Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Niedziela wieczór. Za oknem leje, gdzie nam do polskiej zimy ze śniegiem i ślizgawicą. Nie żebym tęskniła za wywijaniem orła na lodzie, ale jednak przydałoby się trochę więcej śniegu niż to, czym Ida próbowała się bawić wczoraj na dworze.

W telewizorze za chwilę Kubacki pokona Kobayashiego. Komentatorzy niemieckiego Eurosportu podkreślają, że polscy kibice są zawsze i wszędzie.

Godzinę później

HA! Mówiłam!! Co za dzień! Sister napisała, że Kobayashi miał być siódmy raz pierwszy, ale chyba coś źle usłyszał i został pierwszy raz siódmy, ale to nie szkodzi, nie gniewamy się. Brawo Dawid!! Lubię go, taki niby słodki i niewinny chłopczyk z blond loczkami, ale podobno ma za uszami to i owo ;-).

Na WOŚP właśnie pękł miliard. My kolejny rok bez serduszek, ale jak małżonek zrobił przelew, to mejlem przyszedł filmik z gratulacjami, nagrany przez Owsiaka, bardzo miło.

Po przerwie na skoki, teraz na youtube leci relacja WOŚP spod Pałacu Kultury. Aktualnie Krzysztof Zalewski, kolejne moje muzyczne odkrycie ubiegłego roku. Głównie przez czołówkę z Dawidem Podsiadło i Kortezem dla Męskiego Grania, ale widzę, że możemy się solowo też zaprzyjaźnić.

Cały weekend uczę się Verben mit Präpositionen, czyli czasowników z przyimkami, czyli np. uchodzić za kogo co biernik - idiotę. Na przykład. Przy czym należy nauczyć się wszystkiego razem, a przyimków do wyboru jest sporo i potem jeszcze przypadek należy sobie wybrać. Po pierwszym nauczeniu się "tego, co zadali", oczywiście mądra Kasia dorzuciła sobie jeszcze to, co znalazła w książce, po czym wszystko gruntownie mi się wymieszało. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko na noc włożyć książkę pod poduszkę.

Poza tym co. Wczoraj wybraliśmy się na krótki spacer po mieście, ale padało, młoda nie bardzo chciała chodzić, panowie chcieli jeszcze, ja raczej w stronę domu, więc zapakowałam córunię w tramwaj i wróciłyśmy.

Zimowe weekendy upływają nam w rytmie spokojnego domowego spędzania czasu, gotowanie, spacer, skoki, snooker, książki, komputery, planszówki, seriale. Oraz kąpiele, maseczki, domowe spa i małe radości robione sobie. Za dwa miesiące, gdy skoki zamienimy na wyścigi F1, przyjdzie wiosna i będziemy bardziej wyjściowi. Ale dzisiaj dzień był wprost idealny na kanapowo-dresowe aktywności.

Co do małych radości, to nie zapeszajmy, ale małżonek jutro wybiera się do biura. Po trzech tygodniach siedzenia na kupie!!!!! Tydzień świąt, tydzień urlopu potem i ten ostatni - że niby musi iść do lekarza, ale na to całego tygodnia wolnego potrzebuje? Litości. W sobotę już wyszłam sama z domu, pojechałam do centrum po mąkę, bo u mnie na wsi tej konkretnej nie ma. Godzina 13, mąż w piżamie proponuje, że a to on pojedzie ze mną, ale zwiałam, zanim zdążyłam wysączyć więcej jadu niż należy w kwestii mojej potrzeby towarzystwa. Uh.

No dobra, idę oglądać światełko do nieba. Nie ma telewizji odkąd tvp/tvp polonia nie współpracuje z WOŚP, na szczęście jest kręcioła na youtube.

novembre

Dzisiaj bez weny, więc proszę nie liczyć na błyskotliwe puenty. Niewyspana jestem. Niby już ze trzecią noc zasypiam normalnie, i nie licząc dźwięków, które mi się śnią i każą mi sprawdzać na ten przykład, czy Ida mnie wołała, czy coś stuknęło w kuchni, śpię twardo, śnię fabularnie - i budzę się tymi filmami zmęczona.

Być może moje zmęczenie ma coś wspólnego z faktem, iż małżonek cały tydzień pracuje z domu. Ratunku. Tydzień świąt, tydzień urlopu, tydzień home office. Nie wiem, co ja komu takiego zrobiłam, ale czyściec na bank mnie ominie i pójdę żywcem do nieba.

W poniedziałek mieliśmy spotkanie z wychowawcą; jako że młody ma wszystkie oceny pod kontrolą oraz spełnia wszystkie warunki przyjęcia go do wybranej szkoły, możemy spać spokojnie, a nauczyciel nic tylko chwalił i kazał być dumnym z syna. No to jesteśmy.

Śniegu napadało przedwczoraj. Trzy centymetry. Zdążyłyśmy z młodą trochę się powygłupiać, wczoraj jeszcze zebrałyśmy resztki ze zjeżdżalni, w sam raz na zrobienie kilku piguł, i to by było na tyle. Dobrze, że w ubiegłym tygodniu Jurek zabrał młodą na sanki w Alpy, na taki full professional stok; jeden zjazd trwał godzinę. Młoda przeszczęśliwa i o niczym innym nie opowiada, podpuszczając tatusia, żeby może jeszcze kiedyś ją tam zabrał...? Póki co nie tracę nadziei, rok temu śnieg spadł pierwszego lutego i sypało do połowy marca. Kto wie, może w tym roku będą wreszcie białe święta? Chociaż Wielkanoc późno.

Zamulenie mojego mózgu osiąga apogeum. Pranie się suszy, chleb gryczany się piecze (rósł niemal dobę, ale wyrósł! Wstaję rano, a on taaaki wysoki! :). Praca z niemca nie zrobiona, słówka nie nauczone, kto to widział.

Miłego weekendu robaczki.

novembre

Święta, święta i po świętach. Intensywnie, rodzinnie, ciepło. Droga dobra w obie strony; tam co prawda dziki tłok, bo wszyscy jednocześnie wpadli na ten pomysł, że w sobotę rano ruszają na święta (z czego gros do Polski), no naprawdę. Było wolniej, ale korków czy stania nie było. W drodze powrotnej bez korków, to już w ogóle miodzio, po prostu - wsiadasz i jedziesz! Niesamowite.

Nie obyło się bez kilku spięć i dyskusji, bo gps najpierw zaproponował nam trasę przez Frankfurt, na co mąż ochoczo przystał; wszak tydzień wcześniej byli we Frankfurcie i bardzo im się podobało. No, a skoro Frankfurt, to już w ogóle jedźmy przez Poznań, bo są na tej samej wysokości (może ja się na mapie nie znam...) - To może i przez Szczecin? - warknęła moja dusza, a w sumie co to szkodzi, nawet przez Danię. Kto bogatemu zabroni. A propos bogatego, stanęło na tym, że Poznań jednak nie, bo płatny, i pojechaliśmy znaną trasą przez Wrocław.

Od połowy drogi Wrocław - Łódź mąż się zarzekał, że przez żadne Opoczno, on już kiedyś jechał i dziękuje. W sumie racja, piętnasta godzina drogi, przez Janki co prawda dłużej z pół godziny, ale za to Opoczno - non stop zabudowany. Pięćdziesiąt, siedemdziesiąt. Pięćdziesiąt, siedemdziesiąt. A kierowca już zmęczony. Na ekspresówce wrzuca tempomat i nie ma ryzyka, że mu jakiś pijak z rowerem nagle wyjdzie z ciemności, czy pies wbiegnie pod koła. No dobra, kierowca rządzi, jedziemy przez Janki. No przecież to nie ja prowadzę.

Gdzieś pod koniec Piotrkowa widzę znak: Warszawa Łódź - zjazd. No to mówię jak komu dobremu, słuchaj, zaraz masz zjazd na Warszawę. MNIE GPS MÓWI, ŻE MAM ZA 5 KM ZJAZD. A to se miej, myślę sobie, bo to jeden w jeziorze zaparkował przez gps. Kierowca rządzi, zawsze mnie uczono. I pojechał, jak mu gps kazał. Przez Opoczno.

A kurwiał w powietrze! Zupełnie jakby nie miał na kogo zrzucić winy. Było owszem krócej, ale to wachlowanie 50-70 po tak długiej trasie rzeczywiście może wykończyć. Przez Tomaszów już jechaliśmy, przez Opoczno też; może za rok uda się już przez Janki.

Poza tym co. Święta rodzinne, pełne pysznego jedzenia znanego z dzieciństwa, wypatrywanie Aniołka i dziękowanie mu za prezenty przez okno. Wigilia u mamy, pierwszy dzień u Sister i szwagra, drugi dzień to już Lublin. Potem rano Agnieszka, wieczorem Agnieszka i w piątek rano wracaliśmy już do Radomia. Małżonek gdyż albowiem pozazdrościł i on też ma przyjaciół i on też ma relacje do dbania, i się umówił w Warszawie z jednym kumplem, u którego byliśmy nawet na weselu. Zostawił mnie i Idę u mamy, zabrał młodego, który poumawiał się z kumplami na spacer po Nowym Świecie, bo się stęsknił za Warszawą, i w ten sposób każde z nas spędziło bardzo udany wieczór.

Wróciliśmy dzień przed Sylwestrem i po odespaniu i skonstatowaniu, że samochód jeszcze do rana jest nasz (wypożyczany), zawinęliśmy się z powrotem w drogę, do Eguisheim. Jest to niewielkie miasteczko w Alzacji, pod Colmar. W Colmar się zakochaliśmy jesienią, a tutaj - jeszcze jarmarki poświąteczne, grzane wino, światełka i klimat. Śniegu tylko nie było, ale to nam się jeszcze nigdzie nie udało. Jutro tatuś jedzie z młodą na sanki, tam będzie śnieg.

W Sylwestra przyszli do nas znajomi z córą; młode bawiły się w księżniczki i w ogóle były lekko śnięte, może dlatego, że impreza zaczęła się przed 22 (goście późno przybyli). Nie przeszkodziło to laskom dotrwać do północy i jeszcze dalej. Przed pierwszą Ida co prawda położyła się do łóżka - w ubraniu, pod na wpół złożoną kołdrę (wybaczcie, to nie był moment na przebieranie i kładzenie spać, zwłaszcza, że w domu była jeszcze Gosia, która bawiła się w najlepsze). Dopiero po wyjściu gości o 1:30 przebrałam młodą w piżamę i mimo protestów, że bez kąpieli, położyłam spać. Sylwester udany, zapomniałam upiec tosty z łososiem, czegoś mi tak brakowało na stole, śledzia bym czy inną rybkę, no ale nie ma, co poradzić. Najważniejsze, że wódki nie zabrakło, a tosty wyjadamy teraz sami.

Niepostrzeżenie, nie wiadomo kiedy, 2018 wreszcie się skończył. Owszem, miał fajne akcenty: z początkiem roku Ida zadebiutowała w przedszkolu, w lutym przyleciała mama, a w maju teściowa (niech będzie, że to też miły akcent :)), w kwietniu z ekspresową wizytą przyjechał szwagier z Mareckim, w maju Mediolan, przepiękny Mediolan! Lipiec to wesele brata, potem pobyt w Polsce na działce "u cioci Beaty i Mariusza", we wrześniu przyleciała Najlepsza z Kadrowych; nie nagadałyśmy się, chociaż próbowałyśmy nieustannie. Montreux, Colmar, Verbier, Rheinfelden. Jeszcze w sierpniu upadłam na głowę i a conto listopadowego przekręcenia się licznika, zapisałam się na siłownię. I wiecie co? I chodzę! Nie, żebym schudła, bo jak się w domu nadrabia, to nie ma siły, ale mam na papierze, że spalam tłuszcz i buduję mięśnie. Lubię ćwiczyć? A lubicie myć zęby? Nikt się nad tym nie zastanawia, po prostu to robisz. No właśnie. W listopadzie znów byłam w Polsce, mimo, że wyjazd stresujący, to rodziny mymłono ukoiło nerwy ;). Grudzień - święta, wyjazd do Polski (Idka nie chorowała w drodze w o gó le!!!). Sylwester, grzane wino, znajomi. Na luzie, na spokojnie (dobrze, że się brat ożenił, to miałam sukienkę na Sylwestra).

Z drugiej strony, pomiędzy, ten rok był bardzo trudny dla mnie psychicznie. Mimo poszukiwań i starań, nikt mnie nie chce zatrudnić - a umówmy się, że tutaj  nawet żeby zostać sprzątaczką, należy mieć szkolenie dla sprzątaczek. Żeby być asystentką, trzeba skończyć szkołę handlową o profilu asystentka. Takie coś jak romanistka z doświadczeniem w handlu nie mieści się tubylcom w głowach. Jak to, bez żadnej szkoły handlowej? A no tak to. Przede mną dokończenie poziomu B2 z niemieckiego, pewnie RAV czyli tutejszy urząd pracy (podobno zgłoszenie się do RAV skutkuje otrzymaniem pozwolenia na pobyt jedynie B, a nie C (na pięć, a nie na dziesięć lat), ale umówmy się, mnie nie zależy na mieszkaniu tutaj. Tak, wiem, tu lepiej, bezpieczniej, mądrzej, a tam PIS, wypadki i nierówne drogi. Nie zależy mi. Tak czy inaczej, ha, ha, ha, po raz kolejny mam te same postanowienia noworoczne: schudnąć i znaleźć pracę :D:D:D. Brawo ja.

Spokoju i uśmiechu (chociaż nerwów też troszkę naszarpała) niezmiennie dostarczała mi młoda. Piotrek chyba już na horyzoncie widać, że zaczyna powoli wychodzić z tego głupawego okresu; niestety - powoli. Acz ambicji na ten przykład odmówić mu nie można - planuje studiować na ETH w Zurychu, politechnice będącej w czołówce uczelni europejskich. Trzymam kciuki!

Jaki będzie 2019? A cholera go wie. Byle zdrowie dopisało, jak dotychczas. Mam kilka może nie tyle mocnych postanowień, ile kierunków:
- niezmiennie trzy razy w tygodniu chodzić na siłownię
- może bym tak dla jaj wreszcie kiedyś spróbowała jeść regularnie? Co to za męczarnia jest, o ludzie ;/
- dbać o siebie, zgodnie z radą męża (że jak sama o siebie nie zadbasz, to nikt o ciebie nie zadba. święte słowa)
- wyciszać się
- robić sobie drobne przyjemności (wczoraj, po latach, obejrzałam Szklaną Pułapkę! Ale ubaw, mówię wam! Broń w samolocie, bo policjant, papieros w budynku lotniska, boki zrywać)
- uzupełnić swoją garderobę o ubrania może droższe ale lepszej jakości; skompletować uniwersalny zestaw minimum; w szafie niemal same szmaty. Poczyniłam już pierwszy krok - kupiłam sobie śliczny sweterek od Esprit. Miałam napisać, że marka nie jest istotna, ale chyba jest - za wyjątkiem jednej pary levisów 15 lat temu, nigdy nie miałam nic markowego. Mąż, Piotrek - owszem. Dla mnie samej zawsze było mi szkoda. DOŚĆ TEGO. Sweterek z Esprita został dostarczony rzutem na taśmę tuż przed powrotem do domu, jest bardzo ładny, dobry jakościowo, jest moim magicznym sweterkiem, który ma mi przynieść szczęście. I kosztował całe 99 PLN. Łał.
- z gatunku pobożnych życzeń: o 22 odkładać telefon (i nie brać go do ręki, jak wczoraj w nocy, bo nie mogę zasnąć, i tak do 2 nad ranem...)

W tym roku Ida zaczyna państwowe przedszkole, obowiązkowe i tak samo serio traktowane, jak szkoła, a Piotrek WMS (coś jak ekonomik, handlówka, coś w ten deseń). Co poza tym przyniesie ten rok? Oby więcej pozytywnych myśli i zdarzeń. Czego sobie i Wam życzę!

Szczęśliwego Nowego Roku!

novembre

Uprzejmie informuję, że dziewczynka zdrowa. Na poniedziałkowej kontroli doktor osłuchał z każdej strony, pozaglądał w oczy, uszy i gardło, sprawdził temperaturę, a na koniec orzekł: NOTHING. Ufff.

Korzystając z ostatniego bezdeszczowego dnia, wybrałam się z dziećmi na jarmark świąteczny. Ostatni raz w tym roku, po pierwsze dlatego, że od jutra ma lać i padać na zmianę, a po drugie dlatego, że w sobotę jedziemy do Polski na święta. Jedyne takie święta na parę lat, gdzie Wigilia jest w poniedziałek i nie trzeba kombinować z wolnym w szkole - teraz to już będą dwie szkoły, bo przecież przedszkole tutaj to śmiertelnie poważna sprawa i opuszczenie jednego dnia przed Bożym Narodzeniem może skutkować najstraszniejszymi konsekwencjami, jakie tylko człowiek sobie może wyobrazić. Ale póki co, chwilo trwaj.

Jedziemy w sobotę, wracamy po tygodniu w sobotę. Jako że małżonek wziął sobie do serca moje szczere słowa (ostatnio dość często wymienialiśmy się szczerymi uwagami na swój wzajemnie temat), zatem na moją uwagę, że on nie ma przyjaciół, więc nie rozumie, że ja się chcę spotkać w Lublinie z moimi Agnieszkami, TO ON TEŻ. On też się spotka. Na szczęście nie pójdzie razem ze mną spotykać się z Agnieszkami, ale dzień przed odjazdem on podjedzie do Warszawy spotkać się ze znajomym z byłej pracy. Nie będzie gorszy.

Ostatni weekend panowie spędzili na męskiej wyprawie do Niemiec. Młody otóż zażyczył sobie mikołajowo, jeśli to możliwe, wycieczkę weekendową. Wybrali Frankfurt, bo Piotrkowi zależało na porządnym dużym mieście, drapaczach chmur, centrach handlowych czyli jednym słowem szeroko pojętej cywilizacji; nie to, co u nas na wsi, wielkie miasto 180k człowieka, i to głównie starszego człowieka. Nuda i zief. Zatem pojechali. Na moje pytanie, co też wartego zwiedzenia jest we Frankfurcie, odparli, że yyy... jarmark świąteczny. I się przeszli po starówce i też była bardzo ładna. I muzeum Goethego zwiedzili, wojna zrównała wszystko z ziemią, więc ostały się tylko cztery schodki w dół i piwnica. No ale, tu mieszkał.
Następnego dnia plan był jeszcze bardziej przemyślany, jechać do Kolonii, to już prawie pod Holandią jest, więc do domu się robi 500 zamiast 280, ale co to dla nich. Na szczęście młody oprzytomniał i pojechali do Stuttgartu, do muzeum Porsche i muzeum Mercedesa. No i tego im zazdroszczę, obiecaliśmy sobie już dawno wszyscy pojechać i nie ma mowy, w jakiś ładny weekend wybierzemy się tam wszyscy. Porsche mało ciekawe, ale merusie śliczne, każdym bym mogła jeździć...! Dostałam na pamiątkę z wycieczki nie, niestety nie merusia, puzzle 2000 kawałków, przedstawiające budynek muzeum mercedesa, szarostalowy budynek na tle jasnoniebieskiego nieba. Oraz kilka krzaczków na dole. Yhm.

My z Idą spędziłyśmy natomiast bardzo przyjemny i spokojny weekend we dwie. Upiekłyśmy kruche ciasteczka oraz pizzę na gotowym cieście. Wybrałyśmy się na spacer do spożywczego, żeby Idę już dotleniać i oswajać ze świeżym powietrzem. Obejrzałyśmy Listy do M., Ida bardzo ładnie powtarza psia dupa. Obejrzałam też długo wyczekiwaną trzecią część Listów do M., płyta leżała na półce od wakacji i czekała na grudzień, żeby już nastrój, żeby klimat, spokój i święta. Raaaany, jaki gniot. No może pojedyncze dialogi zabawne, ale całość zgrzyta, aż zęby bolą. Masakracja.

Poza tym co. Poszłam dzisiaj z dziećmi na jarmark świąteczny. Raz byłam z Idą, raz z Idą i Jurkiem, teraz udało się z Idą i Piotrkiem. Najbardziej wygrana jest jak widać Ida, za każdym razem dyniowa karuzela i jakiś łakoć. Dziś moje uwielbiane raclette popite grzanym winem z amaretto, dzieciom te takie zawijasy niczym gigantyczne rurki z posypką, tu się to nazywa Baumstriezel, oryginalnie Kurtoszkalacz, czyli z węgierskiego, mogą sobie państwo wyguglać. Smaczne ale słodkie jak pierun. Ale smaczne.

Prezenty niniejszym domknęłam, jeszcze ostatnie drobiazgi dziś kupiłam i gites. Większość czeka u mamy, tylko kilka wiozę stąd. Cały czas miałam stracha, że będziemy musieli zostać tu na święta, a wtedy z prezentami jakby kicha. A teraz to luz, stresuję się tylko pogodą i korkami, phi.

No to co, to miłego szykowania. Jutro jeszcze względny luz,w czwartek sprzątanie, w piątek pranie i pakowanie. I w sobotę - w drogę.

novembre

Zadzwoniłam wczoraj do teściowej. Od słowa do słowa, że Ida chora, że antybiotyk, a teściowa była wczoraj na firmowym śledziku i tam jeden znajomy opowiadał, jak to jego syn wyleczył się z raka, miał raka wątroby i jak leżał w szpitalu na chemii, to dwóch panów z jego sali już umarło i on stwierdził, że on nie chce być następny, i się wypisał na własne żądanie. Poszedł się leczyć do takiego znanego doktora, to znaczy w Polsce mu odebrano prawo wykonywania zawodu, ale on leczy amigdaliną i syna tego znajomego wyleczył! I nie umarł od chemii, i wyniki ma takie, że lekarze pytają, czy kiedykolwiek chorował, bo nie widać.

Na moje argumenty, że amigdalina nie leczy raka, że nie ma żadnych badań, które by potwierdzały jakikolwiek wpływ amigdaliny na raka, ale co ty opowiadasz, no przecież ci mówię, że on się wyleczył, ten syn znajomego. I Idzie dawaj dużo witaminy C, bo to też bardzo pomaga, tylko nie dopytałam, lewo- czy prawoskrętnej. Jak powiedziałam, że witamina C w czasie choroby nie działa lepiej od tiktaków (wzmacnia odporność przed przeziębieniem, w jego trakcie działa tylko u sportowców, nie u zwykłych szaraczków), to ależ skąd, no przecież ona łykała rok temu i nie chorowała ani razu. No właśnie, przed chorobą. Aż mi się historia z marsjankami przypomniała...!

Czy teściowa to stan umysłu? To się z wiekiem tak robi? Dostanę od niej strukturyzator wody pod choinkę?
Ratunku...

novembre

Poszłyśmy my sobie dzisiaj na kontrolę do lekarza. W czwartek Ida znowu zafundowała nam białą nockę, rychała na sucho jak nie wiem co, rany boskie. Rejestratorka, pierwszy front w zderzeniu z tutejszą służbą zdrowia, nakazała wrócić do tego syropku, co wcześniej, dodać drugi, inhalować i jeśli w poniedziałek będzie gorzej, to przyjść. A ne ne ne, proszę pani, ja na polskiej służbie zdrowia wychowana, nie ze mną te numery, w poniedziałek się nie dodzwonię albo dostanę numerek na czwartek na siódmą piętnaście. Pani mi zarezerwuje teraz, najwyżej w poniedziałek odwołam.

Nie odwołałam.

Poszłyśmy, dla świętego spokoju trochę. Kaszelek suchy zmienił się w mokry, znaczy odrywa się, można odkaszlnąć i jest gites. Tak sobie myślałam.

Lekarz osłuchał. Osłuchał dłużej. Obejrzał gardło, uszy. Poszedł po lepszy stetoskop, co to więcej wysłucha. Pulsoksymetrem sprawdził ilość tlenu we krwi. Podumał, podumał i orzekł: zapalenie płuc. Atypowe. Czyli nie pneumokoki czy jakieś tam standardowe, tylko inne. Córunia dostała antybiotyk na tydzień i w poniedziałek do kontroli. Tym razem piguła zapisała mnie już bez kręcenia nosem.

Lekarz pogrzebał w szafce, na czym mu się tam termin ważności kończy, dał antybiotyk, pielęgniarka od razu rozrobiła go z wodą (rany, umiem sama, naprawdę!) i do zobaczenia w poniedziałek o 10.

Młoda tymczasem trochę porysowała, trochę pooglądała bajki, trochę poskakała po tatusiu, zjadła kolację, acz niechętnie, i poszła spać. Po drodze zaliczyła drzemkę. Trochę osłabiona jest, i blada, ale Piotrek jak był mały, od października do kwietnia był przezroczysty, na sezon słoneczny zamieniał się w murzynka, i tak cały czas. Pewnie taka uroda.

I tak to u nas przedstawia się sytuacja na dwa tygodnie przed Wigilią.

Przejęta kalendarzem oraz pytaniem męża z ubiegłego tygodnia, że co ja właściwie robię w domu, bo on mnie widzi tylko przy komputerze (porządki na back-upie zdjęciowym, do przejrzenia i zmiany nazwy kilka tysięcy plików), zatem przejęta posprzątałam na święta: regał z książkami, z płytami, otwarte półki w kuchni, szafkę z sypkimi i śmietnik. Choinka ubrana, odkurzane było w sobotę, święta mogą przychodzić.

Jako, że pracę trzeba cenić, powyższe robiłam ze sześć godzin. Pracuje z domu, a niech widzi, że sprzątam! Dzieckiem się zajmuję, starszemu obiad podam, a co.

W ramach przygotowań do świąt, wyjęłam dzisiaj z zamrażalnika wszystko to, co tam się uzbierało przez jesień. Potrzebuję wyrwać się na zakupy do większego sklepu po wątróbkę, boczek i co tam jeszcze, i zrobię pasztet na święta. Mam cień obawy, tylko cień, że być może lekarz nie puści nas do Polski na święta, a wiadomo, z zapaleniem płuc się nie dyskutuje. To jakby co, pasztet i jakiegoś placka machnę, i będzie. Tfu odpukać!!

Wyjazd zaplanowany na przyszłą sobotę, przed sobotą w poniedziałek kontrola. Obstawiam, że kontrola będzie jeszcze i w piątek przed wyjazdem.

No to co, trzymajmy się zdrowo, robaczki.

novembre

Noc była upojna. Od momentu, kiedy się położyłam, młoda przez sen wołała mnie co kwadrans mniej więcej. Na pytanie, co chce, odpowiadała: - Spaaać... No to śpijże, dziecko. Dziecko spało przez następny kwadrans i akurat wtedy, kiedy mój organizm też decydował się na sen, historia powtarzała się od nowa. I tak w kółko.
Po drugiej dziecko się określiło i pokazało gorączkę. Dostała ibuprom i przespała pół godziny. Ida ma jednakże tak, że taka pierwsza dawka nie działa - przed trzecią znowu wołanie - i mimo ibupromu głowa jeszcze cieplejsza. Dostała jeszcze pół dawki i dopiero gorączka spadła.

Byłam tak przytomna, że przed trzecią wyjęłam z szafki locomotiv i intensywnie mu się przyglądałam. Coś mi nie pasowało, ale moja śpiąca z otwartymi oczami głowa nie potrafiła określić, co. Na szczęście jakiś kawałeczek mózgu skojarzył locomotiv z jazdą do Polski, a to jeszcze nie teraz, i zdecydowałam się zmienić buteleczkę na prawidłową. Spokojnie, w razie czego w domu mamy same niegroźne syropki ;-).

Prezentuję więc dzisiaj wersję zombie. Zwłaszcza, że od kilku dni jest mi niedobrze (ale komu dzisiaj dobrze) i boli mnie coś jakby z prawej strony mnie. Internet mówi, że wyrostek albo jelita albo rak trzustki, wiadomo. Jutro pójdę do medycyny i niech mi powie, co mi jest. Bo ja wiele zniosę, ale nie móc jeść? No halo!

Poza tym co. Weekend minął jak zwykle. Panowie chcieli dokądś pojechać, ale ambicje rozjechały się z rzeczywistością w momencie, kiedy młody wstał o jedenastej, prawda. Poza tym mąż zapytał mnie w sobotę, co bym chciała dostać na imieniny, więc mu odpowiedziałam, że bilet do Polski na marzec, bo chciałam z najlepszą z Kadrowych nad morze skoczyć. On na to, że spoko, Ida na pewno się ucieszy, jak zobaczy morze, ja mu na to, że nie, Ida zostanie z babcią na dwie noce, na co on, że dlaczego, a więc ja, że mnie też się coś od życia należy. Na przykład dwie doby z dala od rodziny. A Ida na plaży w marcu... taaaa... taaaa... I to by było na tyle w kwestii życzeń czy jakiegoś wszystkiego najlepszego z okazji imienin.

Żeby uratować dla siebie chociaż kawałek dnia, zabrałam młodą na uroczą wycieczkę na dworzec po pieczywo. W niedzielę po 18 tylko tam można zaopatrzyć się w artykuły spożywcze; dobra zmiana była tutaj, zanim stało się to modne w Polsce ;p. Zatem pojechałyśmy, wieczór był przyjemny, ciepły i bezwietrzny, z SBB skoczyłyśmy więc na Barfüsserplatz, bo od piątku mamy w mieście już kiermasz świąteczny. Nie mówiłam Idzie, dokąd i po co jedziemy, z zaskoczenia odebrało jej mowę - a to nie zdarza się często. Śnieg na domkach oczywiście sztuczny, ale ta ilość migoczących światełek, mikołajów, śpiewające renifery...! Zachwyt. Obejrzałyśmy wszystko, przejechała się na jedynej karuzeli, kupiłyśmy bałwanka na choinkę i wróciłyśmy do domu. Była już bardzo zmęczona i musiałam ją zagadywać, żeby dojechała do domu z otwartymi oczami.

Poza tym co. Małżonek poszedł dzisiaj do lekarza, jakieś wysiłkowe mu robili, coś długo nie wracał. Okazało się, że płuca mu się nie rozkurczają i kurczą jak należy, znaczy za mało. Być może ma to coś wspólnego z paleniem paczki dziennie przez ostatnie ćwierć wieku, ale mogę się mylić. Wersja druga - astma (teściowa też choruje). Mąż do sprawdzenia u pulmonologa, do którego chodził wcześniej na okoliczność swojego chrapania.

Przy okazji - zmieniamy ubezpieczyciela zdrowotnego. Gdy się sprowadziliśmy, mieliśmy miesiąc na podpisanie umowy ubezpieczeniowej; broker wcisnął nam wszystko, co się dało, zwłaszcza, że ja wtedy byłam w ciąży, więc łykaliśmy dodatkowe pakiety jak młode pelikany. Teraz przyszło otrzeźwienie, spowodowane głównie wysokością składek do zapłacenia :). Od stycznia będziemy mieli nowego, tańszego ubezpieczyciela na porównywalnych warunkach, ale dla dzieci dużo lepszy pakiet, och i ach i w ogóle. Zobaczymy.

I tak to proszę państwa. Mąż pracuje z domu, młoda trochę rozrabia, ale jutro do przedszkola nie wiem, czy się nada. Młody zaraz wpadnie ze szkoły na szybki obiad i abarot na popołudnie.

Na siłownię chodzę, a co. Dorzuciłam sobie gdzieniegdzie po kilogramie, żeby mi lepiej szło. Oraz okazało się, że pomyliłam maszyny i jedno robiłam nie to, co trzeba. Ale nie zaszkodziło mi, jak widać.

novembre

Wtorek. Spokój i cisza. Ida padła na drzemkę, rozżalona, że matka odmówiła włączenia bajki. A tu okazuje się, że dziecko nie bajki potrzebowało, a snu.

Młody pojechał z kolegą do miasta, pomóc wybierać koledze prezent urodzinowy, oraz do Maca. Potem jeszcze siłownia i oczywiście, że on pamięta, że jutro klasówka z geografii.

Małżonek pojechał dziś do biura, wczoraj jeszcze został w domu, bo mroźno i nie chce mu się rano wychodzić na to minus cztery. Dzisiaj już mu się chciało.

Ja dziś w ferworze prania, rozebrałam nasze łóżko, i piorę, i suszę. No właśnie, czas już iść do suszarni, bo pewnie suche na wiór. Zapomniałam.

Jaaak mi ta gorąca herbatka dobrze zrobiła! Rozgrzała od środka i rozmarzyła, chyba zaraz położę się obok młodej.

A właśnie, gemeinde przysłała papiery, żeby wybrać przedszkole dla młodej, od sierpnia. Skończy się wyjeżdżanie kiedy się chce, przedszkole jest tak samo obowiązkowe, jak szkoła i gdyby np. sprawa spadkowa trafiła się rok później, to zapomnijcie, że mogłabym tak sobie wyjechać na dwa tygodnie. Eh.

Wczoraj spadł pierwszy śnieg. Młoda wpadła w szał radości, że śnieg, bałwany, sanki, renifery, prezenty, święta, choinka! Piękna, szczera radość dziecka. Pozazdrościć.

Święta, o właśnie, zaczęłam już planować; odpaliłam tabelkę w Excelu, żeby ogarnąć prezenty oraz "co zabrać do Polski" i "co zabrać z Polski".

Młody wrócił, będzie się uczył, ambitny człowiek. Już drugi raz w tym semestrze słyszę, że będzie się uczył.

To ja jednak na drzemkę. Kwadrans power nap i wrócę jak nowa.

novembre

Czwartek. Jakiś ten tydzień porypany.
Rano rozpusta, pospałam do 7.30. Przyszła młoda, gilgotki pod paszkę, przy czym według niej paszka to zgięcie łokcia, no ale spoko. Poranny rozbieg, śniadanie, dzisiaj na wypasie, młoda zjadła pół suchej bułki. Nie chce nic innego jeść na śniadanie, ani płatki, ani jajka. Parówki oprotestowuje, że są tylko na kolację. No nic, nadrabia drugim śniadaniem.

Cały ranek byłam skupiona, żeby nie zapomnieć o przedszkolu, bo odbieramy sobie nieobecności z pobytu w Polsce i chodzimy dodatkowo w czwartki na 13:45. Jakoś nieogarnialna jest dla mnie ta godzina, nie wiem, o której tramwaj, o ile wcześniej się zbierać, problemy pierwszego świata jednym słowem.

Po przedszkolu wstąpiłyśmy tradycyjnie do piekarza po rogaliki. Ida, jako że późna pora i panie za chwilę pewnie odsyłały nie sprzedane pieczywo, dostała ludzika z ciasta (na Mikołajki dzieci dostają tu oprócz prezentów Mikołaja z bułkowego ciasta, albo któregoś jego krewnego; są różne wersje, posypane grubym cukrem, ze sztangą batonika czekoladowego pod pachą itp). Jako, że była zmęczona, zaczęła ryczeć, że ona nie chce ludzika z cukrem tylko rogaliki i niech jej tu sprzedawczyni nie miesza!! Wytłumaczyłam, że rogaliki są, a ludzik to prezent, przeprosiłam panią za gwałtowną reakcję córki, młoda ogarnęła się i wydusiła z siebie Dankeschön, i uff, poszłyśmy.

Do wieczora walczyłam z młodą, żeby nie zasnęła, bo naprawdę była bardzo zmęczona. Przetrzymałam ją do 19 z minutami, dałam kolację. Przykazałam młodemu pilnować siostry i pojechałam z dziewczynami na zakupy do Niemca. Jednym samochodem, nas trzy, zawsze to weselej, no i niech się chłopy wykażą i ogarną dzieci do spania.

Ta.

W sobotę byliśmy na zakupach i wydawało mi się, że jak dzisiaj wydam 50 euro, to ho ho, świat i ludzie. Yhy. No cóż, urok hipermarketu, no i przy okazji, skoro samochodem, to kupię jeszcze to i to, i to, poleży, nie zepsuje się, nie będzie trzeba zaraz jechać znowu (w sobotę całkiem bez sensu pojechaliśmy do francuskiego geant, gdzie nie mogłam się odnaleźć, ceny były dwa razy wyższe niż u Niemca, no i w ogóle bez sensu. Było jechać do lidla).

Wracam 21:20, dziecko ma pobudkę jutro po siódmej do przedszkola, żeby się wybudziła, zjadła, ogarnęła itp. Na dźwięk otwieranych drzwi dziecko zostało zgarnięte do wanny - bo przez półtorej godziny nie chciała jeść kolacji, albo nie smakowało jej moje, albo tatuś zapomniał, po powrocie z pracy, że ma dziecko, które rano wstaje, albo w ogóle, że ma dziecko, i tak dalej, i tak dalej. Sami wiecie. Weszłam w próg, szlag mnie jasny trafił z miejsca, wyciągnęłam Idę z niemal pustej wanny, ogarnęłam, przeczytałam książeczkę, odprawiłam spać.

Ach, i jeszcze miłe popołudnie miałam, sponsorowane przez pms, prawda. Zachciało mi się zajrzeć na stronę z ogłoszeniami o pracę, ewentualnie na stronę z doszkoleniami, kursami, perspektywami. Stwierdziłam, za Elektrycznymi Gitarami, że co ja robię tu, i gdybym mogła cofnąć czas, i tak dalej, poryczałam się bardzo niekonstruktywnie, i tyle.

Wczoraj szczęśliwie skończyłam fizjoterapię. Za tydzień mam wizytę u ortopedy, mam do niego jeszcze jedną sprawę, ganglion na lewej dłoni, który nie wiedzieć skąd i po co wyskoczył mi już drugi raz; pierwszy, oczywiście po tamtej cholernej stłuczce. Co jeszcze się będzie ciągnęło za mną po tej stłuczce??

Zatem zobaczymy, co na to powie ortopeda, internety piszą, że uciskać, ale to boli uciskane, a ja sado maso niekoniecznie. No, chyba, że jakiś przystojny...

No, to fizjo mi się skończyło, teraz będę sobie spokojnie na siłkę latała po odstawieniu Idy do placówki, i może jakiś czas dla siebie wreszcie. Te ogłoszenia zacząć czytać, i wysyłać, i sama nie wiem co.

Acha, po wielu ciężkich cierpieniach wyklarowała się mężowi sytuacja ze świętami. Albowiem należy on do kolekcjonerów urlopu i kadrowa zadzwoniła, że nie miał w tym roku dwóch tygodni ciurkiem. A jak miał mieć, się pytam, skoro przyszedł w czerwcu, w lipcu mu nie dali, na wesela, tylko latał jak głupi, w te i nazad, teraz na święta też schody robią? Otóż okazało się, że w sumie na święta jednak, jednak, po wielu analizach i przemyśleniach, mogą mu dać wolne. Dwa tygodnie (tydzień na święta to ja rozumiem, ale drugi tydzień w pełnym składzie w domu? Ktoś tam chyba czegoś nie przemyślał jednak, halo? Może go w góry wyślę, czy coś). Mamy więc opcję wyjazdu na święta raczej ogarniętą, w teorii oczywiście, wiemy, kiedy wyjeżdżamy i wracamy, nie wiemy jeszcze, czym, ale to już męża fantazja, co tam sobie wypożyczy, prawda. Na Sylwestra mocno wstępnie umówiłam nas do Agi i Tomasza, tutejszych znajomych. To znaczy, oni do nas pewnie; laski będą ćwiczyć układy choreograficzne do mam tę moc i dancing queen, my dorośli sobie pogadają, być może do dancing queen potańczą, a kto wie, może i do mam tę moc?, coś do tego wysączą, i będzie gites. Albo i nie, bo wybierzemy pracę w podgrupach i zalegniemy z netfliksem i czipsami na całą noc, jak rok temu, i tak też jest fajnie.

Jedną z zaprawdę nielicznych zalet wypadu do francuskiego geanta było belgijskie piwo Leffe, które uwielbiam. Oto przede mną już niemal pusta puszka wersji blonde, chlip. Ulubione Royale blonde było w sześciopaku i nie wiem, miałam opory, żeby je kupić. Zimno jest i kiedy ja bym sześć piw wypiła?

Dawno temu, w poprzednim życiu, jak z towarzyszką Ewą Be latałam służbowo do Lille, chadzałyśmy sobie na kolację do pewnej miłej pizzerii, gdzie składanie zamówienia zaczynałyśmy od "Leffe Royale cinquante, s'il vous plait". 50, bo oni w decylitrach. I pan nam przynosił po leffku, a potem dopiero człowiek decydował, co też dzisiaj zje i dlaczego znowu taką samą pizzę (bo lubimy to, co znamy, po prostu). Ostatniego wieczora, gdy nasz kelner dowiedział się, że następnego dnia wracamy, postanowił nas uhonorować i godnie pożegnać. Po rozliczeniu rachunku powiedział z dumą w głosie: SPASIBA! Dostałyśmy z Ewką spazmów ze śmiechu, a on bidny nie wiedział, o co chodzi.

Trzeba mu oddać sprawiedliwość, że same byśmy nie odróżniły ukraińskiego od rosyjskiego albo czeskiego od słowackiego, itp. Ale co nas rozbawił, to nasze. Liczy się pierwszy efekt.

To co, kończymy ten słowotok już chyba. Młody cierpi na okoliczność tygodnia wredoty matki; po niedzielnej jego kąpieli o 1:24 (do pierwszej oglądaliśmy netfliksa) poprosiłam USILNIE, żeby się wieczornie mył do 23 i po tej godzinie żeby telefonik nocował u nas w sypialni. No i cierpi biedak, bo myślał, że mi po jednym dniu przejdzie, a tu nie, trzyma i nie zamierza puszczać. No zeźlił mnie, kurcze, my już spaliśmy, obudził mnie szum jakby heavy metalu gdzieś daleko, ale kto o tej porze metalu słucha? A to woda leciała do wanny i młodzian rozkosznie moczył sobie półdupki. Uhhhhh ;/.

Jak widać, z zakończeniem słowotoku jest u mnie problem i widzę tu obszar do pracy nad.

Dobranoc tymczasem, muszę zarekwirować jeden telefon z łazienki.

novembre

Dzień dobry, mamy poniedziałek.
W sumie nic się nie dzieje. Idka podziębiona, smarka, kicha i nie chce spać w nocy. Przez weekend zjeżdżała na drzemkę o 18, więc powodzenia, pół nocy z głowy - i nie, że ciągiem, nie. Przysypiała i się budziła, i tak co kilka - kilkanaście minut. Dziś na szczęście odpłynęła po 14, na dwie godzinki, ale mam nadzieję, że teraz zaśnie jak człowiek.

Dobry wieczór, mamy wtorek. (ERRATA: Mamy środę!!) Młoda zasnęła niespodziewanie szybko i nie było łatwo jej rano obudzić. Oraz pierwszy raz od wiosny marudziła, że nie chce iść do przedszkola. Podejrzewam, że z niewyspania, bo panienka chyba odrabiała ostatnie kilka zarwanych nocy, kiedy to nie mogła zasnąć, nie podobało jej się w pokoju, nie miała ochoty spać sama, ale do nas nie chciała, itp. Aż wreszcie padła.

Podziębiona Idka, właściwie my wszyscy podziębieni. Panowie smarkali już od kilku dni, bo poranki mamy rześkie, ja przemarzłam dzisiaj, w drodze do przedszkola, na zakupy, do apteki, na fizjoterapię i znów w biegu po Idę. Dojrzałam do tego, żeby jutro po południu podjechać do miasta po cienką czapkę; mam tylko jedną, grubą, zimową, czerwoną czapę mikołajową; jeszcze na nią za wcześnie. Oraz rękawiczki Idzie trzeba kupić, bo nie ma żadnych; a było w pepco kupić te z elsą i anną, trudno. Przynajmniej bym miała z głowy. No nic, wezmę jej zwykłe dzianinowe, jak śnieg będzie na horyzoncie, czyli pod koniec stycznia, akurat na wyprzedażach dostanie narciarskie ;).

Nie wiem, o co chodzi, ale odkąd się ochłodziło, jem. Jem i jem i jem. I nie, nie sałatę, od sałaty mi zimno. I nic nie pomaga, musi być kaloryczne i treściwe; dużo, gęsto i często, jak to mawiał dziadek. Pierwszy raz tak na mnie jesień podziałała. Pozostaje mieć nadzieję, że wiosna podziała dokładnie odwrotnie, jedzenie mi zbrzydnie i się tak wylaszczę, że mnie mamusia nie pozna. Póki co - mleczna Cailler.

W tak zwanym międzyczasie, czyli od poprzedniej notki do teraz, były moje urodziny. Okrągłe. BARDZO OKRĄGŁE. Nie ukrywajmy, nie było łatwo i do tej pory jeszcze nie do końca przechodzi mi to przez gardło (ubawiłam panią sędzinę, bo na standardowe pytanie o wiek, odpowiedziałam: prawie czterdzieści. No co, to było ponad tydzień przed urodzinami!!). Dla zatuszowania sędziwego bądź co bądź wieku, kupiłam sobie takie coś do mycia twarzy z Lush oraz ich serum. Zobaczymy, piękniejsza może od tego nie będę, ale za to polepszy mi się samopoczucie, a to też ważne.

A co u Was robaczki?

novembre

Jak dobrze jest wrócić do domu! Otworzyć okna, przewietrzyć dwutygodniowy zaduch. Wyrzucić z lodówki jedzenie z białym lub - co kto lubi - zielonkawym nalotem. Odkurzyć, umyć podłogi. Lepiące się i noszące ślady kuchennych rewolucji męża. Młody sprzątnął łazienkę, uporządkował górę papierów (poskładał, związał w paczki i wyniósł do piwnicy, żeby tam czekały na datę odbioru. Pamiętacie z dawnych czasów, jak się nosiło makulaturę do szkoły? No, to my mamy tak samo, tylko nie dostajemy papieru toaletowego w zamian). Uporządkował - bo nie było wiadomo, czy ja w ogóle wrócę i zagonię do sprzątania i być może będzie można po prostu rzucać gazety na stertę, i rzucać... Wyniósł papiery do piwnicy, wyniósł szkło i alu do dzwonów, w międzyczasie usłyszałam burknięte pod nosem "no, już się zaczęło". I tak to już pięć godzin i kilka pralek później, siadłam sobie na spokojnie z herbatką. Jak dobrze jest wrócić do domu.

W Polsce było fajnie. W Lublinie co prawda wiało, padało i rzucało żabami, ale spotkania towarzyskie rekompensowały mi tę niedogodność. Zresztą, z Idą i przy takiej pogodzie, i tak niemal wszędzie poruszałam się taksówkami, jak ostatni burżuj. Wyskoczyłam na pół dnia do Warszawy, zameldować młodą. W pociągu Francja elegancja, działające gniazdko do prądu i takie tam szykany. Na Zachodniej wysiadam, wychodzę tym nowym wyjściem (nie byłam dawno w tych okolicach, a tu nagle przeszklone biurowce, nowoczesność w domu i w zagrodzie, i w ogóle), zatem wychodzę - taksówek nie ma. Mnie się spieszy, a pani "proszę czekać, będą sukcesywnie podjeżdżać". Taaaa. Jakby trochę mało czasu miałam, bo tego samego popołudnia jechałyśmy do L. Na szczęście akurat wtedy drogę przebiegł mi szczur (wietnamskie knajpki; i teraz nie wiem, brak higieny czy menu uciekło...?), uznałam to więc za dobry omen, i rzeczywiście, zameldowałam Idę bez problemu i zdążyłam spokojnie na powrotny pociąg.

W Radomiu było super, była siostra, był brat, dużo ludzi, śmiechu, żartów i poczucia humoru, czyli tego, czego mi w moim osobistym domu tak bardzo brakuje. Sprawa w sądzie poszła gładko, sędzina włożyła nam w usta oświadczenia o zrzeczeniu się spadku, podpisaliśmy, co trzeba, i z głowy. Jeszcze tylko adwokatka doprowadzi do końca sprawę w imieniu Idy i Piotrka; trochę to potrwa, ale trudno, w sądach też kolejki.

Swoją drogą, jakie to szczęście, że sprawę mieliśmy 30.10., a nie 12.11., bo gdybym przyleciała i okazałoby się, że parlament przegłosował wolne, i że sąd przełożyłby rozprawę, a kosztów dojazdu (dolotu ;p) nikt mi nie zwróci, to lekko bym się wkurzyła;/. No, przyleciałabym drugi raz, pewnie, że tak, znowu zrobiłabym rundkę objazdową, no ale umówmy się, główny cel był zrzec się spadku.

Oraz w kinie byłam! Dwa razy! Raz na Serce nie sługa (nie idźcie, miała być komedia a było nie wiadomo co, a jak się rozkręciło, to główna bohaterka umarła, bez sensu) oraz 7 Uczuć - i na to idźcie koniecznie. To nie jest komedia i nie miała być, ale jest świetna i daje do myślenia. Bardzo mi się podobał.

Wczoraj, noc przed wylotem, nocowałyśmy u mojej koleżanki ze studiów. Ania jest kochaną osobą, zdolną swoją dobrocią człowieka udusić, coś jak z kotkiem z całej siły przyciskanym do serca, i ojejku, główka odpadła, temu misiu. Tfu, kotku. Niemniej przetrwałyśmy atak opiekuńczości gospodyni, było bardzo miło, jedynie pobudka przed szóstą rano nie była miła, ale co poradzić. Samolot nie poczeka.

Pierwszy raz leciałyśmy easy jetem; do końca października naszą trasę obsługiwał jeszcze wizzair, ale ponoć optymalizował koszty, czy coś. Easy jet zdegustował mnie jedynie tym, że nie zabierają bagażu podręcznego w czekinie, a umówmy się, bagaż podręczny miałam na maksa: dwie torby, które nie były ciężkie, ale za to tak pękate, jakbym w środku przewoziła pudełka z nowymi grami dla Idy oraz trzy puchate, ciepłe swetry, z czego dwa dostane od teściowej. Oraz ręcznik 100x150, który sobie kupiłam, żeby wreszcie móc się fajnie tak dookoła owinąć po kąpieli. Albo jeśli czegoś zapomniałam i muszę wyskoczyć z łazienki. Oraz do kompletu ręcznik do włosów, już normalny, 50x100, ale umówmy się, trochę się zrobiło pękato w torbach. Na drugi raz chyba przemyślę zakup torby próżniowej na ubrania. Bo, co jest akurat w easy jecie miłe, jest tylko limit wymiarów, a nie kilogramów. Więc jeśli jakaś sztabka złota, czy co, to śmiało w podręcznym można. No i przed samym samolotem zostawiłam im te torby i wózek Idy (służący głównie do transportu toreb w czasie tej wycieczki), i już jak białe ludzie tylko z reklamówką wypełnioną bezcłowym trunkiem, gazetami, ponikucykiem, lalką Anną, tą od Elsy, suchą bułką na wszelki wypadek, wsiadłyśmy do samolotu. Rękawem! Nie jak jakimś wizzairem ;p.

W samolocie Ida zwinęła się w pół kulki i przespała cały lot. Trochę trzęsło na górze i w trakcie lądowania. Może dlatego, że kompletnie nie było zaokna, chmury do samej ziemi. W Warszawie w sumie podobnie, smog do samej ziemi i też nic nie widać. Stewardessy zrobiły tylko pół serwisu kawowego i siedziały przypięte do samolotu.

Teraz córunia śpi już od godziny; tatuś włączył jej piosenki abby na komputerze, dziecko siadło w dużym, wygodnym fotelu, ze słuchawkami na uszach... i zjechało do bazy. I dobrze, ominęło mnie dzisiejsze cała Szwajcaria czyta dzieciom, a jutro pobudka o siódmej, bo przecież do przedszkola. I na fizjo. I na jakieś zakupy pewnie.

To co, idę testować nowy ręcznik, bo też mi się oczka kleją. Obym tylko nie zasnęła w wannie, bo jest dłuższa ode mnie, a jeszcze bym wam coś popisała przed śmiercią.

To dobranoc się z państwem.

novembre

Sobota. Ostatnie pranie się pierze. Dobrodziejstwo suszarki elektrycznej: za dwie godziny wszystko będzie suche i spakowane do torby. Właśnie, do torby: jestem w trakcie nowego doświadczenia: zmieść się w dwóch torbach i max 10 kg każda! Do tej pory po prostu wrzucałam do walizki, co mi tam było potrzebne, siadałam na niej, żeby domknąć, i już. Luzik. Ale teraz lecimy tylko na dwa tygodnie, więc bez sensu brać wielką walizkę. Która kosztowałaby tyle ile mój bilet. Zatem ostatnie pranie, rzeczy już albo spakowane, albo czekają na łóżku (na zmiłowanie), w ostatniej chwili trzeba wrzucić sery z lodówki. Kartę playową do portfela, a przy okazji i portfel polski zabrać. Klucze. Kosmetyczka już. O 19 weź pigułkę. Młoda już od rana woła o kolację, bo miała zapowiedziane, że po (wczesnej) kolacji jedziemy na lotnisko. Oraz miała pretensje do słońca, że wzeszło. Dopóki niebo było zamglone, była szansa, że zaraz znów zrobi się ciemno i zamiast lunchu zjemy tę wczesną kolację, a tu takie rozczarowanie.

Młody miał dzisiaj do południa Kuchenverkauf. Polega to na tym, że matki pieką ciasta, a synowie, uczniowie ostatnich klas szkoły, rozstawiają się w sobotę rano przed sklepami spożywczymi w okolicy (albowiem zakupy robimy patriotycznie w najbliższym szwajcarskim sklepie i nie jedziemy do Niemca czy Francuza oszczędzać kupę kasy, tylko kupujemy płyn do prania za 12 franków, zamiast identyczny za 4 ojro. Oczywiście. No ale, koniec dygresji.) Zatem młodzi rozstawiają się przy wejściu do sklepu (za zgodą tegoż) i proponują swoje produkty. Tradycja ta powtarza się co roku wiosną i jesienią; młodzież zbiera w ten sposób pieniądze na obóz letni na zakończenie szkoły. Chwali im się, trochę postoją, trochę pobajerują. Klienci bardzo chętnie wspierają młodzież, kupują, czasem nie kupują tylko wrzucają pieniądze do puszki - nie ma ustalonej ceny za kawałek ciasta czy muffinkę, każdy wrzuca tyle, ile uzna za stosowne. Chłopacy zwinęli się po niecałych 4h do domu, bo została im jedna ostatnia muffinka, którą solidarnie zjedli na cztery gryzy :D. Po podliczeniu kasetki odtrąbili sukces - uzbierali 452 franki! W marcu powtórka z rozrywki i już wiem, że muszę upiec ze dwa ciasta, albo i trzy. Będą mieli chłopaki szansę więcej zarobić.

Za oknem ostatnie podrygi złotej polskiej jesieni, bo i tutaj będzie się ochładzać. Co prawda nie tak gwałtownie, jak w Polsce, niemniej ochłodzenie i tu zawita, i nareszcie. Dziś jeszcze na ciastka do młodego poszliśmy piechotą, bo to słoneczko wredne wyszło zza mgły, bo szuranie liśćmi, bo sucho i miło. Ostatnio pod naszym balkonem był borsuk! No chyba, że ktoś psu namalował białe paski na łepku. Wokół jest dużo lasów, ale że chciało mu się tak na osiedle wchodzić? Oraz jeża spotkałam, tuptał chodnikiem, kulturalnie. Doszedł do mnie, zatrzymał się, zrobił w tył zwrot i dał dyla pod siatką ogrodzeniową w trawę. No nie wiedziałam, że jestem aż tak antypatyczna, żeby trzeba było przede mną zwiewać. Eh.

Oraz standardowa porcja humoru rodzinnego na dziś: przed wyjściem chodzę po domu, czegoś szukam, ubieram się, Ida chodzi za mną i mantyczy, ja nie mam cierpliwości. Wspierający małżonek rzuca: to ty chciałaś mieć drugie dziecko.
Kurtyna, oklaski. Do widzenia się z państwem za dwa tygodnie.

novembre

A mówiłam, żeby na rwanie zęba umówić się na piątek! To nie, bo w poniedziałek gorsze lekcje przepadną. No, to teraz przepadły mu jeszcze i dzisiejsze, i kto wie, co z jutrzejszymi.

Usunął mu wczoraj dwie ósemki z prawej strony; jedna wyszła w miarę gładko - choć nie tak, jak miesiąc temu, druga za to go wymęczyła okrutnie, do tego szwy, no i boli tak, że apapy nie pomagają. Biedacyna. Kolejne, ostatnie już rwanie, za miesiąc tym razem w piątek. Oby poszło gładko, bo aż żal patrzeć na tę kupkę nieszczęścia.

W sobotę lecimy. Mam nadzieję, że uda mi się spakować sensownie w dwie torby po 10 kg każda. Tego jeszcze nie ćwiczyłam, a pierwszy raz lecimy bez bagażu rejestrowanego. Jeszcze zakupy trzeba zrobić przedwyjazdowe, może jednak kawałek książki do niemca zeskanować, żeby w wolnej chwili przejrzeć, załatwić pierdyliard spraw przed wyjazdem, i w drogę.

Małżonek z wrodzonym sobie dowcipem oznajmił, że żona kolegi wraca później z Polski, niż było w planach, ja lecę w sobotę, w niedzielę więc pojadą wspólnie gdzieś w Alpy koić smutki na szlaku. Młody się ucieszy, bo pewnie wymiga się masą nauki i będzie miał cały dzień wolną chatę. Win-win.

Piękna pogoda u nas, niechby może już się skończyła, bo ile można w balerinach popylać. Zdecydowanie nie jestem typem człowieka, który mógłby mieszkać w kraju z jedną porą roku. Nie, żeby mi już brakowało listopadowej aury, ale zmieniające się pory roku porządkują człowieka od środka, wydajemisie.

No to co, zjem coś i na niemca trzeba jechać. Dziś dla odmiany pół nocy spędziłam przy łóżku młodego, na szczęście na kursie dziś Tobi, prowadzący, u którego nie da się zasnąć. Obym nie stworzyła precedensu.

novembre

No to tak. Jako że zmieniłam siłownię, przysługiwało mi mierzenie zawartości siebie. Spuśćmy zasłonę milczenia na same kilogramy, chamy jedne, natomiast okazało się, że przez ponad miesiąc ubyło mi dwa kilo tłuszczu, a przybył kilogram mięśni. Ludzie, mam to na papierze, kilogram mięśnia mi przybyło! Dołożyłam sobie ostatnio pół godziny rowerka; stawiam kindla przed sobą i czytam, a nogi kręcą.

Oraz. Jako że lecą mi garściami włosy i paznokcie (czy paznokcie lecą garściami? Hm...), poszłam do dermatologa, niech mi da jakieś cudo. Dała, eureka, biotynę i wzięła krew pod mikroskop. I teraz - ja się nie znam - czy jest na sali lekarz? - mam hemoglobinę bardzo ładną, jak na mnie oczywiście, 12,4, za to coś, co się nazywa Ferritin, mam skandalicznie poniżej normy. Podobno jest to białko zatrzymujące żelazo we krwi, ale tu się mogę mylić, bo czytałam po chińsku. Koniec końców medycyna orzekła, że łykanie tabletek z żelaza to bez sensu, zapraszamy na wlewkę. Poszłam więc w czwartek na imprezę; wyglądało jak piersiówka taka zero dwa, ale w środku była sól fizjologiczna. Po kilku minutach piguła wbiła się grubą igłą do piersiówki i wstrzyknęła fiolkę brązowego płynu. Podobno żelaza. Dziwne uczucie, do tej pory było w drugą stronę, szłam do RCKiK, oddawałam krew, dostawałam czekolady i gites. A tu leżę, igła wbita, ale tym razem mnie karmią. No dopsz. Za tydzień powtórka z rozrywki i w grudniu sprawdzimy, czy to coś pomogło, czy nie.

Mąż się tylko obawia (o własną skórę się obawia...), co to będzie, jak ja po tym żelazie dostanę obiecanego kopa energii. No co, piwnica jest do sprzątania. Myślę, że to będzie pierwszy objaw. Piwnica.

Młodemu kończą się ferie jesienne, staremu kończy się miejmy nadzieję przeziębienie (życzymy zdrowia, ile można w domu siedzieć!!). Jeszcze tylko niedziela i od poniedziałku wracamy do utartego rytmu. Co prawda tylko na tydzień, bo lecimy do Polski, ale zawsze.

Tymczasem jest sobota wieczór, najlepszy moment, aby... pouczyć się niemca.

novembre

Dzień dobry. Zdaje się, ominęłam dwa poniedziałki. Przepraszam i nadrabiam.

Najlepsza z Kadrowych przyjechała! Spędziłyśmy bardzo intensywne kilka dni razem, polegające głównie na jeżdżeniu i zwiedzaniu, zachwycaniu się i jeżdżeniu znów. Oraz żałowaniu, że tak krótko i tak szybko. Oraz pierwszy wieczór skończył nam się za pięć czwarta, zupełnie nie wiem, jakim sposobem.

Aga jest moją osobistą terapeutką. Ja z ADHD, nerwowo szukająca odpowiednich serwetek pasujących do obrusa, a ona: spokojnie, daj ręcznik papierowy i też będzie dobrze. Na spokojnie. Żyj i daj żyć innym. Zwolnij. Takie proste, a takie trudne. Wchodzę do niej do domu, siadam w moim fotelu - i zaczynam oddychać. Tętno zwalnia, zmarszczki się prostują. Magia, panie ;).

Zen był tylko częściowo zakłócony przez naszych panów, z którymi jeździłyśmy na wycieczki (Ida, dziecko idealne na podróż, miała taki sam zen, żeby nie powiedzieć inaczej, co ona miała i jak bardzo). Na szczęście humory naszych panów były krótkotrwałe i po paru minutach znów panowała rodzinna sielanka. Oraz, kolejna magia, dogadywali się bez problemu. Od razu znaleźli wspólny język. Mąż mi tylko potem wyznał, że nie podobał mu się styl jazdy kolegi. Kolega zawodowy kierowca, jeździł nie według zasady "szybko ale pewnie", ale naprawdę zero stresu i zero strachu. No, ale mój mąż ma trochę inny styl jazdy, ekhm, jakby wolniejszy, więc nie dziwny mu się. Wybaczamy.

Po pięciu dniach dobre się skończyło i Najlepsza z Kadrowych poleciała do domu. Zostały zdjęcia i wspomnienia. Oraz plany na kolejną wizytę.

Póki co, ja się szykuję do Polski. Lecimy za dwa tygodnie na dwa tygodnie. Grafik jak zwykle napięty; fryzjerka już umówiona, tydzień w Lublinie, tydzień w Radomiu, wypad do Warszawy, żeby zameldować córunię. Lecimy wizzairem, wracamy easy jetem, bo akurat się linie zmieniają w grafiku. I dobrze, przetestujemy pomarańczowych.

W ubiegłym tygodniu z okazji urlopu męża pojechaliśmy do Berna, złożyć młodemu wniosek o paszport. Przy okazji spacer do misiów, widoki z tarasu za parlamentem, Alpy na horyzoncie nam z ręki jadły! Pierwszy raz pojechaliśmy też do Zug, bo tam pracuje polecana nam brokerka od ubezpieczeń. Przy okazji wizyty rozjaśniła nam parę kwestii technicznych, uświadomiła, że podstawowe ubezpieczenie możemy zmieniać co roku i tylko dodatkowe było na pięć lat. Oraz wstępnie wyliczyła nam składki u innych ubezpieczycieli, gdzie przy porównywalnej jakości usług i wszystkich potrzebnych nam pakietach, zaoszczędzimy ok 300 CHF miesięcznie. Nagle poczułam się taka bogata...! (jak już przestałam się czuć dymana przez poprzedniego brokera ;/). Ehh. W sumie, zaraz na wjeździe do kraju trzeba w ciągu bodajże miesiąca podpisać umowę na ubezpieczenie zdrowotne, a konia z rzędem temu, kto to sam ogarnia, nie będąc Szwajcarem lub rezydentem tutaj dłużej niż 10 lat.

Chociaż z drugiej strony szacun dla mojego męża, rozliczył i wysłał podatek! Albowiem się okazało, że przedłużać owszem, można, ale po 6 miesiącach przedłużania trzeba ich zapytać na piśmie, czy można jeszcze. Oni odpowiedzą i dopiero wtedy można sobie spokojnie odkładać na jutro. Zatem mój mąż szczęśliwy w swej niewiedzy zalogował się do systemu podatkowego, kliknął o przedłużenie i wyskoczył mu komunikat ze środkowym palcem i tekstem: teraz to już za późno, składaj co masz i goń na pocztę! Co też czym prędzej uczynił. Nie załączył jedynie jednego kwitka, bo go dostał już po wysłaniu papierów (miał go załatwić wcześniej, ale przecież zdąży; chodziło o wyciąg z konta młodego z informacją z banku, ileż to młody miał oszczędności na koniec roku). Niemniej przymuszony przez instytucję, dostał szwungu i załatwił prawie wszystko prawie na czas. Czyli w normie.

Poza tym co. Wyartykułowałam prośbę o prezent urodzinowy, został zamówiony, dostarczony i uruchomiony. Od teraz książki, a przynajmniej ich większość, będę czytać na kindlu. Oraz odpadnie dźwiganie ich w walizce, co też ma swoje zalety. Oczywiście nic nie przebije papieru, czytania w wannie i przybrudzonych jedzeniem kartek, niemniej względy praktyczne wzięły górę.

No dobrze, po zarwanej nocy (czyżbym nie mogła spać nie tylko w czasie pełni, ale też i nowiu? Dziękuję uprzejmie za taki bonus ;/) czuję się trochę jak zombie. Udam się zatem na regenerującą drzemkę. Kwadrans i będę nówka sztuka.

Do miłego się z państwem.

novembre

Niedziela. Idunia, kochane dziecko, wstało 7:30, na szczęście bajka i ekspresowe śniadanie uratowało jeszcze godzinę snu. Wczoraj zabrałam ją na cały dzień na dwór, dzisiaj już łeb urywa i front nadchodzi, więc było wiadomo, że trzeba korzystać. Poszłyśmy się spacerować do parku, na place zabaw, przewłóczyłyśmy się cztery godziny, po obiedzie znów. Małżonek miał w tym czasie skończyć wreszcie rozliczenie PITa (tutaj można przedłużać w nieskończoność, oczywiście odpłatnie, więc przedłużał i przedłużał, ale w ten weekend, to on już się weźmie. Najnowsze wiadomości podają, że się weźmie dziś po obiedzie). No to myślałam, że trochę pośpi dzisiaj, córunia, nie mąż. Mąż tam zawsze pośpi, na pstryk.

Poszłam z młodym na siłownię, potem do piekarza na herbatę i ciastko. Żeby nie było, że tylko z młodą spędzam czas. Babeczka malinowa na kremie waniliowym, i żeby nie było za mało słodko, babeczka wysmarowana jeszcze  czekoladą. Dobrze, że już bez polewy na wierzchu. Oni tu wszystko słodkie do wiwatu robią. Oraz moja ulubiona zielona herbata, japońska sencha. Wzięłam dzisiaj na wynos, bo zawsze mi się serce kraje, jak po jednym zaparzeniu ląduje w koszu. A zieloną można zaparzać dowolną ilość razy (w przeciwieństwie do czarnej). Zabrałam dziś więc na wynos i właśnie piję drugi sort ;).

We wtorek wieczorem przyjeżdża Najlepsza z Kadrowych! Jupi! Nareszcie. Fajnie będzie pogadać, pozwiedzać, pogadać i jeszcze raz się napić. Zwłaszcza, że jeśli w ogóle dotrzemy na święta do Polski, to wpadniemy jak po ogień na dwa - trzy dni tylko do Radomia, w Lublinie nas nie będzie w ogóle. Planujemy jeszcze wstępnie wczesnowiosenny wypad nad polskie morze, z Kadrową oczywiście, ale planujemy tak już chyba ze dwa lata, więc nie wiem, kiedy nam się uda go wreszcie zrealizować. Póki co, łapiemy, co jest.

Jako, że sezon letni wreszcie po czterech miesiącach dobiega końca i póki co nie widać na horyzoncie kolejnej fali trzydziestostopniowych upałów, tfu odpukać, popełniłam dzisiaj szarlotkę. Internety wczoraj podpuszczały, że jesień, że ciasto, to niech mają, proszę bardzo. Mąż, oczywiście, jak wyjmowałam gorącą blachę z piekarnika, stwierdził, że on to by zjadł apfelstrudla, ale jasne, ja zrobię, a on zje jeden kawałek, bo się odchudza. A młodego będą rodzynki gryzły w zęby, albo co tam jeszcze.

Zapowiada się, że dzisiaj zjemy jakiś obiad, bo w kuchni trwają prace nad ciastem na pizzę. Ida oczywiście dzielnie pomaga, wiadomo. Wszyscy niezmiernie cenimy sobie jej pomoc, ale co poradzić ;).

novembre

Tydzień minął i całe szczęście, bo tak dał w kość, że dziękuję bardzo. Weekend już spokojny, wczoraj, co ja robiłam wczoraj? Aaa, miałam iść do fryzjera, ale zapił i wziął kacowe. Po fryzjerze miałam iść na autobasel, ale jako, że nie poszłam do fryzjera, to i nie poszłam na autobasel. Za to po południu poszliśmy do sąsiadów, do Sary, Saschy i dziewczynek. Które są pieronami zdolnymi wodę podpalić, więc było to nieco męczące generalnie. Młodsza wyła non stop, starsza wbijała szpilę tu i ówdzie, sterując nastrojem siostry. Ani pogadać się nie dało, ani spokojnie posiedzieć, dziewczyny piłowały japy, aż szyby drżały. Za to jedzenie było pycha, wege lazania z pieczarkami i sernik z czekoladą. Trochę się gospodyni stresowała, bo jej ser opadł i pękł, ale zrobiłam jej wykład na temat pieczenia i studzenia sera, i już się nie stresowała (wykład pochodzi stąd).

Wieczorem obejrzeliśmy z mężem Sztukę Kochania, o której na śmierć zapomniałam, że przywiozłam z Polski i czekała od miesiąca, aż wytrę kurze i wpadnie mi w ręce. Na przyszłość - częściej wycierać kurze. Listy do M3 też czekają, ale te akurat poczekają do Mikołaja. Póki co zapakowane w folię kurzą się, kilka cykli sprzątania jeszcze przed nimi.

Byłam w ubiegłym tygodniu w ikea; młodej należało się już większe łóżko, lalkom, misiom i aktualnie najukochańszym maskotkom też. Jednego dnia udało mi się sprzedać małe i kupić duże. Mąż skręcił, oczywiście kurwiając, na czym świat stoi, że już nigdy w życiu żadnych zakupów z ikei, z czego wnoszę, że zacznie zarabiać dwa razy tyle, albo wygra w totka, bo nic powyżej ikei nie leży w naszym finansowym zasięgu. A kurwianie raz na parę miesięcy przeżyję, bo ich meble mi się podobają.

Zatem pojechałyśmy z młodą po pościel i poszewki, wybrała oczywiście najbardziej różową w serduszka, ma teraz księżniczkowe łóżeczko i jest pełnia szczęścia. Co nie oznacza, że dzisiaj w nocy nie przyszła do nas, bo ona nie chce spać w swoim pokoju, tylko W NASZYM. Taaaaa.

W najbliższym tygodniu znowu muszę do ikei, bo łóżko używka, przy rozkręcaniu śrubki wrzucone w dziurawy woreczek, łóżko stoi i się nie buja, no ale dokręcić trzeba. A akurat tych śrubek nie mogę zamówić przez stronę, tylko osobiście, bo tak. No trudno, damy się na jeszcze jednego łososia z frytkami namówić.

Dziś ciepła, letnia niedziela. Jako, że upadłam na głowę i wykupiłam sobie ROCZNY abonament na siłownię tuż za rogiem, poleciałam rano bladym świtem na dziewiątą. Poustawiali mi tam wszystkie maszyny i już mogę sobie sama chodzić. Małżonek w lekkim szoku, że trzy razy w tygodniu, ale po pierwsze taki rytm mi odpowiada, poniedziałek środa piątek do południa, raz Idę wezmę ze sobą i z tabletem, w środę i piątek będzie w przedszkolu. Poza tym, umówmy się, siedzę w domu i nie pracuję, więc co ja mam do roboty (zapraszam). To sobie przynajmniej poprzerzucam.

Obiad, jak zawsze w niedzielę, miał robić małżonek, ale to nie szkodzi, czasem zdrowo jest się trochę przegłodzić, a zupa jest z wczoraj i coś tam w lodówce do wyczyszczenia, więc luz. Sytuacja na godzinę 15:30 wygląda tak, że kurczak zaczął się właśnie rozmrażać, a mój mąż śpi. To nawet dobrze, w środę pracuje zdalnie z domu, może wtedy coś ugotuje, kurczak będzie akurat.

Zrobiłam sobie porządek na komodzie w sypialni, powiesiłam obrazki, które czekały na swoje gwoździki, przesadziłam orchideę w doniczkę taką, jakie mam w całym domu, i postawiłam na komodzie, uporządkowałam biżuterię, której nie noszę, bo leży pochowana, bo nie mam takiej fajnej skrzynki na biżuterię, zatem wyjęłam ją do wierzchu i przełożyłam do tymczasowych pudełeczek, a w grudniu przywiozę sobie takie coś i wtedy będzie pełnia szczęścia.

A propos gwoździków, mąż usłyszał stukanie i już przy drugim z trzech obrazków przyszedł zobaczyć, co robię.
- Wieszam obrazki - odpowiadam.
- To ja bym ci pomógł, przyniósł wiertarkę i znalazł dybelki...
- ...i właśnie dlatego cię nie wołałam - wchodzę mu w słowo - bo nie chcę tu mieć rozwalonej wiertarki na wierzchu, wiercenia dziur w ścianie, kurzu i dybelków. Obrazki są lekkie i gwoździk wystarczy w zupełności. (mam nadzieję).
Mąż nie odpowiedział już nic, tylko wycofał się do salonu, dokończyć drzemkę symulując oglądanie meczu.

O i tak to. Niekończący się kołowrotek, jutro znowu poniedziałek. Tak jakby mi to robiło jakąkolwiek różnicę, jaki mamy dzień. Codziennie mamy ten sam dzień. To pa.

novembre

Jaaaaaak mi się chce spać. Najpierw nie mogę zasnąć, koło pierwszej dopiero oczy się kleją. Potem budzi się młoda, woła mnie, a ja nawet jeśli mam ją tylko wysadzić i odprowadzić do łóżeczka, mam z głowy godzinę spania. A już nie daj bóg wybudzić mnie z pierwszego snu ;/. No a potem rano trzeba wstać i ogarniać rzeczywistość, codziennie od nowa. Dzisiaj na siłowni mało nie usnęłam. Jest taka maszyna do tortur, człowiek się na niej kładzie i nogami odpycha ciężar (w moim przypadku 39,5 kg). No i jak się dzisiaj położyłam, zrobiłam jedną serię, a może by tak chwilkę odpocząć...? Aż się prosiło.

Jak miałam ten czekap całego ciała, kiedy mi powiedzieli, ile mam mięśni, ile tłuszczu itp, określili mi prawidłową wagę. Kartka była wydrukowana na czarno-biało i trochę się wydruk moich wyników rozjechał z tym, co było na kartce pierwotnie. Czyli tabelka sobie, a cyferki z pół centymetra wyżej, trzeba się przyjrzeć, żeby rozczytać. No i mój małżonek mi opowiada: I wiesz, widziałem, że ci określili cel, 60 kg, -20 kg, tylko się zastanawiam, bo to będzie 40 kg, to to nie będzie za mało?? Kochany, nie dojrzał pierwszej, wyjściowej liczby, która była wydrukowana trochę wyżej i na szarym tle. Popłakałam się :D

Oraz standardowo, schudłam dwa kilo i waga stanęła. No żeż ją ku... Zara znowu pójdzie do kąta.

Jak mi się nie chce... Chyba sobie włączę tę piosenkę; znacie? Obejrzyjcie teledysk i posłuchajcie, koniecznie!

 

novembre

Otóż na kiermasz poszłam, ale nic nie kupiłam. Nie było ubranek w Idy rozmiarze, a z większymi mam zawsze problem, żeby nie wypadło, że ma zimową sukienkę nosić w środku lata na przykład. Oraz odkryłam, dlaczego ubranka dziecięce tak do roku - półtora schodzą jak ciepłe bułeczki, a potem już nikt ich nie chce kupować. Po pierwsze - małe nie zdąży zniszczyć i szybko wyrasta, a starsze to już tarzają się po podłodze, rozrywają, plamią, rozciągają. No i te mniejsze są chyba lepszej jakości, wydaje mi się. Naoglądałam się używanych, spranych ubranek i - nie. U Niemca kupię nowe w tej samej cenie.

Ale za to całe sobotnie popołudnie spędziłam w mieście. Potrzebuję butów, potrzebuję ubrań dla siebie. Mam silne tendencje do wyrzucania i pozbywania się niepotrzebnych ubrań, ale z tendencją do uzupełniania garderoby jest już gorzej. Efekt jedenastokilometrowego spaceru, oprócz odpadających nóg i ramion, to dwie bluzeczki dla Idy oraz trepko-skarpetki, też dla Idy. Takie, wiecie, trepki mięciutkie skórzane, i do tego dorobione z dzianiny skarpetki do połowy łydki. W najmodniejszych obecnie kolorach różu, niestety bez nawet jednej księżniczki, więc nie wiem, czy będzie nosić. Dla siebie, jak widać, nie kupiłam nic. Kolejny odważny plan zapowiada, że jutro wczesnym popołudniem zgarnę Idę do Niemiec na zakupy, na zakupy DLA MNIE tym razem (na liście zakupów są Idy podkoszulki, Idy bluzeczki, Idy sukienka albo spódniczka...), o 17 małżonek bierze samochód, robimy spożywkę i wracamy razem do domu. Plan ambitny, trzymajcie kciuki. Bo jeszcze trochę i w szafie będę miała przeciąg.

Podprowadzony małżonek sam w weekend wpadł na pomysł, żeby może by przejrzeć jego szafę. Jesteśmy ubraniowymi przeciwieństwami: ja wyrzucam, on dokupuje, każde sobie. Na ten jego bajzel i pięć (PIĘĆ) kartonów ubrań na szafie nie mogłam patrzeć, jak to się więc dobrze złożyło, że zaproponował przejrzenie jego garderoby. Jak on na to wpadł? Ulga, dwa duże worki poszły dla potrzebujących.

Czeka mnie w związku z tym wyprawa do ikei, bo mąż zgłosił zapotrzebowanie na drugie wieszanie w szafie. W jednej części ma garnitury i marynarki, i na koszule już nie ma miejsca. A że teraz zrobiło mu się nagle tak luźno w szafie (jak połowę wywalił, a drugą poukładał), to może szaleć, wyjmie dwie półki i zamontuje drążek. Sami więc widzicie, że wyjazd do ikei w najbliższych dniach jest po prostu absolutnie konieczny. Przy okazji dokupię sobie plastikowych pojemników do przechowywania kasz i ryżów, no i jeszcze nigdy tak nie było, żeby nie kupić czegoś spontanicznie. Umówmy się, Ikea to potrafi.

Dzieci zamieniły się rolami i teraz Ida jest zdrowa (no dobra, trochę smarkata), a młody rozłożony po całości. Katar, kaszel, ból głowy, lekko nie jest. Jutro idziemy do lekarza, głównie po papier do szkoły, bo obawiam się, że musi się wygrzać w łóżku do końca tygodnia, a ja sama mogę usprawiedliwić max trzy dni.

Oraz narobiłam się wczoraj wieczorem jak wół (a raczej - jak osioł, kto normalny sprząta gruntownie kuchnię do północy?). Mąż zobaczył jakiegoś biegającego stwora w domu. No i tak: albo przyszedł zwiadowca ze dworu (mieszkamy na wysokim parterze) sprawdzić, czy u nas się pożywi i czym, albo gdzieś w bloku mają miejscówkę i chciał sprawdzić, jak się nam mieszka, albo cholera wie co. Wszystkie szafki z jedzeniem wyszorowałam, przejrzałam pod lupą wszystko, nic, nie ma. Nawet mąkę przesiałam, na fali ostatnich tweeterowych rozmów o molach kuchennych. Nic. Pozamykałam sobie na wszelki wypadek w pojemniczkach różne pestki itp, normalnie mogłaby teraz perfekcyjna Majdanowa do mnie przyjść na kontrolę (tylko niech nie sprawdza kurzu na lampie!). No nic. Popsikałam jakimś kilerem po kątach i zobaczymy.

O, zaczynam kichać. Znaczy, młody zdrowieje, a ja będę następna.

novembre

Trzynaście stopni za oknem i leje. Nie trzydzieści, trzynaście! Jak miło założyć na siebie wreszcie jakieś ubranie, inne niż luźna sukienka.
Rano kurs przedszkole - siłownia - fizjo - przedszkole, trochę zmokłam, trochę postałam na przystanku w oczekiwaniu na autobus. Przyszłam do domu, rozgrzałam się kieliszkiem truskawkówki Soplicy i wzięłam się do roboty. Odkurzyłam, umyłam podłogi i stwierdziłam, że w sumie mogłabym wrócić na przystanek, postać parę minut, żeby przestygnąć ;).
Młody poszedł na popołudnie do szkoły, a ja mam ugotowane, posprzątane, prania się robią. Pogoda nie zachęca do spacerów, można więc sobie poleniuchować.

W związku z pojawieniem się na wadze łazienkowej nowego układu cyferek, dziś wieczorem robię sobie domowe spa. Tatuś (jeszcze o tym nie wie!) położy córunię spać, przeczyta fafnaście książeczek o bałwanku i świętym Mikołaju, a ja wskoczę do wanny. Maseczki kupione, puder aloesowy czeka od wakacji właśnie na ten dzień! :), do tego jakaś książka. Umówmy się, to mi się po prostu będzie należało!

Poza tym co. Odliczam (jeszcze trzy i pół tygodnia! :)) do przylotu Najlepszej z Kadrowych. Mamy dwie wersje jej pobytu u nas: aktywna, jeśli przyleci z towarzyszem, oraz bardziej leniwa i plotkarska, jeśli przyleci sama. Zobaczymy, która dojdzie do skutku, tak czy inaczej doczekać się nie mogę. Przy okazji zrobiłam też listę rzeczy do przywiezienia i zamawiam różne drobiazgi na jej adres. Jak zawsze ;).

Młoda już wydobrzała, środę sobie odpuściłyśmy, ale dzisiaj już każda z nas poszła do swoich placówek. Gorączka mignęła jeszcze w poniedziałek w nocy i tfu odpukać, nie wraca. Panna szaleje jak zwykle, znaczy, zdrowa.

Jutro wybieram się na Flohmarkt, pardon, pchli targ z ubrankami i zabawkami dziecięcymi. Po posezonowych porządkach Ida została z niemal całą szafą pustą. Trzeba dokupić zwłaszcza spódniczki i sukieneczki, bo przecież jak w chłodny dzień próbuję jej założyć spodnie, to jest awantura. Spodnie nie są dla księżniczek.
Wybieram się też do Niemiec na swoje zakupy ubraniowe, ale kiedy, to się jeszcze okaże. Jutro ma padać, tak jak dziś, więc nie jestem przekonana, czy w ogóle będzie mi się chciało ruszać cztery litery z domu.

Póki co herbata, internecik i chwila dla mnie.

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci