niedziela, 22 stycznia 2012
Boże co za beznadziejna ta nowa piosenka Biedronki, wszędzie ją puszczają, uszy bolą, kto to w ogóle wymyślił, wszystko na jedną nutę i chór męskich prawdziwków lat dziewiętnaście to śpiewa, ludzie co wy uszu nie macie? Paszli mi z tym.
Stoi przede mną żubr a ja się zastanawiam, czy mi się chce, czy nie. Cały tydzień stukałam nadgodziny, dla odmiany na weekend robotę przyniosłam do domu. Już zrobiona, zostało sprawdzic, czy się nie machnęłam nigdzie. Jutro znowu dzień pracy wyrwany z kalendarza, cały dzień znowu jakiś projekt. Chyba muszę zacząc odmawiac, bo mi nie starczy czasu na pracę. Męża znowu zatłukę, zainstalował jakieś gówno w moim komputerze i nie mogę napisac c z kreską. Jak cma. Tylko się z tego zrobił skrót i mi się włącza jakiś ati controler. Jak wróci z wywczasów od mamusi to mi to w trymiga naprawi, bo inaczej nogi mu urwę przy samej szyi. Będzie mi tu grzebał. Byłam dziś po południu na Listach do M. Zryczałam się tak od połowy filmu, ale ja zawsze ryczę przy byle okazji, więc nic dziwnego. Film przyjemny, do obejrzenia, do pomyślenia (mama: byłam na Listach do M., ale mi się nie podobało, ani o żadnych listach nie było, ani nie wiadomo, co to za M., jakiś taki dziwny ten film. Kurtyna.) A ten od wyrywanych nóg wygrzebał jakąś ofertę pracy w Lozannie. I oznajmił, że beze mnie nie pojedzie. Szantażysta parszywy.
środa, 18 stycznia 2012
Godzina dziewiętnasta, Praga Północ. W hali dworcowej kupuję w automacie bilety ZTM. Z banknotu 50 zł automat wypluwa mi resztę bilonem, monety brzęczą na całą halę. Wybieram bilety i pięniądze, kiedy podchodzi do mnie człowiek w wieku nieokreślonym. Wszystkie zęby miał, taki wyższy poziom lumpa. - Szefowo, szefowa się nie boi, bo ja nie jestem żaden złodziej i nic nie ukradnę. Szefowo, osiemdziesiąt groszy do butelki spirytusu mi potrzeba, poratuje szefowa. Poratowałam nawet dwuzłotówką, drobniejszych nie miałam w portfelu. Mam nadzieję, że wypili chociaż moje zdrowie.
wtorek, 17 stycznia 2012
Praca. 12h w pracy, powrót do domu, oczy na zapałki, 3h snu, bo przecież pełnia, a w pełnię się nie śpi. Pobudka o szóstej rano - i znowu, 12h w pracy. Drugi tydzień mija, do końca stycznia nic sie nie zmieni na lepsze. No chyba że spełni się mój sen do kupy z horoskopem na ten tydzień i trzaśnie mnie samochód na przejściu dla pieszych. W ubiegłym tygodniu szkolne zebranie. Pani czyta informacje od dyrekcji, czyli tak zwany list episkopatu. Nuda. Pykam smsy z koleżanką z pracy. Pani informuje, że dzieci biorą udział w konkursach i żeby chwalić. Zuzia w konkursie recytatorskim - drugie miejsce. Brawo. Dalej pykam smsy. Karola w konkursie plastycznym, wyróżnienie, brawo. Konkurs sudoku, tylko troje się mogło zakwalifikować. Siedzę spokojnie z komórką w ręku, bo przecież mój ma wstręt do sudoku, ostatnio rozwiązywał je pół roku temu. Z trójki najlepszy był, brawo, mój syn. Budzę się z drzemki. No ładnie. A na kangurka się gówniarz nie zapisał, słowem nawet nie pisnął, chociaż z arkusza od sister (dzięki, sister!), osiemnastu piłkarzy po trzy koszulki i trzech trenerów po dwie koszulki machnął w pamięci. Pff. Piłkarski trening, ostatni przed feriami. Młody uwielbia, chociaż nie zawsze mąż jest w stanie logistycznie ogarnąć powrót z pracy na 17:30. Dziecko poszło z entuzjazmem i energią, wróciło jakieś zgaszone. Wystraszone. Żadne dopytywanie nie pomagało, nic się nie stało, wszystko w porządku, trening fajny, jednego karnego nie strzelił, ale nic się nie stało i tak w kółko. Dopiero przed snem powiedział, że trener na po feriach kazał przynieść kartki z ocenami i co będzie, jak trener uzna, że młody ma za slabe oceny...? Młody najsłabsze oceny ma z ortografii i są to czwórki, chociaż ostatnio się już poprawił, odnoszę wrażenie. Jeśli coś machnie, to raczej przez nieuwagę. Chociaż. Wczoraj sama napisałam chandlowy. Patrzyłam, patrzyłam na to cudo.. i poszłam odpocząć na kawę, to na pewno był ten znak :). Więc nie dziwmy się dziecku. Szef mój ma wyrzuty sumienia. Ostatnio role się odwróciły i on wychodzi o szesnastej, bo musi coś załatwić na mieście, a ja siedzę do 19-20. W ramach zimowego dokarmiania dostałam wczoraj szarlotkę na ciepło, z dostawą do biurka. Wcześniej babeczkę toffi. I jeszcze jakieś inne ciastko. Miło. Tym optymistycznym akcentem - wracamy do pracy.
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Weekend był. Nawet przyjemny, przyznajmy. Pominąwszy fakt, że w sobotę dziecko pół godziny przed koncertem ćwiczyło Lulajże Jezuniu, a matka ciosała mu kołki na głowie, że znowu na ostatnią chwilę itd. Fakt, że pan od keybordu w piątek wieczorem zaprosił "na jutro na koncert". No nic, weszlismy na koncert, Przybieżeli, poLulali, młody zgarnął cukierki w nagrodę i pędem do domu, bo tam Justyna się wspinała w telewizji. Finał, pierwsza na mecie i można było spokojnie jechać na zakupy. Wieczorem do drugiej brydż sąsiedzki, walka była wyrównana do końca, ale niestety puściłam jedną szmatę i położyłam robra :(.
Musimy tylko opatentować logistykę dziecięcą, bo kompletnie przez nieuwagę dziateczki nasze dotrwały do tej drugiej z minutami... trzeba będzie robić jakieś przerwy techniczne i ich zaganiać do łóżek, zwłaszcza że właśnie pobili własne sylwestrowe rekordy. Przy poprzednich brydżach byli bardziej elastyczni, po prostu padali jak muchy na dowolnie wybranych łóżkach lub fragmentach wykładziny, podczas gdy wyrodni rodzice oddawali się niewinnemu hazadrowi. Pomyślimy. Szał kuchenny mnie ogarnął, wyprodukowałam w sobotę rosół, rybę pieczoną, kopytka i mielone. Śmiało mogę w tym tygodniu pracować do 19, nie padną z głodu. A teraz co, e-maile przejrzane, roboty huk, więc czary.pl i horoskop na ten tydzień (niech zgadnę, czeka cię wytężona praca, za którą nikt ci nie podziękuje, ale jak jej nie zrobisz, to się będziesz miała za swoje..?:)) i do pracy, rodacy!
piątek, 06 stycznia 2012
Zarobiona po same uszy. W mojej pracy od stycznia do marca jesteśmy wszystkie na potrójnych obrotach i dopalaczach, z e-mailami zakazującymi nam w pewnym okresie podpisywania urlopów wypoczynkowych włącznie. Ehh oni się kiedyś doigraja, jak im 25 osób jednocześnie weźmie tydzień zwolnienia...
Do domu wracam ok. 19-20 i tak też będzie co najmniej przez cały ten tydzień. Oczywiście zupa, którą ugotowałam poprzedniego dnia, jeszcze jest, ale taki makaron został ugotowany tylko na dwie osoby. No co ja się będę przejadać, z drugiej strony, nie? Podobno życie się składa z drobiazgów...
niedziela, 01 stycznia 2012
To sobie wykrakałam z tą cytrynką, dajcie spokój. No ale, raz na jakiś czas można. Uroczyście rozpoczynam realizację wszystkich postanowień noworocznych. Od jutra.
sobota, 31 grudnia 2011
Plan na dziś: przeczytać stertę gazet, obejrzeć po raz enty Pretty Woman, przetestować maszynkę do fondue, przeciągnąć się na lewym i prawym boku, obejrzeć półgodzinne przedstawienie fajerwerków (z racji usytuowania widać wszystko od Bemowa przez centrum po Służewiec) i o jakiejś rozsądnej godzinie, na przykład drugiej, położyć się spać.
Plan maksimum obejmuje dodatkowo brydża do tej drugiej, bo coś się sąsiad wczoraj umawiał z moim małżonkiem, że w takim razie oni przyniosą szampana. Zief i nuda. Żadnych postanowień noworocznych. Żadnych obietnic. Z życzeń - będę życzyć tego, co sama słyszałam wiele razy z okazji świąt przeróżnych: zdrowia i rozumu, ha ha ha. Na co ostatnim razem odpowiedziałam, że jak ja nabiorę rozumu, to ty będziesz biedny, ha ha ha. Śmiesznie będzie. Gdzie w sieci można jeszcze zagrać w scrabble? Takie normalne, stare dobre scrabble? Udanej zabawy i kupcie sobie na jutro dużo wody mineralnej. Z cytrynką.
czwartek, 29 grudnia 2011
Leniwe przedpołudnie przy komputerze. W jednej zakładce przepis na fondue serowe, w drugiej zasady skutecznego odchudzania. Konsekwencjo, tyś jest wielką cnotą, jak mawiał Rett Butler do Scarlett O'Hara.
czwartek, 22 grudnia 2011
wtorek, 20 grudnia 2011
5:45 i nie ma zmiłuj. Drzemka co dwie minuty nie ma najmniejszego sensu. Wpadam w trybiki. Łazienka, szampon, suszarka, jedna nogawka, druga, którą bluzkę?, podkład, rzęsy umalować. Młody, wstawaj! Synu, obowiązek szkolny cię wzywa. Na świetlicę niestety, ale to tylko trzy dni w tygodniu, kiedy spędzasz w placówce oświatowej dziesięć godzin. Kakao, kanapki, zęby umyj!, szalik, rękawiczki, basen! Worek na basen zabierz!
Przedświąteczna gorączka. Bynajmniej nie sobotniej nocy, chociaż lawirowanie pomiędzy półkami w carrefourze, półobroty, piruety i niezliczone pas mogłyby sprawiać takie wrażenie. Jeszcze przyprawa do piernika, towar nagle deficytowy, jeszcze posypka, jeszcze schab, jeszcze... Biegiem, pędem, szybciej, panie. Po pracy już z górki: trzy przystanki do metra, dwa metrem do Śródmieścia, szybko na powierzchnię ziemi i z powrotem schodkami w dół. Dbają o mnie, inaczej w ogóle bym po schodach nie chodziła. A tak to przynajmniej świat zobaczę, ten wielki. Marszałkowsko-Jerozolimski. Wynurzam się z metra razem z tłumem obcych ludzi, zlewam się z nimi, niczym szara bezkształtna masa. Część tej masy wlewa się wraz ze mną na peron trzeci, gdzie, o ile ma się szczęście, za trzy minuty wjedzie pociąg. Czemu nie szybciej? Ano bo peron ma ze dwa kilometry długości, a dobrze by było przepchnąć się jak najbardziej do początku. I żeby być jak najbliżej wyjścia ze stacji docelowej. Pociąg wjeżdża na peron, jeszcze tylko uważać na nogi, żeby nie zostały na torach, i jedziemy. Cztery przystanki i wysiadam, dwa przystanki i jestem w szkole, przy dobrych wiatrach jest siedemnasta. Świetlica, szybciej, szybciej!, przystanek, autobus, bilet, głowa mi pęka. Naciskam guzik, żądam, autobus zatrzymuje się specjalnie dla nas. Światła, brama, domofon, jestem w domu. A, jeszcze zakupy na dole. Obiad, lekcje, placek, schab ugotuj, pamiętaj, zanotuj, dokup, jutro zadzwoń, umów. Pranie rozwiesić. Spać. Przed snem obowiązkowa linijka czegokolwiek. Bez czytania nie usnę. Co to ja dzisiaj zapomniałam jeszcze zrobić? Cholera, muszę rano pamiętać. 5:45 i nie ma zmiłuj... |
Archiwum
|