obiad. Potem spacer, trochę zakupowy, żeby zapasy wina uzupełnić, bo patrz pierwszy akapit, trochę trzeba zreanimować stół na balkonie. Stoi już kolejny sezon na dworze, lakier zaczął odchodzić, brzydko to wygląda. Trzeba wyczyścić i zabezpieczyć i mieć z głowy na następnych parę lat. Oraz na przyszłość przykrywać czymś na zimę, prawda. Ale ja lubię takie rzeczy robić, a tydzień (oprócz jutra) ma być bardzo ciepły i słoneczny. Ze stołem pójdzie szybko, z krzesłami trochę będzie zabawy, ale co tam. Siedzę w domu, c'nie?

Dziś leniwa niedziela. Ida obudziła mnie o ósmej, ale chwilę pobawiła się sama, zanim trzeba było wstać z ciepłego łóżka i ogarnąć jej jakieś śniadanie. Nie ma tego złego, obejrzałam przynajmniej GP China. A było co oglądać, Hamilton poza podium, piękny piruet Verstappena i Vettela, działo się ;). Mąż teraz ogląda powtórkę, a ja gryzę się w język, żeby mu nie spojlerować ;).

Na jutro zaplanowałam sobie samotne babskie zakupy, gdyż albowiem moja szafa i kosmetyczka wołają o uzupełnienie. Właśnie udało mi się za jednym zamachem wykończyć szampon i odżywkę, piling, balsam i żel do twarzy. Do tego potrzebuję kupić podkład, kredkę do brwi, buty sportowe, buty jakieś inne, baleriny albocuś. Mąż mi się zapisywał na tę wycieczkę, ale jutro ma padać, może go to zniechęci i pójdę sobie w spokoju sama, bez ogonów.

Klawiatura w komputerze wymieniona; rozkręcaliśmy kilka razy, bo coś brzęczało, ale mąż podkleił plastrem i gra gitara. Teraz jeszcze tylko wentylator wymienić, bo już wyrobiony, po jak by nie było, niemal czterech latach. Nawiasem mówiąc, nabrałam wprawy i teraz mogłabym sobie sama w laptopie coś wymienić. Prościzna ;).

To co, miłej niedzieli Państwu życzę.

novembre

Święta minęły na leżąco. Ida stanęła na nogi błyskawicznie i równie błyskawicznie rozłożyło mnie. Wiadomo, święta przygotowane, można się kłaść. Wyleżałam się dwa dni, z przerwą na śniadaniokolację, i pierwszego dnia po wstałam rześka i w formie, a że wiosna przyszła, to umyłam balkon i okna w salonie, kupiłam pelargonie; jak wiosna, to wiosna.

W planach mam jeszcze posprzątanie piwnicy, bo za każdym razem, gdy mój mąż idzie tam czegoś szukać, zostawia za sobą zgliszcza, i ja potem nie mogę niczego znaleźć, bo mi przestawia pudełka. Trzeba by tam w końcu kupić ze dwa regały, bo inaczej nigdy nie dojdziemy do ładu. Póki co, stoi tam 50 rozprostowanych pudełek przeprowadzkowych i wielki karton pełen folii bąbelkowej. Nie dam się nabrać; jak tylko je wywalę, okaże się, że znowu są potrzebne.

Póki co, dochodzi południe, a ja w piżamie. Młoda dała pospać niemal do 10, co jej się nie zdarza. Chyba żegnamy się z południowymi drzemkami :(. Za oknem piękne słońce i 16 stopni, nareszcie, nareszcie! Idziemy na spacer.

novembre

Dziś wczesnym rankiem, po dwóch dniach stanu bylejakości, Ida wreszcie rzygnęła, czym anulowała zaproszenie dzikiego tłumu do nas na jutrzejsze śniadanie. Nie ma tego złego; góra jedzenia, netfliks, bo pogoda podła, a siły na spacery (i ochotników) brak. Mnie po tygodniu trzymania się też właśnie malowniczo rozkłada, zdaje się w stronę wirusa Idy się udam. I teraz co: jeść i zmarnować? czy nie jeść i płakać z żalu? Tak źle i tak niedobrze. W poniedziałek obiecują -1 w nocy i +18 w dzień i słońce. I wtedy, jak zaświeci, wyda się, że nie umyłam okien na święta.

Większość Szwajcarii zasypana śniegiem, ma spaść nawet do metra, i aż dziwne, bo we włoskich, najcieplejszych zazwyczaj rejonach. A u nas tylko deszczyk i plus dziewięć. Luuuzik.

Wesołych Świąt!

novembre

Wykąpałam laptopa. Na szczęście niedużo, i na szczęście niesłodzoną herbatą, a mąż twierdzi, że cukier lepiej przewodzi prąd, chociaż niewielkie to pocieszenie. Po trzech dniach laptop prawie że zmartwychwstał (a było poczekać jeszcze tydzień, do świąt...), klawiatura raz działa, raz nie działa i co jej pan zrobisz. Teraz mamy tę chwilę, kiedy klawiatura w łaskawości swojej wyświetla dokładnie te guziczki, które ja naciskam, ale niestety nie jest to regułą. Na szczęście nowe klawiatury na allegro są po cztery dychy, a znajomy wracając ze świąt nam ją przywiezie. Jeśli więc zamilknę, znaczy, że nie z własnej woli, tylko siła wyższa. (teraz też przy laptopie popijam wino, ale kieliszek stoi daleeeeeko. Na wszelki wypadek) (ja i zamilknąć z własnej woli, jasne).

Piękny weekend u nas, +14 i piękne słońce. Wiosną czuć. Na święta oczywiście +9 i ulewa, ale może jeszcze coś się zmieni, ostatnio prognozy co parę godzin pokazują inne wartości. Zobaczymy.

Plan na święta mam rozpisany; jako że przychodzą znajomi (co się w sumie jeszcze okaże, bo młody właśnie się rozłożył i jeśli do piątku całkiem nie wyzdrowieje, dam ludziom barszczu na wynos, chyba, że ktoś na własną odpowiedzialność, to zapraszam. Niemniej znajomi z trzytygodniową dziewczynką, zdaje się, będą mało entuzjastyczni. No ale to się jeszcze zobaczy). Zatem, jako, że przychodzą znajomi, zaocznie podzieliłam prace: panowie sprzątają i robią zakupy, ja gotuję i podaję. Panowie mają też, o czym jeszcze nie wiedzą, drobnym druczkiem zapisane w tej umowie spacery z Idą (na rowerku! młoda dostała rowerek) oraz przeróżne dodatkowe drobne prace, które mi przyjdą po drodze do głowy.

No to co. Jeśli się nie odezwę, będzie to znaczyło, że albo nie mam czasu, bo latam jak z pieprzem, albo klawiatura odmawia posłuszeństwa, a to nie jest tak, że podłączę zewnętrzną i działa. Wpadłam na to, i owszem, ale nie. Klawiatura wystawia środkowy palec, oświadcza, że ctrl jest na stałe włączony, nie reaguje na wpisanie hasła itp. Co ciekawe, teraz też nie reagowała, podczas logowania, ale jak przejechałam dłonią po wszystkich klawiszach w te i wewte, niczym pasaże na pianinie - łaskawie zaskoczyła.

Zatem (te dygresje mnie kiedyś zabiją), jeśli nie będę miała możliwości się zalogować (a na telefonie blox.pl pokazuje mi środkowy palec), życzę Wam wszystkim wesołych, spokojnych, ciepłych Świąt. Odpocznijcie, nie ganiajcie, nie gotujcie za dużo, bo najpierw będzie zostaw to na święta, a potem no jedzcie coś (klasyczne teksty mojej teściowej). Olejcie okna, dywany (a u mnie nie ma nawet trzepaków, a sa sa sa, nie żebym od razu leciała trzepać w Polsce, tak tylko piszę, że można mi zazdrościć; odkurzacz i tyle), umalujcie pazury, uzupełnijcie zapasy wina i mazurka i zjedzcie ze smakiem. Wesołych!

novembre

Długi dzień. Pobudka o szóstej to jednak nie jest to, do czego jestem ostatnio przyzwyczajona. Tymczasem trzeba było zwlec zewłoka, ubrać, umalować, potem jeszcze spionizować dziecko, zgarnąć babcię, jej bambetle - i na lotnisko. W drodze do lotniska Ida zobaczyła samoloty i radośnie krzyknęła, że jesteśmy już w Polsce. Niestety, to tak nie działa, chociaż fajnie by było być tak blisko.

Na lotnisku mama zdziwiła się, że chodzi wojsko z ostrą bronią - ale przecież lotnisko jest na terytorium Francji, a oni zdaje się jeszcze od czasu zamachu na Bataclan, nie znieśli stanu wyjątkowego. Chodzą po pięciu i pilnują porządku.

Mama poleciała, z dwudziestominutowym opóźnieniem co prawda, ale dolecieli o czasie. W powietrzu korków nie było. Młoda o dziwo nie płakała na lotnisku, w przeciwieństwie do mamuni ;). Co ja poradzę, że wciąż tęsknię i mimo, że przyzwyczaiłam się, polubiłam i zaaklimatyzowałam, życie w Polsce byłoby pod wieloma względami prostsze. A do niedziel bez zakupów można przywyknąć. Upierdliwe, ale można.

W przyszły weekend święta. Ida bardzo się ucieszy, zapowiadają +3 i śnieg i mrozik w nocy. Kulig zrobimy. Śnieg, święta, prezenty, ależ ten czas leci! :) Wigilię, tfu, śniadanie wielkanocne robimy u nas, spęd dla zaprzyjaźnionych, zostających na miejscu Polaków, i ich dzieci. W sumie skład będzie podobny, jak na urodzinach Idy, 17 osób, w tym jedna kilkutygodniowa panienka. Śniadanie będzie składkowe, każdy przyniesie, co uważa, ja zrobię barszcz, bigos, królową sałatek, schab upiekę, paschę, mazurka, jajka. Resztę wyprodukują dziewczyny. Posiedzimy, pogadamy, spędzimy miło czas, a nie, jak rok temu. Święta we czworo też oczywiście mają swój urok, zasiadamy do śniadania o dziesiątej, kwadrans po mój mąż mówi, że on już się najadł i że dziękuje, wszystko pyszne. I co tu robić przez resztę dnia? Oraz ile można i o czym rozmawiać z własnym mężem? ;). A tak to zawsze będzie gwarniej, weselej, razem.

Młody pojechał na obóz narciarski, o jakiż spokój zapanował w domu! Nikt nie pyskuje, nie trzeba sprawdzać, przypominać i kontrolować. Ostatni hit - na klasówkę z francuskiego nauczył się nie tego, co trzeba, bo mu się pomyliło. A tłukłam z nim imparfait i passe composé, aż się nauczył, zasady ogarnął, masę ćwiczeń zrobił, pfffff. Po świętach będzie. Tymczasem czasowniki napisał jakoś, a słówek typu z drewna, ze szkła itp., nie napisał prawdopodobnie wcale. Gdyż albowiem powiedzieli nauczycielce, we dwóch, że oni się uczą francuskiego dwa lata, a reszta klasy - pięć. No i pani im kazała się nauczyć tyle, ile mogą. Ile mógł młody? Zero. Brawa dla tego pana. Ja naprawdę odpoczywam, jak go nie ma. Wiem, jak to brzmi, ale jego zachowanie i podejście (niestety, nie tylko do szkoły), mocno daje mi w kość. Nerwy już nie te.

Młoda po ostatnich wyskokach typu usypianie przed północą, śpi dziś grzecznie od 22. Czyli pobudka o 6:30 jej służy. Jutro też wczesny poranek, przedszkole czeka. Mimo, iż Ida upiera się, że nie może iść do przedszkola, bo przedszkol zniknął, oddali go do sklepu (do sklepu z przedszkolami, rzecz jasna). Kocha tę instytucję całkiem jak mamusia swego czasu ;).

Z youtube płynie sobie U2, Beautiful Day. Musiałam wpisać w wyszukiwarkę, bo oczywiście yt sam z siebie podpowiada mi świnkę Peppę i króliczka Binga. Oraz mam tę moooooooc. Ciekawe, dlaczego.

 

novembre

Wiosna! Jeszcze tylko w weekend minus dwa (W Polsce minus trzynaście, mama się zastanawia, czy wracać, no bo dajcie spokój), i już można będzie umyć krzesła balkonowe, nakupować kwiatków i cieszyć się balkoningiem. Tarasingiem. Śniadaniem na słońcu; drugim, póki co, ale jednak. Ptacy ćwierkają, drzewa zaraz wystrzelą. Hiacynty kupiłam, w wazonach rozwijają się dniokobietowe tulipany. W eurojackpot można wygrać 43 miliony złotych, mówią w telewizorze (TVP Polonia, mama ogląda PnŚ). Gracie? Ja czasem puszczam totka, ale wbrew wszystkim znakom na niebie i ziemi, jednak mam większe szczęście w miłości, niż w grach. Czyli w grach mam chyba ujemne... Sama nie wiem.

Byliśmy w niedzielę w Genewie, na wystawie samochodów. Oczy mi wychodziły z orbit i każdego jednego chciałam schować do torebki i zabrać cichaczem do domu, ale nie mogłam się zdecydować, który ładniejszy. Wahałam się między BMW M8 a Volvo V60, tym najnowszym.
Idka miała w nosie wózek, który wzięłam, bo przecież dużo chodzenia, bo się zmęczy itp. Pedometer wyliczył mi ponad trzynaście kilometrów na nogach, a taki mały szkrab przecież nie chodzi po linii prostej, tylko w kółko, bo tak normalnie to nuda. W wózku przejechała tak ze sto metrów, potem mogłam wózek wywalić do kosza. Wieczorem wszyscy padnięci i nieledwo, a ona jeszcze bajkę, jeszcze rysować, jeszcze na gitarze pograć... Wesoły Romek normalnie. Ja nie wiem, po kim ona ma te dopalacze.

Efektem ubocznym zwiedzania Genewy jest ból barku, który mnie dopadł. Dla odmiany - prawego. Idę jutro zaprowadzić swój kręgosłup oraz podejrzaną rwę kulszową do lekarza. Strasznie mi się gnaty sypią w tym sezonie.

A propos gnatów, to efektem rozciągania się na jodze jest -2 cm w obwodzie łydki. Bardzo mi miło. Jeszcze trochę i może znajdę jakieś normalne kozaki na zimę. Trochę, czyli pewnie z pół roku. Akurat na zimę.

Młody odlicza dni i godziny; w niedzielę jadą na tygodniowy obóz narciarski, a zaraz po nim zaczyna dwutygodniowe ferie wiosenne. O ile pierwszy semestr to nauka i tylko jedne ferie jesienne, to w drugim semestrze, po przerwie świątecznej są zaraz ferie zimowe, obóz, ferie wiosenne (wielkanocne), potem jeszcze ze dwa długie weekendy... Minie szybko.

Pytałam ostatnio Piotrka, czy gdybyśmy hipotetycznie mieli się przeprowadzać, np. pod Zurych, bardzo by protestował. Ku mojemu zdziwieniu, odparł, że nie, że ma tu kolegów, ale nie aż takich przyjaciół, jak w Warszawie, że najchętniej wróciłby do Polski, a w ogóle - nigdy z niej nie wyjeżdżał. Zdaję sobie sprawę, że dopiero za kilkadziesiąt lat będzie w stanie powiedzieć, czy to dobrze, czy źle, że się wyprowadziliśmy z Polski, ale teraz widzę, że bardzo mu ciężko i wróciłby w te pędy. Niemniej, jako rocznik 2003, w Polsce byłby królikiem doświadczalnym deformy edukacji. Dziękuję, postoję.

Tymczasem pozostał niecały tydzień pobytu mamy u nas. Spacerujemy, układamy puzzle, babcia czyta wnusi książeczki, śpiewają kundel bury i kaczkę dziwaczkę. Szybko zleciało.

novembre

Mrozy odeszły w siną dal. Jeszcze jakieś -2 w nocy, ale w dzień już +12 i piękne słońce. Łapiemy, bo od jutra ma padać, mżyć, lać i tak na zmianę przez dwa tygodnie. To już ponad miesiąc, jak mama u nas jest, a nie byłyśmy jeszcze na porządnym spacerze, na starówce, na lodach. No, na lody może temperatura mało zachęcająca.

Póki co, Ida nagabnięta, że babcia niedługo wraca i że znowu będziemy rozmawiać na skype, woła, że nie, że babcia jeszcze nie leci, że musi zostać jeszcze dwie minutki (standardowy tekst, gdy kończymy czytać wieczorne książeczki przed snem - mama musisz usiąść jeszcze na dwie minutki!), a w ogóle to na Skype będzie rozmawiać z babcią z Lublina, a ta babcia ma zostać i koniec tematu. Będzie meksyk za dwa tygodnie, jak przy każdym pożegnaniu :(. Chociaż w sumie może niegłupim pomysłem by było, żeby mama poleciała do Polski na święta i wróciła po nich z walizką przepakowaną na sezon wiosenno - letni ;-).

W telewizorze Justin Timberlake, Can't top that feeling. Na obiad była nieśmiertelna jarzynowa na wodzie (teściowa padnie, jak zobaczy ;)), placki z cukinii, mniam. Jako, że jeszcze gdzieniegdzie są wyprzedaże, a ostatnio było zimno i mroźno, kupiłam zestaw do fondue. Za nami pierwszy wieczór, testowy, po którym trzeba było tylko garnek szorować i szorować, i szorować... Przywiera skubane. Ale warto było, pycha. Przy okazji sąsiedzi zdradzili nam tipa, żeby nie czekać ruski rok, aż się ser rozpuści na malutkim ogniu, tylko żeby normalnie postawić garnek na ogniu i na malutkim gazie mieszać i doprawiać (i pilnować, żeby nie przywarło).

Poza tym szeroko pojęta norma. Albo - codzienność. Idka dzisiaj na jodze mało fikołka nie zrobiła, tak intensywnie psa z głową w dół próbowała wykonać, stojąc na głowie. Wróciła dzisiaj po zimowej przerwie pierwsza prowadząca i dała nam w kość, obstawiam więc na jutro chodzenie o kulach, albo niechodzenie w ogóle. Ale dobrze się czuję po takiej dawce rozciągania.

Młody pyskuje, jak pyskował. Zaczął dogryzać tatusiowi, co mnie się akurat bardzo podoba, bo ja cenię sobie poczucie humoru, nawet jeśli podlewane ironią. Ot, tatuś mówi: no, po tej siłowni to już widzę, że brzuch mam mniejszy... na co syneczek: tak, dwa razy byłeś.

Za chwilę pobudka, obiad i wybywamy na spacer. Do miasta.
Dawno nie byłam.

novembre

20180226_162557

Trzylatka! Kiedy to minęło, powiedzcie mi? Na zdjęciu - Ida przegląda się w lustrze, bo mamusia zabrała ją dzisiaj na przekłucie uszu. Ida ma kolczyki!

img_20180225_205334_499

Tort. Pierwszy mój w życiu, według przepisu przyjaciółki ze studiów, która ma doświadczenie w tortach zdobyte podczas pracy w cukierni. Tort wyszedł pycha, wszyscy chwalili. A dzieci najbardziej cieszyły się z żelków haribo, nawiasem mówiąc, gdyby ktoś z Was ozdabiał tort miśkami, trzeba je ułożyć w kratkę, bo się cholery kroić nie dają.

20180225_171804

Tort w akcji, dwie petardy odpalone, trzecia w trakcie. Sto lat!

novembre

Rodzina wychodzi z katarów i przeziębień. Jeszcze dzisiaj zrobiłam sok z buraka, o którym mama sama wspomniała, że podobno taki zdrowy, to niech pije. Bo apteczny wypiła ze dwa razy, ale ciągle zapomina i trzeba jej, jak dziecku, przypominać, a potem Jurek wrócił z dreszczami z pracy, to ona stwierdziła, że nie będzie piła tego syropu, tylko zostawi dla zięcia. Bo wiecie, ostatni w całej Szwajcarii kupiłam i więcej nie ma. Rany boskie. Gorzej jak z dzieckiem, bo ani się nie wydrzesz, ani nie przetłumaczysz, ani w dupę nie dasz. Chociaż z dzieckiem, patrząc po ostatnich histeriach Idy (ja nie chciaaaaałaaaam iść po schodach! Ja chciaaałaaam windą! (na pierwsze piętro, w połowie schodków mi zaczyna wyć)), nie jest łatwiej. Wychodzi na to, że paradoksalnie najłatwiej jest z nastolatkiem. Naprawdę, można osiwieć, zgłupieć i co tam jeszcze kto chce.

Tymczasem u nas wiosna. Dzisiaj +9, słońce, bez wiatru, bardzo przyjemny spacer do sklepu zaliczyłyśmy z Idą. Oczywiście, jeśli nie liczyć darcia się, że ona chce na hulajnodze. W sukience Elsy z Frozen, firanka dalej niż do ziemi, i hulajnoga. Widzę już oczyma wyobraźni rachunek za implanty. Niemniej okoliczności przyrody powolutku robią się miłe.

W weekend planuję, żeby wszyscy już w końcu wyzdrowieli, bo ile można. Trzeci raz przekładam wizytę u dentysty, no nie będę mu przecież prątkować.

 

PS. Za to wylogowywanie w momencie, jak klikasz Publikuj, komuś się należy fiołków pod oczami nasadzić. No naprawdę ;///.

novembre

Nie mam siły. Nie wiem, czy to ciągnące się drugi tydzień moje przeziębienie plus nieprzespane noce z powodu gorączkującej Idy, czy to codzienność mnie tak wykańcza. Młody jest nieznośny. Zachowuje się okropnie, prowokuje, zaczepia, igra z ogniem. A potem, jak matka nie mając innego sposobu na syna oznajmi, że na właśnie zaczynające się ferie młody ma szlaban na komputer, to są pretensje i płacz, bo to przecież matka niedobra, wiadomo. I ciekawostka, nawet małżonek wczoraj chodził za mną, żeby młodemu karę darować, bo przeprosił. No, naprawdę, jestem pod wrażeniem. Przeprosił, łał. Bijmy pokłony. Oznajmiłam, że oprócz żalu za grzechy i obietnicy poprawy, jest też pokuta. Mąż zawinął się i do tematu już nie wraca.

Idka od czwartku chora, gorączka już mam nadzieję coraz niższa, ale jeszcze wczoraj radośnie 39,1, bo czemu nie. Ale na przeciwgorączkowych chałupę roznosi standardowo, więc jest nadzieja w narodzie. Poobserwuję ją dzisiaj, gorączkę mam na myśli, i jeśli nie będzie niższa bez leków, jutro wybierzemy się do przystojnego wujka Andreasa. Niech obejrzy i posłucha.

Wczoraj spotkałyśmy się z tutejszymi matkami Polkami na śniadaniu mistrzyń. Nie widziałyśmy się dawno, jedna wyjechała na dwa miesiące do Polski, druga zaczęła pracować, trzecia w wysokiej ciąży, nie dawało się zgrać grafików. Niemniej pogadałyśmy, nadrobiłyśmy zaległości z własnych życiorysów, umówiłyśmy się na ciąg dalszy. O ile Idy zdrowie pozwoli, może jeszcze pod koniec tego tygodnia.

Młoda w formie po kolejnym leku ogląda bajki. Wystarczy jej włączyć tableta i dalej ona już sama wie, jak włączyć świnkę peppę na netfliksie, a jak układanki i puzzle. A jeszcze nie tak dawno małżonek sam krytykował znajomą, której małe dziecko potrafiło obsługiwać tablet. No, jak tak można, takie małe dziecko! Ha ha ha. Jak to punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ostatnio opieprzył młodego, że chce rano przed szkołą wziąć szybki prysznic. Zupełnie już zapomniał, jak to rano brał prysznic i w samym szlafroku, nie wytarty, wychodził na balkon zapalić. Zimą, przy -15. No, ale jego pewnie grzał dym papierosowy od środka, to nie było ryzyka, że zachoruje. A młody ma się słuchać i koniec.

Kupiłam sobie wampiry po niemiecku i czytam. Wybór padł na tę mało ambitną lekturę, bo po pierwsze znam treść na pamięć, po drugie poziom słownictwa nie jest jakiś strasznie wysoki, więc nawet niekoniecznie muszę sprawdzać w słowniku. Słówko na dziś: unberechenbar - nieobliczalny.

Dobrej niedzieli Wam.

 

 

 

novembre

Po poniedziałkowej jodze wstałam we wtorek rano, biegiem z Idą na przystanek, na lotnisko, bo mama przylatuje... Nagle coś mnie zastopowało. Coś mi nie pasuje, coś jest nie tak. Po trzech sekundach zajarzyłam: nic mnie nie boli! Normalnie się w nocy przewracałam z boku na bok, wstałam bez bólu, nic mnie nie blokowało, nie uwierało. No no no... Strach pomyśleć, co będzie po następnych zajęciach!

Ida dzielnie ćwiczy ze mną, już wie, że idziemy na jogę, bardzo chce i lubi. Poza tym jest tam jedna dziewczynka w jej wieku, więc bawią się razem i rozrabiają. Nie gadają ze sobą, bo Ida po hiszpańsku jeszcze nic, a po niemiecku umie tylko policzyć do pięciu (przedszkole!), ale dzieciom język jest niepotrzebny.

We wtorek przyleciała moja mama. Znajoma pyta mnie, ojej, dlaczego na tak długo? Ja niezmiennie odpowiadam, że oprócz tego, że dla siebie, robię to dla babci i dla wnuczki. Obie są w sobie zakochane, ja się już nie liczę, teraz Ida do babci mówi: babcia, chodź chodź, muszę siku, chodź ze mną! :) - a ja mogę spokojnie siedzieć. Dzisiaj rano Ida pobiegła prosto do babci i mogłam spać do 9!! Szaleństwo.

Młody skończył wczoraj piętnaście lat. Pięt naś cie. To jest zaleta wczesnego macierzyństwa: dziecko stare, a ja wciąż taka młoda! Po licznych zmianach planów, spędził mam nadzieję fajny dzień. Pozwoliliśmy mu wziąć Jokertag, czyli dzień wolny od szkoły. Rano pojechali do Zurychu na shopping, potem tamże na oryginalną włoską pizzę do oryginalnego włoskiego pizzaiolo. Po powrocie do domu McDonald's (zapomniałam spytać, czy zamówili happy meale i czy siedzieli w sali zabaw, jak na party urodzinowe przystało :D). Wieczorem koledzy przyszli do nas, zrobiłam burgery i podałam tort. Rozegrali kilka partyjek w fifę i dzień urodzin się skończył.

A ja niestety przeziębiłam się i trochę jestem nieledwo. Chyba razem z Idą pójdę zaraz na drzemkę, chociaż obawiam się, że tylko mnie nie będzie trzeba do tego pomysłu przekonywać...

novembre

Na jogę mi się zachciało. Znalazłam jedne zajęcia, w centrum, tanie jak barszcz, na dodatek można z dziećmi i te dzieci mają opiekę. W tej samej sali, co matki robią psa z głową w dół, więc wiadomo, że dzieci razem z nimi. Ida wpasowała się idealnie pode mnie z tym psem, śmiesznie to wyglądało, dwa trójkąty.

Zatem. Zachciało mi się na jogę, żeby poznać kogoś nowego i pogadać z tym kimś po niemiecku. Bo z Sarą, to sorry, jak mamy się obie męczyć, zanim ja coś po niemiecku powiem, to po angielsku jesteśmy już dwa wątki dalej (zazwyczaj obgadujemy naszych mężów, którzy mają wiele cech wspólnych i doprawdy plotkować o nich szukając słówek w telefonie... sami rozumiecie.). Przyszłyśmy na zajęcia, przebrałyśmy się, prowadząca zaczyna... po hiszpańsku. Ani słowa nie umie kobieta po niemiecku, no świetnie. Nauczyłam się liczyć do dziesięciu, wiem, jak jest wdech i wydech, ręce, dłonie. Za tydzień na pewno będzie lepiej. Może nie z niemieckim, ale co tam. A w kwestii poznawania nowych ludzi, to spotkałam dziewczyny, które chodziły ze swoimi berbeciami na kulki, tam, gdzie ja z Idą. Wszystkie żony ekspatów i wszystkie swojo- i anglojęzyczne. No, to sobie pogadałam po niemiecku, że ho ho.
Sama joga świetna, chociaż po 40 minutach rozciągania nastąpiło przykre 20 minut normalniejszych ćwiczeń aerobikowych, jakieś brzuszki, skłony itp. A po nich wyciszenie, ale na siedząco, bo podobno dzieci zaczynały panikować, jak matki leżały z zamkniętymi oczami na macie, no i wtedy dupa z relaksu.

Dzisiaj miałyśmy iść z Idą do lokalnego treffpunktu, żeby się pobawiła z rówieśnikami chwilę, ale nagle okazało się, że powitanie słońca, psy i parę innych wczorajszych, bardzo przyjemnych skądinąd i prostych, asan, spowodowało, że bolą mnie plecy i nie mogę się ruszać, a oddychać tylko półgębkiem. Półpłuckiem. Rany, nie spodziewałam się, że aż tak się dałam rozciągnąć! Ledwo z łóżka wstałam. Do tego dodajmy moje postępy na basenie, gdzie desperacko próbuję nauczyć się odważyć przepłynąć metr bez deski, próbuję jedną ręką, potem drugą ręką, deska mi przeszkadza, ale trzymam się jej kurczowo, dopływając do brzegu puszczam deskę i wreszcie płynę radośnie sama, płynę! Te ostatnie 40 cm... Niemniej coś tam sobie rozćwiczyłam w niedzielę, zastany bark daje znać o sobie, ale w sumie to dobrze, to znaczy, że żyję.

Wieczorem jeszcze tylko ścięłam się z małżonkiem, poszło o pierdołę, jak zwykle, bo to nigdy nie idzie o jakieś wielkie rzeczy. Usterki zlokalizowane po wprowadzeniu się nie zostały usunięte, nie są jakieś upierdliwe, no ale są, i co ja zrobiłam w tym temacie i co zamierzam zrobić. Przede wszystkim, nie zamierzam dawać się musztrować, a po drugie, jak sam mi kiedyś poradził, "jak ci przeszkadza, to zrób sam". Oraz poszłam spać po 22. Nie licząc trzech pobudek do Idy i jakichś dziwnych snów przez całą noc, jestem fantastycznie wyspana. Moje plecy!

 

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci