Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Blog będzie przeniesiony, tylko jeszcze nie wiem, kiedy. Póki co panowie od bloxa zaczęli gadać trochę bardziej ludzkim językiem, niech szukają błędu, mają dwa tygodnie spokoju od mojej korespondencji.

Albowiem lecimy. Torby spakowane, lista "Wrzucić w ostatniej chwili" w komórce jest. Wiaterek zapowiadają przyjemny, może nas ukołysze po drodze. Ida zdrowa, tfu odpukać, chwilo trwaj! Przez te ostatnie jazdy zdrowotne oraz moje schizy, póki co w ogóle się nie cieszę, że lecimy. Ba, nawet nie przyjmuję do wiadomości, że lecimy. Podejrzewam, że dopiero na Okęciu do mnie dotrze i jak ryknę...!

Młody ma ferie wiosenne plus potem tydzień projektowy w szkole, który to projekt mają z kolegą zrobiony, więc będzie musiał stawić się w szkole ze dwa razy po godzinie, i tyle. Taki to pożyje...! Trzy tygodnie laby, w tym dwa wolności od matki! Nie będzie gadania o śniadanie w samych gaciach, o kąpiele przed snem o drugiej trzydzieści. Sam sobie wybierze, że fafnasty raz z rzędu na obiad zje tosty z sandwicza. Chata w większości pusta. Kurczę, zaczynam mu zazdrościć!

 

novembre

26. lutego 2019
Drogi użytkowniku, bardzo nam przykro 29 kwietnia 2019 Blox.pl zostanie zamknięty i Twój blog http://otwarte.blox.pl przestanie działać. itd.

26. lutego 2019
Dzień dobry!
Dzięki za informację o wygaszeniu blox.pl.
Wyeksportowałam plik, ale na wordpressie importuje się tylko kilka z kilku tysięcy notek.
Co robić? Męczyć wordpressa czy Was?
W pliku xml są wszystkie notki. Import w wordpressie trwa minutę, co jak na taką ilość notek wydaje mi się trochę mało, no ale może on taki zdolny.
Pomocy!

 

26. lutego 2019
Czy po zakończonym imporcie pliku .xml pojawia się komunikat - "All done! check out Posts to see your imported content."?

26. lutego 2019
Komunikat o pełnym sukcesie na końcu się pojawia, natomiast nie załadowało się jedno zdjęcie, które powinno się znaleźć na jednej z cudem zaimportowanych notek.

27. lutego 2019
Jeśli udało się pomyślnie zaimportować bloga, proponujemy pojedyńcze zdjęcie przenieść ręcznie. 
Doprecyzuj proszę na czym polega problem z brakiem notek. Jeśli miałaś na swoim blogu jakieś nieopublikowane wpisy np. szkice zapisane jako wpis roboczy, to nie będzie tego w pliku ZIP. Wszystkie nieopublikowane wpisy trzeba ściągnąć własnoręcznie z panelu bloga

27. lutego 2019
Jeszcze raz:
- Bloga prowadzę od 2008 roku. Mam tam lekko licząc kilka tysięcy notek.
- Utworzyłam nowego bloga (otwarte.home.blog)
- Zaimportowało się siedem. Plus jedna utworzyła się automatycznie ("The Journey begins"). Plus jedną wpisałam testowo, żeby sprawdzić, czy umiem opublikować.
- Wszystkie notki na blox.pl były opublikowane. Nie miałam żadnych wpisów roboczych, a jeśli takowe zostały, nie mają znaczenia.
- Brakuje mi kilku tysięcy notek minus siedem.
- A propos mojego pytania o zdjęcie: z tych siedmiu notek do jednej załączyłam zdjęcie. Notka była tym szczęśliwcem, którego udało się zaimportować, natomiast zamiast zdjęcia widzę pusty kwadrat z takim szarym znaczkiem w lewym górnym rogu. Znaczy, zdjęcie się nie wgrało.
- W dalszym ciągu mój blog składa się z żałosnych kilku notek. Nie importuje się całość (testowałam dzisiaj). Dlaczego i kiedy to się zmieni?
- Dlaczego nie zaimportowały się zdjęcia i co ma się wydarzyć, żeby się importowały?
Przepraszam, prościej nie umiem.

4. marca 2019
Witamy,
instrukcja została przygotowana do importu na platformę wordpress.com, w przypadku własnych domen należy skontaktować się z informatykiem we własnym zakresie.

5. marca 2019
Ludzie!! Home.blog to darmowa, najtańsza opcja wordpressa! No litości, proszę!
Kurczę, zaraz mi odpiszecie, że dziwne, u mnie działa.
Pffffffff.
Krótko: pomożecie czy nie?

 

Kuuuuuurwaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa...!

 

novembre

Nudy nie ma, Wam powiem.

Wczoraj piękny dzień, słoneczko, 17 stopni, towarzystwo wyległo na plac zabaw. Dziewczyny się bawiły, mamy plotkowały. Miło.
Dzisiaj o ósmej rano dostałam od Sary smsa: Hanna ma ospę, dzisiaj ją wysypało.
Ospą zaraża się dobę - dwie doby przed wysypem. Wczoraj bawiły się na placu zabaw. KURWA.
Ospa inkubuje 8-21 dni, potem wysyp. Za 10 dni lecimy do Polski. KURWA.

Puściło mi wszystko.
Nie polecimy do Polski.
Nie spotkam się z mamą, Beatą, Michałem, Agnieszką, z Najlepszą z Kadrowych, Betty.
Nie pośmieję się, wyrabiając 200% normy na zapas.
Nie pojadę nad morze. Ostatnio byłam pięć lat temu, tuż po dwóch kreskach na teście. Tęsknię. Poza tym - to były planowane pierwsze trzy dni bez Idy ever. Pizza w ulubionej pizzerii, herbata od Teejanowicz.pl, morza szum i rozmowy do rana.
Nie odpocznę.
Nie naładuję akumulatorów.
Nic.
Rany jak się rozwyłam.

W przerwie wycia umówiłam się na telefon do doktora. Ostatnio często z tego korzystam, żeby skonsultować sytuację, czy już trzeba ciągnąć dziecko do poczekalni-wylęgarni, czy wystarczy co innego. Bardzo cenne.

Numer do przychodni chyba muszę sobie dodać do ulubionych.

Opowiadam doktorowi sytuację i pytam, nie robiąc sobie większych nadziei, co robić.
- Szczepić, jak najszybciej. Bez wizyty, pielęgniarki zaszczepią od ręki.
Myślałam, że młoda była szczepiona, bo kiedyś kiedyś rozmawialiśmy o szczepieniach dodatkowych, i coś tam dodawaliśmy. Ale akurat nie ospę.

Po godzinie byłyśmy w przychodni.
Po kontakcie z zarażającym ospą dzieckiem powinno się w ciągu 72 godzin zaszczepić dziecko. Wtedy ryzyko, że zachoruje, wynosi tylko 10%, a i sam przebieg jest wtedy dużo lżejszy niż bez szczepienia.
Oraz doktor powiedział, że zaszczepione dziecko, nawet jeśli ją wysypie, niemal wcale nie zaraża. Wystarczy więc ją dobrze ubrać i może lecieć samolotem. Chyba to wezmę na piśmie na wszelki wypadek.

To wszystko opowiedział mi w poczekalni, wyszedł po innego pacjenta, ale zobaczył mnie, kupkę nieszczęścia, i wrócił pogadać. A że zazwyczaj nosi koszulki rozweselające pacjentów, dzisiaj akurat na t-shircie miał naklejony w poprzek wielki plaster, powiedziałam mu, że działa na mnie jak plaster na rany. Myślę, że nikt go dzisiaj tak nie rozbawił ;-).

Po takim poranku, cały dzień był już do kitu niestety. Ida, nie-dzielny pacjent, przy zastrzyku rozwyła się na całą okolicę. Wyła w drodze powrotnej do domu, wyła na placu zabaw, trzymając się za nogę. Nie, nie bolało jej, urażona duma ją bolała. Pić jej się chciało, więc weszłyśmy do coopa.
- Ida, a może kupimy jakąś gazetkę, co? - spytałam podstępnie. Wizyty u lekarza zawsze kosztują mnie więcej niż kasuje ubezpieczalnia.
- Tak!! - zawołało dziecko i pobiegło do regału z czasopismami. Łzy wyparowały. Niestety nie na długo, młoda przeżywała w zasadzie większość dnia, wieczorem zrobiła sobie czterogodzinną drzemkę. Może to być efekt po szczepieniu jako takim, więc dopuszczam, że jutro do przedszkola nie pójdzie, ale to się okaże rano. Gorączki nie ma, humorek wrócił.
I tylko nie wolno przy niej po polsku rozmawiać o jej zdrowiu, bo momentalnie znowu zaczyna płakać.

Nie mam już siły. I nie chodzi tylko o choroby Idy, chociaż też, bo ten sezon daje nam popalić. Nie mam siły na kolejną walkę z przeciwnościami losu, nawet jeśli to jest jakiś drobiazg, wyprowadza mnie z równowagi i urasta do rangi przeszkody nie do pokonania. Poddaję się.

novembre

Obejrzał. Osłuchał. Zajrzał w gardło i uszy. Wysłuchał raportu matki.
- Grypa - powiedział.
- O nie! Obiecywał pan, że grypa jest tylko raz w sezonie!
- W takim razie infekcja grypopodobna - odparł, śmiejąc się. - Sprawdzimy mocz, bo może to nerki, one bezobjawowo przechodzą i tylko mocz pokaże.

Robimy.

- Mocz w porządku, to znaczy jest białko i trochę krwi, ale to normalne u połowy ludzkości, że jest krew w moczu podczas infekcji. Sprawdzimy kontrolnie jak wyzdrowieje.

Póki co, gorączka spadła i dziewczynka w zasadzie wstała dzisiaj rano zdrowa, jeśli nie liczyć 37,6 - ale gorączkę liczymy tu od 38 dopiero. W porównaniu z niezbijalnym 39,6, to zaiste żadna temperatura. Wysoką zbijam dając jednocześnie ibuprofen, paracetamol i wsadzając dziecko na trzy zdrowaśki do chłodnej kąpieli. Dopiero ten miks przynosi ulgę, w miarę szybko i trwale, czyli pozwala przetrwać noc. Podanie tylko jednego syropu daje efekt obniżenia temperatury o 0,3 po godzinie, dziękuję bardzo.

Apetyt ma, humor ma, jak jeszcze gorączki nie będzie miała, to już będzie pełnia szczęścia.

Acha, zapytałam doktora o bilans czterolatka, bo to już, prawda, a on na to, że może przeczekamy, aż minie sezon grypowy i w zasadzie to kwiecień - maj. Podskórnie wyczułam, że spodziewa się nas w przeciągu miesiąca i to bynajmniej nie w sprawie bilansu. Farbę do włosów muszę kupić.

novembre

Iza dzisiaj przyszła. Iza jest rok dłużej w Szwajcarii niż ja, prawie sześć lat. Ma męża informatyka, jakżeby inaczej, dwoje dzieci i zawieszoną na kołku swoją pracę zawodową. Iza jest farmaceutką, co jest o tyle bardziej przerąbane, niż moja sytuacja - albo "inaczej przerąbane" - że za chwilę kończą jej się uprawnienia do wykonywania zawodu. Uznanie dyplomu trwa kilka miesięcy i z uwagi na znaczne różnice programowe, niekoniecznie może się zakończyć powodzeniem. "Dorobienie" wykształcenia tutaj będzie zapewne kosztowne w czas i pieniądze, plus Iza mimo swojego B2 niekoniecznie czuje się na siłę iść tu do szkoły i słuchać wykładów w języku nieojczystym. Wiem, wszystko jest do zrobienia, ale jest to jakaś kolejna bariera.

Dziewczyna rozważa czasowy powrót do Polski, żeby zatrudnić się tam na trzy miesiące i mieć uprawnienia przedłużone i spokój w razie ewentualnego powrotu do kraju. Ale, ale, są przecież dzieci! Lat 8 i 10, czyli pięknie wchodzące w nastolatkowy bunt za chwilę. Starsza, ogarnięta dziewczynka i chłopiec, któremu trzeba w lekcjach pomagać, pilnować, poganiać i co tam jeszcze. Tatuś, no pewnie, że jest tatuś, że też na to wcześniej nie wpadła! Tatuś aktualnie szuka rozwoju poza strukturami firmy, jeździ na szkolenia, na rozmowy, robi różne kursy, na które wysyła go urząd pracy, póki co bez efektu. Zatem na tatusia nie można za bardzo liczyć, bo raz jest w Strasburgu, raz pod Zurychem, a w ogóle to on ma dzieci pilnować? Ale jak to? Jakaś fanaberia żony, z tą pracą.

Ale zaraz, nie fanaberia, przecież sam ostatnio mówił, ruszyłabyś się gdzieś. Do pracy poszła albo może na jakiś kurs. Schudłabyś, bo tylko w domu SIEDZISZ, za siebie byś się wzięła. Jednym słowem, wspiera jak może, z każdym rokiem na coraz więcej sobie pozwala.

Bo przecież tak pięknie miało być! Nie pracuje ten, co nie chce, 2% bezrobocia, dzieci odchowasz, coś sobie znajdziesz. Coś. Kiedyś. Jakoś.

Iza jest coraz bardziej sfrustrowana. Czuje się bezwartościowa, czuje, że uciekło jej JEJ życie w Polsce, które miała poukładane, pracę na etat, rodziców i rodzinę w pobliżu, znajomych. Była u siebie. Nikt krzywo nie patrzył, że znowu z rozpędu i ze stresu powiedziała coś niegramatycznie i że wstyd. Dzieci miały dziadków, kuzynów, kolegów na placu zabaw, z którymi można było się od razu pokłócić o zabawkę, a nie bawić jak niemowy, obok siebie.

Ile znam takich dziewczyn? Może odpowiem inaczej: z całego towarzystwa emigranckiego dwie dziewczyny pracowały.

Dentystka, po ponaddwuletnim poszukiwaniu pracy, przy czym dojeżdżanie 80 km na nikim nie robi wrażenia, na dziecku w żłobku może, ale "ono zapomni"; dentystka popracowała rok i jej podziękowano. Znów szuka.

Druga to przedszkolanka, której po roku nie przedłużono umowy; za dużo pyskowała po prostu, przyjechała ta imigrantka i się będzie rządzić i sprawiedliwości domagać. A won! Ania przedszkolanka znalazła rzutem na taśmę pracę w korpo, gdzie obciążenie obowiązkami było lekko licząc na półtora etatu. Na nic wcześniejsze ustalenia, że dziecko w przedszkolu i że nadgodziny miały być ustalanym wcześniej wyjątkiem, a nie regułą "dziś zostań do 20", gdy tymczasem mąż w delegacji albo ma swoje ważne sprawy, bo umówmy się, to on jest głównym żywicielem rodziny, dwóch kredytów i samochodu w leasingu, oraz oczywiście wszystkich miejscowych opłat i fanaberii. Ania z korpo odeszła po miesiącu, z poczuciem osobistej porażki, bo może gdyby szybciej jadła lunch, szybciej te mejle pisała, to może by jednak zdążyła...? Ania szuka pracy, tymczasem jej mąż za chwilę siądzie do rozliczenia podatków. I prawdopodobnie jedna ubiegłoroczna pensja Ani pójdzie do gminy na dopłatę podatku, bo w tym jakże prokobiecym kraju nie opłaca się, gdy kobieta pracuje. A już na pewno nie na 100%.

Wiele z nas ma poczucie zmarnowania swojej, jaka by ona nie była, kariery zawodowej w Polsce, a przynajmniej bezpieczeństwa, które daje praca, zarabiania na swoje waciki i poczucia niezależną, partnerką i współutrzymywaczką rodziny. Na emigracji, o ile nie jesteś wąską specjalistką i to najlepiej z dziedziny informatyki, ewentualnie jeśli nie znasz biegle niemieckiego, możesz od razu wymyślić sobie jakiś, nie wiem, wolontariat, i to na dwie i pół godziny, bo potem trzeba dziecko z przedszkola odebrać, obiad podać i tak dalej. Samo się nie zrobi, a mąż wraca z pracy i jest zmęczony. Przecież on pracuje, on dojeżdża, on dźwiga na barkach ciężar utrzymania rodziny, no i gdyby nie on, jego praca, wszystko zaczyna się składać jak domek z kart.

Wszystkie, jak tu jesteśmy, mniej lub bardziej poświęciłyśmy siebie dla naszych mężów i partnerów. Bo awans, bo zaszczyt, bo praca marzeń. I co, staniesz na drodze do spełniania marzeń? Żeby do śmierci (albo rozwodu) wysłuchiwać, że tam to by było lepiej, tam trawa bardziej zielona, tam chodniki równe, edukacja lepsza, szanse dla dzieci jakie! A tutaj masz coraz wyższe ceny, korki, smog i Kaczyńskiego, nie wiadomo, co gorsze. A mogło być tak fajnie, ale nie, wolałaś mieszkać blisko rodziców, jakby samolotem nie można było sobie polecieć, jak już tak bardzo tęsknisz. Rodzina to teraz mąż i dzieci!

Znam jedną, która się postawiła, została z dziećmi w Polsce. Prawdopodobnie ze strachu bardziej niż niechęci do życia na obczyźnie, bo akurat język wroga ma na poziomie uniwersyteckim. Mąż odkłada euro na budowę domu, ona ma swoją pracę, w której się spełnia. Dzieci, owszem, mają na co dzień ojca na Skype, co półtora miesiąca na żywo, plus wakacje. Żadnej ze stron nie jest łatwo.

Nawet nie wiecie, jak jej zazdroszczę.

Rodzina doradza Izie, żeby znalazła sobie jakąkolwiek pracę, na nocną zmianę na taśmie z kurczakami, sprzątanie, cokolwiek. Bo ile tak można bez pracy.

novembre

Wiosna przyszła. +12 i słoneczko, ptaki drą ryje, robotnicy zrywają asfalt naszej głównej ulicy, młoty pneumatyczne i inne maszyny napierdalają niczym dzwony na Ursynowie od szóstej rano. Z tym że tu od ósmej.

Zdrowi już w zasadzie wszyscy jesteśmy, na szczęście. Mąż mam nadzieję naprawdę już ostatni tydzień zdalnie pracuje, no ileż można, ratunku. Młody chodzi do szkoły, jutro ma dwie klasówki, ale on się nauczył, ile mógł, a temat z matmy mu nie podszedł no i go tydzień nie było, a w ogóle do szkoły już się dostał, więc teraz gra. Już mnie to nie rusza, rzeczywiście do szkoły się dostał (chociaż mogliby jakiegoś kwita przysłać, tak dla pewności, ja z Polski jestem, ja muszę mieć z pieczątką). Zresztą ile można się denerwować i przejmować. Młoda poszła wczoraj do przedszkola, coś jej się w głowę zrobiło i próbuje czytać, że napis LIDL rozpoznaje to się w sumie nie dziwię (chociaż właściwie - dlaczego dla niej to nie są szlaczki, tylko ona wie, że to są literki?), wczoraj przy dzwonach do szkła i aluminium spytała, co tu jest napisane i potem powtarzała, że zna już takie słowo, Eisglass. Cały czas prostowałam, że Weissglass, ale dobre i to, od czegoś trzeba zacząć. W przedszkolu nie mówi nic, chociaż panie twierdzą, że rozumie wszystko i żeby się nie denerwować i że w następnym przedszkolu to przyjdzie samo. Nie denerwuję się, bo jak wyżej. Limit mam chwilowo na wyczerpaniu. Oraz owszem, śpiewa w przedszkolu piosenki, ale w domu ich nie zaśpiewa, bo one są do śpiewania wyłącznie w przedszkolu! Twarda sztuka.

Jako, że +12 i słońce, i zdrowa jestem wreszcie, spojrzałam wczoraj raz na syna leżącego na kanapie, dwa, przez okno. Syna jednym zdaniem poderwałam do mycia frontów w kuchni oraz odkurzania i wiosennego porządkowania własnego pokoju, a sama machnęłam łazienkę, blaty, kurze, podłogi i okna, przynajmniej w salonie i kuchni. Przeleciałam jak burza przez mieszkanie i od razu zrobiło się jakby jaśniej i wiosenniej. Jutro kupię do kompletu różowych tulipanów, żeby było ładnie. O.

Dzisiaj zabrałam młodą na wycieczkę pociągiem, do sklepu z 1001 drobiazgów. Obie bardzo lubimy ikeę, zjadłyśmy lunch, kupiłyśmy wszystkie 1001 drobiazgów, bo wiadomo, jak człowiek tam wejdzie, to nagle wszystko jest potrzebne, i wróciłyśmy. Młoda zażyczyła sobie do wózka; po grypie jest jeszcze trochę słaba, po południu znów zalicza drzemkę itp, wzięłam więc wózek na wszelki wypadek, jak widać, słusznie, bo kimnęła się pół godzinki.

Powoli szykuję się do przylotu do Polski. Wyjazd nad morze mamy z Najlepszą z Kadrowych ogarnięty, zdaje się oprócz biletów do Gdańska, bo czekałyśmy na nowe rozkłady PKP. Teraz jeszcze moje i Idy bilety z lotniska do mamy, potem do teściowej, potem znowu do mamy i znowu na lotnisko. Raczej flixbusem, bo Idunia skończy 4 lata i skończy się darmowy przejazd pociągami.

Pamiętam, jak 12 lat temu zrobiłam awanturę przy kasie PKP w Lublinie. Bo miesiąc temu kupowałam bilety dokądś sobie i młodemu i były normalne ceny, a teraz co, takie podwyżki?! To ja się jeszcze zastanowię!!
...a potem pokorniutko stanęłam na końcu kolejki i kupiłam te same bilety, przepraszając, bo młody w międzyczasie skończył cztery lata i skończyło się darmowe jeżdżenie. Koniec dygresji.

Właśnie powiedziałam mężowi, że pierwszy raz widzę w telewizji szwajcarskiej reklamę lekarstwa (syropu na kaszel), ale mąż mnie uświadomił, że to nie szwajcarski kanał, tylko niemiecki Sport1 (małżonek rzutki ogląda). Acha. Bo Szwajcarzy to reklamują randki w internecie, telefony, samochody, wakacje, ubezpieczenia oraz oczywiście tubylcze sklepy spożywcze, migrosa i coopa. Może po prostu mają zakaz reklamowania parafarmaceutyków?

Na niemieckim dzisiaj wyśmialiśmy ćwiczenie ze słuchu, więc prowadzący obiecał się zemścić i za tydzień przetestować nas na ćwiczeniu z poziomu wyżej, czyli z C1. Sama jestem ciekawa.

A co u Państwa drodzy Państwo? Wiosna podobno, nie tylko ta Biedroniowa?

novembre

Ja pierniczę. Czołga nas już prawie dwa tygodnie ta cholera. Małżonek jeszcze kaszle i poci się tak, że trzy razy dziennie się przebiera. Młody bez gorączki, bolą go nogi, kaszle, ale już mu lepiej, wczoraj siadł do komputera robić jakiś projekt do szkoły, no a od poniedziałku ma trzy klasówki, więc trzeba się przygotować. Młoda słabizna straszna, na szczęście apetyt jej wrócił, bo zjada wszystko z talerza i je chętnie. Został jej katar i przezroczysto-zielone lico. Oraz drzemki w południe. Mówię, słabizna.
Ja dalej słaba, boli mnie gardło i kaszlę. Od kaszlu gardło boli jeszcze bardziej; gdy mnie pani doktor usłyszała, przepisała kodeinę. I wszystko byłoby fajnie, bo kodeina hamuje kaszel, tylko śpi się po niej okrutnie. A ja na początku wzięłam zgodnie z zaleceniami, co osiem godzin. Rany. Ludzie, można usnąć odcedzając ziemniaki, uwierzcie. Odcina zasilanie w ułamek sekundy. Wszystko byłoby ładnie pięknie, gdyby mnie tak nie odcinało przez cały dzień. Efekt pierwszego popołudnia był taki, że ja spałam ponad 4h ciurkiem, a dziecko chodziło samopas. Tatuś pracował w pokoju obok, więc nie zainteresował się, dlaczego żona ani rączką, ani nóżką, dlaczego dziecko kolejną jego przerwę na fajkę spędza z tabletem w ręce. Jak wstałam i okazało się, że zbliża się wieczór, a młoda tylko o śniadaniu, od razu mi senność przeszła. Mąż się czuje niewinnie pomówiony, no, jak wyżej - on pracuje. Darowałam sobie więc tę kodeinę. Dziecku coraz lepiej, niech je dziewczyna, no. A ja piję jakieś losowo wybrane syropki i żyję.
Kończąc wątek męża (tymczasowo! tymczasowo!), jako że wszyscy dostaliśmy nakaz siedzenia w domu, wybrał się do sklepu po zaopatrzenie na najbliższy czas.

...kupił cztery paczki fajek. Tylko.

Po czym zrobił mi awanturę, że dlaczego w tym domu nie ma pieczywa i czy naprawdę on sam musi wszystkiego pilnować? Spytacie pewnie teraz, czy nie mógł, razem z fajkami kupić chleba. Yyy... To nie mój mąż. Wystarczyłoby rozejrzeć się po kuchni, sprawdzić lodówkę, zgarnąć przy okazji śmieci... O, nie! Tu już mnie fantazja poniosła. No, ale te fajki to mnie wkurzył.
Żeby go natomiast aż tak strasznie nie szkalować, to następnego dnia wieczorem owszem, kupił pieczywo, i nawet owoce jakieś. Uczy się na doświadczeniach własnych chłopak, nie jest tak źle.

Tak to sobie chorujemy razem. Ślubny odgraża się, że jeszcze z tydzień zostanie w domu, no bo kaszle. Oczywiście.

Dzwoniłam dzisiaj do mamy, rozmawiamy, które z nas w jakim jest stanie, no i ja się śmieję, że nie jest tak źle, bo schudłam 3,5 kilo w 10 dni. No, ale jak wyzdrowiejesz i się rzucisz na jedzenie...! Dzięki, mamo. Nie trzeba było.

Urządziliśmy dzisiaj młodemu zaległe urodziny. Tort oreo udało mi się wyprodukować tymi ręcami, wszystkim smakowało. Wieczorem, gdy Ida pójdzie spać, zaplanowana jest partyjka w chińczyka.

Dzisiaj było plus 12 i słoneczko, tylko oczywiście łeb urywa, jak to zawsze u nas przy frontach. Od poniedziałku znowu zima, +4 i przymrozek w nocy.

Trzymajcie się ciepło robaczki.

novembre

Nie, spokojnie, Ania, póki co zamiast hashimoto mam grypę. Oraz mąż ma grypę. Oraz Ida ma grypę. Syn na szczęście chodzący, chociaż też kicha i prycha. Ale się trzyma.

Zaczęło się od soboty, kiedy to mąż zaczął kasłać i stwierdził, że on tak kaszle to zostanie cały tydzień w domu. Wiecie, moja teściowa czasem coś mądrego powie, wśród tych dwóch zdań mądrych jedno brzmi: chłop w chałupie jak wrzód na dupie, a drugie chory chłop gorszy niż bomba atomowa. I tu się z nią zgadzam w pełni. Popukałam w głowę, że na kaszel będzie w domu siedział, no ale dorzucił zaraz dreszcze i gorączkę, no to już został. We wtorek w nocy Ida zdecydowała się dostać 40 stopni gorączki. Syropki można se było pod tramwaj wsadzić, zwłaszcza że panienka jakoś słabo reaguje na ibuprom, dopiero dafalgan, czyli tutejszy paracetamol, zbił gorączkę. Na godzinkę, powiedzmy. Chłodne kąpiele? Ależ oczywiście, pomagały z 40,1 do 38,8, na pół godziny. Po nieprzespanej nocy biegiem do lekarza, przecież ona miała niedawno zapalenie płuc, żeż mać ;/. Lekarz pocieszał, jak umiał, jedno ucho ciut czerwone, płuca póki co ok, a ta gorączka, to jak przy grypie, 5-6 dni i zacznie spadać, bo tak to nie bałdzo. Noż prorok jakiś ;/. Na szczęście już dzisiaj jest o tyle lepiej, że młoda postanowiła mieć dość leżenia w łóżku i zażądała ubrania w sukienkę. Trochę poleguje, trochę ogląda bajki, o czym przedwczoraj nie było jeszcze mowy, ale za to zaczęła jeszcze mocniej kasłać oraz dla odmiany ruszyła z biegunką. Nie wiem, jakim cudem, skoro od środy niemal nic nie jadła, że tak się dosadnie wyrażę. Niemniej ciut ciut z nią lepiej, na szczęście, i chyba ta gorączka powoli puszcza. Oby, bo tyle chorowitków na raz to dajcie spokój.
Ja mam o tyle wrednie, że nie miewam gorączki w chorobie, więc co, więc pewnie symuluję, nie? Dzisiaj usłyszałam, że jeden dzień bolących mięśni powinien mi w zupełności wystarczyć, czytaj: Ida już wstała, a ty nie?, no a skoro nie ma gorączki, to na pewno już się dobrze czuję, tylko tak sobie udaję, żeby nic nie robić. Nie, żeby mi ktoś herbatę, a parrrdon, jedną herbatę dostałam, zaraz w środę. Odpukiwuję w niemalowane drewno. No, a dzisiaj to już sobie wzięłam do serca te podprogowe życzenia zdrowia, puściłam dwa prania, bo już piżamy się prosiły, takoż zmywarkę. A propos - po czym poznać, że rodzina chora? W zmywarce są same kubki i tylko ze dwa talerzyki. Nikt nic nie je, same pijusy. Ma to swój plus dodatni, bo schudłam z półtora kilograma i tak się zastanawiam, może się zgłosić do szpitala tutaj na eksperymenty z grypą; raz na miesiąc tak ze dwa kilo, dogadamy się? ;)

I wiecie co, znowu nie zrealizowałam swojego planu treningowego, bo miałam taki ambitny, żeby co drugi dzień w styczniu chodzić. A tu na ostatniej prostej wywinęłam orła i dupa. No nic. Nabiorę sił i koło środy może już wrócę delikatnie sobie rowerek zrobię alboco.

I tak to proszę państwa. Trzymajcie się zdrowo. Luty się zaczął, może skurczybyk będzie przyjemniejszy od poprzednika. Czego sobie i Wam z głębi serca życzę (do życzeń dołączamy piosenkę...) (dobra niech mnie ktoś odłączy).

novembre

Niedziela.

Panowie grają w Gran Turismo. To znaczy, młody gra, ojciec mu kibicuje. Przed chwilą był wyścig na ogórki (te stare volkswageny-busiki). Ida najpierw robi za kelnerkę, zbierając i notując w notesie zamówienia, a później przynosząc, co kto chciał, herbatki, ciastka z ciastoliny itp. Ja zamówiłam spaghetti, ale po chwili, gdy kelnerka wróciła z kuchni bez mojego zamówienia, wiedziałam, że coś jest nie tak. Usłyszałam: Sorry, nie ma spaghetti, może być zupa. Po chwili kelnerka porzuca stanowisko pracy i postanawia ubierać lalki. Co chwila jedna z nich ląduje u tatusia na kolanach i też ma kibicować.
Ja natomiast siedzę przy komputerze i zdaję panom relacjęz meczu FC Bayern ze Stuttgartem. Do przerwy remis.
Zdobyłam dzisiaj mistrzostwo świata w czytaniu ze zrozumieniem. Robiłam brownie i 0,5 dl przeczytałam jako 5 dl. No, piątka się zgadzała, to fakt. Dodałam mąki, dodałam mąki i jeszcze raz dodałam mąki, i upiekłam. Poza tym się nie martwię, bo jak słodkie, to wszystko zjedzą.

Poza tym co. Znajoma opowiedziała mi swoje perypetie z tarczycą, i teraz sama mam Hashimoto. Na razie urojone, ale co ja poradzę, że wszystkie objawy pasują. Sprawdzę krew dla świętego spokoju i zobaczymy.

Coraz bardziej odrzuca mnie od mięsa. Raz, że nigdy jego fanką nie byłam, coraz bardziej mi nie smakuje, dwa, że ze względów ekologicznych dobrze by było, gdyby każdy ograniczył spożycie mięsa do dwóch obiadów w tygodniu, a trzy, ostatnio coraz więcej dociera do nas, szaraczków, informacji o tym, jak naprawdę wygląda życie zwierząt, wczoraj chore krowy sprzedane do ubojni, kurczaki z połamanymi kośćmi itp. Dużo tego. Dzisiejszy obiad upłynął nam pod hasłem czyszczenie lodówki. Wykończyliśmy moją nieśmiertelną jarzynową na wodzie, na drugie młody wykończył kurczaka z ryżem, małżonek perliczkę z truflami (zdobyczna od znajomych na sylwestra, nie zjedzona w całości czekała na swój dzień w zamrażalniku), a ja zjadłam kawałek sera halloumi, 2 łyżki ciecierzycy, małego placka jaglanego z przepisu Szalonookiej i cukinię duszoną z fetą i czosnkiem. O ile mąż jeszcze zje, co mu dadzą, to młody jednak woli mięcho. A młoda - po mamusi jajowa panienka :D. Aktualnie w domu mamy 12 jajek, więc jutro lecimy do sklepu po więcej, bo co to jest dla nas 12 jajek!

Za oknem +9 i wiatr. Znowu jakiś front nad nami przechodzi. Jutro już lekki mrozik i może nawet śnieg spadnie. Zobaczymy.

Póki co idę się kimnąć, bo coraz wolniej mi się myśli. A wieczorem mąż zabiera mnie do kina! Idziemy na Bohemian Rhapsody, bo jeszcze nie widziałam.

Obejrzałam za to parę dni temu The Star Is Born z Lady Gaga i Bradleyem Cooperem. Gdyby ktoś szukał bardzo dobrego, acz z dość przewidywalnym scenariuszem filmu, to to jest to. Uwaga, długie, dwie piętnaście. Ale ogląda się jednym tchem, a słucha się z przyjemnością. Shallow chodzi za mną non stop, chyba sobie ustawię na dzwonek budzika, czy coś.

novembre

Nareszcie minął ten straszny tydzień. Unikałam internetów, bo odpalanie którejkolwiek strony z wiadomościami, Twittera czy Instagrama, powodowało potoki łez. Jak można?

Tymczasem życie nie pyta, tylko leci dalej. Dawno już styczeń nie dał mi tak w kość. Paździeniki są jeszcze OK, przeważnie ciepło, wieczory jeszcze nie takie krótkie. W listopadzie mam urodziny, więc też zawsze, podczas gdy inni się dołują, ja czekam i się cieszę jak głupia do sera. W grudniu święta, przygotowania do przyjazdu do Polski. A styczeń - on nie ma nic do zaoferowania. Wciąż ciemne poranki i całe dni, długie wieczory, do wiosny jeszcze tyle czasu, że wydaje się, że ona nigdy nie nadejdzie. Do dupy jesteś, styczniu. Idź już sobie.

W marcu natomiast przylatuję do Polski. Obiecałam sobie, że nie odpuszczę, chcę pojechać z Najlepszą z Kadrowych nad morze, po niemal pięciu latach przerwy. Ostatnio byłyśmy, gdy byłam w ciąży Idą, świeżutko, dopiero co. Piotrek jeszcze nie wiedział, pozostałe chłopaki Agi i Kingi, jej siostry, byli wtajemniczeni. Nosili za mnie walizkę i plątali się w zeznaniach, czy to przez bark nie mogę dźwigać, czy kręgosłup. Na szczęście młody nie zwracał uwagi ;).

Mam już kalendarz wstępnie zapełniony. Wyjazdy, spotkania, nocowania, piwo, fryzjer, rozmowy do rana. Kolejność i natężenie dowolne.

Ida nie może się doczekać, ona bardzo tęskni za babciami. Kilka dni temu, gdy wstała rano i akurat spotkała się na przedpokoju z bratem, na jego dzień dobry Ida, odparła zdecydowanie: sama pojadę do babci, tylko z mamą!! Poza tym młoda zaczyna pisać, już podpisuje swoje przedszkolne arcydzieła, pisze mama, tata i ostatnio Piotr. Chodź mama, pobawimy się w szkołę! Rany.

W piątek znajoma przejęła młodą na trzy godziny, dając mi wolne popołudnie. Co można zrobić w wolne popołudnie? Miałam pomysł na umycie okien, na szczęście szybko mi przeszło. Zrobiłam paznokcie, obejrzałam serial, no a potem to już się niecierpliwiłam, dlaczego ich jeszcze nie ma. Chyba trzeba nauczyć się odpoczywać.

 

novembre

Niedziela wieczór. Za oknem leje, gdzie nam do polskiej zimy ze śniegiem i ślizgawicą. Nie żebym tęskniła za wywijaniem orła na lodzie, ale jednak przydałoby się trochę więcej śniegu niż to, czym Ida próbowała się bawić wczoraj na dworze.

W telewizorze za chwilę Kubacki pokona Kobayashiego. Komentatorzy niemieckiego Eurosportu podkreślają, że polscy kibice są zawsze i wszędzie.

Godzinę później

HA! Mówiłam!! Co za dzień! Sister napisała, że Kobayashi miał być siódmy raz pierwszy, ale chyba coś źle usłyszał i został pierwszy raz siódmy, ale to nie szkodzi, nie gniewamy się. Brawo Dawid!! Lubię go, taki niby słodki i niewinny chłopczyk z blond loczkami, ale podobno ma za uszami to i owo ;-).

Na WOŚP właśnie pękł miliard. My kolejny rok bez serduszek, ale jak małżonek zrobił przelew, to mejlem przyszedł filmik z gratulacjami, nagrany przez Owsiaka, bardzo miło.

Po przerwie na skoki, teraz na youtube leci relacja WOŚP spod Pałacu Kultury. Aktualnie Krzysztof Zalewski, kolejne moje muzyczne odkrycie ubiegłego roku. Głównie przez czołówkę z Dawidem Podsiadło i Kortezem dla Męskiego Grania, ale widzę, że możemy się solowo też zaprzyjaźnić.

Cały weekend uczę się Verben mit Präpositionen, czyli czasowników z przyimkami, czyli np. uchodzić za kogo co biernik - idiotę. Na przykład. Przy czym należy nauczyć się wszystkiego razem, a przyimków do wyboru jest sporo i potem jeszcze przypadek należy sobie wybrać. Po pierwszym nauczeniu się "tego, co zadali", oczywiście mądra Kasia dorzuciła sobie jeszcze to, co znalazła w książce, po czym wszystko gruntownie mi się wymieszało. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko na noc włożyć książkę pod poduszkę.

Poza tym co. Wczoraj wybraliśmy się na krótki spacer po mieście, ale padało, młoda nie bardzo chciała chodzić, panowie chcieli jeszcze, ja raczej w stronę domu, więc zapakowałam córunię w tramwaj i wróciłyśmy.

Zimowe weekendy upływają nam w rytmie spokojnego domowego spędzania czasu, gotowanie, spacer, skoki, snooker, książki, komputery, planszówki, seriale. Oraz kąpiele, maseczki, domowe spa i małe radości robione sobie. Za dwa miesiące, gdy skoki zamienimy na wyścigi F1, przyjdzie wiosna i będziemy bardziej wyjściowi. Ale dzisiaj dzień był wprost idealny na kanapowo-dresowe aktywności.

Co do małych radości, to nie zapeszajmy, ale małżonek jutro wybiera się do biura. Po trzech tygodniach siedzenia na kupie!!!!! Tydzień świąt, tydzień urlopu potem i ten ostatni - że niby musi iść do lekarza, ale na to całego tygodnia wolnego potrzebuje? Litości. W sobotę już wyszłam sama z domu, pojechałam do centrum po mąkę, bo u mnie na wsi tej konkretnej nie ma. Godzina 13, mąż w piżamie proponuje, że a to on pojedzie ze mną, ale zwiałam, zanim zdążyłam wysączyć więcej jadu niż należy w kwestii mojej potrzeby towarzystwa. Uh.

No dobra, idę oglądać światełko do nieba. Nie ma telewizji odkąd tvp/tvp polonia nie współpracuje z WOŚP, na szczęście jest kręcioła na youtube.

novembre

Dzisiaj bez weny, więc proszę nie liczyć na błyskotliwe puenty. Niewyspana jestem. Niby już ze trzecią noc zasypiam normalnie, i nie licząc dźwięków, które mi się śnią i każą mi sprawdzać na ten przykład, czy Ida mnie wołała, czy coś stuknęło w kuchni, śpię twardo, śnię fabularnie - i budzę się tymi filmami zmęczona.

Być może moje zmęczenie ma coś wspólnego z faktem, iż małżonek cały tydzień pracuje z domu. Ratunku. Tydzień świąt, tydzień urlopu, tydzień home office. Nie wiem, co ja komu takiego zrobiłam, ale czyściec na bank mnie ominie i pójdę żywcem do nieba.

W poniedziałek mieliśmy spotkanie z wychowawcą; jako że młody ma wszystkie oceny pod kontrolą oraz spełnia wszystkie warunki przyjęcia go do wybranej szkoły, możemy spać spokojnie, a nauczyciel nic tylko chwalił i kazał być dumnym z syna. No to jesteśmy.

Śniegu napadało przedwczoraj. Trzy centymetry. Zdążyłyśmy z młodą trochę się powygłupiać, wczoraj jeszcze zebrałyśmy resztki ze zjeżdżalni, w sam raz na zrobienie kilku piguł, i to by było na tyle. Dobrze, że w ubiegłym tygodniu Jurek zabrał młodą na sanki w Alpy, na taki full professional stok; jeden zjazd trwał godzinę. Młoda przeszczęśliwa i o niczym innym nie opowiada, podpuszczając tatusia, żeby może jeszcze kiedyś ją tam zabrał...? Póki co nie tracę nadziei, rok temu śnieg spadł pierwszego lutego i sypało do połowy marca. Kto wie, może w tym roku będą wreszcie białe święta? Chociaż Wielkanoc późno.

Zamulenie mojego mózgu osiąga apogeum. Pranie się suszy, chleb gryczany się piecze (rósł niemal dobę, ale wyrósł! Wstaję rano, a on taaaki wysoki! :). Praca z niemca nie zrobiona, słówka nie nauczone, kto to widział.

Miłego weekendu robaczki.

novembre

Święta, święta i po świętach. Intensywnie, rodzinnie, ciepło. Droga dobra w obie strony; tam co prawda dziki tłok, bo wszyscy jednocześnie wpadli na ten pomysł, że w sobotę rano ruszają na święta (z czego gros do Polski), no naprawdę. Było wolniej, ale korków czy stania nie było. W drodze powrotnej bez korków, to już w ogóle miodzio, po prostu - wsiadasz i jedziesz! Niesamowite.

Nie obyło się bez kilku spięć i dyskusji, bo gps najpierw zaproponował nam trasę przez Frankfurt, na co mąż ochoczo przystał; wszak tydzień wcześniej byli we Frankfurcie i bardzo im się podobało. No, a skoro Frankfurt, to już w ogóle jedźmy przez Poznań, bo są na tej samej wysokości (może ja się na mapie nie znam...) - To może i przez Szczecin? - warknęła moja dusza, a w sumie co to szkodzi, nawet przez Danię. Kto bogatemu zabroni. A propos bogatego, stanęło na tym, że Poznań jednak nie, bo płatny, i pojechaliśmy znaną trasą przez Wrocław.

Od połowy drogi Wrocław - Łódź mąż się zarzekał, że przez żadne Opoczno, on już kiedyś jechał i dziękuje. W sumie racja, piętnasta godzina drogi, przez Janki co prawda dłużej z pół godziny, ale za to Opoczno - non stop zabudowany. Pięćdziesiąt, siedemdziesiąt. Pięćdziesiąt, siedemdziesiąt. A kierowca już zmęczony. Na ekspresówce wrzuca tempomat i nie ma ryzyka, że mu jakiś pijak z rowerem nagle wyjdzie z ciemności, czy pies wbiegnie pod koła. No dobra, kierowca rządzi, jedziemy przez Janki. No przecież to nie ja prowadzę.

Gdzieś pod koniec Piotrkowa widzę znak: Warszawa Łódź - zjazd. No to mówię jak komu dobremu, słuchaj, zaraz masz zjazd na Warszawę. MNIE GPS MÓWI, ŻE MAM ZA 5 KM ZJAZD. A to se miej, myślę sobie, bo to jeden w jeziorze zaparkował przez gps. Kierowca rządzi, zawsze mnie uczono. I pojechał, jak mu gps kazał. Przez Opoczno.

A kurwiał w powietrze! Zupełnie jakby nie miał na kogo zrzucić winy. Było owszem krócej, ale to wachlowanie 50-70 po tak długiej trasie rzeczywiście może wykończyć. Przez Tomaszów już jechaliśmy, przez Opoczno też; może za rok uda się już przez Janki.

Poza tym co. Święta rodzinne, pełne pysznego jedzenia znanego z dzieciństwa, wypatrywanie Aniołka i dziękowanie mu za prezenty przez okno. Wigilia u mamy, pierwszy dzień u Sister i szwagra, drugi dzień to już Lublin. Potem rano Agnieszka, wieczorem Agnieszka i w piątek rano wracaliśmy już do Radomia. Małżonek gdyż albowiem pozazdrościł i on też ma przyjaciół i on też ma relacje do dbania, i się umówił w Warszawie z jednym kumplem, u którego byliśmy nawet na weselu. Zostawił mnie i Idę u mamy, zabrał młodego, który poumawiał się z kumplami na spacer po Nowym Świecie, bo się stęsknił za Warszawą, i w ten sposób każde z nas spędziło bardzo udany wieczór.

Wróciliśmy dzień przed Sylwestrem i po odespaniu i skonstatowaniu, że samochód jeszcze do rana jest nasz (wypożyczany), zawinęliśmy się z powrotem w drogę, do Eguisheim. Jest to niewielkie miasteczko w Alzacji, pod Colmar. W Colmar się zakochaliśmy jesienią, a tutaj - jeszcze jarmarki poświąteczne, grzane wino, światełka i klimat. Śniegu tylko nie było, ale to nam się jeszcze nigdzie nie udało. Jutro tatuś jedzie z młodą na sanki, tam będzie śnieg.

W Sylwestra przyszli do nas znajomi z córą; młode bawiły się w księżniczki i w ogóle były lekko śnięte, może dlatego, że impreza zaczęła się przed 22 (goście późno przybyli). Nie przeszkodziło to laskom dotrwać do północy i jeszcze dalej. Przed pierwszą Ida co prawda położyła się do łóżka - w ubraniu, pod na wpół złożoną kołdrę (wybaczcie, to nie był moment na przebieranie i kładzenie spać, zwłaszcza, że w domu była jeszcze Gosia, która bawiła się w najlepsze). Dopiero po wyjściu gości o 1:30 przebrałam młodą w piżamę i mimo protestów, że bez kąpieli, położyłam spać. Sylwester udany, zapomniałam upiec tosty z łososiem, czegoś mi tak brakowało na stole, śledzia bym czy inną rybkę, no ale nie ma, co poradzić. Najważniejsze, że wódki nie zabrakło, a tosty wyjadamy teraz sami.

Niepostrzeżenie, nie wiadomo kiedy, 2018 wreszcie się skończył. Owszem, miał fajne akcenty: z początkiem roku Ida zadebiutowała w przedszkolu, w lutym przyleciała mama, a w maju teściowa (niech będzie, że to też miły akcent :)), w kwietniu z ekspresową wizytą przyjechał szwagier z Mareckim, w maju Mediolan, przepiękny Mediolan! Lipiec to wesele brata, potem pobyt w Polsce na działce "u cioci Beaty i Mariusza", we wrześniu przyleciała Najlepsza z Kadrowych; nie nagadałyśmy się, chociaż próbowałyśmy nieustannie. Montreux, Colmar, Verbier, Rheinfelden. Jeszcze w sierpniu upadłam na głowę i a conto listopadowego przekręcenia się licznika, zapisałam się na siłownię. I wiecie co? I chodzę! Nie, żebym schudła, bo jak się w domu nadrabia, to nie ma siły, ale mam na papierze, że spalam tłuszcz i buduję mięśnie. Lubię ćwiczyć? A lubicie myć zęby? Nikt się nad tym nie zastanawia, po prostu to robisz. No właśnie. W listopadzie znów byłam w Polsce, mimo, że wyjazd stresujący, to rodziny mymłono ukoiło nerwy ;). Grudzień - święta, wyjazd do Polski (Idka nie chorowała w drodze w o gó le!!!). Sylwester, grzane wino, znajomi. Na luzie, na spokojnie (dobrze, że się brat ożenił, to miałam sukienkę na Sylwestra).

Z drugiej strony, pomiędzy, ten rok był bardzo trudny dla mnie psychicznie. Mimo poszukiwań i starań, nikt mnie nie chce zatrudnić - a umówmy się, że tutaj  nawet żeby zostać sprzątaczką, należy mieć szkolenie dla sprzątaczek. Żeby być asystentką, trzeba skończyć szkołę handlową o profilu asystentka. Takie coś jak romanistka z doświadczeniem w handlu nie mieści się tubylcom w głowach. Jak to, bez żadnej szkoły handlowej? A no tak to. Przede mną dokończenie poziomu B2 z niemieckiego, pewnie RAV czyli tutejszy urząd pracy (podobno zgłoszenie się do RAV skutkuje otrzymaniem pozwolenia na pobyt jedynie B, a nie C (na pięć, a nie na dziesięć lat), ale umówmy się, mnie nie zależy na mieszkaniu tutaj. Tak, wiem, tu lepiej, bezpieczniej, mądrzej, a tam PIS, wypadki i nierówne drogi. Nie zależy mi. Tak czy inaczej, ha, ha, ha, po raz kolejny mam te same postanowienia noworoczne: schudnąć i znaleźć pracę :D:D:D. Brawo ja.

Spokoju i uśmiechu (chociaż nerwów też troszkę naszarpała) niezmiennie dostarczała mi młoda. Piotrek chyba już na horyzoncie widać, że zaczyna powoli wychodzić z tego głupawego okresu; niestety - powoli. Acz ambicji na ten przykład odmówić mu nie można - planuje studiować na ETH w Zurychu, politechnice będącej w czołówce uczelni europejskich. Trzymam kciuki!

Jaki będzie 2019? A cholera go wie. Byle zdrowie dopisało, jak dotychczas. Mam kilka może nie tyle mocnych postanowień, ile kierunków:
- niezmiennie trzy razy w tygodniu chodzić na siłownię
- może bym tak dla jaj wreszcie kiedyś spróbowała jeść regularnie? Co to za męczarnia jest, o ludzie ;/
- dbać o siebie, zgodnie z radą męża (że jak sama o siebie nie zadbasz, to nikt o ciebie nie zadba. święte słowa)
- wyciszać się
- robić sobie drobne przyjemności (wczoraj, po latach, obejrzałam Szklaną Pułapkę! Ale ubaw, mówię wam! Broń w samolocie, bo policjant, papieros w budynku lotniska, boki zrywać)
- uzupełnić swoją garderobę o ubrania może droższe ale lepszej jakości; skompletować uniwersalny zestaw minimum; w szafie niemal same szmaty. Poczyniłam już pierwszy krok - kupiłam sobie śliczny sweterek od Esprit. Miałam napisać, że marka nie jest istotna, ale chyba jest - za wyjątkiem jednej pary levisów 15 lat temu, nigdy nie miałam nic markowego. Mąż, Piotrek - owszem. Dla mnie samej zawsze było mi szkoda. DOŚĆ TEGO. Sweterek z Esprita został dostarczony rzutem na taśmę tuż przed powrotem do domu, jest bardzo ładny, dobry jakościowo, jest moim magicznym sweterkiem, który ma mi przynieść szczęście. I kosztował całe 99 PLN. Łał.
- z gatunku pobożnych życzeń: o 22 odkładać telefon (i nie brać go do ręki, jak wczoraj w nocy, bo nie mogę zasnąć, i tak do 2 nad ranem...)

W tym roku Ida zaczyna państwowe przedszkole, obowiązkowe i tak samo serio traktowane, jak szkoła, a Piotrek WMS (coś jak ekonomik, handlówka, coś w ten deseń). Co poza tym przyniesie ten rok? Oby więcej pozytywnych myśli i zdarzeń. Czego sobie i Wam życzę!

Szczęśliwego Nowego Roku!

novembre

Uprzejmie informuję, że dziewczynka zdrowa. Na poniedziałkowej kontroli doktor osłuchał z każdej strony, pozaglądał w oczy, uszy i gardło, sprawdził temperaturę, a na koniec orzekł: NOTHING. Ufff.

Korzystając z ostatniego bezdeszczowego dnia, wybrałam się z dziećmi na jarmark świąteczny. Ostatni raz w tym roku, po pierwsze dlatego, że od jutra ma lać i padać na zmianę, a po drugie dlatego, że w sobotę jedziemy do Polski na święta. Jedyne takie święta na parę lat, gdzie Wigilia jest w poniedziałek i nie trzeba kombinować z wolnym w szkole - teraz to już będą dwie szkoły, bo przecież przedszkole tutaj to śmiertelnie poważna sprawa i opuszczenie jednego dnia przed Bożym Narodzeniem może skutkować najstraszniejszymi konsekwencjami, jakie tylko człowiek sobie może wyobrazić. Ale póki co, chwilo trwaj.

Jedziemy w sobotę, wracamy po tygodniu w sobotę. Jako że małżonek wziął sobie do serca moje szczere słowa (ostatnio dość często wymienialiśmy się szczerymi uwagami na swój wzajemnie temat), zatem na moją uwagę, że on nie ma przyjaciół, więc nie rozumie, że ja się chcę spotkać w Lublinie z moimi Agnieszkami, TO ON TEŻ. On też się spotka. Na szczęście nie pójdzie razem ze mną spotykać się z Agnieszkami, ale dzień przed odjazdem on podjedzie do Warszawy spotkać się ze znajomym z byłej pracy. Nie będzie gorszy.

Ostatni weekend panowie spędzili na męskiej wyprawie do Niemiec. Młody otóż zażyczył sobie mikołajowo, jeśli to możliwe, wycieczkę weekendową. Wybrali Frankfurt, bo Piotrkowi zależało na porządnym dużym mieście, drapaczach chmur, centrach handlowych czyli jednym słowem szeroko pojętej cywilizacji; nie to, co u nas na wsi, wielkie miasto 180k człowieka, i to głównie starszego człowieka. Nuda i zief. Zatem pojechali. Na moje pytanie, co też wartego zwiedzenia jest we Frankfurcie, odparli, że yyy... jarmark świąteczny. I się przeszli po starówce i też była bardzo ładna. I muzeum Goethego zwiedzili, wojna zrównała wszystko z ziemią, więc ostały się tylko cztery schodki w dół i piwnica. No ale, tu mieszkał.
Następnego dnia plan był jeszcze bardziej przemyślany, jechać do Kolonii, to już prawie pod Holandią jest, więc do domu się robi 500 zamiast 280, ale co to dla nich. Na szczęście młody oprzytomniał i pojechali do Stuttgartu, do muzeum Porsche i muzeum Mercedesa. No i tego im zazdroszczę, obiecaliśmy sobie już dawno wszyscy pojechać i nie ma mowy, w jakiś ładny weekend wybierzemy się tam wszyscy. Porsche mało ciekawe, ale merusie śliczne, każdym bym mogła jeździć...! Dostałam na pamiątkę z wycieczki nie, niestety nie merusia, puzzle 2000 kawałków, przedstawiające budynek muzeum mercedesa, szarostalowy budynek na tle jasnoniebieskiego nieba. Oraz kilka krzaczków na dole. Yhm.

My z Idą spędziłyśmy natomiast bardzo przyjemny i spokojny weekend we dwie. Upiekłyśmy kruche ciasteczka oraz pizzę na gotowym cieście. Wybrałyśmy się na spacer do spożywczego, żeby Idę już dotleniać i oswajać ze świeżym powietrzem. Obejrzałyśmy Listy do M., Ida bardzo ładnie powtarza psia dupa. Obejrzałam też długo wyczekiwaną trzecią część Listów do M., płyta leżała na półce od wakacji i czekała na grudzień, żeby już nastrój, żeby klimat, spokój i święta. Raaaany, jaki gniot. No może pojedyncze dialogi zabawne, ale całość zgrzyta, aż zęby bolą. Masakracja.

Poza tym co. Poszłam dzisiaj z dziećmi na jarmark świąteczny. Raz byłam z Idą, raz z Idą i Jurkiem, teraz udało się z Idą i Piotrkiem. Najbardziej wygrana jest jak widać Ida, za każdym razem dyniowa karuzela i jakiś łakoć. Dziś moje uwielbiane raclette popite grzanym winem z amaretto, dzieciom te takie zawijasy niczym gigantyczne rurki z posypką, tu się to nazywa Baumstriezel, oryginalnie Kurtoszkalacz, czyli z węgierskiego, mogą sobie państwo wyguglać. Smaczne ale słodkie jak pierun. Ale smaczne.

Prezenty niniejszym domknęłam, jeszcze ostatnie drobiazgi dziś kupiłam i gites. Większość czeka u mamy, tylko kilka wiozę stąd. Cały czas miałam stracha, że będziemy musieli zostać tu na święta, a wtedy z prezentami jakby kicha. A teraz to luz, stresuję się tylko pogodą i korkami, phi.

No to co, to miłego szykowania. Jutro jeszcze względny luz,w czwartek sprzątanie, w piątek pranie i pakowanie. I w sobotę - w drogę.

novembre

Zadzwoniłam wczoraj do teściowej. Od słowa do słowa, że Ida chora, że antybiotyk, a teściowa była wczoraj na firmowym śledziku i tam jeden znajomy opowiadał, jak to jego syn wyleczył się z raka, miał raka wątroby i jak leżał w szpitalu na chemii, to dwóch panów z jego sali już umarło i on stwierdził, że on nie chce być następny, i się wypisał na własne żądanie. Poszedł się leczyć do takiego znanego doktora, to znaczy w Polsce mu odebrano prawo wykonywania zawodu, ale on leczy amigdaliną i syna tego znajomego wyleczył! I nie umarł od chemii, i wyniki ma takie, że lekarze pytają, czy kiedykolwiek chorował, bo nie widać.

Na moje argumenty, że amigdalina nie leczy raka, że nie ma żadnych badań, które by potwierdzały jakikolwiek wpływ amigdaliny na raka, ale co ty opowiadasz, no przecież ci mówię, że on się wyleczył, ten syn znajomego. I Idzie dawaj dużo witaminy C, bo to też bardzo pomaga, tylko nie dopytałam, lewo- czy prawoskrętnej. Jak powiedziałam, że witamina C w czasie choroby nie działa lepiej od tiktaków (wzmacnia odporność przed przeziębieniem, w jego trakcie działa tylko u sportowców, nie u zwykłych szaraczków), to ależ skąd, no przecież ona łykała rok temu i nie chorowała ani razu. No właśnie, przed chorobą. Aż mi się historia z marsjankami przypomniała...!

Czy teściowa to stan umysłu? To się z wiekiem tak robi? Dostanę od niej strukturyzator wody pod choinkę?
Ratunku...

novembre

Poszłyśmy my sobie dzisiaj na kontrolę do lekarza. W czwartek Ida znowu zafundowała nam białą nockę, rychała na sucho jak nie wiem co, rany boskie. Rejestratorka, pierwszy front w zderzeniu z tutejszą służbą zdrowia, nakazała wrócić do tego syropku, co wcześniej, dodać drugi, inhalować i jeśli w poniedziałek będzie gorzej, to przyjść. A ne ne ne, proszę pani, ja na polskiej służbie zdrowia wychowana, nie ze mną te numery, w poniedziałek się nie dodzwonię albo dostanę numerek na czwartek na siódmą piętnaście. Pani mi zarezerwuje teraz, najwyżej w poniedziałek odwołam.

Nie odwołałam.

Poszłyśmy, dla świętego spokoju trochę. Kaszelek suchy zmienił się w mokry, znaczy odrywa się, można odkaszlnąć i jest gites. Tak sobie myślałam.

Lekarz osłuchał. Osłuchał dłużej. Obejrzał gardło, uszy. Poszedł po lepszy stetoskop, co to więcej wysłucha. Pulsoksymetrem sprawdził ilość tlenu we krwi. Podumał, podumał i orzekł: zapalenie płuc. Atypowe. Czyli nie pneumokoki czy jakieś tam standardowe, tylko inne. Córunia dostała antybiotyk na tydzień i w poniedziałek do kontroli. Tym razem piguła zapisała mnie już bez kręcenia nosem.

Lekarz pogrzebał w szafce, na czym mu się tam termin ważności kończy, dał antybiotyk, pielęgniarka od razu rozrobiła go z wodą (rany, umiem sama, naprawdę!) i do zobaczenia w poniedziałek o 10.

Młoda tymczasem trochę porysowała, trochę pooglądała bajki, trochę poskakała po tatusiu, zjadła kolację, acz niechętnie, i poszła spać. Po drodze zaliczyła drzemkę. Trochę osłabiona jest, i blada, ale Piotrek jak był mały, od października do kwietnia był przezroczysty, na sezon słoneczny zamieniał się w murzynka, i tak cały czas. Pewnie taka uroda.

I tak to u nas przedstawia się sytuacja na dwa tygodnie przed Wigilią.

Przejęta kalendarzem oraz pytaniem męża z ubiegłego tygodnia, że co ja właściwie robię w domu, bo on mnie widzi tylko przy komputerze (porządki na back-upie zdjęciowym, do przejrzenia i zmiany nazwy kilka tysięcy plików), zatem przejęta posprzątałam na święta: regał z książkami, z płytami, otwarte półki w kuchni, szafkę z sypkimi i śmietnik. Choinka ubrana, odkurzane było w sobotę, święta mogą przychodzić.

Jako, że pracę trzeba cenić, powyższe robiłam ze sześć godzin. Pracuje z domu, a niech widzi, że sprzątam! Dzieckiem się zajmuję, starszemu obiad podam, a co.

W ramach przygotowań do świąt, wyjęłam dzisiaj z zamrażalnika wszystko to, co tam się uzbierało przez jesień. Potrzebuję wyrwać się na zakupy do większego sklepu po wątróbkę, boczek i co tam jeszcze, i zrobię pasztet na święta. Mam cień obawy, tylko cień, że być może lekarz nie puści nas do Polski na święta, a wiadomo, z zapaleniem płuc się nie dyskutuje. To jakby co, pasztet i jakiegoś placka machnę, i będzie. Tfu odpukać!!

Wyjazd zaplanowany na przyszłą sobotę, przed sobotą w poniedziałek kontrola. Obstawiam, że kontrola będzie jeszcze i w piątek przed wyjazdem.

No to co, trzymajmy się zdrowo, robaczki.

novembre

Noc była upojna. Od momentu, kiedy się położyłam, młoda przez sen wołała mnie co kwadrans mniej więcej. Na pytanie, co chce, odpowiadała: - Spaaać... No to śpijże, dziecko. Dziecko spało przez następny kwadrans i akurat wtedy, kiedy mój organizm też decydował się na sen, historia powtarzała się od nowa. I tak w kółko.
Po drugiej dziecko się określiło i pokazało gorączkę. Dostała ibuprom i przespała pół godziny. Ida ma jednakże tak, że taka pierwsza dawka nie działa - przed trzecią znowu wołanie - i mimo ibupromu głowa jeszcze cieplejsza. Dostała jeszcze pół dawki i dopiero gorączka spadła.

Byłam tak przytomna, że przed trzecią wyjęłam z szafki locomotiv i intensywnie mu się przyglądałam. Coś mi nie pasowało, ale moja śpiąca z otwartymi oczami głowa nie potrafiła określić, co. Na szczęście jakiś kawałeczek mózgu skojarzył locomotiv z jazdą do Polski, a to jeszcze nie teraz, i zdecydowałam się zmienić buteleczkę na prawidłową. Spokojnie, w razie czego w domu mamy same niegroźne syropki ;-).

Prezentuję więc dzisiaj wersję zombie. Zwłaszcza, że od kilku dni jest mi niedobrze (ale komu dzisiaj dobrze) i boli mnie coś jakby z prawej strony mnie. Internet mówi, że wyrostek albo jelita albo rak trzustki, wiadomo. Jutro pójdę do medycyny i niech mi powie, co mi jest. Bo ja wiele zniosę, ale nie móc jeść? No halo!

Poza tym co. Weekend minął jak zwykle. Panowie chcieli dokądś pojechać, ale ambicje rozjechały się z rzeczywistością w momencie, kiedy młody wstał o jedenastej, prawda. Poza tym mąż zapytał mnie w sobotę, co bym chciała dostać na imieniny, więc mu odpowiedziałam, że bilet do Polski na marzec, bo chciałam z najlepszą z Kadrowych nad morze skoczyć. On na to, że spoko, Ida na pewno się ucieszy, jak zobaczy morze, ja mu na to, że nie, Ida zostanie z babcią na dwie noce, na co on, że dlaczego, a więc ja, że mnie też się coś od życia należy. Na przykład dwie doby z dala od rodziny. A Ida na plaży w marcu... taaaa... taaaa... I to by było na tyle w kwestii życzeń czy jakiegoś wszystkiego najlepszego z okazji imienin.

Żeby uratować dla siebie chociaż kawałek dnia, zabrałam młodą na uroczą wycieczkę na dworzec po pieczywo. W niedzielę po 18 tylko tam można zaopatrzyć się w artykuły spożywcze; dobra zmiana była tutaj, zanim stało się to modne w Polsce ;p. Zatem pojechałyśmy, wieczór był przyjemny, ciepły i bezwietrzny, z SBB skoczyłyśmy więc na Barfüsserplatz, bo od piątku mamy w mieście już kiermasz świąteczny. Nie mówiłam Idzie, dokąd i po co jedziemy, z zaskoczenia odebrało jej mowę - a to nie zdarza się często. Śnieg na domkach oczywiście sztuczny, ale ta ilość migoczących światełek, mikołajów, śpiewające renifery...! Zachwyt. Obejrzałyśmy wszystko, przejechała się na jedynej karuzeli, kupiłyśmy bałwanka na choinkę i wróciłyśmy do domu. Była już bardzo zmęczona i musiałam ją zagadywać, żeby dojechała do domu z otwartymi oczami.

Poza tym co. Małżonek poszedł dzisiaj do lekarza, jakieś wysiłkowe mu robili, coś długo nie wracał. Okazało się, że płuca mu się nie rozkurczają i kurczą jak należy, znaczy za mało. Być może ma to coś wspólnego z paleniem paczki dziennie przez ostatnie ćwierć wieku, ale mogę się mylić. Wersja druga - astma (teściowa też choruje). Mąż do sprawdzenia u pulmonologa, do którego chodził wcześniej na okoliczność swojego chrapania.

Przy okazji - zmieniamy ubezpieczyciela zdrowotnego. Gdy się sprowadziliśmy, mieliśmy miesiąc na podpisanie umowy ubezpieczeniowej; broker wcisnął nam wszystko, co się dało, zwłaszcza, że ja wtedy byłam w ciąży, więc łykaliśmy dodatkowe pakiety jak młode pelikany. Teraz przyszło otrzeźwienie, spowodowane głównie wysokością składek do zapłacenia :). Od stycznia będziemy mieli nowego, tańszego ubezpieczyciela na porównywalnych warunkach, ale dla dzieci dużo lepszy pakiet, och i ach i w ogóle. Zobaczymy.

I tak to proszę państwa. Mąż pracuje z domu, młoda trochę rozrabia, ale jutro do przedszkola nie wiem, czy się nada. Młody zaraz wpadnie ze szkoły na szybki obiad i abarot na popołudnie.

Na siłownię chodzę, a co. Dorzuciłam sobie gdzieniegdzie po kilogramie, żeby mi lepiej szło. Oraz okazało się, że pomyliłam maszyny i jedno robiłam nie to, co trzeba. Ale nie zaszkodziło mi, jak widać.

novembre

Wtorek. Spokój i cisza. Ida padła na drzemkę, rozżalona, że matka odmówiła włączenia bajki. A tu okazuje się, że dziecko nie bajki potrzebowało, a snu.

Młody pojechał z kolegą do miasta, pomóc wybierać koledze prezent urodzinowy, oraz do Maca. Potem jeszcze siłownia i oczywiście, że on pamięta, że jutro klasówka z geografii.

Małżonek pojechał dziś do biura, wczoraj jeszcze został w domu, bo mroźno i nie chce mu się rano wychodzić na to minus cztery. Dzisiaj już mu się chciało.

Ja dziś w ferworze prania, rozebrałam nasze łóżko, i piorę, i suszę. No właśnie, czas już iść do suszarni, bo pewnie suche na wiór. Zapomniałam.

Jaaak mi ta gorąca herbatka dobrze zrobiła! Rozgrzała od środka i rozmarzyła, chyba zaraz położę się obok młodej.

A właśnie, gemeinde przysłała papiery, żeby wybrać przedszkole dla młodej, od sierpnia. Skończy się wyjeżdżanie kiedy się chce, przedszkole jest tak samo obowiązkowe, jak szkoła i gdyby np. sprawa spadkowa trafiła się rok później, to zapomnijcie, że mogłabym tak sobie wyjechać na dwa tygodnie. Eh.

Wczoraj spadł pierwszy śnieg. Młoda wpadła w szał radości, że śnieg, bałwany, sanki, renifery, prezenty, święta, choinka! Piękna, szczera radość dziecka. Pozazdrościć.

Święta, o właśnie, zaczęłam już planować; odpaliłam tabelkę w Excelu, żeby ogarnąć prezenty oraz "co zabrać do Polski" i "co zabrać z Polski".

Młody wrócił, będzie się uczył, ambitny człowiek. Już drugi raz w tym semestrze słyszę, że będzie się uczył.

To ja jednak na drzemkę. Kwadrans power nap i wrócę jak nowa.

novembre

Czwartek. Jakiś ten tydzień porypany.
Rano rozpusta, pospałam do 7.30. Przyszła młoda, gilgotki pod paszkę, przy czym według niej paszka to zgięcie łokcia, no ale spoko. Poranny rozbieg, śniadanie, dzisiaj na wypasie, młoda zjadła pół suchej bułki. Nie chce nic innego jeść na śniadanie, ani płatki, ani jajka. Parówki oprotestowuje, że są tylko na kolację. No nic, nadrabia drugim śniadaniem.

Cały ranek byłam skupiona, żeby nie zapomnieć o przedszkolu, bo odbieramy sobie nieobecności z pobytu w Polsce i chodzimy dodatkowo w czwartki na 13:45. Jakoś nieogarnialna jest dla mnie ta godzina, nie wiem, o której tramwaj, o ile wcześniej się zbierać, problemy pierwszego świata jednym słowem.

Po przedszkolu wstąpiłyśmy tradycyjnie do piekarza po rogaliki. Ida, jako że późna pora i panie za chwilę pewnie odsyłały nie sprzedane pieczywo, dostała ludzika z ciasta (na Mikołajki dzieci dostają tu oprócz prezentów Mikołaja z bułkowego ciasta, albo któregoś jego krewnego; są różne wersje, posypane grubym cukrem, ze sztangą batonika czekoladowego pod pachą itp). Jako, że była zmęczona, zaczęła ryczeć, że ona nie chce ludzika z cukrem tylko rogaliki i niech jej tu sprzedawczyni nie miesza!! Wytłumaczyłam, że rogaliki są, a ludzik to prezent, przeprosiłam panią za gwałtowną reakcję córki, młoda ogarnęła się i wydusiła z siebie Dankeschön, i uff, poszłyśmy.

Do wieczora walczyłam z młodą, żeby nie zasnęła, bo naprawdę była bardzo zmęczona. Przetrzymałam ją do 19 z minutami, dałam kolację. Przykazałam młodemu pilnować siostry i pojechałam z dziewczynami na zakupy do Niemca. Jednym samochodem, nas trzy, zawsze to weselej, no i niech się chłopy wykażą i ogarną dzieci do spania.

Ta.

W sobotę byliśmy na zakupach i wydawało mi się, że jak dzisiaj wydam 50 euro, to ho ho, świat i ludzie. Yhy. No cóż, urok hipermarketu, no i przy okazji, skoro samochodem, to kupię jeszcze to i to, i to, poleży, nie zepsuje się, nie będzie trzeba zaraz jechać znowu (w sobotę całkiem bez sensu pojechaliśmy do francuskiego geant, gdzie nie mogłam się odnaleźć, ceny były dwa razy wyższe niż u Niemca, no i w ogóle bez sensu. Było jechać do lidla).

Wracam 21:20, dziecko ma pobudkę jutro po siódmej do przedszkola, żeby się wybudziła, zjadła, ogarnęła itp. Na dźwięk otwieranych drzwi dziecko zostało zgarnięte do wanny - bo przez półtorej godziny nie chciała jeść kolacji, albo nie smakowało jej moje, albo tatuś zapomniał, po powrocie z pracy, że ma dziecko, które rano wstaje, albo w ogóle, że ma dziecko, i tak dalej, i tak dalej. Sami wiecie. Weszłam w próg, szlag mnie jasny trafił z miejsca, wyciągnęłam Idę z niemal pustej wanny, ogarnęłam, przeczytałam książeczkę, odprawiłam spać.

Ach, i jeszcze miłe popołudnie miałam, sponsorowane przez pms, prawda. Zachciało mi się zajrzeć na stronę z ogłoszeniami o pracę, ewentualnie na stronę z doszkoleniami, kursami, perspektywami. Stwierdziłam, za Elektrycznymi Gitarami, że co ja robię tu, i gdybym mogła cofnąć czas, i tak dalej, poryczałam się bardzo niekonstruktywnie, i tyle.

Wczoraj szczęśliwie skończyłam fizjoterapię. Za tydzień mam wizytę u ortopedy, mam do niego jeszcze jedną sprawę, ganglion na lewej dłoni, który nie wiedzieć skąd i po co wyskoczył mi już drugi raz; pierwszy, oczywiście po tamtej cholernej stłuczce. Co jeszcze się będzie ciągnęło za mną po tej stłuczce??

Zatem zobaczymy, co na to powie ortopeda, internety piszą, że uciskać, ale to boli uciskane, a ja sado maso niekoniecznie. No, chyba, że jakiś przystojny...

No, to fizjo mi się skończyło, teraz będę sobie spokojnie na siłkę latała po odstawieniu Idy do placówki, i może jakiś czas dla siebie wreszcie. Te ogłoszenia zacząć czytać, i wysyłać, i sama nie wiem co.

Acha, po wielu ciężkich cierpieniach wyklarowała się mężowi sytuacja ze świętami. Albowiem należy on do kolekcjonerów urlopu i kadrowa zadzwoniła, że nie miał w tym roku dwóch tygodni ciurkiem. A jak miał mieć, się pytam, skoro przyszedł w czerwcu, w lipcu mu nie dali, na wesela, tylko latał jak głupi, w te i nazad, teraz na święta też schody robią? Otóż okazało się, że w sumie na święta jednak, jednak, po wielu analizach i przemyśleniach, mogą mu dać wolne. Dwa tygodnie (tydzień na święta to ja rozumiem, ale drugi tydzień w pełnym składzie w domu? Ktoś tam chyba czegoś nie przemyślał jednak, halo? Może go w góry wyślę, czy coś). Mamy więc opcję wyjazdu na święta raczej ogarniętą, w teorii oczywiście, wiemy, kiedy wyjeżdżamy i wracamy, nie wiemy jeszcze, czym, ale to już męża fantazja, co tam sobie wypożyczy, prawda. Na Sylwestra mocno wstępnie umówiłam nas do Agi i Tomasza, tutejszych znajomych. To znaczy, oni do nas pewnie; laski będą ćwiczyć układy choreograficzne do mam tę moc i dancing queen, my dorośli sobie pogadają, być może do dancing queen potańczą, a kto wie, może i do mam tę moc?, coś do tego wysączą, i będzie gites. Albo i nie, bo wybierzemy pracę w podgrupach i zalegniemy z netfliksem i czipsami na całą noc, jak rok temu, i tak też jest fajnie.

Jedną z zaprawdę nielicznych zalet wypadu do francuskiego geanta było belgijskie piwo Leffe, które uwielbiam. Oto przede mną już niemal pusta puszka wersji blonde, chlip. Ulubione Royale blonde było w sześciopaku i nie wiem, miałam opory, żeby je kupić. Zimno jest i kiedy ja bym sześć piw wypiła?

Dawno temu, w poprzednim życiu, jak z towarzyszką Ewą Be latałam służbowo do Lille, chadzałyśmy sobie na kolację do pewnej miłej pizzerii, gdzie składanie zamówienia zaczynałyśmy od "Leffe Royale cinquante, s'il vous plait". 50, bo oni w decylitrach. I pan nam przynosił po leffku, a potem dopiero człowiek decydował, co też dzisiaj zje i dlaczego znowu taką samą pizzę (bo lubimy to, co znamy, po prostu). Ostatniego wieczora, gdy nasz kelner dowiedział się, że następnego dnia wracamy, postanowił nas uhonorować i godnie pożegnać. Po rozliczeniu rachunku powiedział z dumą w głosie: SPASIBA! Dostałyśmy z Ewką spazmów ze śmiechu, a on bidny nie wiedział, o co chodzi.

Trzeba mu oddać sprawiedliwość, że same byśmy nie odróżniły ukraińskiego od rosyjskiego albo czeskiego od słowackiego, itp. Ale co nas rozbawił, to nasze. Liczy się pierwszy efekt.

To co, kończymy ten słowotok już chyba. Młody cierpi na okoliczność tygodnia wredoty matki; po niedzielnej jego kąpieli o 1:24 (do pierwszej oglądaliśmy netfliksa) poprosiłam USILNIE, żeby się wieczornie mył do 23 i po tej godzinie żeby telefonik nocował u nas w sypialni. No i cierpi biedak, bo myślał, że mi po jednym dniu przejdzie, a tu nie, trzyma i nie zamierza puszczać. No zeźlił mnie, kurcze, my już spaliśmy, obudził mnie szum jakby heavy metalu gdzieś daleko, ale kto o tej porze metalu słucha? A to woda leciała do wanny i młodzian rozkosznie moczył sobie półdupki. Uhhhhh ;/.

Jak widać, z zakończeniem słowotoku jest u mnie problem i widzę tu obszar do pracy nad.

Dobranoc tymczasem, muszę zarekwirować jeden telefon z łazienki.

novembre

Dzień dobry, mamy poniedziałek.
W sumie nic się nie dzieje. Idka podziębiona, smarka, kicha i nie chce spać w nocy. Przez weekend zjeżdżała na drzemkę o 18, więc powodzenia, pół nocy z głowy - i nie, że ciągiem, nie. Przysypiała i się budziła, i tak co kilka - kilkanaście minut. Dziś na szczęście odpłynęła po 14, na dwie godzinki, ale mam nadzieję, że teraz zaśnie jak człowiek.

Dobry wieczór, mamy wtorek. (ERRATA: Mamy środę!!) Młoda zasnęła niespodziewanie szybko i nie było łatwo jej rano obudzić. Oraz pierwszy raz od wiosny marudziła, że nie chce iść do przedszkola. Podejrzewam, że z niewyspania, bo panienka chyba odrabiała ostatnie kilka zarwanych nocy, kiedy to nie mogła zasnąć, nie podobało jej się w pokoju, nie miała ochoty spać sama, ale do nas nie chciała, itp. Aż wreszcie padła.

Podziębiona Idka, właściwie my wszyscy podziębieni. Panowie smarkali już od kilku dni, bo poranki mamy rześkie, ja przemarzłam dzisiaj, w drodze do przedszkola, na zakupy, do apteki, na fizjoterapię i znów w biegu po Idę. Dojrzałam do tego, żeby jutro po południu podjechać do miasta po cienką czapkę; mam tylko jedną, grubą, zimową, czerwoną czapę mikołajową; jeszcze na nią za wcześnie. Oraz rękawiczki Idzie trzeba kupić, bo nie ma żadnych; a było w pepco kupić te z elsą i anną, trudno. Przynajmniej bym miała z głowy. No nic, wezmę jej zwykłe dzianinowe, jak śnieg będzie na horyzoncie, czyli pod koniec stycznia, akurat na wyprzedażach dostanie narciarskie ;).

Nie wiem, o co chodzi, ale odkąd się ochłodziło, jem. Jem i jem i jem. I nie, nie sałatę, od sałaty mi zimno. I nic nie pomaga, musi być kaloryczne i treściwe; dużo, gęsto i często, jak to mawiał dziadek. Pierwszy raz tak na mnie jesień podziałała. Pozostaje mieć nadzieję, że wiosna podziała dokładnie odwrotnie, jedzenie mi zbrzydnie i się tak wylaszczę, że mnie mamusia nie pozna. Póki co - mleczna Cailler.

W tak zwanym międzyczasie, czyli od poprzedniej notki do teraz, były moje urodziny. Okrągłe. BARDZO OKRĄGŁE. Nie ukrywajmy, nie było łatwo i do tej pory jeszcze nie do końca przechodzi mi to przez gardło (ubawiłam panią sędzinę, bo na standardowe pytanie o wiek, odpowiedziałam: prawie czterdzieści. No co, to było ponad tydzień przed urodzinami!!). Dla zatuszowania sędziwego bądź co bądź wieku, kupiłam sobie takie coś do mycia twarzy z Lush oraz ich serum. Zobaczymy, piękniejsza może od tego nie będę, ale za to polepszy mi się samopoczucie, a to też ważne.

A co u Was robaczki?

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci