Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Taki psycholog w poradni to ma przerypaną pracę. Przychodzi człowiek, opowiada, odpowiada na pytania, często niewygodne, ryczy, smarcze, użala się nad sobą, no kupka nieszczęścia jednym słowem. A psychourzędnik twardy musi być, nie miętki, profesjonalny, trochę się owszem, pożałuje, trochę pokaże, że może jednak z tej sytuacji, wbrew wszelkim podejrzeniom, jest jakieś wyjście, ale nie zbyt jaskrawo, zasugeruje tylko gdzieś na brzegu, mimochodem. Człowiek smarka nos w chusteczkę, stwierdza, że rzeczywiście, być może, gdzieś tam, kiedyś, ktoś inaczej spojrzał na ten problem i być może we wszechświecie istnieje nań rozwiązanie. Ściera człowiek z nosa i oczu nędzną resztkę makijażu, stwierdza, że póki co woda w Renie jednak za zimna, i wraca do domu, obiecując solennie przemyślenie wykonania kolejnego kroku. Małego dla ludzkości, ale wielkiego dla jednostki. Do przodu.

...a potem dzwoni małżonek, i chce wiedzieć, jak było, fajnie? takie wizyty naprawdę mogą pomóc, człowiek sobie pogada, pogada, i potem taki w dobrym nastroju stamtąd wychodzi, i od razu jest lepiej...

Y-y.

A tak serio, to taki psycholog musi mieć bardzo mocną barierę psychiczną, żeby nie wchłaniać tego całego szlamu zrzucanego przez pacjentów. Brrr...

novembre

Nie bardzo wiem, co napisać. Radość życia gdzieś mi się zawieruszyła. Po dwudziestu latach dorosłego życia, starania się, bycia dzielną za nas oboje, załatwiania, przeprowadzania, remontowania, pilnowania, organizowania... skończyło mi się paliwo. Wystarcza tylko na podstawowe czynności.
Ale spoko, wciąż jeszcze wstaję co rano, ubieram się, maluję coś na twarzy i staram się to minimum wykonywać.

 

 

novembre

Październik minął, i nareszcie. Dotychczas zawsze tak było, że jesień była dla mnie sprzyjającym czasem, spokojem, wyciszeniem, poukładaniem, podsumowaniem i zbieraniem sił przed kolejną wiosną. Ostatnie lata, chyba te od wyprowadzki z Polski, starają się udowodnić mi, że ależ skąd, jaki spokój. Dwa lata temu i rok temu depresja małżonka, rok temu dodatkowo non stop fajerwerki z młodego szkołą. Nie mam takiego czasu, żebym mogła odetchnąć i stwierdzić: no dobrze, poukładane, jest chwila luzu, mogę zająć się sobą. Zawsze coś. Może to kwestia pojawienia się na świecie Idy? Dwudziestu lat już nie mam, kondycja nie ta, a panienka cierpi na nadmiar energii, nudy z nią nie ma. Do tego, jak to ładnie określają, siedzę w domu (każdy, kto widział Idę chociaż przez pięć minut, roześmieje się w głos na kombinację słów Ida oraz siedzę). Poszłabym do pracy, nawet bardzo chętnie, ale jest we mnie ogrom wątpliwości, strachu i niewiary w siebie. Bo. Co, jak Ida będzie chorować? Co, jak będę zarabiać tylko na waciki - albo i nie, po odliczeniu przedszkola? Co, po pierwsze właściwie, jeśli nikt tu nie będzie chciał mnie zatrudnić? W Polsce moja praca opierała się głównie na gadaniu, kontaktach z dostawcami, klientami, a tutaj... szkoda gadać. Gdyby jeszcze oni mówili jak ludzie, po niemiecku, byłoby to do ogarnięcia. Ale nie, oni muszą w dialekcie. Wspólnego z hochdeutschem to ma tyle, co polski z czeskim. Eh.

Młody w październiku dowalił, jak tylko mógł; w szkole jest bardzo ładnie, nie na darmo większości tematów uczy się drugi raz, prawda, może błyszczeć i robić za gwiazdę. Natomiast "nadrabia" zachowaniem w domu, pyskowaniem, a czasami po prostu treść jest ok, ale ton jego głosu sprawia, że czuję w żyłach adrenalinę, i aż się młody prosi. No, ale przecież nie będę nastolatka tłukła. Chociaż może by się przydało czasem.

Małżonek stara się, jak może, ostatnio mi powiedział, że trzeba Piotrka pilnować ze szkołą, bo przez ostatnie dwa lata był puszczony samopas i proszę, jakie były efekty. Stanęły mi w oczach te wszystkie popołudnia spędzane na odpytywaniu młodego z chemii, biologii, tłuczenie reguł gramatyki francuskiej, znienawidzona przeze mnie historia, te wszystkie jego wzloty i upadki, zakończone spektakularnym brakiem 0,037 do średniej, żeby zdać. Ja rozumiem, że koniec końców nie zdał, ja rozumiem, że mąż w pracy nie widział, jak my spędzamy popołudnia, ale - samopas...? Naprawdę? Aż takiego wsparcia się nie spodziewałam. Chociaż może trzeba było.

Po raz kolejny - i myślałam, że ostatni - w życiu, o ja optymistka, przeszłam na dietę, taką do końca życia, zdrową, zbilansowaną i och i ach. Schudłam trzy kilo, i dupa. Pozostałe dwadzieścia radośnie jest i nie ma zamiaru mnie opuścić aż do śmierci. Prosty wniosek, najwierniejszy kobiecie jest jej tłuszcz na udach. Nie mam już siły; za nieco ponad pół roku ślub i wesele brata, za rok przekręca mi się licznik, jeśli nie teraz, to kiedy? A z drugiej strony, coraz częściej dopada mnie refleksja: a po co? a jeśli jutro wpadnę pod samochód, to czy warto się tak dzisiaj zarzynać? Na świecie jest siedem miliardów ludzi, no nie mogą mieć wszyscy super poukładane i jeszcze zdrowo pod deklem. Może ja jestem w tych drugich?

 

Konia z rzędem temu, kto wyłapał, o co mi w tej notce chodzi...

novembre
Wczoraj.
Piotrek zaczyna lekcje 9:30, ale poprzedniego wieczora zapowiada, ze chciałby iść godzinę wcześniej, spotkać się z kumplami.
Do Jurka jest wersja: z koleżanką.
Prosi, żeby obudzić go wcześniej, bo on musi wziąć prysznic i jeszcze skoczyć do sklepu.
Po kwiatki.
Yyy... urodziny... no, coś w tym stylu. Prawie.
Kupuje 10 czerwonych róż (w komplecie), jedną zostawia Idzie, bo wiadomo, daje się nieparzyste.
Z 9 różami idzie do szkoły - godzinę przed czasem.

Dzisiaj.
Młody dostał 4,5 z klasówki z biologii. Bardzo ładnie, pochwaliłam go, podobno trudne było, a umówmy się, cieszą nas wszystkie pozytywne oceny. Klasówka była z metod antykoncepcji, omówienie, wskazania, przeciwwskazania, wskaźnik Pearla, takie tam. Nudy.
Wrócił ze szkoły, gadamy, opowiada mi, jak mu minął dzień. 
Poruszam temat bierzmowania; jego rówieśnicy w Polsce w tym lub przyszłym roku przystępują do bierzmowania, jego to ominie na miejscu, ale jeśli chce, mogę się dowiedzieć w Polskiej Misji Katolickiej w Bazylei, czy przygotowują i przeprowadzają (bo chrzty i komunie owszem). Piotrek dopytuje, do czego jest to potrzebne, czy ewentualnie może przystąpić później, tak sobie myśli na głos i w pewnej chwili słyszę:
- ...bo w sumie to nie wiem, ale może Vanessa kiedyś chciałaby wziąć ślub kościelny...

Tak, tak. Mój syn od wczoraj ma status na facebooku: w związku.
 
 
 
 
 
 
Ratunkuuuuuuuuuuuu!
novembre

Siadam do komputera, napisałabym notkę. Ale o czym? Nie bardzo jest o czym, nic się nie dzieje. No, bo ile można pisać, że pogoda, że Piotrek, że Idka... w kółko to samo. Młody w szkole zbiera szóstki i tróje, młoda ostatnio smarka i dwie noce spędziłam na dywanie koło łóżeczka. Hitem była wczorajsza noc, kiedy to Idzie coś się śniło i wołała: nie dziewczynka! Idy plac zabaw! Czyli mózg tam sobie robi defragmentację dysku i wyrzuca co poniektóre przeżycia na wierzch. Swoją drogą, pamiętacie defragmentację dysku? Się robiło, żeby był porządek, i tak fajnie te kwadraciki się przesuwały, mogłam na to patrzeć jak na pingwiny cesarskie w zoo.

A propos spania, Ida oświadczyła, że już jest wieczór, ona je kolację, idzie się kąpać i idzie spać i wszyscy idą spać, a mama to będzie spała na kocu obok Iduni łóżeczka. No może jednak już nie, co? ;)

Siedliśmy parę dni temu do komputera z mocnym postanowieniem zakupu biletów na święta. Jakoś nigdy nie przyszło nam do głowy sprawdzić, od kiedy można bilety kupić, tzn. na ile do przodu, zawsze braliśmy się za temat w październiku. Siedliśmy, ustaliliśmy daty... taaa... taaa... Po pierwsze, ostatnio dzieci nam urosły, Piotrek się już liczy jako dorosły, Idka też, nagle zrobiły się cztery bilety do kupienia. Po drugie, wizzair excusez le mot ocipiał, bo bilety są po 266 franków tam i niewiele taniej z powrotem. Sezon świąteczny kończy im się 9. stycznia, Piotrek ma szkołę od razu, Trzech Króli jest u nas pracujące. Dodając do biletów koszt wynajmu samochodu, bo jakoś trzeba wszędzie dojechać, wyszło nam coś około 2k franków. Hoł hoł hoł, wesołych świąt! Po intensywnej burzy mózgów, przeanalizowaniu różnych dziwnych rozwiązań typu pociągi, lot ja z Idą wcześniej, chłopaki później, my wizzairem, oni swissem, tu potrzebny hotel w Zurychu, tam już nie ma biletów, tu jeszcze są, i tak dalej, i tak dalej, zdecydowaliśmy, że bierzemy samochód z wypożyczalni i jedziemy samochodem. Wliczając paliwo na pewno zmieścimy się w tysiącu. Trochę tylko osiwiałam na myśl, że 1400 km, że Ida, że śnieg, który wbrew temu, co twierdzi małżonek, pada również na autostrady, że nie wiem, co jeszcze... No, ale co. Ludzie jeżdżą i żyją. Mam nadzieję, że my też ;).

novembre

Słuchajcie, masaż, masaż mi dali! Na tej fizjoterapii. Idę sobie tam, kładę się, a Frau Helga masuje mi plecy, delikatnie uciska, rozciąga, ale tak robi, żeby było przyjemnie. A ja leżę i się poddaję, żeby nie powiedzieć, oddaję. Później jeszcze dostaję ciepły okład na plecy i leżę pod kocykiem, i kiedy już powoli odpływam, bo ciepło, rozluźniona, kocyk i te sprawy, właśnie wtedy dzwoni minutnik i pani zaprasza na kolejną wizytę. Przyjdę, pewnie, że przyjdę!

Córka mi właśnie urządziła awanturę, bo tęcza zniknęła z nieba, a ona chce tęczę! Mama, poproszę tęczę, maaamaaaaa! I weź nie daj, człowieku. Póki co zapodałam akwarele i młoda smaruje kolejne tęczowe arcydzieła.

Umalowałam wreszcie paznokcie u stóp. Nieaktualnym, letnim kolorem łososia, przepraszam, nie zdążyłam latem tego zrobić. Tu już pora na zimowe burgundy i fiolety powoli nadchodzi.

Sprzedałam głęboki wózek po Idzie, hurra! Sąsiadka, której za chwilę urodzi się trzecia dziewczynka (5 - 2,5 - noworodek, dziękuję za taki miks), odkupiła ode mnie za niewielkie pieniądze. Od razu luźniej w piwnicy.

Jutro rano zakupy, potem robimy nic, w niedzielę ambitne plany wstać o 7 na GP Japonii, potem basen, potem kontynuujemy leżenie do góry brzuchem. Trzymajcie kciuki za powodzenie naszych planów.

novembre

Poszłam do lekarza, bo tu mnie strzyka, tam mnie łupie, wiecie, jak to jest; wiek zobowiązuje. Z prawej strony pod żebrami. Dr google mówi: woreczek. (albo rak, aids lub toczeń). Lekarz mówi: woreczek. Pani przyjdzie na usg, obejrzymy. Na usg... nic. Obejrzała mi wszystkie podroby, swoją drogą, przyzwyczaiłam się, że jak idę na usg, to oglądamy dziecko, a nie kamienie. Dziwne uczucie. Trzeba się przestawić. No ale, jakie kamienie. Woreczek pusty. Podroby ładne, nerki, trzustka, nic tylko wystawiać na allegro. Lekarka myślała, myślała, no bo jak to tak, bez diagnozy wypuścić pacjenta, skoro boli, a nic nie ma (oprócz hipochondrii, ale tę najtrudniej zdiagnozować; trzeba najpierw wykluczyć wszystkie schorzenia; jak widać jestem na początku tej drogi). I wymyśliła, że nerwy. Nerwobóle, w sensie. Lecą od kręgosłupa pod żebrami do przodu i bolą. Zwłaszcza, że od ciepłej kąpieli się poprawia. Dała przeciwbólowy na noc i skierowanie na rehabilitację. Podobno nawet jest niedaleko ośrodek, gdzie w jednej sali wykańczają matki, a drugiej, żeby było do rymu, dziatki. Zadzwonimy, zobaczymy.
Chociaż chyba trzeba głowę zacząć leczyć, bo właśnie postawiłam przed Idą mój kubek z herbatą, a sobie zostawiłam plastikowy kubeczek. Nic mnie nie zastanowiło, dopóki Ida nie powiedziała, ooo, mamy herbata! Eh.

Mąż mi na okoliczność lekarza podniósł ciśnienie, ale to dobrze, niskie mam, a kawy nie lubię; będzie mi się lepiej żyło. Otóż dostałam od niego garść porad, jak i co mam chodzić, siedzieć, ćwiczyć, ruszać się, zapisać na fitness ("gdybyś chciała w sobotę rano, to ja z Idą zostanę" "- w soboty rano to ty miałeś na wycieczki rowerowe jeździć, nie wypominawszy..."; poza tym, dziękujemy ci, o wasza wspaniałomyślność). Oraz moje ulubione - w samochodzie oparcie pionowo. Pomijam, że samochodu nie mamy i jeździmy raz na kilka tygodni na zakupy, a ja nie jestem taksówkarzem z chorobą zawodową, ale. Kiedyś, jak padł na korzonki, lekarka doradziła mu, żeby oparcie prosto i blisko (brawo bezpieczeństwo). Kurna, osiem miliardów ludzi na świecie i tylko mój mąż tak siedzi. A nie, przepraszam, jeszcze kiedyś na Mazurach widziałam takiego gościa, miał z 80 lat i denka od musztardy w okularach. Łokcie przy kierownicy, nos niemal na szybie. No, to nie jest źle, jest ich dwóch. Tamten pewnie też trafił na tę lekarkę.

Zaczęłam uprawiać sąsiedzką wymianę dziecięcą. Raz któraś weźmie moje, raz ja mam w domu przedszkole. W środę miałam pierwszą godzinę samotności, i oboże, co robić? Tyle planów, tyle możliwości... Obejrzałam zaległe ucha prezesa i czas się skończył. Ale co tam, dobre i to.

No to co, herbata stygnie, miłego weekendu Wam wszystkim.

novembre

Intensywny weekend. Wczoraj z rana pojechaliśmy, jak i połowa Bazylejczyków, do Ikei. Robili promocję na kallaxa, a 20 franków piechotą nie chodzi, wiadomo. W drodze powrotnej poślimaczyliśmy się na autostradzie i małżonek całkowicie wyleczył się z dojazdów do pracy hipotetycznym samochodem. 8 km w 40 minut.

Po południu panowie wybyli do miasta, potem skręcali młodej regał. Nareszcie mieszczą się jej książki, których ma sporo, poza tym młody bardzo chętnie pozbył się swoich zapomnianych kubusiów puchatków i robiąc sobie miejsce w regale, czym prędzej wtrynił wszystko młodej. Cwaniaczek.

Później jeszcze zakupy, bo spożywka nam się skończyła, i jak to dobrze, że pojechaliśmy do lidla, nakupowaliśmy spożywki, rieslinga, bordeaux i jeszcze dwa jakieś. W zabójczej cenie dwa euro, ale jak na stołowe wina, bdb. A my koneserami wielkimi nie jesteśmy i z powodzeniem można by nam dać podróbkę, niczym ta blondyna w Przystanku Alaska, i też byśmy się nie poznali.

Dzisiaj bladym świtem przed południem wybyliśmy na basen. Młoda w rękawkach kładzie się na wodzie, na plecach albo na brzuchu, i tak leży. Podpatrzyła u brata i jej się spodobało. Albo kładzie się na desce i tak sobie dryfuje, machając od niechcenia nogami. Cudo. Ryba w wodzie.

Młody, bardzo mądre dziecko, poprosił tatusia, żeby w niedziele obiady gotował tatuś i żeby co dwa tygodnie była pizza. Dzisiaj była ta co druga niedziela, więc w planach był makaron. Znalazłam na jadłonomii penne z bakłażanem, a jako że kupiłam bakłażana i nie mogę znaleźć na niego pomysłu, idealnie było zrobić go na obiad. I veggi, jak to małżonek lubi. Było bardzo smaczne, mąż nie mógł znaleźć bazylii, więc doprawił cytrynowym pieprzem, a zamiast bakłażana dał cukinię... Chyba znajdę przepis na ratatouille, inaczej bakłażany zostaną z nami na zawsze. Jak można pomylić bakłażana i cukinię???

W pracy małżonek ma bardzo miły skądinąd zwyczaj, że po urlopie przynosi się ciasto. W ubiegłym tygodniu koleżanka zaczepiła małżonka, jak było na urlopie (w pierwszej połowie sierpnia...) i poinformowała go o panującym w firmie zwyczaju. Upiekłam sernik i rogaliki ;)

Rogaliki pomagała mi robić Ida, jakżeby inaczej. Przystawiłam jej mały stolik, dałam w miseczkę mąkę i trochę gotowego ciasta do wałkowania, przyniosła sobie plastikowy wałek od ciastoliny, zakasała rękawy i do roboty. Pół godziny spokoju!

Paznokcie muszę umalować. I włosy. Może we wtorek?

novembre

Po dwóch tygodniach od powrotu młoda wciąż powtarza: jestemy w domu! Biedne dziecko, matka  chciała dobrze, żeby z rodziną pobyła, a tu trauma wyszła. Bardzo wydoroślała przez wakacje, nie, żeby zaraz poważna się zrobiła i w książkach siedziała, ale taka wiecie, dziewczynka. 2,5 roku, kucyki, lalki, różowości wszędzie. Słodziak. Wrzeszczący nieeeee to mojeeee zostaw!, ale co tam. Książki mówią, że kiedyś minie (jak się wyprowadzi :D).

Młody w nowej klasie odnalazł się dobrze, głównie za sprawą Vanessy, Chiary, Errolla i paru jeszcze innych, którzy po lekcjach wpadają razem albo w podgrupach. Grają na ps, oglądają jutuby, oczywiście zajmują się Idą, jak ja latam po lekarzach (Ida wtedy śpi...). Rok temu młody wyraźnie nie mógł się odnaleźć w nowej klasie, miał tylko dwóch kumpli, i to po dość długim czasie dopiero. Tu, zanim jeszcze poszedł do klasy, znał już Errolla, a i Vanessa pojawiła się na horyzoncie jeszcze w wakacje, więc...;) Jestem dobrej myśli.

Za oknem wczesna jesień, 17-20 stopni, czasem słońce, czasem deszcz. Jesienny nastrój sam się wprasza do domu. Czas na herbatę parzoną w czajniczku i świeczki zapachowe.

Chodzę ostatnio po lekarzach, bo po trzech latach mieszkania tutaj natchnęło mnie, żeby wreszcie poznać jakiegoś lekarza internistę i się do niego zapisać. Raz, że co roku każą tu przychodzić na kontrolę, oni tu bardzo dbają o siebie, dwa, że w przypadku nagłej infekcji, jeśli nie mam swojego lekarza, nikt mnie z marszu raczej nie przyjmie. Poguglałam więc, znalazłam blisko fajnie zapowiadający się gabinet, mąż mnie zapisał jeszcze w wakacje (no dobra, trochę mnie wystraszyła wątroba, która jak się okazało, buntowała się przeciwko zbyt długiemu stosowaniu polskiej diety). Przyniosłam lekarzowi nawet moją pierwszą, dziecięcą książeczkę szczepień - trzeba było uzupełnić DTP, oni tu zawsze tężec i tężec. Złamiesz nogę - pytają o szczepienie na tężec. Jakakolwiek wizyta na SOR - pytają o szczepienie na tężec. Obsesja jakaś. No więc utoczyli mi nieco krwi, podpięli pod ekg, sprawdzili ciśnienie, serce... Ehh. Czekam na jeszcze jedne wyniki, ale jak tak dalej pójdzie, to będzie ciężko umrzeć. Wszystko mam w normie. Nawet cukier i cholesterol, po wakacjach! Rany boskie. Sprawdził mi też cukier historycznie, czyli na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy, i też w normie (dobrze, że alkoholu nie sprawdzał historycznie...). Nawet hemoglobinę mam, jak nie ja, 12,8. Zawsze jak w Polsce szłam oddać krew, bałam się, że mnie wywalą, bo ta hemoglobina była zawsze wredna, 11,8, 12 i wywalali mnie na za miesiąc w celu poprawienia parametrów. A tu proszę, jak ładnie (to wszystko przez jajka! Uwielbiam jajka i koglem moglem kiedyś wyleczyłam się z anemii).

No to co, idę do sklepu, bo sałata się skończyła...;)

novembre

Nareszcie. 19 stopni i deszcz. Słońce schowało się za chmurami, wiatr wieje. Zaraz wyciągnę czajniczek i zaparzę herbaty. Zanim znowu zrobi się upał.

Wczoraj byłam u lekarzy na kontrolach. Po trzech latach mieszkania tu dojrzałam do znalezienia sobie lekarza rodzinnego. Zlokalizowałam jednego w okolicy, obejrzałam sobie na stronie internetowej, małżonek mnie zapisał, i poszłam. Jedną z przyczyn mojej nagłej miłości do lekarzy było również łupanie wątroby, prawda.

Lekarz stwierdził, że kontrolę pełną zrobimy za tydzień, póki co pogadaliśmy sobie o chorobach w rodzinie, zrobił mi ekg, pobrał krew i walnął szczepionkę DTP. Teraz patrzę, żebym autyzmu po niej nie dostała.

Najbardziej z moich wczorajszych wizyt zadowolony był Piotrek, który został sam w domu z siostrą - i zaprosił sobie dwóch kolegów i dwie koleżanki do pomocy w opiece. Przy okazji poznałam jego najnowszą sympatię, Vanessę. Sympatyczna, blondwłosa. Widać syn niezmiennie gustuje w blondynkach ;).

 

novembre

Wróciłam. Fajnie było, na luzie, tylko ten upał, niech go diabli. Tutaj od maja 30-35 stopni, w Polsce w sumie może tydzień był poniżej 30, poza tym dawało do pieca non stop. Ile można! I jeszcze straszą, że w Szwajcarii we wrześniu mają być upały. Bardzo śmieszne.

Przyzwyczajam się do dłuższych paznokci i szlag mnie trafia. Kosmetyczka powiedziała mi, że tak krótko, jak ja, nie można obcinać, bo cośtam. A ja, odkąd kazali grać na pianinie (czyli dawno temu w ubiegłym tysiącleciu), paznokcie obcinam niemal do mięska i tak ma być. Teraz mam ze dwa milimetry dłuższe i to są chyba ich ostatnie chwile. Brrr.

Młoda chodzi po mieszkaniu i cały czas powtarza: jesteśmy w domu! jesteśmy w domu! Oraz pierwszy raz widziałam, jak dziecko biegnie do babci z rozpostartymi ramionami, wołając: babcia! moja babcia! Obok szedł szwagier, syn drugiej babci; do drugiej babci wnusia bynajmniej tak nie biegła. Ciekawe, czy jej powtórzył ;p.

Jako, że są - jakżeby inaczej - 32 stopnie, usmażyłam naleśników i placków z cukinii z sosem pomidorowym. Młody pogardził, bo naleśniki okazały się z mąki pełnoziarnistej, a on by wolał z pszennej. No naprawdę, kto mu broni kupić i usmażyć? Francuski piesek się znalazł.

Z Polski przywiozłam kolejne 2 kilogramy, z tego dobrobytu się w końcu przewrócę i nie będę mogła wstać. Program naprawczy wdrażam, trzymajta kciuki. Ale weźcie, pierożków ruskich ulepiłam, zjecie? kotleciki, takie dobre, jajeczko sadzone? tylko dwa i to na bekonie! Po miesiącu zaczęła mi pykać wątroba. I nie, żebym aż tyle piła (ćśiii...). Doszło do tego, że, uwaga, uwaga, kupiłam sałatę. Ja, która sałatę zaczęła jeść jakieś trzy lata temu, wcześniej uważając ją za trawę. A teraz, proszę. Z podkulonym ogonem poszłam do stokrotki po paczkę mieszanki. Jak to się człowiekowi na stare lata w głowę coś robi...

novembre

To już ponad miesiąc w Polsce. Najpierw Radom, do mamy, do siostry, brat przyjechał. Stęskniłam się już. Od wakacji, które z racji niepracowania spędzam w Polsce, do świąt czas mija szybciej, niż od świąt do wakacji. Zwłaszcza, że Wielkanoc spędzamy w domu. Święta krótkie, bilety drogie, taki lajf.

Młoda poznała, co to głęboki basen i otrzymawszy rękawki, na metrze dwudziestu zaczęło się sama Ida! Potrafiła położyć się na brzuchu na wodzie, nóżki wyprostowane, ręce przed sobą, głowa do góry... i tak leżała spokojnie kilkanaście sekund, a matka w tym czasie nurkowała po szczękę ze zdumienia. Nie ma się co dziwić, w końcu - Ryba.

Upał niemiłosierny. Już w Szwajcarii mieliśmy od maja 30-35 stopni, przyleciałam, tutaj to samo. No, był może tydzień chłodniejszy. Ja rozumiem, że lato, że musi być ciepło, ale powyżej 30 nie wychodzę na dwór, nie funkcjonuję, nie działam. Chcę się położyć, najlepiej na zimnej podłodze, i w takiej pozycji przeczekać do ochłodzenia.

(właśnie moja córka założyła sobie mój stanik, niczym plecak, tył na przód, i tak chodzi po mieszkaniu. luz.)

Od dwóch tygodni jesteśmy u teściowej w Lublinie. I owszem, jestem podziwiana, że mi się chciało do teściowej, bo to do teściowej itd. Ale oprócz tego, że dla mnie to jest teściowa i ten układ możemy, powiedzmy, hipotetycznie rozwiązać, to dla mojej córki to zawsze będzie babcia, a dla teściowej to zawsze będzie wnuczka. I staram się, żeby miały ze sobą kontakt, na ile to możliwe. Mam nadzieję, że jednak kiedyś zacznę pracować w Szwajcarii i wtedy takich długich wakacji nie będę miała szansy spędzać. Póki co przynajmniej tyle mogę zrobić i trzeba korzystać. Poza tym umówmy się, teściowa jest świetną bazą noclegową dla moich dwóch Agnieszek :)

(młoda ciąga mój stanik po podłodze; zaraz zacznie wołać, żeby siadał albo aportował).

Młody poleciał tydzień temu do domu, zabrał po drodze przyjaciela z Warszawy i teraz z urlopowanym tatusiem zwiedzają kraj. I dobrze, niech tatuś sobie odpocznie, ogarniając dwóch nastolatków (niech ich tylko obudzi ha ha ha ha ha).

Teściowa, jak to teściowa, we wszystkim ma rację. Jej ogórki na działce nie gorzknieją niezależnie od pogody, bo ona ma taką odmianę, która nie jest gorzka. I nie ma znaczenia, czy susza, czy ulewa. Masło, które kupiłam, 82%, musi mieć domieszane tłuszcze roślinne, bo po wyjęciu z lodówki szybko mięknie (przy 35 stopniach, serio?). Dywanika łazienkowego nie będzie miała, bo to jest siedlisko bakterii (dywan po psie nie jest...). Dywanika się nie pierze (no gdzież! chyba nie w pralce tylko we frani? ale to i tak szkoda frani przecież!), a teściowa, mimo że ma głęboką wannę (wy macie głębszą!), to się nie poślizgnie przy wychodzeniu. Grób myje psikaczem do mycia grobów, zakurzony bardzo, mówię, że może by go wodą polać, umyć z brudu, a potem tym specjalnym wypucować - nie, ona się nie będzie chlapać, tak wytrze i tak będzie dobrze. Lodówkę ma już starą, rozmawiamy hipotetycznie o nowej, i otóż nie, to nieprawda, że do zamrażalnika szufladowego zmieści się więcej niż do komorowego, i nie, nie byłoby jej wygodniej mieć zamrażalnik na dole, bo nasza lodówka ma 2 metry i ona nie sięga (teściowa nie ma 160 cm wzrostu) - jej lodówka ma 170 wysokości i nikt nie każe jej kupować dwumetrowej. Mogłabym tak długo... Czekam na medal z ziemniaka, bo naprawdę dzielna jestem. A, jeszcze perełka. Moja teściowa robi ciasto, trzeba wyjąć mikser. Zatem: wchodzi na stołek, na górnych szafkach stoi karton z mikserem, zdejmuje z góry karton, otwiera go, wyjmuje niemal fabrycznie zapakowany mikser, miksuje, co ma miksować, myje, odkłada do kartonu, wstawia na górę na szafki... Ale czemu ja się w sumie dziwię, to jest osoba, która ser na sernik uciera ręcznie, bo malakser na pewno tak nie potrafi. W zasadzie mogłam ją spytać, czemu ubija mikserem, tak nowocześnie, i czy trzepaczka się zepsuła...

Powiem wam, nie ma lekko. Staram się oddychać, nie słyszeć, puszczać mimo uszu, ale trochę mnie mój charakter szarpie. Ale to jeszcze tylko kilka dni; w czwartek jedziemy do Betty, wracamy w piątek, a w sobotę wybywam z powrotem do R. Co, ja nie dam rady?

 

novembre

Panowie od naprawy okna spóźniają się już osiem minut! Ja przepraszam, ja nie po to wstałam o siódmej, żeby oni się spóźniali, no. Uszczelka odeszła mi od okna, i fruwa sobie, samotny biały żagiel.

No dobrze, a właściwie jeszcze lepiej, pan zadzwonił, że on jest przy mojej ulicy, ale numeru 208 to tu nie ma. Dał się jednak przekonać i poprowadzić, teraz opowiada mi dużo zapewne ciekawych rzeczy, ale cóż, w dialekcie...! Niemniej, już wiem, jak jest uszczelka: Dichtung!

Poza tym dzień zapowiada się intensywnie. Odebrać spodnie męża od krawca (pękły przy kieszeni, a ja maszyną nijak nie mogłam podejść, oddałam fachowcowi za jedyne 10 sfr), zanieść je do pralni, zrobić zakupy serowo-czekoladowe, puścić jeszcze kilka pralek - i suszarek - prania, co nieco uprasować, wrzucić do walizki to i owo, usiąść na niej, żeby się domknęła...

Startujemy jutro po południu. W Warszawie podrzucimy młodego do jego najlepszego przyjaciela, a same jedziemy pod Polskiego Busa, a właściwie pod Viki Busa, i spod PKiNu ruszamy do Radomia.

Żadnych latających drzew z konarami ja poproszę nie!

novembre

To były bardzo intensywne dwa tygodnie. Pojechaliśmy do Grindelwaldu i wyżej, na First, było Montreux i zamek Chillon, był Zurych, Solothurn, Lozanna i Neuchatel, oprócz tego oczywiście Bazylea, spacery po mieście, Kunstmuseum, basen, lody, zakupy... Wszystko w towarzystwie 35 stopni upału i ani kropelki z nieba. Teściowa poleciała wczoraj, a ja padłam jak kawka, i ani rączką, ani nóżką. Muszę odetchnąć.

I, o dziwo, nie było prawie żadnych uwag ani wtrącania się, było za to czytanie Idzie książeczek, malowanie i układanie puzzli. Czyli tak, jak babcia powinna.

Za chwilę my startujemy do Polski, młody na miesiąc, my na prawie dwa. Tak sobie naiwnie myślę, że może odpocznę, cha cha cha.

Młody ostatecznie będzie powtarzał klasę. Kosztowało mnie to masę nerwów, a okazało się, że zupełnie niepotrzebnie, bo potraktowali go trochę uznaniowo. Tzn. jego sytuacja zdać czy nie zdać była na styku i mogli albo się wykazać dobrą wolą i go puścić dalej, albo się wykazać dobrą wolą i go zostawić. No i go zostawili. Tak naprawdę to myślę, że wyjdzie mu to na dobre, ogarnie sobie na spokojnie logiczny rozbiór zdania, podszlifuje matematykę i za rok zda na piątkach. Co daj boże amen. Niemniej zryczał się młody strasznie, tatuś pocieszał, jak umiał (bo ty się nie przykładasz, bo to jest to co ja mówiłem, że trzeba systematycznie, a ty nie dbasz, nie pilnujesz, to nie zdałeś!!), babcia tu też błysnęła (a może go przenieść do Polski i niechby tam się uczył...?), wieczór rozkręcał się jak fidget spinner. Zarządziłam koniec tematu, bo jak można się tak pastwić, ja rozumiem pogadankę (ta tatusia była czwarta z kolei), ale może nie akurat tego dnia. Już mu wystarczyło wrażeń.
Następnego dnia młodego bolała głowa i brzuch, ale nie dałam się, poszedł do szkoły. Kiedyś trzeba się zmierzyć z taką sytuacją, im wcześniej, tym lepiej. Ze szkoły wrócił już w niezłym humorze, a kolejnego dnia oświadczył, że z jego klasy nie zdał też Gianluigi, a Giuseppe to sam chce* powtarzać klasę, więc nie jest sam, luuuuz.

*W sekundarschule są trzy poziomy nauczania, A, czyli niski, nieciekawe towarzystwo, E, czyli średni, P, czyli zdolniachy. Piotrek i wyżej wymienieni koledzy są w E. Giuseppe ma z kilku przedmiotów prowizoryczne zaliczenie, co oznacza, że jeśli w kolejnym semestrze nie poprawi ocen, to spadnie na poziom niższy, czyli A, akurat na ostatni semestr ostatniego roku w szkole. A świadectwa z poziomu A są niewiele warte. Woli więc teraz powtarzać klasę, podciągnąć oceny i za rok zdać bez żadnej prowizorki, nie ryzykując już wpadki z niższym poziomem. Trochę jeszcze nie ogarniam tego systemu ;).

W związku z tym, że była reforma edukacji, Piotrek był ostatnim rocznikiem w systemie 5+4, niższe są 6+3, rok niżej nie ma już ani trzeciej, ani czwartej klasy. Zgodnie z materiałem Piotrek pójdzie więc do klasy drugiej. Śmieję się z niego, że zdał z trzeciej do drugiej.

Tymczasem ochłodziło się, jeśli tak można nazwać 25 stopni i parujący w biegu deszcz. Ale przynajmniej znów jest powietrze i nie trzeba oddychać wodą.

novembre

Piątek, dwudziesta trzecia.
Znad drugiego piwa myślę sobie, pójdę do Piotrka, każę mu kłaść się spać. Jest weekend, może odpocząć, posiedzieć, na pewno będzie protestował, na pewno się nabierze. Będzie fun.

Wchodzę do młodego do pokoju, ale zanim cokolwiek powiem, słyszę:
- No tak, za trzy minuty zadzwoni budzik i kładę się spać.
- Ale dlaczego?? - pytam zdezorientowana.
- No, bo jutro trzeba wstać, posprzątać... a co, mogę? - poderwał się z nową energią.

 

Chciała matka strollować syna, syn strollował matkę. Nawet, jeśli nieświadomie.

novembre

Chciałam to mam. W przyszłym tygodniu przylatuje do nas teściowa. I się zacznie. Że dlaczego nie daję dzieciom mleka do picia (bo jest bezwartościowe?), że ona całe życie jadła/piła coś tam i teraz właśnie dlatego ma takie świetne wyniki (i szafkę lekarstw na nadciśnienie, cukrzycę, wątrobę, tarczycę, żołądek i astmę), że zrobimy, jak uważamy, ale ona nam radzi itp. No dobrze, te 10 dni wytrzymam, nieprawdaż. Trzeba przemyśleć plan wycieczki, bo teściowa owszem, przylatuje do nas, ale głównie dlatego, że teraz w Alpach kwiatki najładniej kwitną, nie, żeby do wnuków. Zatem obowiązkowo zamek w Chillon i Montreux, Neuchatel, Grindelwald i gdzieś wyżej, pewnie First, co jeszcze, to się zobaczy. Trzeba poszukać na sbb, może są swisspassy w dobrej cenie (przejazdówki wykupowane na kilka dni, niekoniecznie obok siebie).

Trzy tygodnie temu teściowa szczęśliwie pozwoliła psu nie męczyć się więcej, i go uśpiła. Z psa została skóra i kości, szafkę leków miał niemal tak pokaźną, jak teściowa (wszak psy się upodabniają do właścicieli, albo odwrotnie, nigdy nie pamiętam), czas już był najwyższy. Teraz teściowa zażywa swobody, lata po mieście do wieczora, całe dnie spędza na działce i nareszcie odżywa.

Póki co u nas dwa dni przyjemnego chłodu (o ile nie zapomina się zabrać ze sobą bluzy), a na weekend znowu lampa. 32, 35 stopni. Na szczęście fachowiec naprawił nam wczoraj zewnętrzną markizę, której brak bardzo nam doskwierał w słoneczne dni. Salon mamy od południowego zachodu i akurat pod wieczór słońce oślepiało nas kompletnie. Żaluzje powodują kompletną ciemność, a też bez sensu świecić światło w ciągu dnia. Teraz będzie przyjemniej, przy okazji młoda osłonięta z każdej strony będzie mogła znowu na balkonowym baseniku zażywać naturystycznych kąpieli. I wyrzucać zabawki za balkon.

Po kilku latach przerwy wróciłam do tabletek. Głównie z próżności, nie potrafiłam zapanować nad swoją cerą, i mimo, że tylko raz w miesiącu, to te krostki sobie zostawały na dwa tygodnie, więc. Poza tym za rok wesele brata i życzę sobie mieć ładną cerę na zdjęciach, oraz jak popatrzyłam w apkę (boże! kiedyś się w kalendarzyk patrzyło, taki mały, kwadratowy! która miała, ręka w górę!) i mi wyszło, że dostanę okres akurat w dniu ślubu brata (po czym okres spóźnił mi się 10 dni). Więc o nie.

Przy okazji, robi się to tak:
- Dzień dobry doktorze, chciałabym umówić się na wizytę, potrzebuję tabletki.
- A które? Te, które brała już pani wcześniej? i nie było żadnych skutków ubocznych? Była u mnie pani dwa tygodnie temu na wizycie, jest pani zdrowa, nie ma sprawy. Nie, po co ma pani przychodzić, przyślę pani receptę. Na rok?
- Yyy, może na pół na razie, we wrześniu i tak przyjdę na kontrolę...
(a tak naprawdę, to nie wiedziałam, ile kosztują. Okazało się, że jeśli wykupię półroczne opakowanie, jeden listek kosztuje równowartość zestawu McDonalda, plus w aptece zbiera się pieczątki i dziesiąte opakowanie jest gratis. A całość zdaje się jest refundowana przez ubezpieczyciela, ale tu nie mam pewności, bo jedna farmaceutka powiedziała mi, że tak, druga, że nie. Wysłałam, zobaczymy).

Póki co, osiemnaście stopni i pomidorówka na kuchni. Oraz może bym jakieś ciasto machnęła? Chodzi za mną albo sernik jaglany, albo ciasto marchewkowe. Wszystko w ramach wmawiania sobie, że to przecież zdrowe i dietetyczne :D.

novembre

Narzekałam na zimę w maju i +9, to mam, 32 i patelnię. I też narzekam! Widać narzekania moje zostały wysłuchane, bo na przyszły tydzień widziałam znowu 12 stopni. Po tygodniu picia wody z powietrza z przyjemnością zacznę swobodnie oddychać. Zwłaszcza, że w taką pogodę nie ruszamy się z młodą nigdzie z domu, szkoda się prażyć. Zrobiłyśmy sobie basen na tarasie, osłoniłam go roletami i młoda się tapla cała szczęśliwa. Mamusia też od czasu do czasu nogi zamoczy i jest git.

Ida rozwija się w mowie (oraz w piśmie, głównie na ścianie kredkami świecowymi). Ostatnio rzucając mi ball zawołała catch! Lody niezmiennie są delicious, a przy porannych łaskotkach okazało się, że ma ears i fingers. Po polsku też coś tam mówi, głównie: Mama, look! Autobus! Idy autobus!, bo wszystko jest Idy, taki wiek, co nie zna granic ni kordonów. Świat u jej stóp, póki co ten materialny.

Przeturlaliśmy się przez jeden długi weekend, za tydzień jeszcze jeden, i już zaraz na koniec czerwca i wakacje. Tydzień później niż w Polsce, i mimo, że oceny wystawione będą w połowie miesiąca, chodzić trzeba, nie ma zmiłuj. W międzyczasie młody będzie miał trzy dni praktyk, które powinien był sobie sam zorganizować. Już mówię od początku: od trzeciej klasy gimnazjum młodzież powinna myśleć, co chciałaby ewentualnie robić w przyszłości i w tym kierunku samodzielnie na rynku wyszukać sobie miejsce do praktyk. Nie na długo, na trzy dni. Jest to na pewno odgórnie ustalone, bo firmy mają specjalne miejsca dla takich nieletnich praktykantów. Tylko że trzeba podzwonić i znaleźć sobie miejsce. Zalecane: wcześniej niż trzy tygodnie przed terminem. Albowiem trzy tygodnie przed terminem okazuje się, że wolnych miejsc już nie ma; zarezerwowane przez tych przebiegłych kolegów, którzy zadzwonili od razu, w marcu. A nie na koniec maja. Młodemu zostają jakieś popołudniowe zajęcia ogólne w szkole, oczywiście nie wie, na czym będą polegały, bo się nie interesował, bo przecież on praktyki dla siebie znajdzie. Jeszcze jutro będzie dzwonił, bo dzisiaj jednej pani Ziuty nie było, a druga nie odbierała. Jutro na pewno będą czekać na jego telefon, wiadomix.

Powoli już odliczam do wakacji; trzeba zrobić listy co zabrać oraz co przywieźć. Najnowsze odkrycie, po polskiej fecie i białym barszczu, mają tu też te takie fajne papirusy do smażenia kurzych piersi. Bardzo się cieszę. Ostatnio w hipermarkecie niemieckim wykładałam zakupy na ladę i były to: Tymbark jabłko-mięta, kabanosy Tarczyński, feta Mlekovity, Prince Polo... Ale nawet pomimo tego, że większość rzeczy mogę tu dostać, tęsknię. Nie wszystko można kupić.

novembre

Mówcie mi miszczyni kuchennej kreatywności. Wczoraj wieczorem, zapomniawszy zrobić jakiekolwiek zakupy, otwieram lodówkę w poszukiwaniu kolacyjnej inspiracji. Coś jak "weźmy z lodówki to, co mamy pod ręką, o!, mogą być krewetki!" (nie pamiętam autorstwa, Kasia Tusk?). Otwieram więc lodówkę, a tam całe nic... Echo wypomina mi z wyrzutem, zapomniałaś zrobić zakupy, zapomniałaś zrobić zakupy!
Wyjmuję wszystko, co się nadaje do jedzenia, będziemy improwizować. Sałata, jajka, resztka papryki, kawałeczek fety. Czerwona cebula. Oliwki kupiłam z pestkami, mać. Kto mi teraz wypestkuje oliwki?. Puszka tuńczyka. Kawałek białego sera i trzy rzodkiewki. Myślę, myślę... (piątek wieczór, dwa martini za mną, a ja myślę, proszę docenić). Wtem! Sałata nicejska, a co! Kolacja po burżujsku będzie, do tego twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem i cebulką. Z moim osobistym orkiszowym chlebem na zakwasie.
Tylko Lazurowego Wybrzeża zabrakło w tle, do tej sałaty ;).

Wieczór natomiast sobie zrobiłam filmowy, tutejsza telewizja zrobiła taneczny weekend, dali Dirty Dancing (niezapomniane wrażenia niemieckiego dubbingu), później znalazłam Cztery Wesela i Pogrzeb. Później natomiast zrobiło się wpół do pierwszej i poszłam spać, gnana resztkami rozsądku, że młoda wstanie o siódmej i nie przyjmie matki argumentów, że sobota, że dłużej pospać... Nic zrozumienia dla matki.

Teraz zbieramy się na zakupy i do konia (w drodze do francuskiego lidla na Idę czeka zawsze koń. Właściwie konia. Idziemy do konia, więc jak się zwierzę nazywa? Konia. Koniec dygresji). Więcej czarów nie będzie, lodówka się sama nie zapełni.

novembre

Lato! Lato wczoraj było! Dzisiaj już jest trochę mniej, chociaż balkon wciąż prowokacyjnie otwarty na oścież. na dworze dwadzieścia kilka stopni, a młoda zakichana i coś marudzi, że niby gorączka. W taką pogodę! Niestosowne, doprawdy.
Młody uprzejmie doniósł ze szkoły, że z gotowania powinien zdać, dostał dwie czwórki, uf. Teraz jeszcze tylko Napoleona męczymy, żeby zdał. Młody, nie Napoleon. Napoleonowi już nic nie pomoże.
A propos młodego gotowania, dostał ostatnio z gotowania tróję (przypominam, ocenę negatywną). Bo te czwórki to z kartkówek (tak tak, kartkówki z gotowania: jak robić zakupy? jakie produkty wybierać? co oznaczają te znaczki na produktach? jakie logo jest jakiego producenta i czym się wyróżniają jego produkty? itp itd). Natomiast po nieudanym gotowaniu zapytałam młodego, co jest takiego trudnego, w czym zawala, bo może byśmy zrobili przyspieszony kurs gotowania i by wystarczyło. Otóż młody powiedział, że on same przepisy oczywiście rozumie, ale jak pada hasło np. "dodaj skórkę z cytryny", to on się zawiesza. Dopiero podpatrzył u kolegów, że cytrynę trzeba umyć szczoteczką, wyparzyć i zetrzeć skórkę na drobnej tarce i w takiej postaci dodać do potrawy. Zatem nie, moi drodzy, gotowanie to nie jest przedmiot pt. wstaw parówki do mikrofali; bardziej podchodzi pod masterchefa, i to niekoniecznie dziecięcego. Czekam, kiedy będą robić kiełbasy (i pędzić bimber :D).

 

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci