Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

The Best of Piotrus

novembre
Moje malutkie, dopiero co urodzone maleństwo, nie wiadomo kiedy urosło i przeistoczyło się w pyskate, humorzaste nastolatkowe jestestwo. Z jednej strony dorosły, on sam, on przecież wie, on chce, on już jest duży, dlaczego matka nie pozwala? Z drugiej zaś strony pod nieobecność taty zajmuje jego miejsce w łóżku (chociaż, może to taka męska solidarność i kontrola w jednym :D), przed snem poprzytulać i porozmawiać, duży wyrósł, ale w środku dzieciuch jeszcze.

Jedenaście lat temu, po różnych czarach-marach, globulkach i masażach szyjki, oddziałowa wysłała mnie piętro wyżej, czyli na porodówkę.

Prezenty zapakowane; cóż za rozstrzał, z jednej strony Rasmus i cośtam Astrid Lindgren, z drugiej Sirmarillion Tolkiena (twierdzi, że przeczyta...), do kompletu Bad Michaela Jacksona. Przekrój prezentowy chyba nieźle charakteryzuje ten przejściowy prawie-nastolatkowy etap.

Z życzeniami poczekamy do rana, nie będę go budzić o 1:25;-).
novembre
Dziecko moje pracowite, systematyczne i sumienne, wykaraskało się z groźby, uwaga, JEDYNKI z techniki. Albowiem nie uznał za stosowne oddać jakiejkolwiek pracy z tego przedmiotu, jak również z plastyki, której uczy ta sama pani, od ostatnich dwóch miesięcy.
Pani podobno "mówiła, że znowu nie oddałem pracy", ale "nie mówiła, że postawi jedynkę". No tak, niby skąd takie przypuszczenie.
Pani czekała do ostatniej chwili przed klasyfikacją na prace, a że się nie doczekała, bo młody był chory w ubiegły tygodniu, to wstawiła do e-dziennika wszystkie zaległe jedynki. Słownie, pięć. Z plastyki i techniki łącznie.
Dołożył się życzliwy kolega, który niby to zadzwonił do młodego i usłyszał, że nic go to nie obchodzi, że nie oddał prac i że w ogóle się tym nie przejmuje. Życzliwy powtórzył pani, pani rąbnęła do dziennika po całości.
Dostałam trzech zawałów i posiwiały mi włosy pokryte farbą, jak zobaczyłam średnią z techniki 1,69. Ja rozumiem, ja też talentu w ręcach nie mam, ale żeby aż tak??
Smarował wszystkie zaległe prace w niedzielę, pani w drodze wyjątku przyjęła, oceniła, jedynki zamieniła na czwórki, uf.

Wieczorem podpytuję młodego, czy ta pani to ostra jest, może krzyczy, może wymaga bógwico. Otóż nie, pani jest spoko, miła i fajna, a w ogóle to młody ją zna, bo pani pracuje też na świetlicy... Zabijcie mnie, nie wiem, czego ten leniwiec ją bojkotował przez dwa miesiące...

Jak to mówi powiedzenie ludowe, niech wam wasze dzieci odpłacą...?

:)
novembre
A miało być tak pięknie, mama, a pogramy w monopoly wieczorem? - jasne, synu - bo niby czemu nie.. - Pokaż tylko zeszyty.

Przyroda. Kodeks zachowania na lekcji.
Punkt 9. Dbam o smrud w klasie.

Smrud! Przez U zwykłe!!!
novembre
Dzisiejszy dzień sponsoruje zupa pod tytułem chłodnik.
Ugotowałam albowiem chłodnik. Wczoraj, konkretnie.

Dziecię jako że jeszcze kaszlące, zostało z tatusiem w domu. Tatuś dopilnuje, leki poda, będzie git.
Wracam z pracy, dziecię na dworze, no OK, gorączki nie ma, a jutro i tak już na uczelnię idzie. Lekcje odrobił, tylko o ortografii zapomniał, biedne dziecko, jakie to w tym wieku są problemy z pamięcią. Zrobi, pewnie, że zrobi.

Wchodzę do domu, w salaterce po cukierkach leżą papierki. Sztuk na oko piętnaście.
- No bo u nas w domu TAK RZADKO są cukierki...
Jasssne.
Syn w nagrodę zjadł talerz chłodnika. Próbował wybierać to zielone, ale mamunia wybiła mu czym prędzej z głowy. Czterdzieści minut jadł, sabotażysta jeden mały. Wkurw mnie oczywiście złapał po kwadransie, obiecałam, że jak się nie pospieszy, to doleję. Ile można jeść zupę, no ludzie!! Aaaargh.

Natomiast na koniec posiłku dziecko było już takie pokorniutkie (jak to dobrze chłodnik robi, i na trawienie, i na charakter), że spytał, gdzie są truskawki, bo on lubi, i on by zjadł... (mój syn, który ostatnio zjadł jedną truskawkę w wieku lat pięciu, przekupiony przez matkę rwącą włosy z głowy, bo truskawki, z działki, swoje, niepryskane, a on nie chce!!). Truskawki otóż szlag trafił, bo zostawiłam na stole, żeby zjedli, ale pies z kulawą nogą się nawet nie zainteresował. Pirzgnęłam więc do kosza, ale niewątpliwie jutro zje truskawki. Świeżutkie.

Bez cukru, bo niezdrowo.
novembre
Kochana mamusia kupiła synusiowi książki do ćwiczenia ortografii (podziękuj synu kochanej ciotce, to przez nią :P).
Ó - u przerobione, wałkujemy ą, om itp.

Piotrek:
- 2 zięby - 1... ziąb?
novembre
- Piotrusiu, a może pobawimy się w taką zabawę: ja cię trzymam, a ciocia cię leje w pupę?
- Wujek, a może pobawimy się w taką zabawę: wy się z ciocią chowacie, a ja was nie szukam?
novembre
Uwaga, uwaga, będzie historia. O tanich diamentach za trzysta.

Miesiąc temu dostałam z Apartu pocztą bon na 10% rabatu do wykorzystania do końca roku. Czym prędzej poczułam nieodpartą potrzebę zakupienia sobie zaległego prezentu imieninowego, albo chociaż łańcuszka. Klasyczna reakcja na dobrze ustawioną akcję marketingową.

Pojechaliśmy, rodzinnie, we trójkę, przy okazji większych jakichś przedświątecznych zakupów. Oglądamy gabloty, młody snuje się pomiędzy nami i też ogląda. Mąż stara się coś mi wybrać, doradzić, ale ja mam włączony dzień marudy.
- Może bursztyny?
- Nie pasują mi bursztyny...
- To może korale?
- Zwariowałeś, korale to dla brunetki!
- To może takie te szkiełka..? Patrz, jakie ładne..
- Nie! -
warknęłam z lekka. Biedny chłop, swoją drogą.

Kochane dziecko chciało pomóc rodzicom.
- Mama, a może takie?
- wskazując na gablotę z diamentami.
- Synu popatrz, ile to kosztuje..
- No ile, 22,90 tylko!
- Synu, a czy ty tam widzisz przecinek?

I się dziecko zasępiło...

Ale młody jak to młody, nie stracił rezonu. My pochyleni nad kolejną gablotką, a syn, nieco dalej, doszedł do czarmsów, i krzyczy na cały - w okresie przedświątecznym pełen klientów - sklep:
- Tata, tata, tutaj! Tu są tanie diamenty, po trzysta!

Matka się udusiła ze śmiechu, tata spalił cegłę, sknerus jeden, najwidoczniej żałuje żonie na biżuterię, klienci z zainteresowaniem obejrzeli całą scenkę.

I poszli kupować diamenty, tanie, po trzysta.
novembre
No więc jestem prorokiem. Powiedział trzy zdania i poleciał do Maksa, który biedny z rozwaloną brodą i zębami (pierwszego dnia wakacji zarył w beton) może sobie ewentualnie pospacerować, pokontempluć i tym podobne, w sam raz dla zdolnego podpalić wodę dziewięciolatka.

Zatem. Z trzech zdań wypowiedzianych do rodziców, pierwsze brzmiało: mama, bo ten właściciel pensjonatu to miał takie proste hasło do wifi! Weź, od razu z Alanem zgadliśmy, że portowa szesnaście! Popróbowaliśmy z nazwą, z adresem i szybko poszło! Nnnno. I już nie musiał płakać, że mu na karcie zostało zero peelenów. Był youtube, playlista odchodziła po całości. Ależ facetowi internet musiał ruszyć z kopyta, jak dziś rano odjechali...

Drugie zdanie do rodziców zostało wymuszone, wymuszone pytaniem mamuni: synu, a kto ci na ręce napisał KOCHAM CIĘ i numer telefonu??? No więc Agata. Znaczy, na lewej ręce Agata, bo na prawej to Zuza i Anka. Starsze, bo one już do gimnazjum idą chyba, ale bardzo fajne. Anka to nawet go pocieszała, jak trochę tęsknił za domem.

Trzecie pytanie, zadane kompletnie od czapy, w celu uratowania konwersacji, brzmiało:
- A co robiliście, jak padał deszcz?
Albowiem w odpowiedzi usłyszałam:
- Graliśmy w butelkę.
- A jak się gra w butelkę?
- No się kręci butelką i jak się kogoś wylosuje to albo się coś robi, albo się odpowiada na pytania, albo trzeba coś zdjąć. No i wiesz, mama, ja tylko jedną skarpetkę zdjąłem, a pytania były takie proste, ile jest dwa razy dwa na przykład.

Oczywiście synu. Od razu mnie uspokoiłeś.

W powyższym kontekście, kompletnie nie wiem, jak mam rozumieć słowa dyrektora - opiekuna kolonii, na pożegnanie:
- Gratuluję syna. Wspaniałe dziecko.

Yyy... znaczy, że co? Że syn informatyka znalazł nieszczelność w systemie, bo admin lama założył hasło na wifi równe adresowi? Czy może raczej wspaniałe, bo taki dobry kontakt miał ze starszymi koleżankami...? Aaaa, może lepiej nie będę chwilowo wnikać...
novembre
Młody dzwonił, że są w Sopocie tu przy pamiątkach i że zaraz wchodzą na molo.
Oraz że widział taki wielki hotel, w którym mieszkał Hitler I INNE GWIAZDY.

Chodziło o Grand.


Padłam.

novembre
O pobożności.

- Mama, a pomodlisz się ze mną? - spytał spłakany młody.
- A o co chodzi, synu? - może jakaś praca domowa albo inna pokuta zadana przez siostrę na religii. Tylko czego ryczy?
- Bo jak się pomodlimy, wiesz, do kogo, to może znajdzie się moja legitymacja i karta miejska...

Święty Antoni, ratuj, bo nóżki z d.. powyrywam.
novembre
Oglądamy Muppety na Manhattanie i układamy mój prezent na Dzień Kobiet (jak skończę, się pochwalę).

- Mama, a ja myślałem, że Manhattan, to taki sklep u babci na osiedlu, a to też jest taka dzielnica Nowego Jorku!


Tak, Synu. TEŻ.
novembre
Wywiadówka. Przeglądamy karty pracy dzieci na lekcjach.


18-5=x
Ułóż zadanie i rozwiąż je.

Ala miała 18 kotów, 5 jej zdechło. Ile Ala ma kotów?
novembre
- Mama, a mnie brzuch boli.
- Mama, ja się położę.
- Mama, a muszę jutro iść do szkoły? Bo tobie to dobrze, możesz sobie czasem zrobić wolne i nie iść, a ja to muszę iść codziennie.
- A ty możesz iść na urlop, jak chcesz. I masz balkon w pracy i możesz sobie wychodzić jak masz ochotę. A ja w szkole nie mam balkonu i cały czas jesteśmy w sali a ty możesz sobie po biurze chodzić.
- Mama...
- Mama...
- Mama...


Synu... zamienisz się?
novembre
Praca domowa, sprawdzam hurtem książki i zeszyty. Polski. Wypisz owoce i warzywa, które zjadłeś wczoraj oraz wypisz owoce i warzywa, które chciałbyś zjeść jutro.
Odpowiedź na punkt pierwszy: marchewka (była w rosole, trudno).
Odpowiedź na punkt drugi: pusto.

- Synu, dlaczego nie skończyłeś zadania?
- Skończyłem!
- Ale jest nie uzupełnione.
- No bo ja nie chciałbym jeść jutro żadnych warzyw ani owoców.

Cóż, jeśli obroni to przed nauczycielką...
novembre
Epopeję komunijną najwyższy czas zacząć. Drugoklasista przecież w końcu. Tydzień temu odbyło się pierwsze najważniejsze spotkanie rodziców i dzieci komunijnych z księdzem, też komunijnym. Obecność co tydzień w kościele na mszy dla dzieci obowiązkowa, plus raz w miesiącu spotkania uduchawiające po południu ze specjalną mszą popołudniową uduchawiającą zarówno dzieci, jak i rodziców. Ostatnio tak mnie uduchowili, że do środy mnie trzymało.
Po każdej obowiązkowej mszy dzieci dostają obowiązkowe naklejki z gościa niedzielnego, do wklejenia do zeszytu. Brak pięciu naklejek (pominąwszy święta i ferie) eliminuje kandydata na drodze do pierwszej komunii świętej - czytamy w uduchawiającej ulotce. W związku z czym, jak nas nie będzie pięć razy w kościele w ciągu roku, myślę sobie, a nie będzie nas na bank, przeniosę nas do sąsiedniej parafii i młody tam pójdzie do komunii. Bardzo mnie to podejście zbulwersowało, takie żołnierskie i nie znoszące sprzeciwu, zamiast zachęcić dzieci do przyjścia do kościoła, to nakazem ich i szantażem.
Młody oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie znalazł rozwiązania dla tej sytuacji...
Wczoraj byliśmy w Lublinie u teściów oraz w naszej starej parafii po odpis aktu chrztu młodego. Dziś sprawdzam zeszyty z lekcjami, patrzę, a tam naklejka za wczoraj.
- Młody, skąd ty masz naklejkę za wczoraj?
- A bo siostra dawała wszystkim dzieciom - ściemnia młody i patrzy spod oka, czy łyknęłam, czy nie.
- A siostra nie pytała przypadkiem, które dzieci były w kościele wczoraj? - młody się zapowietrzył i nie bardzo wiedział, jak ma wylawirować, zauważył się nagle w garści u matki.
- No mama, ale siostra nie pytała, kto był na mszy, tylko kto był w kościele. No to ja byłem w kościele, bo przecież byłem z wami po to zaświadczenie w kancelarii, a to jest w budynku kościoła, czyli w kościele, czyli byłem...
Tu zachowałam się wysoce niemoralnie i niepedagogicznie, bo parsknęłam śmiechem, temat uważając za zamknięty. Do czasu pierwszej spowiedzi... ;)

novembre
Przyszedł brat, wpadł na godzinę, został do jutra ;).
Brat jako fan kilerów, operuje często tekstami Siary i Lipskiego.
Mówi do siostrzeńca, który coś spierniczył:
- I widzisz, Wąski, coś narobił? Urwałeś kurze złote jaja!
- Mama, ale kura nie ma przyczepionych jaj... - odparło skonsternowane dziecko.


Uciekłam z pokoju, żeby się wyśmiać ;).
novembre
Kolejny sukces szkolny mojego syna, w dzienniczku. Tym razem zbiorowy.

Nie umiem ustawić się w pary.


Ojciec podpisał w dzienniczku. Wieczorem razem z sąsiadem wysyłaliśmy dzieci na patio na manewry, żeby się nauczyły ustawiać.
novembre
Moje dziecko dokonało wczoraj czynu wiekopomnego.
Zjadło jajko na miękko.

Zaczęło się od tego, że wredna matka po kolacji dała truskawki sztuk pięć z prikazem zjedzenia. Dziecko w płacz, spazmy, matka za aparat fotograficzny. Dziecko się obraziło. Ale matka ma większą siłę przebicia i dziecko truskawkę zaczęło żuć.
Matka tymczasem postawiła sobie na stole kolację, dwa jajka na miękko, i dziecko wpadło na pomysł, że przehandluje 5 truskawek za jajecznicę (bo ostatnio zjadł jak bardzo mi podpadł). Jajecznica została z kolei wymieniona na jajko na miękko. Matka otarła pot z czoła, dziecko stwierdziło, że nawet smaczne, ale 'twoja jajecznica lepsza' (koneser się kurna znalazł).
Oczywiście tę jedną nadgryzioną truskawkę (kwaśną jak cytryna!!) musiał zjeść, litościwie dałam mu miseczkę cukru i zdradziłam tajemnicę właściwego jedzenia truskawek :).
Rany boskie.
novembre
Po zebraniu klasowym.

- Synu, a ty ile masz minusów?
- Jaaa...? - spytał w zamyśleniu młody, kombinując jednocześnie, aż mu para szła z uszu, jakby tu udzielić dyplomatycznej odpowiedzi. - Maaaaałooooooo...

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci