Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Sobota. Ostatnie pranie się pierze. Dobrodziejstwo suszarki elektrycznej: za dwie godziny wszystko będzie suche i spakowane do torby. Właśnie, do torby: jestem w trakcie nowego doświadczenia: zmieść się w dwóch torbach i max 10 kg każda! Do tej pory po prostu wrzucałam do walizki, co mi tam było potrzebne, siadałam na niej, żeby domknąć, i już. Luzik. Ale teraz lecimy tylko na dwa tygodnie, więc bez sensu brać wielką walizkę. Która kosztowałaby tyle ile mój bilet. Zatem ostatnie pranie, rzeczy już albo spakowane, albo czekają na łóżku (na zmiłowanie), w ostatniej chwili trzeba wrzucić sery z lodówki. Kartę playową do portfela, a przy okazji i portfel polski zabrać. Klucze. Kosmetyczka już. O 19 weź pigułkę. Młoda już od rana woła o kolację, bo miała zapowiedziane, że po (wczesnej) kolacji jedziemy na lotnisko. Oraz miała pretensje do słońca, że wzeszło. Dopóki niebo było zamglone, była szansa, że zaraz znów zrobi się ciemno i zamiast lunchu zjemy tę wczesną kolację, a tu takie rozczarowanie.

Młody miał dzisiaj do południa Kuchenverkauf. Polega to na tym, że matki pieką ciasta, a synowie, uczniowie ostatnich klas szkoły, rozstawiają się w sobotę rano przed sklepami spożywczymi w okolicy (albowiem zakupy robimy patriotycznie w najbliższym szwajcarskim sklepie i nie jedziemy do Niemca czy Francuza oszczędzać kupę kasy, tylko kupujemy płyn do prania za 12 franków, zamiast identyczny za 4 ojro. Oczywiście. No ale, koniec dygresji.) Zatem młodzi rozstawiają się przy wejściu do sklepu (za zgodą tegoż) i proponują swoje produkty. Tradycja ta powtarza się co roku wiosną i jesienią; młodzież zbiera w ten sposób pieniądze na obóz letni na zakończenie szkoły. Chwali im się, trochę postoją, trochę pobajerują. Klienci bardzo chętnie wspierają młodzież, kupują, czasem nie kupują tylko wrzucają pieniądze do puszki - nie ma ustalonej ceny za kawałek ciasta czy muffinkę, każdy wrzuca tyle, ile uzna za stosowne. Chłopacy zwinęli się po niecałych 4h do domu, bo została im jedna ostatnia muffinka, którą solidarnie zjedli na cztery gryzy :D. Po podliczeniu kasetki odtrąbili sukces - uzbierali 452 franki! W marcu powtórka z rozrywki i już wiem, że muszę upiec ze dwa ciasta, albo i trzy. Będą mieli chłopaki szansę więcej zarobić.

Za oknem ostatnie podrygi złotej polskiej jesieni, bo i tutaj będzie się ochładzać. Co prawda nie tak gwałtownie, jak w Polsce, niemniej ochłodzenie i tu zawita, i nareszcie. Dziś jeszcze na ciastka do młodego poszliśmy piechotą, bo to słoneczko wredne wyszło zza mgły, bo szuranie liśćmi, bo sucho i miło. Ostatnio pod naszym balkonem był borsuk! No chyba, że ktoś psu namalował białe paski na łepku. Wokół jest dużo lasów, ale że chciało mu się tak na osiedle wchodzić? Oraz jeża spotkałam, tuptał chodnikiem, kulturalnie. Doszedł do mnie, zatrzymał się, zrobił w tył zwrot i dał dyla pod siatką ogrodzeniową w trawę. No nie wiedziałam, że jestem aż tak antypatyczna, żeby trzeba było przede mną zwiewać. Eh.

Oraz standardowa porcja humoru rodzinnego na dziś: przed wyjściem chodzę po domu, czegoś szukam, ubieram się, Ida chodzi za mną i mantyczy, ja nie mam cierpliwości. Wspierający małżonek rzuca: to ty chciałaś mieć drugie dziecko.
Kurtyna, oklaski. Do widzenia się z państwem za dwa tygodnie.

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci