Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

Wszystko

novembre

Poszłyśmy my sobie dzisiaj na kontrolę do lekarza. W czwartek Ida znowu zafundowała nam białą nockę, rychała na sucho jak nie wiem co, rany boskie. Rejestratorka, pierwszy front w zderzeniu z tutejszą służbą zdrowia, nakazała wrócić do tego syropku, co wcześniej, dodać drugi, inhalować i jeśli w poniedziałek będzie gorzej, to przyjść. A ne ne ne, proszę pani, ja na polskiej służbie zdrowia wychowana, nie ze mną te numery, w poniedziałek się nie dodzwonię albo dostanę numerek na czwartek na siódmą piętnaście. Pani mi zarezerwuje teraz, najwyżej w poniedziałek odwołam.

Nie odwołałam.

Poszłyśmy, dla świętego spokoju trochę. Kaszelek suchy zmienił się w mokry, znaczy odrywa się, można odkaszlnąć i jest gites. Tak sobie myślałam.

Lekarz osłuchał. Osłuchał dłużej. Obejrzał gardło, uszy. Poszedł po lepszy stetoskop, co to więcej wysłucha. Pulsoksymetrem sprawdził ilość tlenu we krwi. Podumał, podumał i orzekł: zapalenie płuc. Atypowe. Czyli nie pneumokoki czy jakieś tam standardowe, tylko inne. Córunia dostała antybiotyk na tydzień i w poniedziałek do kontroli. Tym razem piguła zapisała mnie już bez kręcenia nosem.

Lekarz pogrzebał w szafce, na czym mu się tam termin ważności kończy, dał antybiotyk, pielęgniarka od razu rozrobiła go z wodą (rany, umiem sama, naprawdę!) i do zobaczenia w poniedziałek o 10.

Młoda tymczasem trochę porysowała, trochę pooglądała bajki, trochę poskakała po tatusiu, zjadła kolację, acz niechętnie, i poszła spać. Po drodze zaliczyła drzemkę. Trochę osłabiona jest, i blada, ale Piotrek jak był mały, od października do kwietnia był przezroczysty, na sezon słoneczny zamieniał się w murzynka, i tak cały czas. Pewnie taka uroda.

I tak to u nas przedstawia się sytuacja na dwa tygodnie przed Wigilią.

Przejęta kalendarzem oraz pytaniem męża z ubiegłego tygodnia, że co ja właściwie robię w domu, bo on mnie widzi tylko przy komputerze (porządki na back-upie zdjęciowym, do przejrzenia i zmiany nazwy kilka tysięcy plików), zatem przejęta posprzątałam na święta: regał z książkami, z płytami, otwarte półki w kuchni, szafkę z sypkimi i śmietnik. Choinka ubrana, odkurzane było w sobotę, święta mogą przychodzić.

Jako, że pracę trzeba cenić, powyższe robiłam ze sześć godzin. Pracuje z domu, a niech widzi, że sprzątam! Dzieckiem się zajmuję, starszemu obiad podam, a co.

W ramach przygotowań do świąt, wyjęłam dzisiaj z zamrażalnika wszystko to, co tam się uzbierało przez jesień. Potrzebuję wyrwać się na zakupy do większego sklepu po wątróbkę, boczek i co tam jeszcze, i zrobię pasztet na święta. Mam cień obawy, tylko cień, że być może lekarz nie puści nas do Polski na święta, a wiadomo, z zapaleniem płuc się nie dyskutuje. To jakby co, pasztet i jakiegoś placka machnę, i będzie. Tfu odpukać!!

Wyjazd zaplanowany na przyszłą sobotę, przed sobotą w poniedziałek kontrola. Obstawiam, że kontrola będzie jeszcze i w piątek przed wyjazdem.

No to co, trzymajmy się zdrowo, robaczki.

novembre

Noc była upojna. Od momentu, kiedy się położyłam, młoda przez sen wołała mnie co kwadrans mniej więcej. Na pytanie, co chce, odpowiadała: - Spaaać... No to śpijże, dziecko. Dziecko spało przez następny kwadrans i akurat wtedy, kiedy mój organizm też decydował się na sen, historia powtarzała się od nowa. I tak w kółko.
Po drugiej dziecko się określiło i pokazało gorączkę. Dostała ibuprom i przespała pół godziny. Ida ma jednakże tak, że taka pierwsza dawka nie działa - przed trzecią znowu wołanie - i mimo ibupromu głowa jeszcze cieplejsza. Dostała jeszcze pół dawki i dopiero gorączka spadła.

Byłam tak przytomna, że przed trzecią wyjęłam z szafki locomotiv i intensywnie mu się przyglądałam. Coś mi nie pasowało, ale moja śpiąca z otwartymi oczami głowa nie potrafiła określić, co. Na szczęście jakiś kawałeczek mózgu skojarzył locomotiv z jazdą do Polski, a to jeszcze nie teraz, i zdecydowałam się zmienić buteleczkę na prawidłową. Spokojnie, w razie czego w domu mamy same niegroźne syropki ;-).

Prezentuję więc dzisiaj wersję zombie. Zwłaszcza, że od kilku dni jest mi niedobrze (ale komu dzisiaj dobrze) i boli mnie coś jakby z prawej strony mnie. Internet mówi, że wyrostek albo jelita albo rak trzustki, wiadomo. Jutro pójdę do medycyny i niech mi powie, co mi jest. Bo ja wiele zniosę, ale nie móc jeść? No halo!

Poza tym co. Weekend minął jak zwykle. Panowie chcieli dokądś pojechać, ale ambicje rozjechały się z rzeczywistością w momencie, kiedy młody wstał o jedenastej, prawda. Poza tym mąż zapytał mnie w sobotę, co bym chciała dostać na imieniny, więc mu odpowiedziałam, że bilet do Polski na marzec, bo chciałam z najlepszą z Kadrowych nad morze skoczyć. On na to, że spoko, Ida na pewno się ucieszy, jak zobaczy morze, ja mu na to, że nie, Ida zostanie z babcią na dwie noce, na co on, że dlaczego, a więc ja, że mnie też się coś od życia należy. Na przykład dwie doby z dala od rodziny. A Ida na plaży w marcu... taaaa... taaaa... I to by było na tyle w kwestii życzeń czy jakiegoś wszystkiego najlepszego z okazji imienin.

Żeby uratować dla siebie chociaż kawałek dnia, zabrałam młodą na uroczą wycieczkę na dworzec po pieczywo. W niedzielę po 18 tylko tam można zaopatrzyć się w artykuły spożywcze; dobra zmiana była tutaj, zanim stało się to modne w Polsce ;p. Zatem pojechałyśmy, wieczór był przyjemny, ciepły i bezwietrzny, z SBB skoczyłyśmy więc na Barfüsserplatz, bo od piątku mamy w mieście już kiermasz świąteczny. Nie mówiłam Idzie, dokąd i po co jedziemy, z zaskoczenia odebrało jej mowę - a to nie zdarza się często. Śnieg na domkach oczywiście sztuczny, ale ta ilość migoczących światełek, mikołajów, śpiewające renifery...! Zachwyt. Obejrzałyśmy wszystko, przejechała się na jedynej karuzeli, kupiłyśmy bałwanka na choinkę i wróciłyśmy do domu. Była już bardzo zmęczona i musiałam ją zagadywać, żeby dojechała do domu z otwartymi oczami.

Poza tym co. Małżonek poszedł dzisiaj do lekarza, jakieś wysiłkowe mu robili, coś długo nie wracał. Okazało się, że płuca mu się nie rozkurczają i kurczą jak należy, znaczy za mało. Być może ma to coś wspólnego z paleniem paczki dziennie przez ostatnie ćwierć wieku, ale mogę się mylić. Wersja druga - astma (teściowa też choruje). Mąż do sprawdzenia u pulmonologa, do którego chodził wcześniej na okoliczność swojego chrapania.

Przy okazji - zmieniamy ubezpieczyciela zdrowotnego. Gdy się sprowadziliśmy, mieliśmy miesiąc na podpisanie umowy ubezpieczeniowej; broker wcisnął nam wszystko, co się dało, zwłaszcza, że ja wtedy byłam w ciąży, więc łykaliśmy dodatkowe pakiety jak młode pelikany. Teraz przyszło otrzeźwienie, spowodowane głównie wysokością składek do zapłacenia :). Od stycznia będziemy mieli nowego, tańszego ubezpieczyciela na porównywalnych warunkach, ale dla dzieci dużo lepszy pakiet, och i ach i w ogóle. Zobaczymy.

I tak to proszę państwa. Mąż pracuje z domu, młoda trochę rozrabia, ale jutro do przedszkola nie wiem, czy się nada. Młody zaraz wpadnie ze szkoły na szybki obiad i abarot na popołudnie.

Na siłownię chodzę, a co. Dorzuciłam sobie gdzieniegdzie po kilogramie, żeby mi lepiej szło. Oraz okazało się, że pomyliłam maszyny i jedno robiłam nie to, co trzeba. Ale nie zaszkodziło mi, jak widać.

novembre

Wtorek. Spokój i cisza. Ida padła na drzemkę, rozżalona, że matka odmówiła włączenia bajki. A tu okazuje się, że dziecko nie bajki potrzebowało, a snu.

Młody pojechał z kolegą do miasta, pomóc wybierać koledze prezent urodzinowy, oraz do Maca. Potem jeszcze siłownia i oczywiście, że on pamięta, że jutro klasówka z geografii.

Małżonek pojechał dziś do biura, wczoraj jeszcze został w domu, bo mroźno i nie chce mu się rano wychodzić na to minus cztery. Dzisiaj już mu się chciało.

Ja dziś w ferworze prania, rozebrałam nasze łóżko, i piorę, i suszę. No właśnie, czas już iść do suszarni, bo pewnie suche na wiór. Zapomniałam.

Jaaak mi ta gorąca herbatka dobrze zrobiła! Rozgrzała od środka i rozmarzyła, chyba zaraz położę się obok młodej.

A właśnie, gemeinde przysłała papiery, żeby wybrać przedszkole dla młodej, od sierpnia. Skończy się wyjeżdżanie kiedy się chce, przedszkole jest tak samo obowiązkowe, jak szkoła i gdyby np. sprawa spadkowa trafiła się rok później, to zapomnijcie, że mogłabym tak sobie wyjechać na dwa tygodnie. Eh.

Wczoraj spadł pierwszy śnieg. Młoda wpadła w szał radości, że śnieg, bałwany, sanki, renifery, prezenty, święta, choinka! Piękna, szczera radość dziecka. Pozazdrościć.

Święta, o właśnie, zaczęłam już planować; odpaliłam tabelkę w Excelu, żeby ogarnąć prezenty oraz "co zabrać do Polski" i "co zabrać z Polski".

Młody wrócił, będzie się uczył, ambitny człowiek. Już drugi raz w tym semestrze słyszę, że będzie się uczył.

To ja jednak na drzemkę. Kwadrans power nap i wrócę jak nowa.

novembre

Czwartek. Jakiś ten tydzień porypany.
Rano rozpusta, pospałam do 7.30. Przyszła młoda, gilgotki pod paszkę, przy czym według niej paszka to zgięcie łokcia, no ale spoko. Poranny rozbieg, śniadanie, dzisiaj na wypasie, młoda zjadła pół suchej bułki. Nie chce nic innego jeść na śniadanie, ani płatki, ani jajka. Parówki oprotestowuje, że są tylko na kolację. No nic, nadrabia drugim śniadaniem.

Cały ranek byłam skupiona, żeby nie zapomnieć o przedszkolu, bo odbieramy sobie nieobecności z pobytu w Polsce i chodzimy dodatkowo w czwartki na 13:45. Jakoś nieogarnialna jest dla mnie ta godzina, nie wiem, o której tramwaj, o ile wcześniej się zbierać, problemy pierwszego świata jednym słowem.

Po przedszkolu wstąpiłyśmy tradycyjnie do piekarza po rogaliki. Ida, jako że późna pora i panie za chwilę pewnie odsyłały nie sprzedane pieczywo, dostała ludzika z ciasta (na Mikołajki dzieci dostają tu oprócz prezentów Mikołaja z bułkowego ciasta, albo któregoś jego krewnego; są różne wersje, posypane grubym cukrem, ze sztangą batonika czekoladowego pod pachą itp). Jako, że była zmęczona, zaczęła ryczeć, że ona nie chce ludzika z cukrem tylko rogaliki i niech jej tu sprzedawczyni nie miesza!! Wytłumaczyłam, że rogaliki są, a ludzik to prezent, przeprosiłam panią za gwałtowną reakcję córki, młoda ogarnęła się i wydusiła z siebie Dankeschön, i uff, poszłyśmy.

Do wieczora walczyłam z młodą, żeby nie zasnęła, bo naprawdę była bardzo zmęczona. Przetrzymałam ją do 19 z minutami, dałam kolację. Przykazałam młodemu pilnować siostry i pojechałam z dziewczynami na zakupy do Niemca. Jednym samochodem, nas trzy, zawsze to weselej, no i niech się chłopy wykażą i ogarną dzieci do spania.

Ta.

W sobotę byliśmy na zakupach i wydawało mi się, że jak dzisiaj wydam 50 euro, to ho ho, świat i ludzie. Yhy. No cóż, urok hipermarketu, no i przy okazji, skoro samochodem, to kupię jeszcze to i to, i to, poleży, nie zepsuje się, nie będzie trzeba zaraz jechać znowu (w sobotę całkiem bez sensu pojechaliśmy do francuskiego geant, gdzie nie mogłam się odnaleźć, ceny były dwa razy wyższe niż u Niemca, no i w ogóle bez sensu. Było jechać do lidla).

Wracam 21:20, dziecko ma pobudkę jutro po siódmej do przedszkola, żeby się wybudziła, zjadła, ogarnęła itp. Na dźwięk otwieranych drzwi dziecko zostało zgarnięte do wanny - bo przez półtorej godziny nie chciała jeść kolacji, albo nie smakowało jej moje, albo tatuś zapomniał, po powrocie z pracy, że ma dziecko, które rano wstaje, albo w ogóle, że ma dziecko, i tak dalej, i tak dalej. Sami wiecie. Weszłam w próg, szlag mnie jasny trafił z miejsca, wyciągnęłam Idę z niemal pustej wanny, ogarnęłam, przeczytałam książeczkę, odprawiłam spać.

Ach, i jeszcze miłe popołudnie miałam, sponsorowane przez pms, prawda. Zachciało mi się zajrzeć na stronę z ogłoszeniami o pracę, ewentualnie na stronę z doszkoleniami, kursami, perspektywami. Stwierdziłam, za Elektrycznymi Gitarami, że co ja robię tu, i gdybym mogła cofnąć czas, i tak dalej, poryczałam się bardzo niekonstruktywnie, i tyle.

Wczoraj szczęśliwie skończyłam fizjoterapię. Za tydzień mam wizytę u ortopedy, mam do niego jeszcze jedną sprawę, ganglion na lewej dłoni, który nie wiedzieć skąd i po co wyskoczył mi już drugi raz; pierwszy, oczywiście po tamtej cholernej stłuczce. Co jeszcze się będzie ciągnęło za mną po tej stłuczce??

Zatem zobaczymy, co na to powie ortopeda, internety piszą, że uciskać, ale to boli uciskane, a ja sado maso niekoniecznie. No, chyba, że jakiś przystojny...

No, to fizjo mi się skończyło, teraz będę sobie spokojnie na siłkę latała po odstawieniu Idy do placówki, i może jakiś czas dla siebie wreszcie. Te ogłoszenia zacząć czytać, i wysyłać, i sama nie wiem co.

Acha, po wielu ciężkich cierpieniach wyklarowała się mężowi sytuacja ze świętami. Albowiem należy on do kolekcjonerów urlopu i kadrowa zadzwoniła, że nie miał w tym roku dwóch tygodni ciurkiem. A jak miał mieć, się pytam, skoro przyszedł w czerwcu, w lipcu mu nie dali, na wesela, tylko latał jak głupi, w te i nazad, teraz na święta też schody robią? Otóż okazało się, że w sumie na święta jednak, jednak, po wielu analizach i przemyśleniach, mogą mu dać wolne. Dwa tygodnie (tydzień na święta to ja rozumiem, ale drugi tydzień w pełnym składzie w domu? Ktoś tam chyba czegoś nie przemyślał jednak, halo? Może go w góry wyślę, czy coś). Mamy więc opcję wyjazdu na święta raczej ogarniętą, w teorii oczywiście, wiemy, kiedy wyjeżdżamy i wracamy, nie wiemy jeszcze, czym, ale to już męża fantazja, co tam sobie wypożyczy, prawda. Na Sylwestra mocno wstępnie umówiłam nas do Agi i Tomasza, tutejszych znajomych. To znaczy, oni do nas pewnie; laski będą ćwiczyć układy choreograficzne do mam tę moc i dancing queen, my dorośli sobie pogadają, być może do dancing queen potańczą, a kto wie, może i do mam tę moc?, coś do tego wysączą, i będzie gites. Albo i nie, bo wybierzemy pracę w podgrupach i zalegniemy z netfliksem i czipsami na całą noc, jak rok temu, i tak też jest fajnie.

Jedną z zaprawdę nielicznych zalet wypadu do francuskiego geanta było belgijskie piwo Leffe, które uwielbiam. Oto przede mną już niemal pusta puszka wersji blonde, chlip. Ulubione Royale blonde było w sześciopaku i nie wiem, miałam opory, żeby je kupić. Zimno jest i kiedy ja bym sześć piw wypiła?

Dawno temu, w poprzednim życiu, jak z towarzyszką Ewą Be latałam służbowo do Lille, chadzałyśmy sobie na kolację do pewnej miłej pizzerii, gdzie składanie zamówienia zaczynałyśmy od "Leffe Royale cinquante, s'il vous plait". 50, bo oni w decylitrach. I pan nam przynosił po leffku, a potem dopiero człowiek decydował, co też dzisiaj zje i dlaczego znowu taką samą pizzę (bo lubimy to, co znamy, po prostu). Ostatniego wieczora, gdy nasz kelner dowiedział się, że następnego dnia wracamy, postanowił nas uhonorować i godnie pożegnać. Po rozliczeniu rachunku powiedział z dumą w głosie: SPASIBA! Dostałyśmy z Ewką spazmów ze śmiechu, a on bidny nie wiedział, o co chodzi.

Trzeba mu oddać sprawiedliwość, że same byśmy nie odróżniły ukraińskiego od rosyjskiego albo czeskiego od słowackiego, itp. Ale co nas rozbawił, to nasze. Liczy się pierwszy efekt.

To co, kończymy ten słowotok już chyba. Młody cierpi na okoliczność tygodnia wredoty matki; po niedzielnej jego kąpieli o 1:24 (do pierwszej oglądaliśmy netfliksa) poprosiłam USILNIE, żeby się wieczornie mył do 23 i po tej godzinie żeby telefonik nocował u nas w sypialni. No i cierpi biedak, bo myślał, że mi po jednym dniu przejdzie, a tu nie, trzyma i nie zamierza puszczać. No zeźlił mnie, kurcze, my już spaliśmy, obudził mnie szum jakby heavy metalu gdzieś daleko, ale kto o tej porze metalu słucha? A to woda leciała do wanny i młodzian rozkosznie moczył sobie półdupki. Uhhhhh ;/.

Jak widać, z zakończeniem słowotoku jest u mnie problem i widzę tu obszar do pracy nad.

Dobranoc tymczasem, muszę zarekwirować jeden telefon z łazienki.

novembre

Dzień dobry, mamy poniedziałek.
W sumie nic się nie dzieje. Idka podziębiona, smarka, kicha i nie chce spać w nocy. Przez weekend zjeżdżała na drzemkę o 18, więc powodzenia, pół nocy z głowy - i nie, że ciągiem, nie. Przysypiała i się budziła, i tak co kilka - kilkanaście minut. Dziś na szczęście odpłynęła po 14, na dwie godzinki, ale mam nadzieję, że teraz zaśnie jak człowiek.

Dobry wieczór, mamy wtorek. (ERRATA: Mamy środę!!) Młoda zasnęła niespodziewanie szybko i nie było łatwo jej rano obudzić. Oraz pierwszy raz od wiosny marudziła, że nie chce iść do przedszkola. Podejrzewam, że z niewyspania, bo panienka chyba odrabiała ostatnie kilka zarwanych nocy, kiedy to nie mogła zasnąć, nie podobało jej się w pokoju, nie miała ochoty spać sama, ale do nas nie chciała, itp. Aż wreszcie padła.

Podziębiona Idka, właściwie my wszyscy podziębieni. Panowie smarkali już od kilku dni, bo poranki mamy rześkie, ja przemarzłam dzisiaj, w drodze do przedszkola, na zakupy, do apteki, na fizjoterapię i znów w biegu po Idę. Dojrzałam do tego, żeby jutro po południu podjechać do miasta po cienką czapkę; mam tylko jedną, grubą, zimową, czerwoną czapę mikołajową; jeszcze na nią za wcześnie. Oraz rękawiczki Idzie trzeba kupić, bo nie ma żadnych; a było w pepco kupić te z elsą i anną, trudno. Przynajmniej bym miała z głowy. No nic, wezmę jej zwykłe dzianinowe, jak śnieg będzie na horyzoncie, czyli pod koniec stycznia, akurat na wyprzedażach dostanie narciarskie ;).

Nie wiem, o co chodzi, ale odkąd się ochłodziło, jem. Jem i jem i jem. I nie, nie sałatę, od sałaty mi zimno. I nic nie pomaga, musi być kaloryczne i treściwe; dużo, gęsto i często, jak to mawiał dziadek. Pierwszy raz tak na mnie jesień podziałała. Pozostaje mieć nadzieję, że wiosna podziała dokładnie odwrotnie, jedzenie mi zbrzydnie i się tak wylaszczę, że mnie mamusia nie pozna. Póki co - mleczna Cailler.

W tak zwanym międzyczasie, czyli od poprzedniej notki do teraz, były moje urodziny. Okrągłe. BARDZO OKRĄGŁE. Nie ukrywajmy, nie było łatwo i do tej pory jeszcze nie do końca przechodzi mi to przez gardło (ubawiłam panią sędzinę, bo na standardowe pytanie o wiek, odpowiedziałam: prawie czterdzieści. No co, to było ponad tydzień przed urodzinami!!). Dla zatuszowania sędziwego bądź co bądź wieku, kupiłam sobie takie coś do mycia twarzy z Lush oraz ich serum. Zobaczymy, piękniejsza może od tego nie będę, ale za to polepszy mi się samopoczucie, a to też ważne.

A co u Was robaczki?

novembre

Jak dobrze jest wrócić do domu! Otworzyć okna, przewietrzyć dwutygodniowy zaduch. Wyrzucić z lodówki jedzenie z białym lub - co kto lubi - zielonkawym nalotem. Odkurzyć, umyć podłogi. Lepiące się i noszące ślady kuchennych rewolucji męża. Młody sprzątnął łazienkę, uporządkował górę papierów (poskładał, związał w paczki i wyniósł do piwnicy, żeby tam czekały na datę odbioru. Pamiętacie z dawnych czasów, jak się nosiło makulaturę do szkoły? No, to my mamy tak samo, tylko nie dostajemy papieru toaletowego w zamian). Uporządkował - bo nie było wiadomo, czy ja w ogóle wrócę i zagonię do sprzątania i być może będzie można po prostu rzucać gazety na stertę, i rzucać... Wyniósł papiery do piwnicy, wyniósł szkło i alu do dzwonów, w międzyczasie usłyszałam burknięte pod nosem "no, już się zaczęło". I tak to już pięć godzin i kilka pralek później, siadłam sobie na spokojnie z herbatką. Jak dobrze jest wrócić do domu.

W Polsce było fajnie. W Lublinie co prawda wiało, padało i rzucało żabami, ale spotkania towarzyskie rekompensowały mi tę niedogodność. Zresztą, z Idą i przy takiej pogodzie, i tak niemal wszędzie poruszałam się taksówkami, jak ostatni burżuj. Wyskoczyłam na pół dnia do Warszawy, zameldować młodą. W pociągu Francja elegancja, działające gniazdko do prądu i takie tam szykany. Na Zachodniej wysiadam, wychodzę tym nowym wyjściem (nie byłam dawno w tych okolicach, a tu nagle przeszklone biurowce, nowoczesność w domu i w zagrodzie, i w ogóle), zatem wychodzę - taksówek nie ma. Mnie się spieszy, a pani "proszę czekać, będą sukcesywnie podjeżdżać". Taaaa. Jakby trochę mało czasu miałam, bo tego samego popołudnia jechałyśmy do L. Na szczęście akurat wtedy drogę przebiegł mi szczur (wietnamskie knajpki; i teraz nie wiem, brak higieny czy menu uciekło...?), uznałam to więc za dobry omen, i rzeczywiście, zameldowałam Idę bez problemu i zdążyłam spokojnie na powrotny pociąg.

W Radomiu było super, była siostra, był brat, dużo ludzi, śmiechu, żartów i poczucia humoru, czyli tego, czego mi w moim osobistym domu tak bardzo brakuje. Sprawa w sądzie poszła gładko, sędzina włożyła nam w usta oświadczenia o zrzeczeniu się spadku, podpisaliśmy, co trzeba, i z głowy. Jeszcze tylko adwokatka doprowadzi do końca sprawę w imieniu Idy i Piotrka; trochę to potrwa, ale trudno, w sądach też kolejki.

Swoją drogą, jakie to szczęście, że sprawę mieliśmy 30.10., a nie 12.11., bo gdybym przyleciała i okazałoby się, że parlament przegłosował wolne, i że sąd przełożyłby rozprawę, a kosztów dojazdu (dolotu ;p) nikt mi nie zwróci, to lekko bym się wkurzyła;/. No, przyleciałabym drugi raz, pewnie, że tak, znowu zrobiłabym rundkę objazdową, no ale umówmy się, główny cel był zrzec się spadku.

Oraz w kinie byłam! Dwa razy! Raz na Serce nie sługa (nie idźcie, miała być komedia a było nie wiadomo co, a jak się rozkręciło, to główna bohaterka umarła, bez sensu) oraz 7 Uczuć - i na to idźcie koniecznie. To nie jest komedia i nie miała być, ale jest świetna i daje do myślenia. Bardzo mi się podobał.

Wczoraj, noc przed wylotem, nocowałyśmy u mojej koleżanki ze studiów. Ania jest kochaną osobą, zdolną swoją dobrocią człowieka udusić, coś jak z kotkiem z całej siły przyciskanym do serca, i ojejku, główka odpadła, temu misiu. Tfu, kotku. Niemniej przetrwałyśmy atak opiekuńczości gospodyni, było bardzo miło, jedynie pobudka przed szóstą rano nie była miła, ale co poradzić. Samolot nie poczeka.

Pierwszy raz leciałyśmy easy jetem; do końca października naszą trasę obsługiwał jeszcze wizzair, ale ponoć optymalizował koszty, czy coś. Easy jet zdegustował mnie jedynie tym, że nie zabierają bagażu podręcznego w czekinie, a umówmy się, bagaż podręczny miałam na maksa: dwie torby, które nie były ciężkie, ale za to tak pękate, jakbym w środku przewoziła pudełka z nowymi grami dla Idy oraz trzy puchate, ciepłe swetry, z czego dwa dostane od teściowej. Oraz ręcznik 100x150, który sobie kupiłam, żeby wreszcie móc się fajnie tak dookoła owinąć po kąpieli. Albo jeśli czegoś zapomniałam i muszę wyskoczyć z łazienki. Oraz do kompletu ręcznik do włosów, już normalny, 50x100, ale umówmy się, trochę się zrobiło pękato w torbach. Na drugi raz chyba przemyślę zakup torby próżniowej na ubrania. Bo, co jest akurat w easy jecie miłe, jest tylko limit wymiarów, a nie kilogramów. Więc jeśli jakaś sztabka złota, czy co, to śmiało w podręcznym można. No i przed samym samolotem zostawiłam im te torby i wózek Idy (służący głównie do transportu toreb w czasie tej wycieczki), i już jak białe ludzie tylko z reklamówką wypełnioną bezcłowym trunkiem, gazetami, ponikucykiem, lalką Anną, tą od Elsy, suchą bułką na wszelki wypadek, wsiadłyśmy do samolotu. Rękawem! Nie jak jakimś wizzairem ;p.

W samolocie Ida zwinęła się w pół kulki i przespała cały lot. Trochę trzęsło na górze i w trakcie lądowania. Może dlatego, że kompletnie nie było zaokna, chmury do samej ziemi. W Warszawie w sumie podobnie, smog do samej ziemi i też nic nie widać. Stewardessy zrobiły tylko pół serwisu kawowego i siedziały przypięte do samolotu.

Teraz córunia śpi już od godziny; tatuś włączył jej piosenki abby na komputerze, dziecko siadło w dużym, wygodnym fotelu, ze słuchawkami na uszach... i zjechało do bazy. I dobrze, ominęło mnie dzisiejsze cała Szwajcaria czyta dzieciom, a jutro pobudka o siódmej, bo przecież do przedszkola. I na fizjo. I na jakieś zakupy pewnie.

To co, idę testować nowy ręcznik, bo też mi się oczka kleją. Obym tylko nie zasnęła w wannie, bo jest dłuższa ode mnie, a jeszcze bym wam coś popisała przed śmiercią.

To dobranoc się z państwem.

novembre

Sobota. Ostatnie pranie się pierze. Dobrodziejstwo suszarki elektrycznej: za dwie godziny wszystko będzie suche i spakowane do torby. Właśnie, do torby: jestem w trakcie nowego doświadczenia: zmieść się w dwóch torbach i max 10 kg każda! Do tej pory po prostu wrzucałam do walizki, co mi tam było potrzebne, siadałam na niej, żeby domknąć, i już. Luzik. Ale teraz lecimy tylko na dwa tygodnie, więc bez sensu brać wielką walizkę. Która kosztowałaby tyle ile mój bilet. Zatem ostatnie pranie, rzeczy już albo spakowane, albo czekają na łóżku (na zmiłowanie), w ostatniej chwili trzeba wrzucić sery z lodówki. Kartę playową do portfela, a przy okazji i portfel polski zabrać. Klucze. Kosmetyczka już. O 19 weź pigułkę. Młoda już od rana woła o kolację, bo miała zapowiedziane, że po (wczesnej) kolacji jedziemy na lotnisko. Oraz miała pretensje do słońca, że wzeszło. Dopóki niebo było zamglone, była szansa, że zaraz znów zrobi się ciemno i zamiast lunchu zjemy tę wczesną kolację, a tu takie rozczarowanie.

Młody miał dzisiaj do południa Kuchenverkauf. Polega to na tym, że matki pieką ciasta, a synowie, uczniowie ostatnich klas szkoły, rozstawiają się w sobotę rano przed sklepami spożywczymi w okolicy (albowiem zakupy robimy patriotycznie w najbliższym szwajcarskim sklepie i nie jedziemy do Niemca czy Francuza oszczędzać kupę kasy, tylko kupujemy płyn do prania za 12 franków, zamiast identyczny za 4 ojro. Oczywiście. No ale, koniec dygresji.) Zatem młodzi rozstawiają się przy wejściu do sklepu (za zgodą tegoż) i proponują swoje produkty. Tradycja ta powtarza się co roku wiosną i jesienią; młodzież zbiera w ten sposób pieniądze na obóz letni na zakończenie szkoły. Chwali im się, trochę postoją, trochę pobajerują. Klienci bardzo chętnie wspierają młodzież, kupują, czasem nie kupują tylko wrzucają pieniądze do puszki - nie ma ustalonej ceny za kawałek ciasta czy muffinkę, każdy wrzuca tyle, ile uzna za stosowne. Chłopacy zwinęli się po niecałych 4h do domu, bo została im jedna ostatnia muffinka, którą solidarnie zjedli na cztery gryzy :D. Po podliczeniu kasetki odtrąbili sukces - uzbierali 452 franki! W marcu powtórka z rozrywki i już wiem, że muszę upiec ze dwa ciasta, albo i trzy. Będą mieli chłopaki szansę więcej zarobić.

Za oknem ostatnie podrygi złotej polskiej jesieni, bo i tutaj będzie się ochładzać. Co prawda nie tak gwałtownie, jak w Polsce, niemniej ochłodzenie i tu zawita, i nareszcie. Dziś jeszcze na ciastka do młodego poszliśmy piechotą, bo to słoneczko wredne wyszło zza mgły, bo szuranie liśćmi, bo sucho i miło. Ostatnio pod naszym balkonem był borsuk! No chyba, że ktoś psu namalował białe paski na łepku. Wokół jest dużo lasów, ale że chciało mu się tak na osiedle wchodzić? Oraz jeża spotkałam, tuptał chodnikiem, kulturalnie. Doszedł do mnie, zatrzymał się, zrobił w tył zwrot i dał dyla pod siatką ogrodzeniową w trawę. No nie wiedziałam, że jestem aż tak antypatyczna, żeby trzeba było przede mną zwiewać. Eh.

Oraz standardowa porcja humoru rodzinnego na dziś: przed wyjściem chodzę po domu, czegoś szukam, ubieram się, Ida chodzi za mną i mantyczy, ja nie mam cierpliwości. Wspierający małżonek rzuca: to ty chciałaś mieć drugie dziecko.
Kurtyna, oklaski. Do widzenia się z państwem za dwa tygodnie.

novembre

A mówiłam, żeby na rwanie zęba umówić się na piątek! To nie, bo w poniedziałek gorsze lekcje przepadną. No, to teraz przepadły mu jeszcze i dzisiejsze, i kto wie, co z jutrzejszymi.

Usunął mu wczoraj dwie ósemki z prawej strony; jedna wyszła w miarę gładko - choć nie tak, jak miesiąc temu, druga za to go wymęczyła okrutnie, do tego szwy, no i boli tak, że apapy nie pomagają. Biedacyna. Kolejne, ostatnie już rwanie, za miesiąc tym razem w piątek. Oby poszło gładko, bo aż żal patrzeć na tę kupkę nieszczęścia.

W sobotę lecimy. Mam nadzieję, że uda mi się spakować sensownie w dwie torby po 10 kg każda. Tego jeszcze nie ćwiczyłam, a pierwszy raz lecimy bez bagażu rejestrowanego. Jeszcze zakupy trzeba zrobić przedwyjazdowe, może jednak kawałek książki do niemca zeskanować, żeby w wolnej chwili przejrzeć, załatwić pierdyliard spraw przed wyjazdem, i w drogę.

Małżonek z wrodzonym sobie dowcipem oznajmił, że żona kolegi wraca później z Polski, niż było w planach, ja lecę w sobotę, w niedzielę więc pojadą wspólnie gdzieś w Alpy koić smutki na szlaku. Młody się ucieszy, bo pewnie wymiga się masą nauki i będzie miał cały dzień wolną chatę. Win-win.

Piękna pogoda u nas, niechby może już się skończyła, bo ile można w balerinach popylać. Zdecydowanie nie jestem typem człowieka, który mógłby mieszkać w kraju z jedną porą roku. Nie, żeby mi już brakowało listopadowej aury, ale zmieniające się pory roku porządkują człowieka od środka, wydajemisie.

No to co, zjem coś i na niemca trzeba jechać. Dziś dla odmiany pół nocy spędziłam przy łóżku młodego, na szczęście na kursie dziś Tobi, prowadzący, u którego nie da się zasnąć. Obym nie stworzyła precedensu.

novembre

No to tak. Jako że zmieniłam siłownię, przysługiwało mi mierzenie zawartości siebie. Spuśćmy zasłonę milczenia na same kilogramy, chamy jedne, natomiast okazało się, że przez ponad miesiąc ubyło mi dwa kilo tłuszczu, a przybył kilogram mięśni. Ludzie, mam to na papierze, kilogram mięśnia mi przybyło! Dołożyłam sobie ostatnio pół godziny rowerka; stawiam kindla przed sobą i czytam, a nogi kręcą.

Oraz. Jako że lecą mi garściami włosy i paznokcie (czy paznokcie lecą garściami? Hm...), poszłam do dermatologa, niech mi da jakieś cudo. Dała, eureka, biotynę i wzięła krew pod mikroskop. I teraz - ja się nie znam - czy jest na sali lekarz? - mam hemoglobinę bardzo ładną, jak na mnie oczywiście, 12,4, za to coś, co się nazywa Ferritin, mam skandalicznie poniżej normy. Podobno jest to białko zatrzymujące żelazo we krwi, ale tu się mogę mylić, bo czytałam po chińsku. Koniec końców medycyna orzekła, że łykanie tabletek z żelaza to bez sensu, zapraszamy na wlewkę. Poszłam więc w czwartek na imprezę; wyglądało jak piersiówka taka zero dwa, ale w środku była sól fizjologiczna. Po kilku minutach piguła wbiła się grubą igłą do piersiówki i wstrzyknęła fiolkę brązowego płynu. Podobno żelaza. Dziwne uczucie, do tej pory było w drugą stronę, szłam do RCKiK, oddawałam krew, dostawałam czekolady i gites. A tu leżę, igła wbita, ale tym razem mnie karmią. No dopsz. Za tydzień powtórka z rozrywki i w grudniu sprawdzimy, czy to coś pomogło, czy nie.

Mąż się tylko obawia (o własną skórę się obawia...), co to będzie, jak ja po tym żelazie dostanę obiecanego kopa energii. No co, piwnica jest do sprzątania. Myślę, że to będzie pierwszy objaw. Piwnica.

Młodemu kończą się ferie jesienne, staremu kończy się miejmy nadzieję przeziębienie (życzymy zdrowia, ile można w domu siedzieć!!). Jeszcze tylko niedziela i od poniedziałku wracamy do utartego rytmu. Co prawda tylko na tydzień, bo lecimy do Polski, ale zawsze.

Tymczasem jest sobota wieczór, najlepszy moment, aby... pouczyć się niemca.

novembre

Dzień dobry. Zdaje się, ominęłam dwa poniedziałki. Przepraszam i nadrabiam.

Najlepsza z Kadrowych przyjechała! Spędziłyśmy bardzo intensywne kilka dni razem, polegające głównie na jeżdżeniu i zwiedzaniu, zachwycaniu się i jeżdżeniu znów. Oraz żałowaniu, że tak krótko i tak szybko. Oraz pierwszy wieczór skończył nam się za pięć czwarta, zupełnie nie wiem, jakim sposobem.

Aga jest moją osobistą terapeutką. Ja z ADHD, nerwowo szukająca odpowiednich serwetek pasujących do obrusa, a ona: spokojnie, daj ręcznik papierowy i też będzie dobrze. Na spokojnie. Żyj i daj żyć innym. Zwolnij. Takie proste, a takie trudne. Wchodzę do niej do domu, siadam w moim fotelu - i zaczynam oddychać. Tętno zwalnia, zmarszczki się prostują. Magia, panie ;).

Zen był tylko częściowo zakłócony przez naszych panów, z którymi jeździłyśmy na wycieczki (Ida, dziecko idealne na podróż, miała taki sam zen, żeby nie powiedzieć inaczej, co ona miała i jak bardzo). Na szczęście humory naszych panów były krótkotrwałe i po paru minutach znów panowała rodzinna sielanka. Oraz, kolejna magia, dogadywali się bez problemu. Od razu znaleźli wspólny język. Mąż mi tylko potem wyznał, że nie podobał mu się styl jazdy kolegi. Kolega zawodowy kierowca, jeździł nie według zasady "szybko ale pewnie", ale naprawdę zero stresu i zero strachu. No, ale mój mąż ma trochę inny styl jazdy, ekhm, jakby wolniejszy, więc nie dziwny mu się. Wybaczamy.

Po pięciu dniach dobre się skończyło i Najlepsza z Kadrowych poleciała do domu. Zostały zdjęcia i wspomnienia. Oraz plany na kolejną wizytę.

Póki co, ja się szykuję do Polski. Lecimy za dwa tygodnie na dwa tygodnie. Grafik jak zwykle napięty; fryzjerka już umówiona, tydzień w Lublinie, tydzień w Radomiu, wypad do Warszawy, żeby zameldować córunię. Lecimy wizzairem, wracamy easy jetem, bo akurat się linie zmieniają w grafiku. I dobrze, przetestujemy pomarańczowych.

W ubiegłym tygodniu z okazji urlopu męża pojechaliśmy do Berna, złożyć młodemu wniosek o paszport. Przy okazji spacer do misiów, widoki z tarasu za parlamentem, Alpy na horyzoncie nam z ręki jadły! Pierwszy raz pojechaliśmy też do Zug, bo tam pracuje polecana nam brokerka od ubezpieczeń. Przy okazji wizyty rozjaśniła nam parę kwestii technicznych, uświadomiła, że podstawowe ubezpieczenie możemy zmieniać co roku i tylko dodatkowe było na pięć lat. Oraz wstępnie wyliczyła nam składki u innych ubezpieczycieli, gdzie przy porównywalnej jakości usług i wszystkich potrzebnych nam pakietach, zaoszczędzimy ok 300 CHF miesięcznie. Nagle poczułam się taka bogata...! (jak już przestałam się czuć dymana przez poprzedniego brokera ;/). Ehh. W sumie, zaraz na wjeździe do kraju trzeba w ciągu bodajże miesiąca podpisać umowę na ubezpieczenie zdrowotne, a konia z rzędem temu, kto to sam ogarnia, nie będąc Szwajcarem lub rezydentem tutaj dłużej niż 10 lat.

Chociaż z drugiej strony szacun dla mojego męża, rozliczył i wysłał podatek! Albowiem się okazało, że przedłużać owszem, można, ale po 6 miesiącach przedłużania trzeba ich zapytać na piśmie, czy można jeszcze. Oni odpowiedzą i dopiero wtedy można sobie spokojnie odkładać na jutro. Zatem mój mąż szczęśliwy w swej niewiedzy zalogował się do systemu podatkowego, kliknął o przedłużenie i wyskoczył mu komunikat ze środkowym palcem i tekstem: teraz to już za późno, składaj co masz i goń na pocztę! Co też czym prędzej uczynił. Nie załączył jedynie jednego kwitka, bo go dostał już po wysłaniu papierów (miał go załatwić wcześniej, ale przecież zdąży; chodziło o wyciąg z konta młodego z informacją z banku, ileż to młody miał oszczędności na koniec roku). Niemniej przymuszony przez instytucję, dostał szwungu i załatwił prawie wszystko prawie na czas. Czyli w normie.

Poza tym co. Wyartykułowałam prośbę o prezent urodzinowy, został zamówiony, dostarczony i uruchomiony. Od teraz książki, a przynajmniej ich większość, będę czytać na kindlu. Oraz odpadnie dźwiganie ich w walizce, co też ma swoje zalety. Oczywiście nic nie przebije papieru, czytania w wannie i przybrudzonych jedzeniem kartek, niemniej względy praktyczne wzięły górę.

No dobrze, po zarwanej nocy (czyżbym nie mogła spać nie tylko w czasie pełni, ale też i nowiu? Dziękuję uprzejmie za taki bonus ;/) czuję się trochę jak zombie. Udam się zatem na regenerującą drzemkę. Kwadrans i będę nówka sztuka.

Do miłego się z państwem.

novembre

Niedziela. Idunia, kochane dziecko, wstało 7:30, na szczęście bajka i ekspresowe śniadanie uratowało jeszcze godzinę snu. Wczoraj zabrałam ją na cały dzień na dwór, dzisiaj już łeb urywa i front nadchodzi, więc było wiadomo, że trzeba korzystać. Poszłyśmy się spacerować do parku, na place zabaw, przewłóczyłyśmy się cztery godziny, po obiedzie znów. Małżonek miał w tym czasie skończyć wreszcie rozliczenie PITa (tutaj można przedłużać w nieskończoność, oczywiście odpłatnie, więc przedłużał i przedłużał, ale w ten weekend, to on już się weźmie. Najnowsze wiadomości podają, że się weźmie dziś po obiedzie). No to myślałam, że trochę pośpi dzisiaj, córunia, nie mąż. Mąż tam zawsze pośpi, na pstryk.

Poszłam z młodym na siłownię, potem do piekarza na herbatę i ciastko. Żeby nie było, że tylko z młodą spędzam czas. Babeczka malinowa na kremie waniliowym, i żeby nie było za mało słodko, babeczka wysmarowana jeszcze  czekoladą. Dobrze, że już bez polewy na wierzchu. Oni tu wszystko słodkie do wiwatu robią. Oraz moja ulubiona zielona herbata, japońska sencha. Wzięłam dzisiaj na wynos, bo zawsze mi się serce kraje, jak po jednym zaparzeniu ląduje w koszu. A zieloną można zaparzać dowolną ilość razy (w przeciwieństwie do czarnej). Zabrałam dziś więc na wynos i właśnie piję drugi sort ;).

We wtorek wieczorem przyjeżdża Najlepsza z Kadrowych! Jupi! Nareszcie. Fajnie będzie pogadać, pozwiedzać, pogadać i jeszcze raz się napić. Zwłaszcza, że jeśli w ogóle dotrzemy na święta do Polski, to wpadniemy jak po ogień na dwa - trzy dni tylko do Radomia, w Lublinie nas nie będzie w ogóle. Planujemy jeszcze wstępnie wczesnowiosenny wypad nad polskie morze, z Kadrową oczywiście, ale planujemy tak już chyba ze dwa lata, więc nie wiem, kiedy nam się uda go wreszcie zrealizować. Póki co, łapiemy, co jest.

Jako, że sezon letni wreszcie po czterech miesiącach dobiega końca i póki co nie widać na horyzoncie kolejnej fali trzydziestostopniowych upałów, tfu odpukać, popełniłam dzisiaj szarlotkę. Internety wczoraj podpuszczały, że jesień, że ciasto, to niech mają, proszę bardzo. Mąż, oczywiście, jak wyjmowałam gorącą blachę z piekarnika, stwierdził, że on to by zjadł apfelstrudla, ale jasne, ja zrobię, a on zje jeden kawałek, bo się odchudza. A młodego będą rodzynki gryzły w zęby, albo co tam jeszcze.

Zapowiada się, że dzisiaj zjemy jakiś obiad, bo w kuchni trwają prace nad ciastem na pizzę. Ida oczywiście dzielnie pomaga, wiadomo. Wszyscy niezmiernie cenimy sobie jej pomoc, ale co poradzić ;).

novembre

Tydzień minął i całe szczęście, bo tak dał w kość, że dziękuję bardzo. Weekend już spokojny, wczoraj, co ja robiłam wczoraj? Aaa, miałam iść do fryzjera, ale zapił i wziął kacowe. Po fryzjerze miałam iść na autobasel, ale jako, że nie poszłam do fryzjera, to i nie poszłam na autobasel. Za to po południu poszliśmy do sąsiadów, do Sary, Saschy i dziewczynek. Które są pieronami zdolnymi wodę podpalić, więc było to nieco męczące generalnie. Młodsza wyła non stop, starsza wbijała szpilę tu i ówdzie, sterując nastrojem siostry. Ani pogadać się nie dało, ani spokojnie posiedzieć, dziewczyny piłowały japy, aż szyby drżały. Za to jedzenie było pycha, wege lazania z pieczarkami i sernik z czekoladą. Trochę się gospodyni stresowała, bo jej ser opadł i pękł, ale zrobiłam jej wykład na temat pieczenia i studzenia sera, i już się nie stresowała (wykład pochodzi stąd).

Wieczorem obejrzeliśmy z mężem Sztukę Kochania, o której na śmierć zapomniałam, że przywiozłam z Polski i czekała od miesiąca, aż wytrę kurze i wpadnie mi w ręce. Na przyszłość - częściej wycierać kurze. Listy do M3 też czekają, ale te akurat poczekają do Mikołaja. Póki co zapakowane w folię kurzą się, kilka cykli sprzątania jeszcze przed nimi.

Byłam w ubiegłym tygodniu w ikea; młodej należało się już większe łóżko, lalkom, misiom i aktualnie najukochańszym maskotkom też. Jednego dnia udało mi się sprzedać małe i kupić duże. Mąż skręcił, oczywiście kurwiając, na czym świat stoi, że już nigdy w życiu żadnych zakupów z ikei, z czego wnoszę, że zacznie zarabiać dwa razy tyle, albo wygra w totka, bo nic powyżej ikei nie leży w naszym finansowym zasięgu. A kurwianie raz na parę miesięcy przeżyję, bo ich meble mi się podobają.

Zatem pojechałyśmy z młodą po pościel i poszewki, wybrała oczywiście najbardziej różową w serduszka, ma teraz księżniczkowe łóżeczko i jest pełnia szczęścia. Co nie oznacza, że dzisiaj w nocy nie przyszła do nas, bo ona nie chce spać w swoim pokoju, tylko W NASZYM. Taaaaa.

W najbliższym tygodniu znowu muszę do ikei, bo łóżko używka, przy rozkręcaniu śrubki wrzucone w dziurawy woreczek, łóżko stoi i się nie buja, no ale dokręcić trzeba. A akurat tych śrubek nie mogę zamówić przez stronę, tylko osobiście, bo tak. No trudno, damy się na jeszcze jednego łososia z frytkami namówić.

Dziś ciepła, letnia niedziela. Jako, że upadłam na głowę i wykupiłam sobie ROCZNY abonament na siłownię tuż za rogiem, poleciałam rano bladym świtem na dziewiątą. Poustawiali mi tam wszystkie maszyny i już mogę sobie sama chodzić. Małżonek w lekkim szoku, że trzy razy w tygodniu, ale po pierwsze taki rytm mi odpowiada, poniedziałek środa piątek do południa, raz Idę wezmę ze sobą i z tabletem, w środę i piątek będzie w przedszkolu. Poza tym, umówmy się, siedzę w domu i nie pracuję, więc co ja mam do roboty (zapraszam). To sobie przynajmniej poprzerzucam.

Obiad, jak zawsze w niedzielę, miał robić małżonek, ale to nie szkodzi, czasem zdrowo jest się trochę przegłodzić, a zupa jest z wczoraj i coś tam w lodówce do wyczyszczenia, więc luz. Sytuacja na godzinę 15:30 wygląda tak, że kurczak zaczął się właśnie rozmrażać, a mój mąż śpi. To nawet dobrze, w środę pracuje zdalnie z domu, może wtedy coś ugotuje, kurczak będzie akurat.

Zrobiłam sobie porządek na komodzie w sypialni, powiesiłam obrazki, które czekały na swoje gwoździki, przesadziłam orchideę w doniczkę taką, jakie mam w całym domu, i postawiłam na komodzie, uporządkowałam biżuterię, której nie noszę, bo leży pochowana, bo nie mam takiej fajnej skrzynki na biżuterię, zatem wyjęłam ją do wierzchu i przełożyłam do tymczasowych pudełeczek, a w grudniu przywiozę sobie takie coś i wtedy będzie pełnia szczęścia.

A propos gwoździków, mąż usłyszał stukanie i już przy drugim z trzech obrazków przyszedł zobaczyć, co robię.
- Wieszam obrazki - odpowiadam.
- To ja bym ci pomógł, przyniósł wiertarkę i znalazł dybelki...
- ...i właśnie dlatego cię nie wołałam - wchodzę mu w słowo - bo nie chcę tu mieć rozwalonej wiertarki na wierzchu, wiercenia dziur w ścianie, kurzu i dybelków. Obrazki są lekkie i gwoździk wystarczy w zupełności. (mam nadzieję).
Mąż nie odpowiedział już nic, tylko wycofał się do salonu, dokończyć drzemkę symulując oglądanie meczu.

O i tak to. Niekończący się kołowrotek, jutro znowu poniedziałek. Tak jakby mi to robiło jakąkolwiek różnicę, jaki mamy dzień. Codziennie mamy ten sam dzień. To pa.

novembre

Jaaaaaak mi się chce spać. Najpierw nie mogę zasnąć, koło pierwszej dopiero oczy się kleją. Potem budzi się młoda, woła mnie, a ja nawet jeśli mam ją tylko wysadzić i odprowadzić do łóżeczka, mam z głowy godzinę spania. A już nie daj bóg wybudzić mnie z pierwszego snu ;/. No a potem rano trzeba wstać i ogarniać rzeczywistość, codziennie od nowa. Dzisiaj na siłowni mało nie usnęłam. Jest taka maszyna do tortur, człowiek się na niej kładzie i nogami odpycha ciężar (w moim przypadku 39,5 kg). No i jak się dzisiaj położyłam, zrobiłam jedną serię, a może by tak chwilkę odpocząć...? Aż się prosiło.

Jak miałam ten czekap całego ciała, kiedy mi powiedzieli, ile mam mięśni, ile tłuszczu itp, określili mi prawidłową wagę. Kartka była wydrukowana na czarno-biało i trochę się wydruk moich wyników rozjechał z tym, co było na kartce pierwotnie. Czyli tabelka sobie, a cyferki z pół centymetra wyżej, trzeba się przyjrzeć, żeby rozczytać. No i mój małżonek mi opowiada: I wiesz, widziałem, że ci określili cel, 60 kg, -20 kg, tylko się zastanawiam, bo to będzie 40 kg, to to nie będzie za mało?? Kochany, nie dojrzał pierwszej, wyjściowej liczby, która była wydrukowana trochę wyżej i na szarym tle. Popłakałam się :D

Oraz standardowo, schudłam dwa kilo i waga stanęła. No żeż ją ku... Zara znowu pójdzie do kąta.

Jak mi się nie chce... Chyba sobie włączę tę piosenkę; znacie? Obejrzyjcie teledysk i posłuchajcie, koniecznie!

 

novembre

Otóż na kiermasz poszłam, ale nic nie kupiłam. Nie było ubranek w Idy rozmiarze, a z większymi mam zawsze problem, żeby nie wypadło, że ma zimową sukienkę nosić w środku lata na przykład. Oraz odkryłam, dlaczego ubranka dziecięce tak do roku - półtora schodzą jak ciepłe bułeczki, a potem już nikt ich nie chce kupować. Po pierwsze - małe nie zdąży zniszczyć i szybko wyrasta, a starsze to już tarzają się po podłodze, rozrywają, plamią, rozciągają. No i te mniejsze są chyba lepszej jakości, wydaje mi się. Naoglądałam się używanych, spranych ubranek i - nie. U Niemca kupię nowe w tej samej cenie.

Ale za to całe sobotnie popołudnie spędziłam w mieście. Potrzebuję butów, potrzebuję ubrań dla siebie. Mam silne tendencje do wyrzucania i pozbywania się niepotrzebnych ubrań, ale z tendencją do uzupełniania garderoby jest już gorzej. Efekt jedenastokilometrowego spaceru, oprócz odpadających nóg i ramion, to dwie bluzeczki dla Idy oraz trepko-skarpetki, też dla Idy. Takie, wiecie, trepki mięciutkie skórzane, i do tego dorobione z dzianiny skarpetki do połowy łydki. W najmodniejszych obecnie kolorach różu, niestety bez nawet jednej księżniczki, więc nie wiem, czy będzie nosić. Dla siebie, jak widać, nie kupiłam nic. Kolejny odważny plan zapowiada, że jutro wczesnym popołudniem zgarnę Idę do Niemiec na zakupy, na zakupy DLA MNIE tym razem (na liście zakupów są Idy podkoszulki, Idy bluzeczki, Idy sukienka albo spódniczka...), o 17 małżonek bierze samochód, robimy spożywkę i wracamy razem do domu. Plan ambitny, trzymajcie kciuki. Bo jeszcze trochę i w szafie będę miała przeciąg.

Podprowadzony małżonek sam w weekend wpadł na pomysł, żeby może by przejrzeć jego szafę. Jesteśmy ubraniowymi przeciwieństwami: ja wyrzucam, on dokupuje, każde sobie. Na ten jego bajzel i pięć (PIĘĆ) kartonów ubrań na szafie nie mogłam patrzeć, jak to się więc dobrze złożyło, że zaproponował przejrzenie jego garderoby. Jak on na to wpadł? Ulga, dwa duże worki poszły dla potrzebujących.

Czeka mnie w związku z tym wyprawa do ikei, bo mąż zgłosił zapotrzebowanie na drugie wieszanie w szafie. W jednej części ma garnitury i marynarki, i na koszule już nie ma miejsca. A że teraz zrobiło mu się nagle tak luźno w szafie (jak połowę wywalił, a drugą poukładał), to może szaleć, wyjmie dwie półki i zamontuje drążek. Sami więc widzicie, że wyjazd do ikei w najbliższych dniach jest po prostu absolutnie konieczny. Przy okazji dokupię sobie plastikowych pojemników do przechowywania kasz i ryżów, no i jeszcze nigdy tak nie było, żeby nie kupić czegoś spontanicznie. Umówmy się, Ikea to potrafi.

Dzieci zamieniły się rolami i teraz Ida jest zdrowa (no dobra, trochę smarkata), a młody rozłożony po całości. Katar, kaszel, ból głowy, lekko nie jest. Jutro idziemy do lekarza, głównie po papier do szkoły, bo obawiam się, że musi się wygrzać w łóżku do końca tygodnia, a ja sama mogę usprawiedliwić max trzy dni.

Oraz narobiłam się wczoraj wieczorem jak wół (a raczej - jak osioł, kto normalny sprząta gruntownie kuchnię do północy?). Mąż zobaczył jakiegoś biegającego stwora w domu. No i tak: albo przyszedł zwiadowca ze dworu (mieszkamy na wysokim parterze) sprawdzić, czy u nas się pożywi i czym, albo gdzieś w bloku mają miejscówkę i chciał sprawdzić, jak się nam mieszka, albo cholera wie co. Wszystkie szafki z jedzeniem wyszorowałam, przejrzałam pod lupą wszystko, nic, nie ma. Nawet mąkę przesiałam, na fali ostatnich tweeterowych rozmów o molach kuchennych. Nic. Pozamykałam sobie na wszelki wypadek w pojemniczkach różne pestki itp, normalnie mogłaby teraz perfekcyjna Majdanowa do mnie przyjść na kontrolę (tylko niech nie sprawdza kurzu na lampie!). No nic. Popsikałam jakimś kilerem po kątach i zobaczymy.

O, zaczynam kichać. Znaczy, młody zdrowieje, a ja będę następna.

novembre

Trzynaście stopni za oknem i leje. Nie trzydzieści, trzynaście! Jak miło założyć na siebie wreszcie jakieś ubranie, inne niż luźna sukienka.
Rano kurs przedszkole - siłownia - fizjo - przedszkole, trochę zmokłam, trochę postałam na przystanku w oczekiwaniu na autobus. Przyszłam do domu, rozgrzałam się kieliszkiem truskawkówki Soplicy i wzięłam się do roboty. Odkurzyłam, umyłam podłogi i stwierdziłam, że w sumie mogłabym wrócić na przystanek, postać parę minut, żeby przestygnąć ;).
Młody poszedł na popołudnie do szkoły, a ja mam ugotowane, posprzątane, prania się robią. Pogoda nie zachęca do spacerów, można więc sobie poleniuchować.

W związku z pojawieniem się na wadze łazienkowej nowego układu cyferek, dziś wieczorem robię sobie domowe spa. Tatuś (jeszcze o tym nie wie!) położy córunię spać, przeczyta fafnaście książeczek o bałwanku i świętym Mikołaju, a ja wskoczę do wanny. Maseczki kupione, puder aloesowy czeka od wakacji właśnie na ten dzień! :), do tego jakaś książka. Umówmy się, to mi się po prostu będzie należało!

Poza tym co. Odliczam (jeszcze trzy i pół tygodnia! :)) do przylotu Najlepszej z Kadrowych. Mamy dwie wersje jej pobytu u nas: aktywna, jeśli przyleci z towarzyszem, oraz bardziej leniwa i plotkarska, jeśli przyleci sama. Zobaczymy, która dojdzie do skutku, tak czy inaczej doczekać się nie mogę. Przy okazji zrobiłam też listę rzeczy do przywiezienia i zamawiam różne drobiazgi na jej adres. Jak zawsze ;).

Młoda już wydobrzała, środę sobie odpuściłyśmy, ale dzisiaj już każda z nas poszła do swoich placówek. Gorączka mignęła jeszcze w poniedziałek w nocy i tfu odpukać, nie wraca. Panna szaleje jak zwykle, znaczy, zdrowa.

Jutro wybieram się na Flohmarkt, pardon, pchli targ z ubrankami i zabawkami dziecięcymi. Po posezonowych porządkach Ida została z niemal całą szafą pustą. Trzeba dokupić zwłaszcza spódniczki i sukieneczki, bo przecież jak w chłodny dzień próbuję jej założyć spodnie, to jest awantura. Spodnie nie są dla księżniczek.
Wybieram się też do Niemiec na swoje zakupy ubraniowe, ale kiedy, to się jeszcze okaże. Jutro ma padać, tak jak dziś, więc nie jestem przekonana, czy w ogóle będzie mi się chciało ruszać cztery litery z domu.

Póki co herbata, internecik i chwila dla mnie.

novembre

Minął tydzień. Może rzeczywiście dobrze będzie wpaść w cotygodniowy rytm pisania. Lubię pisać. Słowotok przelewam na metaforyczny papier, ale przynajmniej czytają tylko chętni, nikogo nie męczę. CHYBA.

Skończyłam oglądać Anię z Zielonego Wzgórza - prawie, w Netfliksie nazywa się to Ania, nie Anna - i mam mieszane uczucia. Nie lubię, jak adaptacje filmowe są wzbogacone o wątki, których nie było w książce. Niemniej aktorka dobrana idealnie, postać wypisz wymaluj Ania, krzywe zęby, patykowate ręce, setki piegów, no i jak zaczyna odlatywać, to aż nudzi czasem. Ale tak czy inaczej miło się oglądało.

Młodemu wyrosły zęby mądrości. Wszystkie cztery na raz. Trochę chodził po ścianach, ten co rośnie, jeszcze ostatni, boli, ten co już wyrósł, boli, bo rośnie w stronę policzka i rani, generalnie ta mądrość okupiona jest sporym cierpieniem. Mój dentysta Francuz (dzięki, AA.II! :)) dopiero dziś wrócił z urlopu i przyjął nas praktycznie od ręki. Zrobił młodemu nową fotkę oraz orzekł, rwiemy. Wyprosił nas z Idą z gabinetu, jak tylko zapodał młodemu znieczulenie, piękną metalową strzykawką (na szczęście igła była sporo cieńsza niż ta, którą niedawno podawali mi kontrast do barku; ta moja miała parametry szydełka). Piotrek nie bardzo wiedział, kiedy pozbył się zęba i prosił, żeby się upewnić, czy mu wyrwał jeden, czy dwa ;).

Oczywiście pojechaliśmy z Idą, która na godzinę przed dostała gorączki... ale nie było wyjścia, dostała ibuprom, zapakowałam ją do wózka i pojechaliśmy. Trudno się wybiera między dzieckiem z gorączką a dzieckiem z bólem zęba. Mąż natomiast nieustannie twierdzi, że on się nie zamierza przeprowadzać, on może dojeżdżać i ba! nawet ja mogę śmiało pracować w promieniu, bez kozery powiem 50 kilometrów. Cóż, to nie on dzisiaj miał na głowie dwoje chorych dzieci.

Ida na ibupromie na szczęście odżyła. W gabinecie z zainteresowaniem przyglądała się, jak Piotrkowi zakładają śliniaczek, jak siada w fotelu. Jako, że panna ma od wczoraj 3,5 roku i czas najwyższy na pierwszą dentystyczną kontrolę, zagaiłam, że może by siadła, to pan doktor sprawdzi ząbki. Ano, by siadła. A u mamy na kolanach, czy sama? Otóż sama. Dziecko usiadło na fotelu i nie pytane otworzyło szeroko buzię. Matka schyliła się po szczękę, która opadła do samej ziemi, po czym spytała, czy można zrobić zdjęcia na pamiątkę. Ida dostała do ręki lusterko, przejrzała się w nim (z otwartą buzią), trochę się wystraszyła na widok psikacza powietrzem, ale po przetestowaniu na ręce i nodze, pozwoliła sobie popsikać po zębach. Zęby zdrowe, pan doktor pogratulował i zaprosił na kontrolę za pół roku. Nawet nie wiecie, jaka dumna byłam! Raz, z odwagi córki (ale swoją drogą, to dziewczynka. Kobity są twarde. Poczytajcie sobie 10 lat temu epopeję dentystyczną z Piotrkiem... rany boskie). Dwa, to, że żadnych ubytków. Po leczeniu u trzyletniego Piotrka wszystkich trzonowców, została mi jakby leciuteńka trauma. A tu - proszę. Oraz ostatnio dała się przekonać do mycia zębów elektryczną szczoteczką. Oczywiście z Kopciuszkiem Dorotą, i dostała jakąś próbkę okropnej czerwonej pasty, ale niech tam. Najważniejsze, że zęby dokładnie umyte.

Żeby nie było tak różowo, młodemu zeszło już znieczulenie, ale wziął ibuprom i położył się spać (skończyła się ważność karty, z której netfliks ściągał opłatę i nie było nic do oglądania :)), ja Anię skończyłam tuż przed komunikatem :D). Młoda po jednej dawce ibu, wziętej w południe, znów robi się cieplejsza. I blada jest, i ma katar. Poszła w sobotę z tatusiem na spacer trochę za lekko ubrana, a było dość chłodno. No nic, odsiedzimy swoje, bo co poradzić. Dzisiejsza fizjo mi przepadła, środową też odwołam, ale odrobimy w innym terminie; co do piątku, się zobaczy.

Młody zapisał się na kolejne rwanie - bo ósemki rosną mu w stronę siódemek i je wypychają, niszcząc misternie utrwalony aparatem szyk w szczęce. Kolejna wizyta za miesiąc, oczywiście młody wybrał sobie termin na poniedziałek po południu, żeby urwać coś z lekcji. Ale, co dziwne, dzisiaj mi powiedział, że popołudniu chce iść na pierwszą lekcję, bo to fizyka, a on fizykę lubi. Hm.

Poza tym nuda. Trochę chłodniej nareszcie, chociaż w dzień potrafi dobić do 30, to przynajmniej noce są chłodniejsze. Na niemiecki chodzę. I na siłownię. Ostatnio fizjo zaprowadził mnie do piekła, tam, gdzie sztangi i kule 12 kg, i kazał mi jedną podnosić. Sadysta. Schudłam dwa kilo, to pewnie z tej nienawiści.

Zakochałam się w płytkach azulejo. Kiedyś położę sobie takie w swoim domu.

novembre

No więc tak. Na siłowni byłam już cztery razy, z czego jeden raz już zamykali, więc nie weszłam; na stronie internetowej mają wpisane godziny otwarcia restauracji, a nie sal tortur. A tak chciałam!!
Kupiłam sobie wczoraj wypasiony bidon, taki, do którego można wrzucić owoce i się ma wodę owocową, poza tym ma 0,7 pojemności, a ja z tych dużo pijących, więc akurat, oraz, jest BPA-free, i bardzo się ucieszyłam, bo takiego akurat szukałam. Po czym wrzuciłam w google'a hasło BPA free i poczytałam, że owszem, bez ftalanów, ale za to sto razy gorszy syf dają do plastiku, więc możesz sobie sam wybrać, od czego chcesz umrzeć. Czarownie. Wybrałam od BPA-free, bo miał ładniejszy kolor.

Oraz. Poszłam dzisiaj na siłownię - ale spokojnie, spokojnie! Nie, żeby ćwiczyć! - na testing. Postawiła mnie pani na wadze, potrąciła prądem i maszynką po plecach, i orzekła, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, że ilość mięśni w sobie mam w normie. I to nawet w trochę wyższej normie. Niesamowite, zawsze twierdziłam, że mięśnie to ja mam w oczach i języku. Oraz, co już mnie nie zdziwiło absolutnie, że proporcja* tłuszczu do mięśni, gdyby ona była odwrotna, to byłoby cud miód i orzeszki! No naprawdę?? Jeszcze jedno mnie zdziwiło, że na ramionach mam procentowo więcej tłuszczu niż na udach, a kto mnie zna, ten wie, że ja mam na czym usiąść, oj mam. No ale może liczą jakoś po swojemu, nie wiem. I tyle w sumie. Za pół roku ponowna kontrola i do tego czasu ambitne zadanie -10 kg, tymczasem za tydzień pani mi pokaże następne ćwiczenia, na stawy i kręgosłup (bo mi wyszło, że mi się kręgosłup nie zaokrągla, w sensie za sztywna jestem. Kto by pomyślał). A w ogóle to optymistycznie założyła, że ja przez te sześć miesięcy będę tam przychodzić, trzy razy w tygodniu, na tortury. Ha ha oraz ha.

Tymczasem święto lasu dzisiaj, otóż mój syn założył krótkie spodnie, takie do kolana. Drugi raz w tym sezonie. Owszem, lato powyżej 30 stopni. A córka, jako że jest kopciuszko-księżniczką mieszkającą w pałacu, zażyczyła sobie sukni balowej i tak latała cały dzień w weselnej kreacji. Dom wariatów! (niepełny, mąż w pracy! ;p)

 

*Dwa razy poprawiałam, i ciągle nie mam pewności, czy mnie tu Siostra nie poprawi!

novembre

Poszłam w piątek na towarzyskie spotkanko z dziewczynami i przywlokłam jakiegoś wirusa. Niestety nie wziął mnie po całości (koleżanka, która myślała, że wirus już jej przeszedł, obiecywała, że trzy dni rzyganka = -2 kg. A tu nic!!), tylko tak męczy. W sensie, że niedobrze mi, ale komu dzisiaj dobrze. Biednemu zawsze wiatr w oczy.

Z szaleństw ryczącej niemal czterdziestki, poszłam sobie pierwszy raz w życiu... na siłownię. Bo ja fitnesy, skakanie, noga wyżej!, woła córka, to nie, dzięki. Ale tak bardziej statycznie, to ostatecznie mogę spróbować. Zwłaszcza, że mój fizjoterapeuta coś przebąkiwał o wzmocnieniu kolan, o rozciąganiu barku (na kole). A jeśli nie wiem ile, ale jeszcze jakiś czas mam pożyć, to może niech to będzie w formie pozwalającej na jak najdłuższą samodzielność (tu głowa podsuwa porównanie z własną matką, i motywacja jakby rośnie).

Nawiasem mówiąc, widziałam na siłowni sporo siwych głów, ludzi dobrze po siedemdziesiątce. Ja zaczynam ćwiczenia na równowagę (stabilizacja kolana) - stanie na jednej nodze, na podłodze, na macie, na półkuli itp - a tu wchodzi takie białogłowe chucherko i macha wszystkie te ćwiczenia bez najmniejszego problemu. Acha.

Myślałam, że będę po tym pierwszym dniu umierać, ale nie, umieram na wirusa żołądkowego, a nie na zakwasy. Wczoraj nogi były zmęczone, ale bez tragedii. Albowiem poszłam na siłownię przekonana, że ta niestabilność w sobie to od kaca po winie z dziewczynami. Dopiero po południu jedna się zameldowała, że ją ruszyło zaraz w nocy. Jeśli wczoraj na siłowni kogoś zaraziłam, to bardzo przepraszam, myślałam, że to kac.

I wiecie, po tej jednej wizycie to ja się czuję taka fit i giętka i w ogóle...! Jakbym już co najmniej trzydzieści kilo schudła i wszystkie rozumy pozjadała! (tylko lustro kłamie ;/).

Poza tym co. Upały zelżały chwilowo, w piątek na basenie złapał nas deszczyk, potem w nocy przymrozki, 17 stopni, nareszcie można się wyspać. Mąż mi mówi, że ja za długo śpię i się nie wysypiam i powinnam prowadzić regularny tryb życia, tak jak on, bo on z maską Hannibala Lectera (dotleniającą, na chrapanie), wysypia się bez problemu. Chyba mu powiem, że on już jest pod pięćdziesiątkę, a ja nie mam nawet jeszcze czterdziestki i po prostu młodszy organizm potrzebuje więcej snu ;p.

Wieczorami oglądamy mistrzostwa w lekkoatletyce, kibicujemy naszym i komentujemy, wszak doświadczenie mamy wieloletnie, w oglądaniu. Przy okazji, proszę zwrócić uwagę na młody talent - biegaczka Martyna Kotwiła, mieszka w bloku obok mojej siostry (więc sami widzicie, że to naprawdę bliska rodzina). Będziemy śledzić i kibicować (a Ty Siostra weź autograf!)

I tak o. Jutro młody zaczyna szkołę, w środę młoda przedszkole (od pierwszego dnia pytała, czy jutro idzie do przedszkola, proszę proszę jak jej się zmieniło), a za tydzień ja na niemiecki. Koniec wakacji, proszę państwa.

 UPDATE:
Beztytuu*na 200.

novembre

Nareszcie. Przez ostatni tydzień leciałam na oparach (absurdu), 35 dzień w dzień i w nocy powyżej 20. Wczoraj przyszła burza, grzmiało non stop przez godzinę, ale z daleka, za to popadało trochę i przywiało chłodu. Dzisiaj to już w ogóle luksus, 25 w dzień. W przyszłym tygodniu znów lampa, ponad 30, ale przynajmniej noce dadzą odetchnąć, 11-14 stopni. Aż chyba kołdrę wyciągnę, zamiast spać pod samą poszewką.

Siadłam wczoraj z młodym i spisałam w ładną excelową tabelkę wszystkie warzywa, owoce i posiłki, które mój syn jada:
- bez problemu
- ostatecznie
- absolutnie
- może spróbować (ale matka nie przeginaj).
Burzył się przy tym, że dlaczego on musi na jakąś dietę przechodzić i o co matce chodzi, nic tylko warzywa i warzywa. Oraz owoce trzy razy w tygodniu, a co, jeśli kupię świeże winogrona, które on lubi, i co, też będzie musiał zjeść? Czwarty raz w tygodniu? Niedoczekanie!!

Śmieszno i straszno. Zastanawiam się, na ile przegapiłam czas, kiedy można było młodego łatwiej przyuczyć do jedzenia zieleniny. Ale z drugiej strony, on zawsze był tępy do jedzenia, od małego. Pisałam tu dawno dawno temu, jak jednego roku zjadł w sezonie jedną truskawkę. JEDNĄ. U teściów na działce pełno truskawek. Jedną. Ida natomiast je sporo owoców, sama się ich domaga. Podejrzewam, że ma to coś wspólnego z teorią, że jak się odżywiasz w ciąży, tak będzie jadło twoje dziecko. Piotrkiem w ciąży jadłam wszystko, śledzik - danio - sałatka jajeczna - batonik (przerażony dyrektor spytał mnie kiedyś na stołówce: i ty to wszystko zjesz?? - tak, ale muszę zacząć od śledzia!). No. A Idą rzygałam dalej niż widziałam, z przeproszeniem, nawet zieloną herbatą; więc owocki, jakiś łosoś, jajko (uwielbia jajka!), nie za dużo. I proszę, wypisz wymaluj Idy menu (zwłaszcza jeśli łososia zamienimy na czekoladkę albo croissanta). Przypadek? Nie sądzę...;)

Tymczasem za półtora miesiąca przylatuje do mnie (werble!!!) Najlepsza z Kadrowych!! Hurrra! Już się nie mogę doczekać. Zwłaszcza, że na święta wpadniemy jak po ogień, bo Jurek nie będzie miał urlopu, więc w drugi dzień świąt będziemy zawracać, teściowa przyjedzie do Radomia, jeśli będzie miała ochotę oczywiście nas odwiedzić i jeśli nie będzie akurat jakiegoś psa do zaopiekowania, prawda. Zatem, po świętach się nie zobaczymy, baaardzo wstępne plany są, żeby razem na koniec zimy nad morze, nie byłyśmy od mojej ciąży, a tu trzeba by uczcić, wszystko jedno co, zawsze się powód znajdzie.
Wstępnie zapowiedział się też brat, pytanie, jak bardzo trzeba upić jego świeżo poślubioną małżonkę, żeby nie wpadła w histerię, bo jeszcze nie latała, ale się boi. Ale spoko, na bezcłowym wódki skolko ugodno i to bez vatu, bo poza unię.

Za kwadrans osiemnasta; Ida padła jak przecinek i jeszcze śpi. Nie dziwię się, upał jest w stanie pokonać każdego. Tylko kto będzie z nią balował do północka?

novembre

Wróciłyśmy. I nie, żeby bardzo nam się chciało ;/.

Podróż minęła w zasadzie bez problemów, jeśli pominąć fakt, że jak to dobrze, że dzień przed wylotem otworzyłam plik z kartami pokładowymi, a tam - lecimy o jedenastej, a nie o dziewiętnastej! A to ci niespodzianka. Dobrze, że to był wieczór, a nie następny poranek, bo byłabym lżejsza o parę stówek.

Dygresja: małżonek słowa by mi nie powiedział, a gdyby mi powiedział, to w try miga przypomniałabym mu historię, jak to leciał do Luton, ale pomylił terminale, i zamiast o 6 rano, poleciał za swoje pieniążki o 12, pracując na lotnisku zdalnie przez te parę godzin... I nie, nie zdążyłby już przelecieć się na drugi terminal. Ojtam ojtam.
Koniec dygresji.

W Polsce było dobrze, tylko gorąco. Chłodno w zasadzie było na samym początku przez kilka dni, a potem jak wróciła lampa, tak trzyma do tej pory. W Polsce ma się ochłodzić jakoś lada moment, ja muszę wytrzymać do następnego czwartku, bo dopiero za tydzień ma być 25 z 36 i burze i chmury. Oby, bo póki co przelewam się z kąta w kąt i nic mi się nie chce.

Przyjechałam do domu, usłyszałam dumne "odkurzyłem na twój przyjazd!" syna, rozpakowałam się, sprzątnęłam według własnych standardów, puściłam jakieś pranie (które czeka na uprasowanie, no ale szkoda było suszarkę włączać w taki upał). Nadmuchałam młodej basen i co chwila sama moczę w nim nogi :).

Wróciłam też do własnego menu. Lipiec był miesiącem dogadzania sobie kulinarnie, ale, o dziwo, nie przytyłam nic. Bardzo mi miło, rok temu przywiozłam z Polski 4 kg. Poszłyśmy rano z Idą do sklepu, nakupowałam owoców, warzyw i może jakoś przetrwamy.

Nastawiłam śliwki w occie (wszystko przez szwagra, taaakie pyszne zrobił!) i namaczam grykę na chleb.

Uff, jak gorąco.

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci