Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Sobota. Ostatnie pranie się pierze. Dobrodziejstwo suszarki elektrycznej: za dwie godziny wszystko będzie suche i spakowane do torby. Właśnie, do torby: jestem w trakcie nowego doświadczenia: zmieść się w dwóch torbach i max 10 kg każda! Do tej pory po prostu wrzucałam do walizki, co mi tam było potrzebne, siadałam na niej, żeby domknąć, i już. Luzik. Ale teraz lecimy tylko na dwa tygodnie, więc bez sensu brać wielką walizkę. Która kosztowałaby tyle ile mój bilet. Zatem ostatnie pranie, rzeczy już albo spakowane, albo czekają na łóżku (na zmiłowanie), w ostatniej chwili trzeba wrzucić sery z lodówki. Kartę playową do portfela, a przy okazji i portfel polski zabrać. Klucze. Kosmetyczka już. O 19 weź pigułkę. Młoda już od rana woła o kolację, bo miała zapowiedziane, że po (wczesnej) kolacji jedziemy na lotnisko. Oraz miała pretensje do słońca, że wzeszło. Dopóki niebo było zamglone, była szansa, że zaraz znów zrobi się ciemno i zamiast lunchu zjemy tę wczesną kolację, a tu takie rozczarowanie.

Młody miał dzisiaj do południa Kuchenverkauf. Polega to na tym, że matki pieką ciasta, a synowie, uczniowie ostatnich klas szkoły, rozstawiają się w sobotę rano przed sklepami spożywczymi w okolicy (albowiem zakupy robimy patriotycznie w najbliższym szwajcarskim sklepie i nie jedziemy do Niemca czy Francuza oszczędzać kupę kasy, tylko kupujemy płyn do prania za 12 franków, zamiast identyczny za 4 ojro. Oczywiście. No ale, koniec dygresji.) Zatem młodzi rozstawiają się przy wejściu do sklepu (za zgodą tegoż) i proponują swoje produkty. Tradycja ta powtarza się co roku wiosną i jesienią; młodzież zbiera w ten sposób pieniądze na obóz letni na zakończenie szkoły. Chwali im się, trochę postoją, trochę pobajerują. Klienci bardzo chętnie wspierają młodzież, kupują, czasem nie kupują tylko wrzucają pieniądze do puszki - nie ma ustalonej ceny za kawałek ciasta czy muffinkę, każdy wrzuca tyle, ile uzna za stosowne. Chłopacy zwinęli się po niecałych 4h do domu, bo została im jedna ostatnia muffinka, którą solidarnie zjedli na cztery gryzy :D. Po podliczeniu kasetki odtrąbili sukces - uzbierali 452 franki! W marcu powtórka z rozrywki i już wiem, że muszę upiec ze dwa ciasta, albo i trzy. Będą mieli chłopaki szansę więcej zarobić.

Za oknem ostatnie podrygi złotej polskiej jesieni, bo i tutaj będzie się ochładzać. Co prawda nie tak gwałtownie, jak w Polsce, niemniej ochłodzenie i tu zawita, i nareszcie. Dziś jeszcze na ciastka do młodego poszliśmy piechotą, bo to słoneczko wredne wyszło zza mgły, bo szuranie liśćmi, bo sucho i miło. Ostatnio pod naszym balkonem był borsuk! No chyba, że ktoś psu namalował białe paski na łepku. Wokół jest dużo lasów, ale że chciało mu się tak na osiedle wchodzić? Oraz jeża spotkałam, tuptał chodnikiem, kulturalnie. Doszedł do mnie, zatrzymał się, zrobił w tył zwrot i dał dyla pod siatką ogrodzeniową w trawę. No nie wiedziałam, że jestem aż tak antypatyczna, żeby trzeba było przede mną zwiewać. Eh.

Oraz standardowa porcja humoru rodzinnego na dziś: przed wyjściem chodzę po domu, czegoś szukam, ubieram się, Ida chodzi za mną i mantyczy, ja nie mam cierpliwości. Wspierający małżonek rzuca: to ty chciałaś mieć drugie dziecko.
Kurtyna, oklaski. Do widzenia się z państwem za dwa tygodnie.

novembre

A mówiłam, żeby na rwanie zęba umówić się na piątek! To nie, bo w poniedziałek gorsze lekcje przepadną. No, to teraz przepadły mu jeszcze i dzisiejsze, i kto wie, co z jutrzejszymi.

Usunął mu wczoraj dwie ósemki z prawej strony; jedna wyszła w miarę gładko - choć nie tak, jak miesiąc temu, druga za to go wymęczyła okrutnie, do tego szwy, no i boli tak, że apapy nie pomagają. Biedacyna. Kolejne, ostatnie już rwanie, za miesiąc tym razem w piątek. Oby poszło gładko, bo aż żal patrzeć na tę kupkę nieszczęścia.

W sobotę lecimy. Mam nadzieję, że uda mi się spakować sensownie w dwie torby po 10 kg każda. Tego jeszcze nie ćwiczyłam, a pierwszy raz lecimy bez bagażu rejestrowanego. Jeszcze zakupy trzeba zrobić przedwyjazdowe, może jednak kawałek książki do niemca zeskanować, żeby w wolnej chwili przejrzeć, załatwić pierdyliard spraw przed wyjazdem, i w drogę.

Małżonek z wrodzonym sobie dowcipem oznajmił, że żona kolegi wraca później z Polski, niż było w planach, ja lecę w sobotę, w niedzielę więc pojadą wspólnie gdzieś w Alpy koić smutki na szlaku. Młody się ucieszy, bo pewnie wymiga się masą nauki i będzie miał cały dzień wolną chatę. Win-win.

Piękna pogoda u nas, niechby może już się skończyła, bo ile można w balerinach popylać. Zdecydowanie nie jestem typem człowieka, który mógłby mieszkać w kraju z jedną porą roku. Nie, żeby mi już brakowało listopadowej aury, ale zmieniające się pory roku porządkują człowieka od środka, wydajemisie.

No to co, zjem coś i na niemca trzeba jechać. Dziś dla odmiany pół nocy spędziłam przy łóżku młodego, na szczęście na kursie dziś Tobi, prowadzący, u którego nie da się zasnąć. Obym nie stworzyła precedensu.

novembre

No to tak. Jako że zmieniłam siłownię, przysługiwało mi mierzenie zawartości siebie. Spuśćmy zasłonę milczenia na same kilogramy, chamy jedne, natomiast okazało się, że przez ponad miesiąc ubyło mi dwa kilo tłuszczu, a przybył kilogram mięśni. Ludzie, mam to na papierze, kilogram mięśnia mi przybyło! Dołożyłam sobie ostatnio pół godziny rowerka; stawiam kindla przed sobą i czytam, a nogi kręcą.

Oraz. Jako że lecą mi garściami włosy i paznokcie (czy paznokcie lecą garściami? Hm...), poszłam do dermatologa, niech mi da jakieś cudo. Dała, eureka, biotynę i wzięła krew pod mikroskop. I teraz - ja się nie znam - czy jest na sali lekarz? - mam hemoglobinę bardzo ładną, jak na mnie oczywiście, 12,4, za to coś, co się nazywa Ferritin, mam skandalicznie poniżej normy. Podobno jest to białko zatrzymujące żelazo we krwi, ale tu się mogę mylić, bo czytałam po chińsku. Koniec końców medycyna orzekła, że łykanie tabletek z żelaza to bez sensu, zapraszamy na wlewkę. Poszłam więc w czwartek na imprezę; wyglądało jak piersiówka taka zero dwa, ale w środku była sól fizjologiczna. Po kilku minutach piguła wbiła się grubą igłą do piersiówki i wstrzyknęła fiolkę brązowego płynu. Podobno żelaza. Dziwne uczucie, do tej pory było w drugą stronę, szłam do RCKiK, oddawałam krew, dostawałam czekolady i gites. A tu leżę, igła wbita, ale tym razem mnie karmią. No dopsz. Za tydzień powtórka z rozrywki i w grudniu sprawdzimy, czy to coś pomogło, czy nie.

Mąż się tylko obawia (o własną skórę się obawia...), co to będzie, jak ja po tym żelazie dostanę obiecanego kopa energii. No co, piwnica jest do sprzątania. Myślę, że to będzie pierwszy objaw. Piwnica.

Młodemu kończą się ferie jesienne, staremu kończy się miejmy nadzieję przeziębienie (życzymy zdrowia, ile można w domu siedzieć!!). Jeszcze tylko niedziela i od poniedziałku wracamy do utartego rytmu. Co prawda tylko na tydzień, bo lecimy do Polski, ale zawsze.

Tymczasem jest sobota wieczór, najlepszy moment, aby... pouczyć się niemca.

novembre

Dzień dobry. Zdaje się, ominęłam dwa poniedziałki. Przepraszam i nadrabiam.

Najlepsza z Kadrowych przyjechała! Spędziłyśmy bardzo intensywne kilka dni razem, polegające głównie na jeżdżeniu i zwiedzaniu, zachwycaniu się i jeżdżeniu znów. Oraz żałowaniu, że tak krótko i tak szybko. Oraz pierwszy wieczór skończył nam się za pięć czwarta, zupełnie nie wiem, jakim sposobem.

Aga jest moją osobistą terapeutką. Ja z ADHD, nerwowo szukająca odpowiednich serwetek pasujących do obrusa, a ona: spokojnie, daj ręcznik papierowy i też będzie dobrze. Na spokojnie. Żyj i daj żyć innym. Zwolnij. Takie proste, a takie trudne. Wchodzę do niej do domu, siadam w moim fotelu - i zaczynam oddychać. Tętno zwalnia, zmarszczki się prostują. Magia, panie ;).

Zen był tylko częściowo zakłócony przez naszych panów, z którymi jeździłyśmy na wycieczki (Ida, dziecko idealne na podróż, miała taki sam zen, żeby nie powiedzieć inaczej, co ona miała i jak bardzo). Na szczęście humory naszych panów były krótkotrwałe i po paru minutach znów panowała rodzinna sielanka. Oraz, kolejna magia, dogadywali się bez problemu. Od razu znaleźli wspólny język. Mąż mi tylko potem wyznał, że nie podobał mu się styl jazdy kolegi. Kolega zawodowy kierowca, jeździł nie według zasady "szybko ale pewnie", ale naprawdę zero stresu i zero strachu. No, ale mój mąż ma trochę inny styl jazdy, ekhm, jakby wolniejszy, więc nie dziwny mu się. Wybaczamy.

Po pięciu dniach dobre się skończyło i Najlepsza z Kadrowych poleciała do domu. Zostały zdjęcia i wspomnienia. Oraz plany na kolejną wizytę.

Póki co, ja się szykuję do Polski. Lecimy za dwa tygodnie na dwa tygodnie. Grafik jak zwykle napięty; fryzjerka już umówiona, tydzień w Lublinie, tydzień w Radomiu, wypad do Warszawy, żeby zameldować córunię. Lecimy wizzairem, wracamy easy jetem, bo akurat się linie zmieniają w grafiku. I dobrze, przetestujemy pomarańczowych.

W ubiegłym tygodniu z okazji urlopu męża pojechaliśmy do Berna, złożyć młodemu wniosek o paszport. Przy okazji spacer do misiów, widoki z tarasu za parlamentem, Alpy na horyzoncie nam z ręki jadły! Pierwszy raz pojechaliśmy też do Zug, bo tam pracuje polecana nam brokerka od ubezpieczeń. Przy okazji wizyty rozjaśniła nam parę kwestii technicznych, uświadomiła, że podstawowe ubezpieczenie możemy zmieniać co roku i tylko dodatkowe było na pięć lat. Oraz wstępnie wyliczyła nam składki u innych ubezpieczycieli, gdzie przy porównywalnej jakości usług i wszystkich potrzebnych nam pakietach, zaoszczędzimy ok 300 CHF miesięcznie. Nagle poczułam się taka bogata...! (jak już przestałam się czuć dymana przez poprzedniego brokera ;/). Ehh. W sumie, zaraz na wjeździe do kraju trzeba w ciągu bodajże miesiąca podpisać umowę na ubezpieczenie zdrowotne, a konia z rzędem temu, kto to sam ogarnia, nie będąc Szwajcarem lub rezydentem tutaj dłużej niż 10 lat.

Chociaż z drugiej strony szacun dla mojego męża, rozliczył i wysłał podatek! Albowiem się okazało, że przedłużać owszem, można, ale po 6 miesiącach przedłużania trzeba ich zapytać na piśmie, czy można jeszcze. Oni odpowiedzą i dopiero wtedy można sobie spokojnie odkładać na jutro. Zatem mój mąż szczęśliwy w swej niewiedzy zalogował się do systemu podatkowego, kliknął o przedłużenie i wyskoczył mu komunikat ze środkowym palcem i tekstem: teraz to już za późno, składaj co masz i goń na pocztę! Co też czym prędzej uczynił. Nie załączył jedynie jednego kwitka, bo go dostał już po wysłaniu papierów (miał go załatwić wcześniej, ale przecież zdąży; chodziło o wyciąg z konta młodego z informacją z banku, ileż to młody miał oszczędności na koniec roku). Niemniej przymuszony przez instytucję, dostał szwungu i załatwił prawie wszystko prawie na czas. Czyli w normie.

Poza tym co. Wyartykułowałam prośbę o prezent urodzinowy, został zamówiony, dostarczony i uruchomiony. Od teraz książki, a przynajmniej ich większość, będę czytać na kindlu. Oraz odpadnie dźwiganie ich w walizce, co też ma swoje zalety. Oczywiście nic nie przebije papieru, czytania w wannie i przybrudzonych jedzeniem kartek, niemniej względy praktyczne wzięły górę.

No dobrze, po zarwanej nocy (czyżbym nie mogła spać nie tylko w czasie pełni, ale też i nowiu? Dziękuję uprzejmie za taki bonus ;/) czuję się trochę jak zombie. Udam się zatem na regenerującą drzemkę. Kwadrans i będę nówka sztuka.

Do miłego się z państwem.

novembre

Niedziela. Idunia, kochane dziecko, wstało 7:30, na szczęście bajka i ekspresowe śniadanie uratowało jeszcze godzinę snu. Wczoraj zabrałam ją na cały dzień na dwór, dzisiaj już łeb urywa i front nadchodzi, więc było wiadomo, że trzeba korzystać. Poszłyśmy się spacerować do parku, na place zabaw, przewłóczyłyśmy się cztery godziny, po obiedzie znów. Małżonek miał w tym czasie skończyć wreszcie rozliczenie PITa (tutaj można przedłużać w nieskończoność, oczywiście odpłatnie, więc przedłużał i przedłużał, ale w ten weekend, to on już się weźmie. Najnowsze wiadomości podają, że się weźmie dziś po obiedzie). No to myślałam, że trochę pośpi dzisiaj, córunia, nie mąż. Mąż tam zawsze pośpi, na pstryk.

Poszłam z młodym na siłownię, potem do piekarza na herbatę i ciastko. Żeby nie było, że tylko z młodą spędzam czas. Babeczka malinowa na kremie waniliowym, i żeby nie było za mało słodko, babeczka wysmarowana jeszcze  czekoladą. Dobrze, że już bez polewy na wierzchu. Oni tu wszystko słodkie do wiwatu robią. Oraz moja ulubiona zielona herbata, japońska sencha. Wzięłam dzisiaj na wynos, bo zawsze mi się serce kraje, jak po jednym zaparzeniu ląduje w koszu. A zieloną można zaparzać dowolną ilość razy (w przeciwieństwie do czarnej). Zabrałam dziś więc na wynos i właśnie piję drugi sort ;).

We wtorek wieczorem przyjeżdża Najlepsza z Kadrowych! Jupi! Nareszcie. Fajnie będzie pogadać, pozwiedzać, pogadać i jeszcze raz się napić. Zwłaszcza, że jeśli w ogóle dotrzemy na święta do Polski, to wpadniemy jak po ogień na dwa - trzy dni tylko do Radomia, w Lublinie nas nie będzie w ogóle. Planujemy jeszcze wstępnie wczesnowiosenny wypad nad polskie morze, z Kadrową oczywiście, ale planujemy tak już chyba ze dwa lata, więc nie wiem, kiedy nam się uda go wreszcie zrealizować. Póki co, łapiemy, co jest.

Jako, że sezon letni wreszcie po czterech miesiącach dobiega końca i póki co nie widać na horyzoncie kolejnej fali trzydziestostopniowych upałów, tfu odpukać, popełniłam dzisiaj szarlotkę. Internety wczoraj podpuszczały, że jesień, że ciasto, to niech mają, proszę bardzo. Mąż, oczywiście, jak wyjmowałam gorącą blachę z piekarnika, stwierdził, że on to by zjadł apfelstrudla, ale jasne, ja zrobię, a on zje jeden kawałek, bo się odchudza. A młodego będą rodzynki gryzły w zęby, albo co tam jeszcze.

Zapowiada się, że dzisiaj zjemy jakiś obiad, bo w kuchni trwają prace nad ciastem na pizzę. Ida oczywiście dzielnie pomaga, wiadomo. Wszyscy niezmiernie cenimy sobie jej pomoc, ale co poradzić ;).

novembre

Tydzień minął i całe szczęście, bo tak dał w kość, że dziękuję bardzo. Weekend już spokojny, wczoraj, co ja robiłam wczoraj? Aaa, miałam iść do fryzjera, ale zapił i wziął kacowe. Po fryzjerze miałam iść na autobasel, ale jako, że nie poszłam do fryzjera, to i nie poszłam na autobasel. Za to po południu poszliśmy do sąsiadów, do Sary, Saschy i dziewczynek. Które są pieronami zdolnymi wodę podpalić, więc było to nieco męczące generalnie. Młodsza wyła non stop, starsza wbijała szpilę tu i ówdzie, sterując nastrojem siostry. Ani pogadać się nie dało, ani spokojnie posiedzieć, dziewczyny piłowały japy, aż szyby drżały. Za to jedzenie było pycha, wege lazania z pieczarkami i sernik z czekoladą. Trochę się gospodyni stresowała, bo jej ser opadł i pękł, ale zrobiłam jej wykład na temat pieczenia i studzenia sera, i już się nie stresowała (wykład pochodzi stąd).

Wieczorem obejrzeliśmy z mężem Sztukę Kochania, o której na śmierć zapomniałam, że przywiozłam z Polski i czekała od miesiąca, aż wytrę kurze i wpadnie mi w ręce. Na przyszłość - częściej wycierać kurze. Listy do M3 też czekają, ale te akurat poczekają do Mikołaja. Póki co zapakowane w folię kurzą się, kilka cykli sprzątania jeszcze przed nimi.

Byłam w ubiegłym tygodniu w ikea; młodej należało się już większe łóżko, lalkom, misiom i aktualnie najukochańszym maskotkom też. Jednego dnia udało mi się sprzedać małe i kupić duże. Mąż skręcił, oczywiście kurwiając, na czym świat stoi, że już nigdy w życiu żadnych zakupów z ikei, z czego wnoszę, że zacznie zarabiać dwa razy tyle, albo wygra w totka, bo nic powyżej ikei nie leży w naszym finansowym zasięgu. A kurwianie raz na parę miesięcy przeżyję, bo ich meble mi się podobają.

Zatem pojechałyśmy z młodą po pościel i poszewki, wybrała oczywiście najbardziej różową w serduszka, ma teraz księżniczkowe łóżeczko i jest pełnia szczęścia. Co nie oznacza, że dzisiaj w nocy nie przyszła do nas, bo ona nie chce spać w swoim pokoju, tylko W NASZYM. Taaaaa.

W najbliższym tygodniu znowu muszę do ikei, bo łóżko używka, przy rozkręcaniu śrubki wrzucone w dziurawy woreczek, łóżko stoi i się nie buja, no ale dokręcić trzeba. A akurat tych śrubek nie mogę zamówić przez stronę, tylko osobiście, bo tak. No trudno, damy się na jeszcze jednego łososia z frytkami namówić.

Dziś ciepła, letnia niedziela. Jako, że upadłam na głowę i wykupiłam sobie ROCZNY abonament na siłownię tuż za rogiem, poleciałam rano bladym świtem na dziewiątą. Poustawiali mi tam wszystkie maszyny i już mogę sobie sama chodzić. Małżonek w lekkim szoku, że trzy razy w tygodniu, ale po pierwsze taki rytm mi odpowiada, poniedziałek środa piątek do południa, raz Idę wezmę ze sobą i z tabletem, w środę i piątek będzie w przedszkolu. Poza tym, umówmy się, siedzę w domu i nie pracuję, więc co ja mam do roboty (zapraszam). To sobie przynajmniej poprzerzucam.

Obiad, jak zawsze w niedzielę, miał robić małżonek, ale to nie szkodzi, czasem zdrowo jest się trochę przegłodzić, a zupa jest z wczoraj i coś tam w lodówce do wyczyszczenia, więc luz. Sytuacja na godzinę 15:30 wygląda tak, że kurczak zaczął się właśnie rozmrażać, a mój mąż śpi. To nawet dobrze, w środę pracuje zdalnie z domu, może wtedy coś ugotuje, kurczak będzie akurat.

Zrobiłam sobie porządek na komodzie w sypialni, powiesiłam obrazki, które czekały na swoje gwoździki, przesadziłam orchideę w doniczkę taką, jakie mam w całym domu, i postawiłam na komodzie, uporządkowałam biżuterię, której nie noszę, bo leży pochowana, bo nie mam takiej fajnej skrzynki na biżuterię, zatem wyjęłam ją do wierzchu i przełożyłam do tymczasowych pudełeczek, a w grudniu przywiozę sobie takie coś i wtedy będzie pełnia szczęścia.

A propos gwoździków, mąż usłyszał stukanie i już przy drugim z trzech obrazków przyszedł zobaczyć, co robię.
- Wieszam obrazki - odpowiadam.
- To ja bym ci pomógł, przyniósł wiertarkę i znalazł dybelki...
- ...i właśnie dlatego cię nie wołałam - wchodzę mu w słowo - bo nie chcę tu mieć rozwalonej wiertarki na wierzchu, wiercenia dziur w ścianie, kurzu i dybelków. Obrazki są lekkie i gwoździk wystarczy w zupełności. (mam nadzieję).
Mąż nie odpowiedział już nic, tylko wycofał się do salonu, dokończyć drzemkę symulując oglądanie meczu.

O i tak to. Niekończący się kołowrotek, jutro znowu poniedziałek. Tak jakby mi to robiło jakąkolwiek różnicę, jaki mamy dzień. Codziennie mamy ten sam dzień. To pa.

novembre

Jaaaaaak mi się chce spać. Najpierw nie mogę zasnąć, koło pierwszej dopiero oczy się kleją. Potem budzi się młoda, woła mnie, a ja nawet jeśli mam ją tylko wysadzić i odprowadzić do łóżeczka, mam z głowy godzinę spania. A już nie daj bóg wybudzić mnie z pierwszego snu ;/. No a potem rano trzeba wstać i ogarniać rzeczywistość, codziennie od nowa. Dzisiaj na siłowni mało nie usnęłam. Jest taka maszyna do tortur, człowiek się na niej kładzie i nogami odpycha ciężar (w moim przypadku 39,5 kg). No i jak się dzisiaj położyłam, zrobiłam jedną serię, a może by tak chwilkę odpocząć...? Aż się prosiło.

Jak miałam ten czekap całego ciała, kiedy mi powiedzieli, ile mam mięśni, ile tłuszczu itp, określili mi prawidłową wagę. Kartka była wydrukowana na czarno-biało i trochę się wydruk moich wyników rozjechał z tym, co było na kartce pierwotnie. Czyli tabelka sobie, a cyferki z pół centymetra wyżej, trzeba się przyjrzeć, żeby rozczytać. No i mój małżonek mi opowiada: I wiesz, widziałem, że ci określili cel, 60 kg, -20 kg, tylko się zastanawiam, bo to będzie 40 kg, to to nie będzie za mało?? Kochany, nie dojrzał pierwszej, wyjściowej liczby, która była wydrukowana trochę wyżej i na szarym tle. Popłakałam się :D

Oraz standardowo, schudłam dwa kilo i waga stanęła. No żeż ją ku... Zara znowu pójdzie do kąta.

Jak mi się nie chce... Chyba sobie włączę tę piosenkę; znacie? Obejrzyjcie teledysk i posłuchajcie, koniecznie!

 

novembre

Otóż na kiermasz poszłam, ale nic nie kupiłam. Nie było ubranek w Idy rozmiarze, a z większymi mam zawsze problem, żeby nie wypadło, że ma zimową sukienkę nosić w środku lata na przykład. Oraz odkryłam, dlaczego ubranka dziecięce tak do roku - półtora schodzą jak ciepłe bułeczki, a potem już nikt ich nie chce kupować. Po pierwsze - małe nie zdąży zniszczyć i szybko wyrasta, a starsze to już tarzają się po podłodze, rozrywają, plamią, rozciągają. No i te mniejsze są chyba lepszej jakości, wydaje mi się. Naoglądałam się używanych, spranych ubranek i - nie. U Niemca kupię nowe w tej samej cenie.

Ale za to całe sobotnie popołudnie spędziłam w mieście. Potrzebuję butów, potrzebuję ubrań dla siebie. Mam silne tendencje do wyrzucania i pozbywania się niepotrzebnych ubrań, ale z tendencją do uzupełniania garderoby jest już gorzej. Efekt jedenastokilometrowego spaceru, oprócz odpadających nóg i ramion, to dwie bluzeczki dla Idy oraz trepko-skarpetki, też dla Idy. Takie, wiecie, trepki mięciutkie skórzane, i do tego dorobione z dzianiny skarpetki do połowy łydki. W najmodniejszych obecnie kolorach różu, niestety bez nawet jednej księżniczki, więc nie wiem, czy będzie nosić. Dla siebie, jak widać, nie kupiłam nic. Kolejny odważny plan zapowiada, że jutro wczesnym popołudniem zgarnę Idę do Niemiec na zakupy, na zakupy DLA MNIE tym razem (na liście zakupów są Idy podkoszulki, Idy bluzeczki, Idy sukienka albo spódniczka...), o 17 małżonek bierze samochód, robimy spożywkę i wracamy razem do domu. Plan ambitny, trzymajcie kciuki. Bo jeszcze trochę i w szafie będę miała przeciąg.

Podprowadzony małżonek sam w weekend wpadł na pomysł, żeby może by przejrzeć jego szafę. Jesteśmy ubraniowymi przeciwieństwami: ja wyrzucam, on dokupuje, każde sobie. Na ten jego bajzel i pięć (PIĘĆ) kartonów ubrań na szafie nie mogłam patrzeć, jak to się więc dobrze złożyło, że zaproponował przejrzenie jego garderoby. Jak on na to wpadł? Ulga, dwa duże worki poszły dla potrzebujących.

Czeka mnie w związku z tym wyprawa do ikei, bo mąż zgłosił zapotrzebowanie na drugie wieszanie w szafie. W jednej części ma garnitury i marynarki, i na koszule już nie ma miejsca. A że teraz zrobiło mu się nagle tak luźno w szafie (jak połowę wywalił, a drugą poukładał), to może szaleć, wyjmie dwie półki i zamontuje drążek. Sami więc widzicie, że wyjazd do ikei w najbliższych dniach jest po prostu absolutnie konieczny. Przy okazji dokupię sobie plastikowych pojemników do przechowywania kasz i ryżów, no i jeszcze nigdy tak nie było, żeby nie kupić czegoś spontanicznie. Umówmy się, Ikea to potrafi.

Dzieci zamieniły się rolami i teraz Ida jest zdrowa (no dobra, trochę smarkata), a młody rozłożony po całości. Katar, kaszel, ból głowy, lekko nie jest. Jutro idziemy do lekarza, głównie po papier do szkoły, bo obawiam się, że musi się wygrzać w łóżku do końca tygodnia, a ja sama mogę usprawiedliwić max trzy dni.

Oraz narobiłam się wczoraj wieczorem jak wół (a raczej - jak osioł, kto normalny sprząta gruntownie kuchnię do północy?). Mąż zobaczył jakiegoś biegającego stwora w domu. No i tak: albo przyszedł zwiadowca ze dworu (mieszkamy na wysokim parterze) sprawdzić, czy u nas się pożywi i czym, albo gdzieś w bloku mają miejscówkę i chciał sprawdzić, jak się nam mieszka, albo cholera wie co. Wszystkie szafki z jedzeniem wyszorowałam, przejrzałam pod lupą wszystko, nic, nie ma. Nawet mąkę przesiałam, na fali ostatnich tweeterowych rozmów o molach kuchennych. Nic. Pozamykałam sobie na wszelki wypadek w pojemniczkach różne pestki itp, normalnie mogłaby teraz perfekcyjna Majdanowa do mnie przyjść na kontrolę (tylko niech nie sprawdza kurzu na lampie!). No nic. Popsikałam jakimś kilerem po kątach i zobaczymy.

O, zaczynam kichać. Znaczy, młody zdrowieje, a ja będę następna.

novembre

Trzynaście stopni za oknem i leje. Nie trzydzieści, trzynaście! Jak miło założyć na siebie wreszcie jakieś ubranie, inne niż luźna sukienka.
Rano kurs przedszkole - siłownia - fizjo - przedszkole, trochę zmokłam, trochę postałam na przystanku w oczekiwaniu na autobus. Przyszłam do domu, rozgrzałam się kieliszkiem truskawkówki Soplicy i wzięłam się do roboty. Odkurzyłam, umyłam podłogi i stwierdziłam, że w sumie mogłabym wrócić na przystanek, postać parę minut, żeby przestygnąć ;).
Młody poszedł na popołudnie do szkoły, a ja mam ugotowane, posprzątane, prania się robią. Pogoda nie zachęca do spacerów, można więc sobie poleniuchować.

W związku z pojawieniem się na wadze łazienkowej nowego układu cyferek, dziś wieczorem robię sobie domowe spa. Tatuś (jeszcze o tym nie wie!) położy córunię spać, przeczyta fafnaście książeczek o bałwanku i świętym Mikołaju, a ja wskoczę do wanny. Maseczki kupione, puder aloesowy czeka od wakacji właśnie na ten dzień! :), do tego jakaś książka. Umówmy się, to mi się po prostu będzie należało!

Poza tym co. Odliczam (jeszcze trzy i pół tygodnia! :)) do przylotu Najlepszej z Kadrowych. Mamy dwie wersje jej pobytu u nas: aktywna, jeśli przyleci z towarzyszem, oraz bardziej leniwa i plotkarska, jeśli przyleci sama. Zobaczymy, która dojdzie do skutku, tak czy inaczej doczekać się nie mogę. Przy okazji zrobiłam też listę rzeczy do przywiezienia i zamawiam różne drobiazgi na jej adres. Jak zawsze ;).

Młoda już wydobrzała, środę sobie odpuściłyśmy, ale dzisiaj już każda z nas poszła do swoich placówek. Gorączka mignęła jeszcze w poniedziałek w nocy i tfu odpukać, nie wraca. Panna szaleje jak zwykle, znaczy, zdrowa.

Jutro wybieram się na Flohmarkt, pardon, pchli targ z ubrankami i zabawkami dziecięcymi. Po posezonowych porządkach Ida została z niemal całą szafą pustą. Trzeba dokupić zwłaszcza spódniczki i sukieneczki, bo przecież jak w chłodny dzień próbuję jej założyć spodnie, to jest awantura. Spodnie nie są dla księżniczek.
Wybieram się też do Niemiec na swoje zakupy ubraniowe, ale kiedy, to się jeszcze okaże. Jutro ma padać, tak jak dziś, więc nie jestem przekonana, czy w ogóle będzie mi się chciało ruszać cztery litery z domu.

Póki co herbata, internecik i chwila dla mnie.

novembre

Minął tydzień. Może rzeczywiście dobrze będzie wpaść w cotygodniowy rytm pisania. Lubię pisać. Słowotok przelewam na metaforyczny papier, ale przynajmniej czytają tylko chętni, nikogo nie męczę. CHYBA.

Skończyłam oglądać Anię z Zielonego Wzgórza - prawie, w Netfliksie nazywa się to Ania, nie Anna - i mam mieszane uczucia. Nie lubię, jak adaptacje filmowe są wzbogacone o wątki, których nie było w książce. Niemniej aktorka dobrana idealnie, postać wypisz wymaluj Ania, krzywe zęby, patykowate ręce, setki piegów, no i jak zaczyna odlatywać, to aż nudzi czasem. Ale tak czy inaczej miło się oglądało.

Młodemu wyrosły zęby mądrości. Wszystkie cztery na raz. Trochę chodził po ścianach, ten co rośnie, jeszcze ostatni, boli, ten co już wyrósł, boli, bo rośnie w stronę policzka i rani, generalnie ta mądrość okupiona jest sporym cierpieniem. Mój dentysta Francuz (dzięki, AA.II! :)) dopiero dziś wrócił z urlopu i przyjął nas praktycznie od ręki. Zrobił młodemu nową fotkę oraz orzekł, rwiemy. Wyprosił nas z Idą z gabinetu, jak tylko zapodał młodemu znieczulenie, piękną metalową strzykawką (na szczęście igła była sporo cieńsza niż ta, którą niedawno podawali mi kontrast do barku; ta moja miała parametry szydełka). Piotrek nie bardzo wiedział, kiedy pozbył się zęba i prosił, żeby się upewnić, czy mu wyrwał jeden, czy dwa ;).

Oczywiście pojechaliśmy z Idą, która na godzinę przed dostała gorączki... ale nie było wyjścia, dostała ibuprom, zapakowałam ją do wózka i pojechaliśmy. Trudno się wybiera między dzieckiem z gorączką a dzieckiem z bólem zęba. Mąż natomiast nieustannie twierdzi, że on się nie zamierza przeprowadzać, on może dojeżdżać i ba! nawet ja mogę śmiało pracować w promieniu, bez kozery powiem 50 kilometrów. Cóż, to nie on dzisiaj miał na głowie dwoje chorych dzieci.

Ida na ibupromie na szczęście odżyła. W gabinecie z zainteresowaniem przyglądała się, jak Piotrkowi zakładają śliniaczek, jak siada w fotelu. Jako, że panna ma od wczoraj 3,5 roku i czas najwyższy na pierwszą dentystyczną kontrolę, zagaiłam, że może by siadła, to pan doktor sprawdzi ząbki. Ano, by siadła. A u mamy na kolanach, czy sama? Otóż sama. Dziecko usiadło na fotelu i nie pytane otworzyło szeroko buzię. Matka schyliła się po szczękę, która opadła do samej ziemi, po czym spytała, czy można zrobić zdjęcia na pamiątkę. Ida dostała do ręki lusterko, przejrzała się w nim (z otwartą buzią), trochę się wystraszyła na widok psikacza powietrzem, ale po przetestowaniu na ręce i nodze, pozwoliła sobie popsikać po zębach. Zęby zdrowe, pan doktor pogratulował i zaprosił na kontrolę za pół roku. Nawet nie wiecie, jaka dumna byłam! Raz, z odwagi córki (ale swoją drogą, to dziewczynka. Kobity są twarde. Poczytajcie sobie 10 lat temu epopeję dentystyczną z Piotrkiem... rany boskie). Dwa, to, że żadnych ubytków. Po leczeniu u trzyletniego Piotrka wszystkich trzonowców, została mi jakby leciuteńka trauma. A tu - proszę. Oraz ostatnio dała się przekonać do mycia zębów elektryczną szczoteczką. Oczywiście z Kopciuszkiem Dorotą, i dostała jakąś próbkę okropnej czerwonej pasty, ale niech tam. Najważniejsze, że zęby dokładnie umyte.

Żeby nie było tak różowo, młodemu zeszło już znieczulenie, ale wziął ibuprom i położył się spać (skończyła się ważność karty, z której netfliks ściągał opłatę i nie było nic do oglądania :)), ja Anię skończyłam tuż przed komunikatem :D). Młoda po jednej dawce ibu, wziętej w południe, znów robi się cieplejsza. I blada jest, i ma katar. Poszła w sobotę z tatusiem na spacer trochę za lekko ubrana, a było dość chłodno. No nic, odsiedzimy swoje, bo co poradzić. Dzisiejsza fizjo mi przepadła, środową też odwołam, ale odrobimy w innym terminie; co do piątku, się zobaczy.

Młody zapisał się na kolejne rwanie - bo ósemki rosną mu w stronę siódemek i je wypychają, niszcząc misternie utrwalony aparatem szyk w szczęce. Kolejna wizyta za miesiąc, oczywiście młody wybrał sobie termin na poniedziałek po południu, żeby urwać coś z lekcji. Ale, co dziwne, dzisiaj mi powiedział, że popołudniu chce iść na pierwszą lekcję, bo to fizyka, a on fizykę lubi. Hm.

Poza tym nuda. Trochę chłodniej nareszcie, chociaż w dzień potrafi dobić do 30, to przynajmniej noce są chłodniejsze. Na niemiecki chodzę. I na siłownię. Ostatnio fizjo zaprowadził mnie do piekła, tam, gdzie sztangi i kule 12 kg, i kazał mi jedną podnosić. Sadysta. Schudłam dwa kilo, to pewnie z tej nienawiści.

Zakochałam się w płytkach azulejo. Kiedyś położę sobie takie w swoim domu.

novembre

No więc tak. Na siłowni byłam już cztery razy, z czego jeden raz już zamykali, więc nie weszłam; na stronie internetowej mają wpisane godziny otwarcia restauracji, a nie sal tortur. A tak chciałam!!
Kupiłam sobie wczoraj wypasiony bidon, taki, do którego można wrzucić owoce i się ma wodę owocową, poza tym ma 0,7 pojemności, a ja z tych dużo pijących, więc akurat, oraz, jest BPA-free, i bardzo się ucieszyłam, bo takiego akurat szukałam. Po czym wrzuciłam w google'a hasło BPA free i poczytałam, że owszem, bez ftalanów, ale za to sto razy gorszy syf dają do plastiku, więc możesz sobie sam wybrać, od czego chcesz umrzeć. Czarownie. Wybrałam od BPA-free, bo miał ładniejszy kolor.

Oraz. Poszłam dzisiaj na siłownię - ale spokojnie, spokojnie! Nie, żeby ćwiczyć! - na testing. Postawiła mnie pani na wadze, potrąciła prądem i maszynką po plecach, i orzekła, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, że ilość mięśni w sobie mam w normie. I to nawet w trochę wyższej normie. Niesamowite, zawsze twierdziłam, że mięśnie to ja mam w oczach i języku. Oraz, co już mnie nie zdziwiło absolutnie, że proporcja* tłuszczu do mięśni, gdyby ona była odwrotna, to byłoby cud miód i orzeszki! No naprawdę?? Jeszcze jedno mnie zdziwiło, że na ramionach mam procentowo więcej tłuszczu niż na udach, a kto mnie zna, ten wie, że ja mam na czym usiąść, oj mam. No ale może liczą jakoś po swojemu, nie wiem. I tyle w sumie. Za pół roku ponowna kontrola i do tego czasu ambitne zadanie -10 kg, tymczasem za tydzień pani mi pokaże następne ćwiczenia, na stawy i kręgosłup (bo mi wyszło, że mi się kręgosłup nie zaokrągla, w sensie za sztywna jestem. Kto by pomyślał). A w ogóle to optymistycznie założyła, że ja przez te sześć miesięcy będę tam przychodzić, trzy razy w tygodniu, na tortury. Ha ha oraz ha.

Tymczasem święto lasu dzisiaj, otóż mój syn założył krótkie spodnie, takie do kolana. Drugi raz w tym sezonie. Owszem, lato powyżej 30 stopni. A córka, jako że jest kopciuszko-księżniczką mieszkającą w pałacu, zażyczyła sobie sukni balowej i tak latała cały dzień w weselnej kreacji. Dom wariatów! (niepełny, mąż w pracy! ;p)

 

*Dwa razy poprawiałam, i ciągle nie mam pewności, czy mnie tu Siostra nie poprawi!

novembre

Poszłam w piątek na towarzyskie spotkanko z dziewczynami i przywlokłam jakiegoś wirusa. Niestety nie wziął mnie po całości (koleżanka, która myślała, że wirus już jej przeszedł, obiecywała, że trzy dni rzyganka = -2 kg. A tu nic!!), tylko tak męczy. W sensie, że niedobrze mi, ale komu dzisiaj dobrze. Biednemu zawsze wiatr w oczy.

Z szaleństw ryczącej niemal czterdziestki, poszłam sobie pierwszy raz w życiu... na siłownię. Bo ja fitnesy, skakanie, noga wyżej!, woła córka, to nie, dzięki. Ale tak bardziej statycznie, to ostatecznie mogę spróbować. Zwłaszcza, że mój fizjoterapeuta coś przebąkiwał o wzmocnieniu kolan, o rozciąganiu barku (na kole). A jeśli nie wiem ile, ale jeszcze jakiś czas mam pożyć, to może niech to będzie w formie pozwalającej na jak najdłuższą samodzielność (tu głowa podsuwa porównanie z własną matką, i motywacja jakby rośnie).

Nawiasem mówiąc, widziałam na siłowni sporo siwych głów, ludzi dobrze po siedemdziesiątce. Ja zaczynam ćwiczenia na równowagę (stabilizacja kolana) - stanie na jednej nodze, na podłodze, na macie, na półkuli itp - a tu wchodzi takie białogłowe chucherko i macha wszystkie te ćwiczenia bez najmniejszego problemu. Acha.

Myślałam, że będę po tym pierwszym dniu umierać, ale nie, umieram na wirusa żołądkowego, a nie na zakwasy. Wczoraj nogi były zmęczone, ale bez tragedii. Albowiem poszłam na siłownię przekonana, że ta niestabilność w sobie to od kaca po winie z dziewczynami. Dopiero po południu jedna się zameldowała, że ją ruszyło zaraz w nocy. Jeśli wczoraj na siłowni kogoś zaraziłam, to bardzo przepraszam, myślałam, że to kac.

I wiecie, po tej jednej wizycie to ja się czuję taka fit i giętka i w ogóle...! Jakbym już co najmniej trzydzieści kilo schudła i wszystkie rozumy pozjadała! (tylko lustro kłamie ;/).

Poza tym co. Upały zelżały chwilowo, w piątek na basenie złapał nas deszczyk, potem w nocy przymrozki, 17 stopni, nareszcie można się wyspać. Mąż mi mówi, że ja za długo śpię i się nie wysypiam i powinnam prowadzić regularny tryb życia, tak jak on, bo on z maską Hannibala Lectera (dotleniającą, na chrapanie), wysypia się bez problemu. Chyba mu powiem, że on już jest pod pięćdziesiątkę, a ja nie mam nawet jeszcze czterdziestki i po prostu młodszy organizm potrzebuje więcej snu ;p.

Wieczorami oglądamy mistrzostwa w lekkoatletyce, kibicujemy naszym i komentujemy, wszak doświadczenie mamy wieloletnie, w oglądaniu. Przy okazji, proszę zwrócić uwagę na młody talent - biegaczka Martyna Kotwiła, mieszka w bloku obok mojej siostry (więc sami widzicie, że to naprawdę bliska rodzina). Będziemy śledzić i kibicować (a Ty Siostra weź autograf!)

I tak o. Jutro młody zaczyna szkołę, w środę młoda przedszkole (od pierwszego dnia pytała, czy jutro idzie do przedszkola, proszę proszę jak jej się zmieniło), a za tydzień ja na niemiecki. Koniec wakacji, proszę państwa.

 UPDATE:
Beztytuu*na 200.

novembre

Nareszcie. Przez ostatni tydzień leciałam na oparach (absurdu), 35 dzień w dzień i w nocy powyżej 20. Wczoraj przyszła burza, grzmiało non stop przez godzinę, ale z daleka, za to popadało trochę i przywiało chłodu. Dzisiaj to już w ogóle luksus, 25 w dzień. W przyszłym tygodniu znów lampa, ponad 30, ale przynajmniej noce dadzą odetchnąć, 11-14 stopni. Aż chyba kołdrę wyciągnę, zamiast spać pod samą poszewką.

Siadłam wczoraj z młodym i spisałam w ładną excelową tabelkę wszystkie warzywa, owoce i posiłki, które mój syn jada:
- bez problemu
- ostatecznie
- absolutnie
- może spróbować (ale matka nie przeginaj).
Burzył się przy tym, że dlaczego on musi na jakąś dietę przechodzić i o co matce chodzi, nic tylko warzywa i warzywa. Oraz owoce trzy razy w tygodniu, a co, jeśli kupię świeże winogrona, które on lubi, i co, też będzie musiał zjeść? Czwarty raz w tygodniu? Niedoczekanie!!

Śmieszno i straszno. Zastanawiam się, na ile przegapiłam czas, kiedy można było młodego łatwiej przyuczyć do jedzenia zieleniny. Ale z drugiej strony, on zawsze był tępy do jedzenia, od małego. Pisałam tu dawno dawno temu, jak jednego roku zjadł w sezonie jedną truskawkę. JEDNĄ. U teściów na działce pełno truskawek. Jedną. Ida natomiast je sporo owoców, sama się ich domaga. Podejrzewam, że ma to coś wspólnego z teorią, że jak się odżywiasz w ciąży, tak będzie jadło twoje dziecko. Piotrkiem w ciąży jadłam wszystko, śledzik - danio - sałatka jajeczna - batonik (przerażony dyrektor spytał mnie kiedyś na stołówce: i ty to wszystko zjesz?? - tak, ale muszę zacząć od śledzia!). No. A Idą rzygałam dalej niż widziałam, z przeproszeniem, nawet zieloną herbatą; więc owocki, jakiś łosoś, jajko (uwielbia jajka!), nie za dużo. I proszę, wypisz wymaluj Idy menu (zwłaszcza jeśli łososia zamienimy na czekoladkę albo croissanta). Przypadek? Nie sądzę...;)

Tymczasem za półtora miesiąca przylatuje do mnie (werble!!!) Najlepsza z Kadrowych!! Hurrra! Już się nie mogę doczekać. Zwłaszcza, że na święta wpadniemy jak po ogień, bo Jurek nie będzie miał urlopu, więc w drugi dzień świąt będziemy zawracać, teściowa przyjedzie do Radomia, jeśli będzie miała ochotę oczywiście nas odwiedzić i jeśli nie będzie akurat jakiegoś psa do zaopiekowania, prawda. Zatem, po świętach się nie zobaczymy, baaardzo wstępne plany są, żeby razem na koniec zimy nad morze, nie byłyśmy od mojej ciąży, a tu trzeba by uczcić, wszystko jedno co, zawsze się powód znajdzie.
Wstępnie zapowiedział się też brat, pytanie, jak bardzo trzeba upić jego świeżo poślubioną małżonkę, żeby nie wpadła w histerię, bo jeszcze nie latała, ale się boi. Ale spoko, na bezcłowym wódki skolko ugodno i to bez vatu, bo poza unię.

Za kwadrans osiemnasta; Ida padła jak przecinek i jeszcze śpi. Nie dziwię się, upał jest w stanie pokonać każdego. Tylko kto będzie z nią balował do północka?

novembre

Wróciłyśmy. I nie, żeby bardzo nam się chciało ;/.

Podróż minęła w zasadzie bez problemów, jeśli pominąć fakt, że jak to dobrze, że dzień przed wylotem otworzyłam plik z kartami pokładowymi, a tam - lecimy o jedenastej, a nie o dziewiętnastej! A to ci niespodzianka. Dobrze, że to był wieczór, a nie następny poranek, bo byłabym lżejsza o parę stówek.

Dygresja: małżonek słowa by mi nie powiedział, a gdyby mi powiedział, to w try miga przypomniałabym mu historię, jak to leciał do Luton, ale pomylił terminale, i zamiast o 6 rano, poleciał za swoje pieniążki o 12, pracując na lotnisku zdalnie przez te parę godzin... I nie, nie zdążyłby już przelecieć się na drugi terminal. Ojtam ojtam.
Koniec dygresji.

W Polsce było dobrze, tylko gorąco. Chłodno w zasadzie było na samym początku przez kilka dni, a potem jak wróciła lampa, tak trzyma do tej pory. W Polsce ma się ochłodzić jakoś lada moment, ja muszę wytrzymać do następnego czwartku, bo dopiero za tydzień ma być 25 z 36 i burze i chmury. Oby, bo póki co przelewam się z kąta w kąt i nic mi się nie chce.

Przyjechałam do domu, usłyszałam dumne "odkurzyłem na twój przyjazd!" syna, rozpakowałam się, sprzątnęłam według własnych standardów, puściłam jakieś pranie (które czeka na uprasowanie, no ale szkoda było suszarkę włączać w taki upał). Nadmuchałam młodej basen i co chwila sama moczę w nim nogi :).

Wróciłam też do własnego menu. Lipiec był miesiącem dogadzania sobie kulinarnie, ale, o dziwo, nie przytyłam nic. Bardzo mi miło, rok temu przywiozłam z Polski 4 kg. Poszłyśmy rano z Idą do sklepu, nakupowałam owoców, warzyw i może jakoś przetrwamy.

Nastawiłam śliwki w occie (wszystko przez szwagra, taaakie pyszne zrobił!) i namaczam grykę na chleb.

Uff, jak gorąco.

novembre

 

I już po maratonie weselnym.

Najpierw, tydzień temu, cywilny męża brata i przyjęcie weselne. Pogoda była taka sobie, ale na szczęście nie padało. Sam ślub, wiadomo, dziesięć minut i po krzyku. Zresztą, jak sam szwagier mówił, formalność i papierek, bo przecież chodzą ze sobą już ponad 20 lat, więc o co ten hałas. Po uroczystości i życzeniach przeszliśmy piechotą do domu weselnego, gdzie było przyjęcie. Na przyjęciu okazało się, że jesteśmy za wcześnie i stoły jeszcze nie gotowe, pan młody zaproponował więc z właściwym sobie wdziękiem, że możemy sobie pójść na pół godziny (zaczynało padać) albo ostatecznie zaczekać, ha ha, ha, ale śmieszne. Zaczekaliśmy. Ktoś z gości rzucił, że próg, że panna młoda, że tradycja, ale panna młoda zaoponowała z taką gwałtownością i fochem, że pomysł został zduszony w zarodku. Pannie młodej lepiej nie podpadać w jej szczególnym dniu, prawda. Następnie okazało się, że zostaliśmy rozdzieleni z mężem - on jako świadek siedział obok młodego, a ja, "żebym miała bliżej wychodzić do Idy", tuż przy wyjściu, w kąciku 60+. Czarownie, doprawdy. Jedzenie było bardzo smaczne, ale obsługa nie nadążała za grzaniem i podawaniem dań na 50 osób, ale było ciepło, więc nikt nie miał pretensji o zimny rosołek czy barszczyk. O 19 było już po wszystkim, a jeszcze w trakcie mąż przez całą salę pytał mnie "jaki wynik?", bo śledziłam na bieżąco relację z meczu o trzecie miejsce.

Mąż przyleciał i poleciał, po czym po czterech dniach przyleciał ponownie (stan na dziś: znów poleciał, i dobrze, bo mnie zeźlił).

W piątek pojechaliśmy na Warmię, na porządne, wiejskie wesele z poprawinami.

Pogoda dopisała. Młodzi do ślubu pojechali motorami, a że z domu do kościoła i z kościoła do domu weselnego było ponad 20 kilometrów, a za nimi ustawiła się długa kolumna gości, robili fajne wrażenie. Jedzenie było pyszne (i ciepłe! ;p). Zespół grał do tańca wszystkie te discopolowe oczy zielone, miłość w Zakopanem i inne weselne szlagiery. Nikt nie udawał, że och, ach, my takiej muzyki to nie... Wszyscy się bawili.

Sama impreza była w domu weselnym pod miastem, z podwórkiem, ławeczkami i zadaszoną altanką dla gości (i z nalewakiem piwa ;)). Część imprezy toczyła się więc na powietrzu, pod gwiazdami. Na tej samej posesji były pokoje noclegowe, kiedy więc udało mi się w końcu spacyfikować Idę do spania, bez uszczerbku dla zabawy zaglądałam do niej co jakiś czas.

A propos zabawy, małżonek z właściwym sobie brakiem wdzięku popsuł mi humor, oświadczając, że na święta to my nie przyjedziemy, bo on nie dostanie urlopu, bo jego współpracownik się rozwodzi i na święta będzie miał dzieci pod opieką. Zero refleksji, że może pogada, może dwa dni się uda zorganizować, żeby przyjechać, bo wie, że to dla mnie ważne. Bo tak naprawdę żyję od wyjazdu do wyjazdu i za kilka dni, kiedy wrócę do domu, zacznie się odliczanie do kolejnego pobytu w Polsce. Wróć, zaczęłoby się. Piękna jesień się zapowiada. A tak to co. Wybawiłam się, głównie nie z mężem, tylko z Idą, która ciągle mamamamamamamama. Zjadłam masę pysznych potraw, swojskie wędliny, kiełbasy, kabanosy, chleb ze smalcem, boziu jakie to pyszne było wszystko...!

Wczoraj poprawiny, zwane potocznie dożynkami, bo w podgrupach trwały do późnego wieczora. Wódka się nie kończyła, rany boskie. My wróciliśmy dzisiaj, mama jutro wraca pociągiem. I młodzi będą mogli odpocząć ;).

A propos powrotu, mieliśmy z mężem, jeszcze przed wątkiem świątecznym, pewną różnicę zdań. Otóż męża jedynie słuszna nawigacja kazała jadąc od Warszawy zjechać 30 km przed Ostródą na Grunwald i dalej Lubawę, do Iławy. Natomiast brat, który jak by nie było, tam mieszka i tamtymi drogami jeździ, mówił, żeby walić siódemką do Ostródy i dopiero tam odbijać na Iławę. No ale wiadomo, ja się nie znam i tambylec też się nie zna, dlatego też z fochem przed Ostródę było w tamtą stronę, ale dzisiaj, w drodze powrotnej, było już po całości, drogą krajową szesnastej kategorii. Ale przynajmniej Grunwald widziałam z samochodu, a w końcu co mi tam, to nie ja miałam samolot wieczorem.

I tak to. Skończyły się wyjazdy, uroczystości i przyjemności. No, te ostatnie jeszcze przez chwilę, bo wracamy dopiero w przyszły czwartek. Póki co jutro wyjazd do Warszawy, bo wraca młody. Jeszcze w poniedziałek do kosmetyczki po odrobinę luksusu - i zdjąć tę cholerną hybrydę. Zaczęła mi się ścierać po tygodniu! Nie tak się umawiałyśmy!

novembre

Uff jak gorąco.
Spędziłam w Radomiu kilka dni i teraz wakacjujemy się u teściowej w Lublinie. A skoro Lublin, to 30 stopni i mniej być nie chce. Tradycja ważna rzecz.
Teściowa w szale działkowych przetworów, rano praca, później działka, zrywa, przynosi, przerabia, a potem "kto to będzie jadł" i wtrynia znajomym.
W sobotę ślub szwagra. Panna młoda w ramach wybierania menu (zabrali teściową jako siłę doradczą) strzeliła focha, że sos kurkowy to nie, bo będą matki karmiące i że jakiś inny sos trzeba. Teściowa na to, że ojej, najwyżej zjedzą bez sosu, ziemniaki i surówkę. Panna młoda na to w tajemnicy zadzwoniła do domu weselnego i zamówiła kurki specjalnie dla teściowej, z furią, że niech się nażre. Pan młody takoż dostanie, bo nie stanął po stronie oblubienicy, ino kurek. A, i jeszcze nie zaprosili bliskich znajomych teściowej, bo "jak sobie będziesz robiła swoje wesele, to sobie zaprosisz, kogo będziesz chciała". Teściowa od 3 lat wdowa, przypominam. Nnnno. Tak więc zapowiada się niezła impreza, ciekawe, co jeszcze wyskoczy. Stay tuned.

Sukienki kupiłam rzutem na taśmę, dwie, obie fajne, fuksja z falbanek i klasyczniejsza miętowa z koronka na górze i gładkim dołem. Szare szpilki do tego. Przystopowało mnie przy torebce, bo chcę taką, żeby mi pasowała do obu kreacji i jeszcze żebym mogła ją potem nosić, a nie że wyląduje na dnie szafy jak inne piękne lakierowane jednorazowe. I otóż znalazłam wczoraj! Szara matowa skórzana, można z paskiem, można bez, jedyne 170 złotych. To ja jeszcze przemyślę... Swoją drogą, powinna być wypożyczalnia torebek i biżuterii weselnej. Przecież to się kupuje na raz.

Młoda moja ma sukienkę z 50 metrów firanki, beza jak się patrzy, ale śliczna beza ;). Za tydzień, u chrzestnego, będzie niosła obrączki do ślubu (o ile się nie wystraszy i nie rozpłacze i nie ucieknie. z obrączkami.). A tak w ogóle to młoda co trochę pyta, kiedy jedziemy do domu, bo ona już chce i tęskni. I tylko te dwa wesela w bezie ją zatrzymują w miejscu.

Pani Anetka ostrzygła mnie wczoraj tak, że płakać się chce. Krótko do brody, niby wycieniowane, niby mają się układać, ale chciałam co innego. Nie zrozumiałyśmy się i wyglądam jak na zdjęciu ze świadectwa maturalnego czyli jak idź i nie wracaj. A a a. We wrześniu fryzjer.

Tymczasem jestem w szale spotkań, wczoraj Agnieszka, dzisiaj Agnieszka i Beti, jutro może kolejna Agnieszka, potem przerwa na weekend, mąż przyjeżdża (a to też się spotkam :D), chwila oddechu i kolejne wesele. Fajnie.

novembre

Jeszcze tak nie było, żeby aż tak nie chciało mi się lecieć do Polski. Jutro wieczorem lecimy, a walizka czeka w piwnicy, aż się nad nią zlituję i przytargam. Do tej pory tydzień przed to ja już miałam szczoteczkę do zębów spakowaną, żeby nie zapomnieć. Teraz... sama nie wiem. Cieszę się, pewnie, że się cieszę, że wreszcie zobaczę i wyściskam wszystkich osobiście. Że pogratuluję hurtem, matury i dyplomu chrześnicy, sukcesów siostrzeńcowi, a ich rodzicom udanych dzieci, do tego ślub i wesele, dwie osobne imprezy, najpierw Jurka brat, cywilny i obiad, tydzień później mój brat, kościelny, wesele z poprawinami. Moje dwie Agnieszki. No i z Betty się zobaczę, już się umówiłyśmy, że przyjedzie do Lublina, jeszcze tylko teściową poinformuję. Ale ona i tak będzie chodzić do pracy, bo zmienniczka jej się wtryniła z urlopem, a po pracy wiadomo, działka. Ciekawe, czy jak teraz przyjedziemy, też się miniemy w drzwiach bloku, bo ona musi ogórki podlać?

Młody kończy dziś rok szkolny i zaczyna wakacje. Jeszcze tylko fryzjer przed wyjazdem, żeby mieć świeżą fryzurę, wiadomo. Młoda bez fryzjera i zastanawiam się, jak ją uczesać na wesele, ale chyba żadne czesanie nie ma sensu, bo gumeczki zsuwają się z włosów, robi się mierzwa i siano i wygląda to jak idź i nie wracaj. Przyklei jej się ze dwie spinki z kwiatuszkami do głowy i styknie.

Ja sukienek na imprezy oczywiście nie mam. Na ślub miałam iść w jednej takiej, co to do niej miałam schudnąć, prawda. No, to może się pobiorą, jak schudnę? Oraz jako że nie wiem, co kupię, w jakich kolorach, muszę ze sobą zabrać wszystkie możliwe kombinacje butów, torebek i biżuterii. Nie, żebym miała tego aż tyle, ale jak się leci na miesiąc, niekoniecznie w walizce człowiek potrzebuje trzech par szpilek, z czego założy jedną parę, raz. Ale nic to, po imprezach wtrynię wszystko mężowi do walizki, on będzie dolatywał tylko na imprezy, a bagaż ma 23 kilo, to w drodze powrotnej będę miała luźniej. (luźniej, w drodze powrotnej, ha ha ha).

Oraz. Tym razem nie kupuję żadnej herbaty!! Czerwonej cytrynowej oraz mojej ukochanej zielonej zen chai mam zapas na spokojnie wystarczający do Bożego Narodzenia. (a na święta jedziemy samochodem, to przywiozę transporter wtedy :D). W ogóle robiłam dzisiaj porządek w herbatach i stwierdziłam, że trzeba przystopować trochę i najpierw powypijać przynajmniej to, co już mam kupione - przywiozłam po świętach, przywiozła mi mama, przywiozła teściowa, mąż dogryza, że trzeba osobną szafkę na herbaty postawić. To niech ja powypijam i wtedy zaszaleję i znowu nakupuję na ruski rok.

W ogóle mnie na porządki naszło ostatnio. Z piwnicy powywalałam, co niepotrzebne, szafa z ubraniami przejrzana - tradycyjnie dokupiłam ze dwie bluzki, a wywaliłam z dziesięć. Bo i tak nie chodzę, bo ileż to może leżeć i czekać, "aż się zmieszczę", skoro się nie mieszczę, bo niech to nosi ktoś inny i się cieszy. Efekt jest taki, że moje ubrania, zimowe i letnie, mogłabym śmiało zmieścić na dwóch półkach szafy. No dobra, plus wieszaki, ale tam też nie ma z czym szaleć. Poza tym ja jestem praktyczna i po domu chodzę raczej w jednym zestawie, bo umówmy się, do sprzątania i gotowania nie trzeba się jakoś szczególnie stroić (a potem płacz, jak trzeba wyjść z domu, bo).

I w szafce nocnej porządki. I w dokumentach. I przed wyjazdem wyjadanie z lodówki i zamrażalnika - mimo, że Jurek zostaje, ale on, umówmy się, nie będzie gotował raczej. Wczoraj zostali we dwóch w domu i okazało się, że jedzenie w lodówce w pojemnikach to nie ma jedzenia. I zamówili pizzę, zamiast sprawdzić, co można jeszcze powyjadać. Nic to. Wyjedzą dziś i jutro.

Takie porządki robię, jakbym miał mnie po drodze szlag trafić. Ale nie, spoko, zapisałam się na niemiecki na po wakacjach, to może nie będzie tak źle. Trzeba wreszcie to B2 zrobić, bo widzę, że bez tego nie nadaję się nawet do zamiatania ulic (albowiem jak się tutaj chce pracować jako ktokolwiek, jako taki zamiatacz ulic na przykład, trzeba mieć wykształcenie kierunkowe o profilu zamiatacza ulic, praktyki i ze dwa lata doświadczenia w zawodzie. I tak jest w każdej branży. Podejrzewam, że widząc moje cv, z wykształcenia romanistka, z doświadczenia handlowiec, oni tam zachodzą w głowę, jak to jest możliwe. Cóż, na polskim rynku pracy wszystko jest możliwe i wszystko jest normalne, umówmy się. Koniec dygresji).

To co. Jutro wieczorem lecimy, śpimy w naszym starym mieszkaniu, bo akurat zmieniają się lokatorzy, w niedzielę rano odbieram i przekazuję mieszkanie jednocześnie, herbata u sąsiadów i... wakacje.

 

Acha, jakby co, to jeśli się da, to mnie tam na części proszę rozparcelować, może się przyda komuś nerka czy wątroba. Resztę spalić, tylko urna żeby mi nie była złota, bo nie lubię.  To pa.

novembre

Dziś kolejna porcja wiadomości wymieszanych. Dobrych czy złych, ale zawsze prawdziwych, jak mawiał dziadek.

Młody przyniósł świadectwo. Tydzień wcześniej, bo trzeba podpisać i oddać do szkoły. No więc zdał. Jak miło. Oceny przyzwoite albo i bardzo przyzwoite, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę ilość pracy i czasu włożonego w efekty. No, ale efekty są najważniejsze, prawda.

Młoda dostała tydzień temu zaproszenie na urodziny. Do koleżanki z przedszkola, której w ogóle nie kojarzyła ani ona, ani ja, no ale Ida na pytanie, jakie imiona mają jej koleżanki w przedszkolu, odpowiada "dzieci". A ja też nigdy nie gadam z matkami tylko zostawiam Idę i uciekam na wolność.
Tydzień temu złapała mnie jedna matka, że jej córka w domu ciągle opowiada o Idzie, że Ida to, Ida tamto, i że zapraszają na urodziny. Przyjęłyśmy zaproszenie, kupiłyśmy prezent i gites. Tymczasem matka pisze, że córka wczoraj miała 39,2 i kaszel, ale dzisiaj rano jest już OK (zawsze rano jest OK...) i że kinderparty aktualne. No chyba że nie. Kurczę, raz, że powinna zrobić przerwę przed przedszkolem (przedszkola życzą sobie jednego lub dwóch dni po ustąpieniu gorączki), a dwa, że kurczę, za tydzień lecimy do Polski, jeszcze zakupy przede mną i średnio mam ochotę, żeby Ida mi się przed samym wylotem rozchorowała. W związku z czym podziękujemy za zaproszenie i przekażemy prezent za tydzień w przedszkolu, i już.

Mama mnie ostatnio poprosiła o pomoc, bo znajoma ma taką maść na kolana i jej mąż sobie smaruje i go nie boli, tylko że w Polsce nie można tej maści dostać, tylko w Niemczech, i podobno jest droga, no ale skoro pomaga... Dobra. Daj mi nazwę tej maści, poszukam. I mama mi pisze na whatsappie: Cannabis... - Oho, myślę sobie, nieźle się zaczyna! ;-))). Okazało się, że jest to żel do masażu z oleju konopnego, arniki i tych innych przeciwzapalnych i przeciwbólowych, znalazłam w polskim sklepie internetowym i zamówiłam. Ale pierwsze wrażenie, że mama szuka trawki na rynku, bezcenne ;)).

Parę dni temu jechaliśmy na kinderbal do parku. Wsiedliśmy do autobusu, była w nim matka z trójką dzieci. Najmłodsze, może półtoraroczne, darło się jak opętane. Ale nie było to darcie, "bo tak", tylko widać było, że coś dzieciaka boli, że coś mu dolega. No, zdarza się. Po dwóch przystankach (nie wiem, jak długo wcześniej wyło) kierowca powiedział przez mikrofon, że płacz dziecka rozprasza jego uwagę i że on się musi skoncentrować i że jeśli dziecko nie przestanie, będą musieli wysiąść (CZY DZIECKO MNIE SŁYSZY?). Na przystanku wysiadł i podszedł do matki. W tym czasie matka wzięła dzieciaka na ręce (super bezpiecznie, no ale co poradzić) i młody już nie wył, siedział cicho u matki na rękach. Kierowca pogadał z matką, że on nie ma komfortu pracy, że wiezie ludzi i nie może się rozpraszać i koniec końców kazał jej wysiąść. Mimo, że młode już było cicho, ona miała jeszcze dwójkę drobnych dzieci i ostatni przystanek do celu...
I teraz tak: z jednej strony, ja rozumiem odpowiedzialność kierowcy, to, że on o 3 rano wstaje, komfort jego pracy itp. Z drugiej strony, no kurczę, taka jego praca, wozić ludzi. Dziecko nie robiło mu na złość, tylko było prawdopodobnie chore, i jego płacz nie trwał (przynajmniej dla kierowcy, bo dla matki to już inna sprawa...) cały dzień, tylko kilka minut. Oraz, czy kierowca zareagowałby tak samo, gdyby matka miała tylko jedno dziecko, a nie troje, oraz białą skórę? I czy równie chętnie wyprasza w nocy pijaczków, bezdomnych i kiboli?

Tymczasem już tylko tydzień do lotu do Polski. Muszę jakoś ogarnąć odbiór mieszkania w Warszawie, bo lokatorzy nam się zmieniają. Szkopuł w tym, że przylatuję 30.06. przed północą i najwygodniej byłoby mi od razu odebrać mieszkanie i się tam kimnąć, rano przekazać mieszkanie kolejnej lokatorce, wypić herbatę z sąsiadami i jechać do swoich. No zobaczymy, jak to będzie.

To co, ile przerżniemy z Kolumbią? :D

novembre

Dzięęędobry! (głosem Katarzyny Kwiatkowskiej).

W ten piękny, letni poranek przywitał mnie kolejny mejl dziękujący za przesłane cv. Oni naprawdę tak muszą? Z poniedziałku? Nawet sobie nie wyobrażacie, jakie to frustrujące, nie nadawać się do niczego.

Poza tym na szczęście mundial się zaczął, tyle dobrego.

Młody zaspał rano na praktyki, na szczęście mój Ed Sheeran budzi skuteczniej niż te jego łomoty, więc szybko złapał śniadanie, ogarnął się i poleciał.

W piątek mamy kolejny kinderbal, u Niemca. Trzeba podjechać po prezent jakiś oraz wymiksować się od dwóch godzin kiblowania z obcymi ludźmi plus zaproszenia na grilla.

W telefonie dwie notatki, "do Polski" i "z Polski". Pamięć już nie ta, trzeba wszystko zapisywać.

To co, ściągamy zewłok z łóżka, ubieramy, naklejamy uśmiech i do roboty!

 

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci