Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

Wszystko

novembre

Bardzo miły weekend za nami. Lampa świeciła na całego, ale przynajmniej było 27 stopni, a nie 37, więc dało radę wytrzymać. W sobotę wybraliśmy się na spacer do Rheinfelden, bo młoda miała obiecaną wycieczkę pociągiem. Takie 20 minut było dla niej akurat ;).Przespacerowaliśmy się po starówce, później mostem na niemiecką stronę. Tam lody (bleeeee sam cukier i kryształki lodu! zawsze jak taki napotkam, boję się, że to szkło przypadkiem się dostało ;///). Drobne zakupy i spacerem abarot do domu.

Wieczorem przyszli sąsiedzi. Zjedliśmy pizzę, a później przenieśliśmy się w plenery, czyli na balkon, z piwkiem i drinkami. Sascha się śmiał, że Szwajcarzy by nigdy nie siedzieli na balkonie z piwem... No naprawdę. To akurat dla nas komplement, bo Szwajcarzy są sztywni jak widelec, zasznurowani w konwenanse po samą szyję.

Niedziela już spokojniejsza, trochę odsypialiśmy wieczorne szaleństwa, w południe zwlokłam się z Idą na basen. Trzy miesiące przerwy spowodowane maratonem przeziębień, młoda weszła do wody (W rękawkach) i zrobiła na dzień dobry ze sześć szerokości basenów. Ryba w wodzie!

Dzisiaj pierwszy dzień tygodnia i nowe postanowienia. Ściągnęłam zewłok o 7:20, żeby na spokojnie zjeść śniadanie i posiedzieć w ciszy chwilę bez młodej. Acha, jasne. Przydreptała parę minut po mnie do kuchni, i tyle miałam tego spokoju ;).

Za chwilę joga, potem zakupy, na popołudnie zapowiadają burze. No zobaczymy.

novembre

Ciepłość nastała. I to taka, że no naprawdę bez przesady! 27 stopni w kwietniu? Heloł? A w lipcu proponujemy czternaście, dla równowagi. Balkoning uprawiamy na całego, za wyjątkiem tych chwil, kiedy to Idunia po raz enty wywali mi ziemię z róży, którą to już różę możemy chyba spisać na straty, bo mało który kwiatek przeżyje bez ziemi, a fanką storczyków to ja nie jestem. Natomiast cebulki wysadzone w połowie produkcji szczypiorku przyjęły się z powrotem, co prawda tylko te, które nie wylądowały za balkonem i dostrzegłam je dopiero dzisiaj, ale co tam. I tak go było za dużo, tego szczypiorku. Ida przeprowadziła selekcję naturalną i gotowe. Przetrwały najsilniejsze (albo te, co mają szczęście).

Kupiłam sobie ostatnio frezarkę do pięt. Taką zwykłą, mam na myśli nie markową, tylko marki własnej z drogerii. Ludzie, jakie to jest cudo! Oszlifowałam pięty, wysmarowałam kremem na noc, a dzisiaj skóra na stopach jak pupa niemowlęcia! Żadna tarka tak nie daje rady. Efekt jak prosto od pedikiurzystki. Polecam, Magda Gessler.

Poza tym co; nuda. Kupiłam sobie podkład w płynie, po ponad półrocznym stosowaniu mineralnego kryjącego. No ale mineralny kryjący dostępny w Polsce (neauty.pl), chyba go zamówię do teściowej i mi przywiezie, bo ten w płynie to dajcie spokój. Warzy się, nie trzyma się, jakiś taki jest. Odzwyczaiłam się chyba.

Podcięłam młodej włosy. Profesjonalnie, profesjonalnymi nożyczkami. Trochę opitoliłam, bo jeszcze jej się mechacą na potylicy, a poza tym skoro Marina obcina włosy w nów i lepiej rosną, to ja też chciałam spróbować :). Trzy miesiące do wesela, zobaczymy, jaki to busz będzie miała na głowie. Póki co kręcą jej się dookoła wszystkie, po cięciu loczki są ładne i równe (z trudem opierałam się, żeby przyciąć jeszcze tu, i tu, i tu, a potem - wyrównać!). Może ja powinnam zostać fryzjerką? ;)

Idę. Sprzątnę ślady zabawy córuni w ogrodniczkę. A dopiero co wczoraj podłogę myłam!!

novembre

Dzień dobry. Otóż ci, którzy pracują w Zurychu, mają jutro pół dnia wolnego z okazji lokalnego święta topienia marzanny. A jeszcze jak sobie pozostałe pół dnia odbierają z licznych nadgodzin, to już w ogóle siedzą w domu trzy dni. Co zrobić. Zgromadziliśmy zapasy alkoholu i spróbujemy przetrwać ten czas.

Tydzień temu przyjechał do nas szwagier! Z Mareckim i jego kolegą. Mieli niemal po drodze, bo chłopacy brali udział w konkursie gdzieś w Niemczech niedaleko nas. Wpadli tylko na jeden wieczór, noc i poranek, ale dobre i to. Nawet nie wiedzą, jak się ucieszyłam, że przyjechali. Tak jakby kawałek domu przyjechał. Poszliśmy na spacer, pokazaliśmy gościom starówkę, Spalentor, Marktplatz i katedrę, za Renem pogłaskaliśmy lwa, zjedliśmy lody. Marecki i jego kolega zajęli drugie miejsce, każdy w swojej kategorii. Bardzo ładnie, gratulujemy :*.

Młody złapał w tym tygodniu jakiegoś wirusa, zaczęło się w czwartek rano, i jak padł, tak wstał w sobotę. Biedny taki, blady, ledwo ciepły. Na szczęście po nastolatkach od razu widać, kiedy zdrowieją; kiedy siadł na chwilę do komputera, było wiadomo, że wraca do formy.

Młoda po przerwie świątecznej wróciła do przedszkola, jak to ona, z przytupem. W środę wyła godzinę po moim wyjściu, w piątek postęp - już tylko pół. Bez sensu są dla przedszkolaków te wszystkie przerwy świąteczne, ledwo się przyzwyczai, że trzeba i że nie ma zmiłuj, i już przestaje płakać - przerwa. I potem abarot od nowa. No nic, teraz do wakacji już prawie żadnej przerwy nie będzie. Niech się dziecko hartuje.

Wczorajszy dzień bardzo ciepły, słoneczny, miły. Święto lasu, mąż zrobił carbonarę na obiad. Potem spacer, trochę zakupowy, żeby zapasy wina uzupełnić, bo patrz pierwszy akapit, trochę trzeba zreanimować stół na balkonie. Stoi już kolejny sezon na dworze, lakier zaczął odchodzić, brzydko to wygląda. Trzeba wyczyścić i zabezpieczyć i mieć z głowy na następnych parę lat. Oraz na przyszłość przykrywać czymś na zimę, prawda. Ale ja lubię takie rzeczy robić, a tydzień (oprócz jutra) ma być bardzo ciepły i słoneczny. Ze stołem pójdzie szybko, z krzesłami trochę będzie zabawy, ale co tam. Siedzę w domu, c'nie?

Dziś leniwa niedziela. Ida obudziła mnie o ósmej, ale chwilę pobawiła się sama, zanim trzeba było wstać z ciepłego łóżka i ogarnąć jej jakieś śniadanie. Nie ma tego złego, obejrzałam przynajmniej GP China. A było co oglądać, Hamilton poza podium, piękny piruet Verstappena i Vettela, działo się ;). Mąż teraz ogląda powtórkę, a ja gryzę się w język, żeby mu nie spojlerować ;).

Na jutro zaplanowałam sobie samotne babskie zakupy, gdyż albowiem moja szafa i kosmetyczka wołają o uzupełnienie. Właśnie udało mi się za jednym zamachem wykończyć szampon i odżywkę, piling, balsam i żel do twarzy. Do tego potrzebuję kupić podkład, kredkę do brwi, buty sportowe, buty jakieś inne, baleriny albocuś. Mąż mi się zapisywał na tę wycieczkę, ale jutro ma padać, może go to zniechęci i pójdę sobie w spokoju sama, bez ogonów.

Klawiatura w komputerze wymieniona; rozkręcaliśmy kilka razy, bo coś brzęczało, ale mąż podkleił plastrem i gra gitara. Teraz jeszcze tylko wentylator wymienić, bo już wyrobiony, po jak by nie było, niemal czterech latach. Nawiasem mówiąc, nabrałam wprawy i teraz mogłabym sobie sama w laptopie coś wymienić. Prościzna ;).

To co, miłej niedzieli Państwu życzę.

novembre

Święta minęły na leżąco. Ida stanęła na nogi błyskawicznie i równie błyskawicznie rozłożyło mnie. Wiadomo, święta przygotowane, można się kłaść. Wyleżałam się dwa dni, z przerwą na śniadaniokolację, i pierwszego dnia po wstałam rześka i w formie, a że wiosna przyszła, to umyłam balkon i okna w salonie, kupiłam pelargonie; jak wiosna, to wiosna.

W planach mam jeszcze posprzątanie piwnicy, bo za każdym razem, gdy mój mąż idzie tam czegoś szukać, zostawia za sobą zgliszcza, i ja potem nie mogę niczego znaleźć, bo mi przestawia pudełka. Trzeba by tam w końcu kupić ze dwa regały, bo inaczej nigdy nie dojdziemy do ładu. Póki co, stoi tam 50 rozprostowanych pudełek przeprowadzkowych i wielki karton pełen folii bąbelkowej. Nie dam się nabrać; jak tylko je wywalę, okaże się, że znowu są potrzebne.

Póki co, dochodzi południe, a ja w piżamie. Młoda dała pospać niemal do 10, co jej się nie zdarza. Chyba żegnamy się z południowymi drzemkami :(. Za oknem piękne słońce i 16 stopni, nareszcie, nareszcie! Idziemy na spacer.

novembre

Dziś wczesnym rankiem, po dwóch dniach stanu bylejakości, Ida wreszcie rzygnęła, czym anulowała zaproszenie dzikiego tłumu do nas na jutrzejsze śniadanie. Nie ma tego złego; góra jedzenia, netfliks, bo pogoda podła, a siły na spacery (i ochotników) brak. Mnie po tygodniu trzymania się też właśnie malowniczo rozkłada, zdaje się w stronę wirusa Idy się udam. I teraz co: jeść i zmarnować? czy nie jeść i płakać z żalu? Tak źle i tak niedobrze. W poniedziałek obiecują -1 w nocy i +18 w dzień i słońce. I wtedy, jak zaświeci, wyda się, że nie umyłam okien na święta.

Większość Szwajcarii zasypana śniegiem, ma spaść nawet do metra, i aż dziwne, bo we włoskich, najcieplejszych zazwyczaj rejonach. A u nas tylko deszczyk i plus dziewięć. Luuuzik.

Wesołych Świąt!

novembre

Wykąpałam laptopa. Na szczęście niedużo, i na szczęście niesłodzoną herbatą, a mąż twierdzi, że cukier lepiej przewodzi prąd, chociaż niewielkie to pocieszenie. Po trzech dniach laptop prawie że zmartwychwstał (a było poczekać jeszcze tydzień, do świąt...), klawiatura raz działa, raz nie działa i co jej pan zrobisz. Teraz mamy tę chwilę, kiedy klawiatura w łaskawości swojej wyświetla dokładnie te guziczki, które ja naciskam, ale niestety nie jest to regułą. Na szczęście nowe klawiatury na allegro są po cztery dychy, a znajomy wracając ze świąt nam ją przywiezie. Jeśli więc zamilknę, znaczy, że nie z własnej woli, tylko siła wyższa. (teraz też przy laptopie popijam wino, ale kieliszek stoi daleeeeeko. Na wszelki wypadek) (ja i zamilknąć z własnej woli, jasne).

Piękny weekend u nas, +14 i piękne słońce. Wiosną czuć. Na święta oczywiście +9 i ulewa, ale może jeszcze coś się zmieni, ostatnio prognozy co parę godzin pokazują inne wartości. Zobaczymy.

Plan na święta mam rozpisany; jako że przychodzą znajomi (co się w sumie jeszcze okaże, bo młody właśnie się rozłożył i jeśli do piątku całkiem nie wyzdrowieje, dam ludziom barszczu na wynos, chyba, że ktoś na własną odpowiedzialność, to zapraszam. Niemniej znajomi z trzytygodniową dziewczynką, zdaje się, będą mało entuzjastyczni. No ale to się jeszcze zobaczy). Zatem, jako, że przychodzą znajomi, zaocznie podzieliłam prace: panowie sprzątają i robią zakupy, ja gotuję i podaję. Panowie mają też, o czym jeszcze nie wiedzą, drobnym druczkiem zapisane w tej umowie spacery z Idą (na rowerku! młoda dostała rowerek) oraz przeróżne dodatkowe drobne prace, które mi przyjdą po drodze do głowy.

No to co. Jeśli się nie odezwę, będzie to znaczyło, że albo nie mam czasu, bo latam jak z pieprzem, albo klawiatura odmawia posłuszeństwa, a to nie jest tak, że podłączę zewnętrzną i działa. Wpadłam na to, i owszem, ale nie. Klawiatura wystawia środkowy palec, oświadcza, że ctrl jest na stałe włączony, nie reaguje na wpisanie hasła itp. Co ciekawe, teraz też nie reagowała, podczas logowania, ale jak przejechałam dłonią po wszystkich klawiszach w te i wewte, niczym pasaże na pianinie - łaskawie zaskoczyła.

Zatem (te dygresje mnie kiedyś zabiją), jeśli nie będę miała możliwości się zalogować (a na telefonie blox.pl pokazuje mi środkowy palec), życzę Wam wszystkim wesołych, spokojnych, ciepłych Świąt. Odpocznijcie, nie ganiajcie, nie gotujcie za dużo, bo najpierw będzie zostaw to na święta, a potem no jedzcie coś (klasyczne teksty mojej teściowej). Olejcie okna, dywany (a u mnie nie ma nawet trzepaków, a sa sa sa, nie żebym od razu leciała trzepać w Polsce, tak tylko piszę, że można mi zazdrościć; odkurzacz i tyle), umalujcie pazury, uzupełnijcie zapasy wina i mazurka i zjedzcie ze smakiem. Wesołych!

novembre

Długi dzień. Pobudka o szóstej to jednak nie jest to, do czego jestem ostatnio przyzwyczajona. Tymczasem trzeba było zwlec zewłoka, ubrać, umalować, potem jeszcze spionizować dziecko, zgarnąć babcię, jej bambetle - i na lotnisko. W drodze do lotniska Ida zobaczyła samoloty i radośnie krzyknęła, że jesteśmy już w Polsce. Niestety, to tak nie działa, chociaż fajnie by było być tak blisko.

Na lotnisku mama zdziwiła się, że chodzi wojsko z ostrą bronią - ale przecież lotnisko jest na terytorium Francji, a oni zdaje się jeszcze od czasu zamachu na Bataclan, nie znieśli stanu wyjątkowego. Chodzą po pięciu i pilnują porządku.

Mama poleciała, z dwudziestominutowym opóźnieniem co prawda, ale dolecieli o czasie. W powietrzu korków nie było. Młoda o dziwo nie płakała na lotnisku, w przeciwieństwie do mamuni ;). Co ja poradzę, że wciąż tęsknię i mimo, że przyzwyczaiłam się, polubiłam i zaaklimatyzowałam, życie w Polsce byłoby pod wieloma względami prostsze. A do niedziel bez zakupów można przywyknąć. Upierdliwe, ale można.

W przyszły weekend święta. Ida bardzo się ucieszy, zapowiadają +3 i śnieg i mrozik w nocy. Kulig zrobimy. Śnieg, święta, prezenty, ależ ten czas leci! :) Wigilię, tfu, śniadanie wielkanocne robimy u nas, spęd dla zaprzyjaźnionych, zostających na miejscu Polaków, i ich dzieci. W sumie skład będzie podobny, jak na urodzinach Idy, 17 osób, w tym jedna kilkutygodniowa panienka. Śniadanie będzie składkowe, każdy przyniesie, co uważa, ja zrobię barszcz, bigos, królową sałatek, schab upiekę, paschę, mazurka, jajka. Resztę wyprodukują dziewczyny. Posiedzimy, pogadamy, spędzimy miło czas, a nie, jak rok temu. Święta we czworo też oczywiście mają swój urok, zasiadamy do śniadania o dziesiątej, kwadrans po mój mąż mówi, że on już się najadł i że dziękuje, wszystko pyszne. I co tu robić przez resztę dnia? Oraz ile można i o czym rozmawiać z własnym mężem? ;). A tak to zawsze będzie gwarniej, weselej, razem.

Młody pojechał na obóz narciarski, o jakiż spokój zapanował w domu! Nikt nie pyskuje, nie trzeba sprawdzać, przypominać i kontrolować. Ostatni hit - na klasówkę z francuskiego nauczył się nie tego, co trzeba, bo mu się pomyliło. A tłukłam z nim imparfait i passe composé, aż się nauczył, zasady ogarnął, masę ćwiczeń zrobił, pfffff. Po świętach będzie. Tymczasem czasowniki napisał jakoś, a słówek typu z drewna, ze szkła itp., nie napisał prawdopodobnie wcale. Gdyż albowiem powiedzieli nauczycielce, we dwóch, że oni się uczą francuskiego dwa lata, a reszta klasy - pięć. No i pani im kazała się nauczyć tyle, ile mogą. Ile mógł młody? Zero. Brawa dla tego pana. Ja naprawdę odpoczywam, jak go nie ma. Wiem, jak to brzmi, ale jego zachowanie i podejście (niestety, nie tylko do szkoły), mocno daje mi w kość. Nerwy już nie te.

Młoda po ostatnich wyskokach typu usypianie przed północą, śpi dziś grzecznie od 22. Czyli pobudka o 6:30 jej służy. Jutro też wczesny poranek, przedszkole czeka. Mimo, iż Ida upiera się, że nie może iść do przedszkola, bo przedszkol zniknął, oddali go do sklepu (do sklepu z przedszkolami, rzecz jasna). Kocha tę instytucję całkiem jak mamusia swego czasu ;).

Z youtube płynie sobie U2, Beautiful Day. Musiałam wpisać w wyszukiwarkę, bo oczywiście yt sam z siebie podpowiada mi świnkę Peppę i króliczka Binga. Oraz mam tę moooooooc. Ciekawe, dlaczego.

 

novembre

Wiosna! Jeszcze tylko w weekend minus dwa (W Polsce minus trzynaście, mama się zastanawia, czy wracać, no bo dajcie spokój), i już można będzie umyć krzesła balkonowe, nakupować kwiatków i cieszyć się balkoningiem. Tarasingiem. Śniadaniem na słońcu; drugim, póki co, ale jednak. Ptacy ćwierkają, drzewa zaraz wystrzelą. Hiacynty kupiłam, w wazonach rozwijają się dniokobietowe tulipany. W eurojackpot można wygrać 43 miliony złotych, mówią w telewizorze (TVP Polonia, mama ogląda PnŚ). Gracie? Ja czasem puszczam totka, ale wbrew wszystkim znakom na niebie i ziemi, jednak mam większe szczęście w miłości, niż w grach. Czyli w grach mam chyba ujemne... Sama nie wiem.

Byliśmy w niedzielę w Genewie, na wystawie samochodów. Oczy mi wychodziły z orbit i każdego jednego chciałam schować do torebki i zabrać cichaczem do domu, ale nie mogłam się zdecydować, który ładniejszy. Wahałam się między BMW M8 a Volvo V60, tym najnowszym.
Idka miała w nosie wózek, który wzięłam, bo przecież dużo chodzenia, bo się zmęczy itp. Pedometer wyliczył mi ponad trzynaście kilometrów na nogach, a taki mały szkrab przecież nie chodzi po linii prostej, tylko w kółko, bo tak normalnie to nuda. W wózku przejechała tak ze sto metrów, potem mogłam wózek wywalić do kosza. Wieczorem wszyscy padnięci i nieledwo, a ona jeszcze bajkę, jeszcze rysować, jeszcze na gitarze pograć... Wesoły Romek normalnie. Ja nie wiem, po kim ona ma te dopalacze.

Efektem ubocznym zwiedzania Genewy jest ból barku, który mnie dopadł. Dla odmiany - prawego. Idę jutro zaprowadzić swój kręgosłup oraz podejrzaną rwę kulszową do lekarza. Strasznie mi się gnaty sypią w tym sezonie.

A propos gnatów, to efektem rozciągania się na jodze jest -2 cm w obwodzie łydki. Bardzo mi miło. Jeszcze trochę i może znajdę jakieś normalne kozaki na zimę. Trochę, czyli pewnie z pół roku. Akurat na zimę.

Młody odlicza dni i godziny; w niedzielę jadą na tygodniowy obóz narciarski, a zaraz po nim zaczyna dwutygodniowe ferie wiosenne. O ile pierwszy semestr to nauka i tylko jedne ferie jesienne, to w drugim semestrze, po przerwie świątecznej są zaraz ferie zimowe, obóz, ferie wiosenne (wielkanocne), potem jeszcze ze dwa długie weekendy... Minie szybko.

Pytałam ostatnio Piotrka, czy gdybyśmy hipotetycznie mieli się przeprowadzać, np. pod Zurych, bardzo by protestował. Ku mojemu zdziwieniu, odparł, że nie, że ma tu kolegów, ale nie aż takich przyjaciół, jak w Warszawie, że najchętniej wróciłby do Polski, a w ogóle - nigdy z niej nie wyjeżdżał. Zdaję sobie sprawę, że dopiero za kilkadziesiąt lat będzie w stanie powiedzieć, czy to dobrze, czy źle, że się wyprowadziliśmy z Polski, ale teraz widzę, że bardzo mu ciężko i wróciłby w te pędy. Niemniej, jako rocznik 2003, w Polsce byłby królikiem doświadczalnym deformy edukacji. Dziękuję, postoję.

Tymczasem pozostał niecały tydzień pobytu mamy u nas. Spacerujemy, układamy puzzle, babcia czyta wnusi książeczki, śpiewają kundel bury i kaczkę dziwaczkę. Szybko zleciało.

novembre

Mrozy odeszły w siną dal. Jeszcze jakieś -2 w nocy, ale w dzień już +12 i piękne słońce. Łapiemy, bo od jutra ma padać, mżyć, lać i tak na zmianę przez dwa tygodnie. To już ponad miesiąc, jak mama u nas jest, a nie byłyśmy jeszcze na porządnym spacerze, na starówce, na lodach. No, na lody może temperatura mało zachęcająca.

Póki co, Ida nagabnięta, że babcia niedługo wraca i że znowu będziemy rozmawiać na skype, woła, że nie, że babcia jeszcze nie leci, że musi zostać jeszcze dwie minutki (standardowy tekst, gdy kończymy czytać wieczorne książeczki przed snem - mama musisz usiąść jeszcze na dwie minutki!), a w ogóle to na Skype będzie rozmawiać z babcią z Lublina, a ta babcia ma zostać i koniec tematu. Będzie meksyk za dwa tygodnie, jak przy każdym pożegnaniu :(. Chociaż w sumie może niegłupim pomysłem by było, żeby mama poleciała do Polski na święta i wróciła po nich z walizką przepakowaną na sezon wiosenno - letni ;-).

W telewizorze Justin Timberlake, Can't top that feeling. Na obiad była nieśmiertelna jarzynowa na wodzie (teściowa padnie, jak zobaczy ;)), placki z cukinii, mniam. Jako, że jeszcze gdzieniegdzie są wyprzedaże, a ostatnio było zimno i mroźno, kupiłam zestaw do fondue. Za nami pierwszy wieczór, testowy, po którym trzeba było tylko garnek szorować i szorować, i szorować... Przywiera skubane. Ale warto było, pycha. Przy okazji sąsiedzi zdradzili nam tipa, żeby nie czekać ruski rok, aż się ser rozpuści na malutkim ogniu, tylko żeby normalnie postawić garnek na ogniu i na malutkim gazie mieszać i doprawiać (i pilnować, żeby nie przywarło).

Poza tym szeroko pojęta norma. Albo - codzienność. Idka dzisiaj na jodze mało fikołka nie zrobiła, tak intensywnie psa z głową w dół próbowała wykonać, stojąc na głowie. Wróciła dzisiaj po zimowej przerwie pierwsza prowadząca i dała nam w kość, obstawiam więc na jutro chodzenie o kulach, albo niechodzenie w ogóle. Ale dobrze się czuję po takiej dawce rozciągania.

Młody pyskuje, jak pyskował. Zaczął dogryzać tatusiowi, co mnie się akurat bardzo podoba, bo ja cenię sobie poczucie humoru, nawet jeśli podlewane ironią. Ot, tatuś mówi: no, po tej siłowni to już widzę, że brzuch mam mniejszy... na co syneczek: tak, dwa razy byłeś.

Za chwilę pobudka, obiad i wybywamy na spacer. Do miasta.
Dawno nie byłam.

novembre

20180226_162557

Trzylatka! Kiedy to minęło, powiedzcie mi? Na zdjęciu - Ida przegląda się w lustrze, bo mamusia zabrała ją dzisiaj na przekłucie uszu. Ida ma kolczyki!

img_20180225_205334_499

Tort. Pierwszy mój w życiu, według przepisu przyjaciółki ze studiów, która ma doświadczenie w tortach zdobyte podczas pracy w cukierni. Tort wyszedł pycha, wszyscy chwalili. A dzieci najbardziej cieszyły się z żelków haribo, nawiasem mówiąc, gdyby ktoś z Was ozdabiał tort miśkami, trzeba je ułożyć w kratkę, bo się cholery kroić nie dają.

20180225_171804

Tort w akcji, dwie petardy odpalone, trzecia w trakcie. Sto lat!

novembre

Rodzina wychodzi z katarów i przeziębień. Jeszcze dzisiaj zrobiłam sok z buraka, o którym mama sama wspomniała, że podobno taki zdrowy, to niech pije. Bo apteczny wypiła ze dwa razy, ale ciągle zapomina i trzeba jej, jak dziecku, przypominać, a potem Jurek wrócił z dreszczami z pracy, to ona stwierdziła, że nie będzie piła tego syropu, tylko zostawi dla zięcia. Bo wiecie, ostatni w całej Szwajcarii kupiłam i więcej nie ma. Rany boskie. Gorzej jak z dzieckiem, bo ani się nie wydrzesz, ani nie przetłumaczysz, ani w dupę nie dasz. Chociaż z dzieckiem, patrząc po ostatnich histeriach Idy (ja nie chciaaaaałaaaam iść po schodach! Ja chciaaałaaam windą! (na pierwsze piętro, w połowie schodków mi zaczyna wyć)), nie jest łatwiej. Wychodzi na to, że paradoksalnie najłatwiej jest z nastolatkiem. Naprawdę, można osiwieć, zgłupieć i co tam jeszcze kto chce.

Tymczasem u nas wiosna. Dzisiaj +9, słońce, bez wiatru, bardzo przyjemny spacer do sklepu zaliczyłyśmy z Idą. Oczywiście, jeśli nie liczyć darcia się, że ona chce na hulajnodze. W sukience Elsy z Frozen, firanka dalej niż do ziemi, i hulajnoga. Widzę już oczyma wyobraźni rachunek za implanty. Niemniej okoliczności przyrody powolutku robią się miłe.

W weekend planuję, żeby wszyscy już w końcu wyzdrowieli, bo ile można. Trzeci raz przekładam wizytę u dentysty, no nie będę mu przecież prątkować.

 

PS. Za to wylogowywanie w momencie, jak klikasz Publikuj, komuś się należy fiołków pod oczami nasadzić. No naprawdę ;///.

novembre

Nie mam siły. Nie wiem, czy to ciągnące się drugi tydzień moje przeziębienie plus nieprzespane noce z powodu gorączkującej Idy, czy to codzienność mnie tak wykańcza. Młody jest nieznośny. Zachowuje się okropnie, prowokuje, zaczepia, igra z ogniem. A potem, jak matka nie mając innego sposobu na syna oznajmi, że na właśnie zaczynające się ferie młody ma szlaban na komputer, to są pretensje i płacz, bo to przecież matka niedobra, wiadomo. I ciekawostka, nawet małżonek wczoraj chodził za mną, żeby młodemu karę darować, bo przeprosił. No, naprawdę, jestem pod wrażeniem. Przeprosił, łał. Bijmy pokłony. Oznajmiłam, że oprócz żalu za grzechy i obietnicy poprawy, jest też pokuta. Mąż zawinął się i do tematu już nie wraca.

Idka od czwartku chora, gorączka już mam nadzieję coraz niższa, ale jeszcze wczoraj radośnie 39,1, bo czemu nie. Ale na przeciwgorączkowych chałupę roznosi standardowo, więc jest nadzieja w narodzie. Poobserwuję ją dzisiaj, gorączkę mam na myśli, i jeśli nie będzie niższa bez leków, jutro wybierzemy się do przystojnego wujka Andreasa. Niech obejrzy i posłucha.

Wczoraj spotkałyśmy się z tutejszymi matkami Polkami na śniadaniu mistrzyń. Nie widziałyśmy się dawno, jedna wyjechała na dwa miesiące do Polski, druga zaczęła pracować, trzecia w wysokiej ciąży, nie dawało się zgrać grafików. Niemniej pogadałyśmy, nadrobiłyśmy zaległości z własnych życiorysów, umówiłyśmy się na ciąg dalszy. O ile Idy zdrowie pozwoli, może jeszcze pod koniec tego tygodnia.

Młoda w formie po kolejnym leku ogląda bajki. Wystarczy jej włączyć tableta i dalej ona już sama wie, jak włączyć świnkę peppę na netfliksie, a jak układanki i puzzle. A jeszcze nie tak dawno małżonek sam krytykował znajomą, której małe dziecko potrafiło obsługiwać tablet. No, jak tak można, takie małe dziecko! Ha ha ha. Jak to punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ostatnio opieprzył młodego, że chce rano przed szkołą wziąć szybki prysznic. Zupełnie już zapomniał, jak to rano brał prysznic i w samym szlafroku, nie wytarty, wychodził na balkon zapalić. Zimą, przy -15. No, ale jego pewnie grzał dym papierosowy od środka, to nie było ryzyka, że zachoruje. A młody ma się słuchać i koniec.

Kupiłam sobie wampiry po niemiecku i czytam. Wybór padł na tę mało ambitną lekturę, bo po pierwsze znam treść na pamięć, po drugie poziom słownictwa nie jest jakiś strasznie wysoki, więc nawet niekoniecznie muszę sprawdzać w słowniku. Słówko na dziś: unberechenbar - nieobliczalny.

Dobrej niedzieli Wam.

 

 

 

novembre

Po poniedziałkowej jodze wstałam we wtorek rano, biegiem z Idą na przystanek, na lotnisko, bo mama przylatuje... Nagle coś mnie zastopowało. Coś mi nie pasuje, coś jest nie tak. Po trzech sekundach zajarzyłam: nic mnie nie boli! Normalnie się w nocy przewracałam z boku na bok, wstałam bez bólu, nic mnie nie blokowało, nie uwierało. No no no... Strach pomyśleć, co będzie po następnych zajęciach!

Ida dzielnie ćwiczy ze mną, już wie, że idziemy na jogę, bardzo chce i lubi. Poza tym jest tam jedna dziewczynka w jej wieku, więc bawią się razem i rozrabiają. Nie gadają ze sobą, bo Ida po hiszpańsku jeszcze nic, a po niemiecku umie tylko policzyć do pięciu (przedszkole!), ale dzieciom język jest niepotrzebny.

We wtorek przyleciała moja mama. Znajoma pyta mnie, ojej, dlaczego na tak długo? Ja niezmiennie odpowiadam, że oprócz tego, że dla siebie, robię to dla babci i dla wnuczki. Obie są w sobie zakochane, ja się już nie liczę, teraz Ida do babci mówi: babcia, chodź chodź, muszę siku, chodź ze mną! :) - a ja mogę spokojnie siedzieć. Dzisiaj rano Ida pobiegła prosto do babci i mogłam spać do 9!! Szaleństwo.

Młody skończył wczoraj piętnaście lat. Pięt naś cie. To jest zaleta wczesnego macierzyństwa: dziecko stare, a ja wciąż taka młoda! Po licznych zmianach planów, spędził mam nadzieję fajny dzień. Pozwoliliśmy mu wziąć Jokertag, czyli dzień wolny od szkoły. Rano pojechali do Zurychu na shopping, potem tamże na oryginalną włoską pizzę do oryginalnego włoskiego pizzaiolo. Po powrocie do domu McDonald's (zapomniałam spytać, czy zamówili happy meale i czy siedzieli w sali zabaw, jak na party urodzinowe przystało :D). Wieczorem koledzy przyszli do nas, zrobiłam burgery i podałam tort. Rozegrali kilka partyjek w fifę i dzień urodzin się skończył.

A ja niestety przeziębiłam się i trochę jestem nieledwo. Chyba razem z Idą pójdę zaraz na drzemkę, chociaż obawiam się, że tylko mnie nie będzie trzeba do tego pomysłu przekonywać...

novembre

Na jogę mi się zachciało. Znalazłam jedne zajęcia, w centrum, tanie jak barszcz, na dodatek można z dziećmi i te dzieci mają opiekę. W tej samej sali, co matki robią psa z głową w dół, więc wiadomo, że dzieci razem z nimi. Ida wpasowała się idealnie pode mnie z tym psem, śmiesznie to wyglądało, dwa trójkąty.

Zatem. Zachciało mi się na jogę, żeby poznać kogoś nowego i pogadać z tym kimś po niemiecku. Bo z Sarą, to sorry, jak mamy się obie męczyć, zanim ja coś po niemiecku powiem, to po angielsku jesteśmy już dwa wątki dalej (zazwyczaj obgadujemy naszych mężów, którzy mają wiele cech wspólnych i doprawdy plotkować o nich szukając słówek w telefonie... sami rozumiecie.). Przyszłyśmy na zajęcia, przebrałyśmy się, prowadząca zaczyna... po hiszpańsku. Ani słowa nie umie kobieta po niemiecku, no świetnie. Nauczyłam się liczyć do dziesięciu, wiem, jak jest wdech i wydech, ręce, dłonie. Za tydzień na pewno będzie lepiej. Może nie z niemieckim, ale co tam. A w kwestii poznawania nowych ludzi, to spotkałam dziewczyny, które chodziły ze swoimi berbeciami na kulki, tam, gdzie ja z Idą. Wszystkie żony ekspatów i wszystkie swojo- i anglojęzyczne. No, to sobie pogadałam po niemiecku, że ho ho.
Sama joga świetna, chociaż po 40 minutach rozciągania nastąpiło przykre 20 minut normalniejszych ćwiczeń aerobikowych, jakieś brzuszki, skłony itp. A po nich wyciszenie, ale na siedząco, bo podobno dzieci zaczynały panikować, jak matki leżały z zamkniętymi oczami na macie, no i wtedy dupa z relaksu.

Dzisiaj miałyśmy iść z Idą do lokalnego treffpunktu, żeby się pobawiła z rówieśnikami chwilę, ale nagle okazało się, że powitanie słońca, psy i parę innych wczorajszych, bardzo przyjemnych skądinąd i prostych, asan, spowodowało, że bolą mnie plecy i nie mogę się ruszać, a oddychać tylko półgębkiem. Półpłuckiem. Rany, nie spodziewałam się, że aż tak się dałam rozciągnąć! Ledwo z łóżka wstałam. Do tego dodajmy moje postępy na basenie, gdzie desperacko próbuję nauczyć się odważyć przepłynąć metr bez deski, próbuję jedną ręką, potem drugą ręką, deska mi przeszkadza, ale trzymam się jej kurczowo, dopływając do brzegu puszczam deskę i wreszcie płynę radośnie sama, płynę! Te ostatnie 40 cm... Niemniej coś tam sobie rozćwiczyłam w niedzielę, zastany bark daje znać o sobie, ale w sumie to dobrze, to znaczy, że żyję.

Wieczorem jeszcze tylko ścięłam się z małżonkiem, poszło o pierdołę, jak zwykle, bo to nigdy nie idzie o jakieś wielkie rzeczy. Usterki zlokalizowane po wprowadzeniu się nie zostały usunięte, nie są jakieś upierdliwe, no ale są, i co ja zrobiłam w tym temacie i co zamierzam zrobić. Przede wszystkim, nie zamierzam dawać się musztrować, a po drugie, jak sam mi kiedyś poradził, "jak ci przeszkadza, to zrób sam". Oraz poszłam spać po 22. Nie licząc trzech pobudek do Idy i jakichś dziwnych snów przez całą noc, jestem fantastycznie wyspana. Moje plecy!

 

novembre

Jezu jaka wichura. Znowu ponad setka, i mimo, że niby +11, to łeb urywa i pada jakieś coś. Zacina. Zawiewa. W oczy biednemu.

W tych pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnych, zaprowadziłyśmy z Idą mojego zęba do dentysty. Wyszłyśmy z domu i zaraz zaczęło rzucać żabami. Osłoniłam Idę plastikiem w wózku i przytrzymując sobie głowę, żeby nie odleciała, poszłyśmy na przystanek. Po drodze popatrzyłyśmy, jak nam szóstka ucieka, ale co tam. Tu byłyśmy wygrane, bo jest porządna wiata przystankowa. Ledwo wsiadłyśmy, przestało padać i wyszło piękne słońce. Przejechałyśmy całe miasto, wysiadamy, znów leje. Ale co tam, idziemy żwawym krokiem, byle do przodu. I to szybko, bo mam kwadrans i półtora kilometra do przejścia, przez Ren, mostem pod górę, Ida woła, że ona teraz chce oglądać łabędzie. Potem już trochę w dół i pomiędzy domami, i już tak nie urywa. Dobiegamy dwie minuty przed czasem (dzisiejszy jogging zaliczony. W razie, gdybym go chciała zacząć uprawiać, to pierwszy trening mogę śmiało pominąć. O, to zacznę od jutra!). Zdążę akurat z młodą do toalety i odpalić jej bajki na tablecie. Tylko śwince Peppie i jej - nomen omen - wizycie u dentysty zawdzięczam kwadrans spokoju, podczas którego dentysta zakładał mi prowizoryczny kawałek zęba.
Droga powrotna już bez takiej prędkości, ale niebo dawało z siebie wszystko. Śnieg z deszczem, wichura, po chwili wyszło słońce i Ida wpadła w zachwyt: jakie piękne słoneczko! Naprawdę, podziwiam tę jej dziecięcą zdolność do dostrzegania rzeczy pięknych.
Potem jeszcze tylko zakupy, tramwaj, zakupy, tramwaj, Ida zasnęła, w domu zaczęła protestować, że nie, ona nie chce drzemki i nie chce odpocząć! Po pięciu minutach zabawy sama położyła się do łóżeczka i tylko narobiła matce nadziei, bo po chwili wstała i na nowych duracelach szaleje po chałupie.

A mnie po czterogodzinnym spacerku bolą plecy, nie mówiąc o tym, że przez kawałek czekolady będę o parę stówek lżejsza.

novembre

Łakomstwo ukarane.
Jako, że na tygodniu grzechów spożywczych nie popełniam, w niedzielę mam w nagrodę jakiś mały deser, czy co tam chcę. Wczoraj miałam ochotę na kawałek czekolady, z jednym orzechem i jednym twardym ciastkiem zatopionym w czekoladzie. Jednym, go mać. Nie wiem, na którym z nich, ale chrupnął mi ząb. No, po prostu świetnie. Na szczęście odłamało się tak, że dentysta powinien dosztukować kawałek bez większych ceregieli, i mam nadzieję, że nie powie, że znowu korona. Ileż w końcu można być królową w swoim domu.

Młoda poszła do przedszkola. Pierwszego dnia była euforia, została chętnie, nie płakała, bawiła się i w ogóle och i ach. Kolejnego dnia trzymała mnie za nogę i mama chodź ze mną!, zalane łzami. O nie, nie ze mną te numery, Brunner. Ty masz iść do dzieci, ja mam iść zobaczyć, jak chmury wyglądają. Pani zabrała młodą do oglądania królików (króliki są trzymane już chyba tylko do Wielkanocy na pasztet, stare i nieledwo; potem będą małe czarne świnki :)), a ja sobie poszłam. Yasmine, przedszkolanka, mówiła mi potem, że owszem, trochę płakała, ale wszystkie dzieci na początku płaczą i mam się nie martwić. Gdyby ona wiedziała, jak bardzo ja się nie martwię! Aż wstyd. No, ale co poradzę. Młodej się krzywda nie dzieje, odspawać od moich nóg ją trzeba, a przedszkole właśnie za to ma płacone, żeby się dzieckiem zająć. Młoda przyniosła pierwsze arcydzieło, jakieś kawałki koloru papierowego naklejonego na biały arkusz, plus własnoręcznie wykonane korale z pociętych rurek do picia albo igielitowych. Za chwilę będzie miała więcej biżuterii niż matka.

Młody wczoraj zadbał o wspólne spędzanie czasu w niedzielę wieczór, a mianowicie małżonek zalogował się do elektronicznego dziennika i zobaczył, że dziś rano jest klasówka z chemii. Młody nic nie słyszał, nic nie widział, Lernzielów (celów do nauczania, co powinien uczeń umieć do klasówki) na oczy nie widział. W sekundę z telewizora przeniósł się na zeszyt z materiałami, potem matka, zamiast spokojnie oglądać The Crown na netfliksie, robiła odpytkę. Przysłowie ludowe głosi, że głupi ma szczęście, bo młody niemal wszystko pamiętał z ubiegłego roku, douczył się tego, czego nie pamiętał, i obstawiam, że zaliczy.
Przy okazji dzisiaj zobaczyłam, że z geografii dostał szóstkę za aktywność i coś tam jeszcze. Szóstka ma wagę 0,15. Ktoś mi wytłumaczy, na cholerę stawiać oceny ważące 0,1, 0,15, 0,3? Nauczycielką jest jakaś Czeszka i młody twierdzi, podobnie zresztą, jak ja, że pani nie ogarnia tutejszego systemu ocen.

Wieczory małżeńskie spędzamy przed telewizorem, zaczęliśmy już drugi sezon Korony. Kto może, niech obejrzy. Kawałek historii oglądany od środka, z wnętrza pałacu Buckingham. No i Małgorzata, świetnie zagrana, temperamentna dziewczyna. Chyba taki urok dzieci drugich w kolejce do tronu. Podobno Diana na Harry'ego mówiła "ty moja kochana kopio zapasowa'" ;-).

Aaa, no i ku potomności, wczoraj popływałam (wciąż z deską, można się śmiać :)) tak, że poczułam, że hipotetycznie, kiedyś będę w tych miejscach miała mięśnie. Zrobiłam parę długości basenu i porządnie się zmęczyłam. Młody robił swoje długości na głębokim, a tatuś usiłował dogonić córunię, która ostatnio pływa w kole, i pływa tak szybko, tak przebiera nogami, że naprawdę jesteśmy pod wrażeniem. No ale co. W końcu Ryba.

Wczoraj dorzuciliśmy Owsiakowi po przelewie, mbank dorzuci drugie tyle; ciekawe, czy się spodziewali takiej kwoty ;). Zamiast miliona mają przelać siedem. Ale na dobry cel, to niech nie żałują.

To ja teraz do kuchni, bo po trzeciej przyjdzie Sara podrzucić Helenę na godzinkę.

novembre

Młoda znowu nie chce jeść. Ma to pewnie związek z wujową pogodą za oknem, bo przy wietrze ponad 100 km/h niezbyt przyjemnie się wychodzi na spacer, niemniej śniadania potrafi nie zjeść, ulubioną zupą łaskawie da się nakarmić, a i to nie zawsze, pół jabłka na podwieczorek i naleśnik z serem i dżemem na kolację. No szału nie ma. Chyba wrócimy do kolacji pt. jajko na miękko, bo ileż mięsa mieści się w dwóch gryzach parówki...? Mądre poradniki każą się nie stresować, nie pompować atmosfery, podawać dziecku jedzenie normalnie i nic pomiędzy. Ciekawe, czy poradniki były testowane spojrzeniem ze szreka błagającym: jestem głodna! daj mi bułecke! Oszaleć można z tym macierzyństwem, mówię wam.
Mąż szczęśliwie po urlopie wrócił do pracy, wichury mu nie straszne. Młody korzysta z wolnego do końca tygodnia i bumeluje, chociaż już powoli sam próbuje przestawić się na wcześniejsze wstawanie. Tak, aby poniedziałek nie był pobudką w środku nocy.
Teściowa pojechała do sanatorium. Dostała je wcześniej, jako to takie poszpitalne, po operacji barku. Pierwszego dnia nie miała czasu mi odpisać na whatsappie, dziś odpisała, że pozapisywała się na wszystkie wycieczki, spacery i koncerty, że wyda wszystkie pieniądze ale co tam, wszystko bardzo jej się podoba.
I tu zwyrodniała wyobraźnia rzuciła na pierwszy plan moją mamę, która też czeka w kolejce do sanatorium, chyba jeszcze z półtora roku ludzi przed nią. Ale w zasadzie mogę wam napisać, jak będzie wyglądał jej pobyt:
- budynek będzie stary
- winda będzie stara albo nieczynna (w końcu sanatorium, czyli rehabilitacja, nie? :D)
- łóżka będą za niskie i będzie jej trudno wstać, bo ją kolana bolą
- oknem wieje
- jedzenie będzie mdłe i takie sobie
- towarzystwo w pokoju albo bardzo gadatliwe, albo jakieś dziwne
- zabiegi będą straszne, bo trzeba będzie przejść do budynku obok
- oraz zdjąć rajstopy - czyli schylić się, a to boli
- spacery odpadają, bo ją nogi bolą
- wycieczki też, bo ona nie wsiądzie do autobusu, bo stopień jest za wysoko dla niej
- ogólnie "nie no, fajnie było, trzeba było jechać to pojechałam, ale te zabiegi to i tak na pewno nie pomogą".

Ja wiem, to brzmi strasznie, ale jestem gotowa założyć się o co chcecie, że tak właśnie będzie.

Poza tym co. Kończy się dojadanie po Sylwestrze; na drugi raz zrobię im Sylwestra niczym z Kogla Mogla ("Proszę się częstować, jakby co, to doniosę" - powiedziała Kasia Solska podając kilka szklanek słonych paluszków). Została w zasadzie jedna sałatka, kabanosy, których większość zamrożę (kupiłam opakowanie zamknięte hermetycznie, kilo sześćdziesiąt, prawda). Wędliny jeszcze nie kupowałam, ale i amatorów u nas nie ma. Za to jemy już "normalne" jedzenie, płatki owsiane, sałatę czy zupę jarzynową. No, nie tylko, nabój świątecznych słodyczy też jeszcze czeka na zjedzenie... A jak woła! :)

Ubiegły rok miał być moim rokiem, i jak tylko sobie postanowiłam, tak pierdyknęło wszystko po kolei. W tym roku więc nie postanawiam sobie nic na głos; zaplanowałam to i owo w kalendarzu, poza tym wszystkie horoskopy wykopują mnie do pracy i wróżą ogromne pieniądze, więc sami rozumiecie. Zaczynam wysyłać te siwi. (ale wygląda, nie? :D) A, i muszę sobie koniecznie kupić druty! Zachorowałam na robienie na drutach, na fajne swetry, czapki i chusty. Teściowa by mi robiła, ale raz, że jest za daleko, dwa, że oczy jej siadają; mama woli serwetki i obrusy (kiedyś zaproponowałam, żeby wyszydełkowała maleńkiej wtedy Idzie jakąś zabawkę kolorową, to fuknięcie pamiętam do dziś. Czyli znaczy że nie.) To sama się nauczę i będę obdarowywać rodzinę i znajomych swoimi arcydziełami.
O ile w tym roku nie połamię rąk...

novembre

Uf, uf. Dojechaliśmy, wróciliśmy. Pokochałam niemieckie autostrady, za to, że kierowcy jadą, nawet w korku. Jak jest stłuczka na poboczu, to zwalniają do 50, 80, czy ilu tam. Na polskiej autostradzie stłuczka - wszystko stoi. Kierowcy wysiadają na fajkę, mogłam bez problemu wysadzić Idę na siku na poboczu, pełen luz. Przed Wrocławiem 100 km w trzy godziny. Powrotna droga była już dużo lepsza, wiadomo, nie wszyscy wracają w tym samym czasie ze świąt, więc siłą rzeczy było luźniej. Zdecydowaliśmy się nie nocować, tylko jechać, ile się da. Zwłaszcza, że małżonek wyspany, droga dobra, korków niet. Ostatnia godzina była męcząca, ale wypiliśmy po kawie (ja też!! kawę wypiłam!!), zimne powietrze nas otrzeźwiło, poza tym Idunia córunia jendoliła, że ona chce do domu spać. A pod blokiem, o 4 rano, zażyczyła sobie kolację, paróweczę z chlebkiem, i była wielce rozczarowana, że matka nie szykuje pełnej kąpieli, tylko szybki prysznic...;)
W Bawarii złapał nas śnieg; towarzyszył nam przez ponad godzinę drogi, i tu pochwała samochodu. Miał wszystkie możliwe bajery, kontrolę trakcji, zwalnianie, kiedy ten przed nami zwalniał, ciężki pedał gazu przy większym śniegu itp. Sam się prowadził. Wystarczyło tylko mieć otwarte oczy, bo jakieś cwane czujniki wyłapywały zmęczenie kierowcy i życzyły przerwy na kawę ;). Tak naprawdę więcej stresu przysporzyła mi wymiotująca młoda, niż droga. Niestety jedyny sposób, żeby nie wymiotowała, to nie dać jej jeść, a już broń Boże w samochodzie. Ale spoko, małżonek kupił jakieś cudo na orlenie i wyprał tapicerkę; ja wyprałam fotelik i git.

Same święta miłe, gwarne, rodzinne, ciepłe i jak zwykle za krótkie.

Sylwester w domu. Młody wybył do Vanessy, Idka padła przed 22, a my zalegliśmy przed telewizorem. Nie bardzo mogliśmy znaleźć coś fajnego ani w tv, ani na netfliksie. Stanęło na "Masz wiadomość", którego nie znałam, do momentu, aż sobie przypomniałam, że jednak kiedyś już to oglądałam, i to pewnie nie raz. Ach, ta moja pamięć do filmów.

Fajerwerki obejrzeliśmy w telewizorze; z naszych okien nie widać kompletnie nic, słychać jedynie huk petard. Oraz pobliskich kościołów, które z okazji powitania Nowego Roku, nap... dzwoniły kwadrans przed do kwadransa po. Ale spoko, przynajmniej nie przespaliśmy północy.

Stary rok skończył się beznadziejnie. Po powrocie napisałam do sąsiadki, że jesteśmy i że możemy już odebrać klucze do mieszkania i listy, przy okazji zapytałam, czy wszystko ok, jako zawoalowane pytanie, jak się ma trzecia córa. Otóż trzecia córa... po prostu serduszko stanęło, dzień przed porodem. Nawet nie wyobrażam sobie, jakie mieli święta :(. Najstarszej, pięciolatce, powiedzieli, że niektóre dzieci wybierają bycie gwiazdką na niebie; młodsza, dwuipółlatka, nie dopytuje. Przyszła wczoraj Sara z dziewczynami na kawę, zużyłyśmy masę chusteczek i parę kieliszków wiśniówki. Straszne to. 

Mam nadzieję, że Nowy zatrze to wrażenie po poprzedniku. Chociaż obawiam się, że co roku tak piszę...

novembre

Pięć dni do Wigilii, trzy do wyjazdu. Nawet Ida odlicza. W niedzielę powiedziałam jej, że jeszcze pięć nocek i jedziemy, a ona zrozumiała, że już, jak tylko zje kolację. Zatem zjadła kolację i pojechała do kąpieli... i w ryk. Ona chce do babci i ona chce do babci, teraz, zaraz, już! Niedziela wieczór, nie ma za bardzo atrakcji do zapewnienia dziecku o tej porze, oprócz wizji pójścia spać, ale to docenia się w starszym niż trzy lata wieku. Na szczęście na poniedziałek zapowiadali opady śniegu, więc udało mi się odwrócić jej uwagę od jazdy do babci. Co nie zmienia faktu, że odlicza, zostały już trzy paluszki. Tęskni.
I wciąż nie wiemy, o której godzinie ruszamy. Wysłałam odwołanie do szkoły w sprawie wolnego piątku dla Piotrka, i jeszcze czekamy. Jeśli nie, to cóż, jak co roku, młody rozchoruje się na ostatnich lekcjach i tyle. Chociaż naprawdę wolałabym ruszać o 6 rano niż o 12. Ehhh.
Miałam się nie denerwować, kortyzol mi wyszedł za wysoki, za dużo stresu podobno. Ciekawe, od czego, niech pomyślę.
A propos myślenia, to (uwaga, uwaga, nie zdarza się to często), przyznałam rację mężowi. On twierdzi, że pojedzie sam i nie potrzebuje mnie za zmiennika. Na początku tłumaczyłam, że w razie czego, że szybciej, że to, że tamto... Przestałam. I tak będziemy nocować gdzieś po drodze. Poza tym, ja będę miała na głowie Idę, która po 10 minutach spyta, czy jesteśmy już na miejscu, po 20 zacznie płakać, Jurek będzie się wściekać, że chce mieć ciszę i spokój, a ja będę jako ten kwiat lotosu, oczywiście, bo kortyzol. No i jak w połowie drogi Jurek stwierdzi, że on by się może przespał, a ja poprowadzę, to ja będę super hiper mega wypoczęta, prawda. No więc, chce jechać, niech jedzie. W końcu to tylko dwa razy siedemset kilometrów, parę godzin korków w Niemczech i pewnie niewiele lepiej na polskich bramkach. Chyba, że z okazji świąt, będą tak witali emigrantów, że otworzą ;p.
Postanowień noworocznych nie robię, bo co z tego, że robiłam, skoro życie postanowiło mi pokazać, co ja sobie mogę postanowić. Aż się boję sobie postanowić dożyć do następnego sylwestra.
Prezenty spakowane, przynajmniej te kupione tutaj. Większość kupowałam przez polski, że tak powiem, internet. Taniej, parę szybkich klików, wir na koncie i tylko mama za posłańca chodziła na pocztę odbierać przesyłki. Ale blisko ma, a spoko, spacer jej się przyda.
Odkopałam ostatnio Rudolfa Czerwononosego i włączyłam dzieciom; Piotrek uwielbiał jako dzieciak. Zaczęli oglądać obydwoje, Idka po parunastu minutach odpadła, ale Piotrek obejrzał całość, czym mnie szczerze ubawił. Ale, jak twierdził, bardzo lubił i lubi Rudolfa, więc dlaczego miałby go nie obejrzeć? Bo ma już prawie 15 lat? Co to za argument, tatuś ogląda królika Bugsa, więc o co chodzi.

No to co, kochani. Jakby co, to mnie proszę skremować, przeszczepić, co tam się komu przyda, bo jakoś czarno widzę tę podróż. Ale jak to mówił któryś z mędrców, pasmatrim, uwidim.
Wesołych Świąt!!

 

novembre

Piątek, a ja jeszcze wtorku nie skończyłam.
Młoda zapisana do Spielgruppy, na dwa przedpołudnia w tygodniu. Nie wiem, jak ona, ale ja się już nie mogę doczekać. Trzy godziny wolności! Pierwsze dni chyba przesiedzę sama w jakiejś kawiarni, croissantem zagryzając herbatę i po prostu patrząc na ludzi. Na dorosłych.
Napisaliśmy do szkoły prośbę o zwolnienie Piotrka z dwóch ostatnich dni przed świętami, żeby wcześniej ruszyć w drogę; w tym roku nie lecimy samolotem, bo ceny biletów dla czterech osób nas niemal zabiły. Za jedną czwartą ceny wynajęliśmy samochód, co tam, że 1500 kilometrów, nocleg po drodze, jęcząca Idka, nieznana trasa i korki na autostradzie. Szwajcarzy widać nie takie rzeczy ze szwagrem po pijaku robili, bo zgody szkoła nie udzieliła. Uzasadnienie: bo nie. Efekt będzie taki, że dojedziemy w sobotę wieczorem do mojej mamy, czyli 23. grudnia, wigilia, pierwszy dzień świąt i drugiego dnia rano pojedziemy do teściowej. 29. grudnia ruszamy z powrotem, żeby 30 dotrzeć do domu, oddać samochód i zalec na kanapie z szampanem i kabanosami. Po cichu myślałam, że może zostawimy dzieci same i wybierzemy się do jakichś znajomych, ale zanim zdążyłam zwerbalizować i zwizualizować, jak by to było pięknie, młody spytał, czy on w tym roku też musi spędzać z nami Sylwestra, bo może z Vanessą u Vanessy, a może u kolegi tu niedaleko... Acha, no to jużeśmy poszli. Chyba, że zrobimy party z dziećmi, ale co to za party z dziećmi... Eh, trudno, mamy jeszcze parę seriali do obejrzenia na netfliksie.
Młoda właśnie podeszła do mnie i poprosiła o coś nowego. Zupełnie, jakby czytała książkę o rozwoju dzieci: "trzylatki uwielbiają magiczne słowa: coś nowego, niespodzianka". Mam na nią póki co niezły sposób, bo zawsze odbijam piłeczkę, że jak chce coś nowego, najpierw musi posprzątać coś starego. Ida zaczyna sprzątać zabawki i tak się nimi zajmuje, że o czymś nowym zapomina.
Wczoraj zrobiliśmy z młodym przegląd jego szafy. Efekt jest taki, że po spakowaniu ubrań za małych, młody został z czterema t-shirtami, dwiema bluzami itp. Pół roku temu, po zimowym przesileniu, też tak było ;). Na szczęście młody wymagający nie jest, tzn on może mieć tylko dwie bluzy, jeśli to będą bluzy, które on wybierze i które mu się podobają; wiadomo, przez nas wybranych może nie założyć, jeśli mu się nie podobają, nawet gdyby były ostatnie na świecie. Póki co zamówił sobie na zalando jakieś bluzki, więc jest szansa, że nie będzie tak całkiem świecił golizną w święta.
Znowu zapowiadają u nas opady śniegu. Po ostatnich prognozach, w poniedziałek poleciałam do sklepu po śniegowe spodnie dla Idy, po czym od razu zmienili prognozy z -2 na +9.
Oraz muszę do francuskiego lidla, bo lada moment rodzina się zdziwi, że przecież były wieszane czekoladki na choince, i gdzie one teraz są? (w zasadzie mogłabym im powiedzieć, gdzie, ale nie będę się wyrażać).
W ramach Mikołaja, parę dni temu kupiłam sobie szminkę. Trochę jaśniejsza od tego, czym uparcie chce mnie malować małżonek, taka śliwka. Ładna, podobała mi się. Niestety, albo w sklepie, albo w drodze do domu, zgubiłam ją. Może się wysunęła z kieszeni, może zostawiłam ją na pasie do pakowania, cholera wie. Eh, trudno. Chodziłam wkurzona cały wieczór, nie, że tyle kasy straciłam, bo trzy franki to jeszcze nie jest rozpaczliwa strata, tylko dlatego, że chciałam się umalować na spokojnie w domu. No nic.
Wczoraj poszłam znów do sklepu, odkupić szminkę. Stanęłam przed stoiskiem - wiem, która marka, wiem mniej więcej, gdzie leżały te konkretne - i... żadna mi się nie podobała. Kurtyna, oklaski, brawo ja.
Wybrałam w końcu jedną, która ostatecznie mogła być i w domu okazało się, że to dokładnie ta, że to ten odcień, który kupiłam sobie na Mikołaja.
Wieczory spędzam przy komputerze, zamawiając prezenty dla rodziny, mama tylko chodzi na pocztę i odbiera. Dzisiaj ma dwie paczki z poczty do odebrania i ma przyjść kurier z kolejną, paczką, nie pocztą. Święta, panie. Jeszcze dwa tygodnie.

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci