Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Otóż na kiermasz poszłam, ale nic nie kupiłam. Nie było ubranek w Idy rozmiarze, a z większymi mam zawsze problem, żeby nie wypadło, że ma zimową sukienkę nosić w środku lata na przykład. Oraz odkryłam, dlaczego ubranka dziecięce tak do roku - półtora schodzą jak ciepłe bułeczki, a potem już nikt ich nie chce kupować. Po pierwsze - małe nie zdąży zniszczyć i szybko wyrasta, a starsze to już tarzają się po podłodze, rozrywają, plamią, rozciągają. No i te mniejsze są chyba lepszej jakości, wydaje mi się. Naoglądałam się używanych, spranych ubranek i - nie. U Niemca kupię nowe w tej samej cenie.

Ale za to całe sobotnie popołudnie spędziłam w mieście. Potrzebuję butów, potrzebuję ubrań dla siebie. Mam silne tendencje do wyrzucania i pozbywania się niepotrzebnych ubrań, ale z tendencją do uzupełniania garderoby jest już gorzej. Efekt jedenastokilometrowego spaceru, oprócz odpadających nóg i ramion, to dwie bluzeczki dla Idy oraz trepko-skarpetki, też dla Idy. Takie, wiecie, trepki mięciutkie skórzane, i do tego dorobione z dzianiny skarpetki do połowy łydki. W najmodniejszych obecnie kolorach różu, niestety bez nawet jednej księżniczki, więc nie wiem, czy będzie nosić. Dla siebie, jak widać, nie kupiłam nic. Kolejny odważny plan zapowiada, że jutro wczesnym popołudniem zgarnę Idę do Niemiec na zakupy, na zakupy DLA MNIE tym razem (na liście zakupów są Idy podkoszulki, Idy bluzeczki, Idy sukienka albo spódniczka...), o 17 małżonek bierze samochód, robimy spożywkę i wracamy razem do domu. Plan ambitny, trzymajcie kciuki. Bo jeszcze trochę i w szafie będę miała przeciąg.

Podprowadzony małżonek sam w weekend wpadł na pomysł, żeby może by przejrzeć jego szafę. Jesteśmy ubraniowymi przeciwieństwami: ja wyrzucam, on dokupuje, każde sobie. Na ten jego bajzel i pięć (PIĘĆ) kartonów ubrań na szafie nie mogłam patrzeć, jak to się więc dobrze złożyło, że zaproponował przejrzenie jego garderoby. Jak on na to wpadł? Ulga, dwa duże worki poszły dla potrzebujących.

Czeka mnie w związku z tym wyprawa do ikei, bo mąż zgłosił zapotrzebowanie na drugie wieszanie w szafie. W jednej części ma garnitury i marynarki, i na koszule już nie ma miejsca. A że teraz zrobiło mu się nagle tak luźno w szafie (jak połowę wywalił, a drugą poukładał), to może szaleć, wyjmie dwie półki i zamontuje drążek. Sami więc widzicie, że wyjazd do ikei w najbliższych dniach jest po prostu absolutnie konieczny. Przy okazji dokupię sobie plastikowych pojemników do przechowywania kasz i ryżów, no i jeszcze nigdy tak nie było, żeby nie kupić czegoś spontanicznie. Umówmy się, Ikea to potrafi.

Dzieci zamieniły się rolami i teraz Ida jest zdrowa (no dobra, trochę smarkata), a młody rozłożony po całości. Katar, kaszel, ból głowy, lekko nie jest. Jutro idziemy do lekarza, głównie po papier do szkoły, bo obawiam się, że musi się wygrzać w łóżku do końca tygodnia, a ja sama mogę usprawiedliwić max trzy dni.

Oraz narobiłam się wczoraj wieczorem jak wół (a raczej - jak osioł, kto normalny sprząta gruntownie kuchnię do północy?). Mąż zobaczył jakiegoś biegającego stwora w domu. No i tak: albo przyszedł zwiadowca ze dworu (mieszkamy na wysokim parterze) sprawdzić, czy u nas się pożywi i czym, albo gdzieś w bloku mają miejscówkę i chciał sprawdzić, jak się nam mieszka, albo cholera wie co. Wszystkie szafki z jedzeniem wyszorowałam, przejrzałam pod lupą wszystko, nic, nie ma. Nawet mąkę przesiałam, na fali ostatnich tweeterowych rozmów o molach kuchennych. Nic. Pozamykałam sobie na wszelki wypadek w pojemniczkach różne pestki itp, normalnie mogłaby teraz perfekcyjna Majdanowa do mnie przyjść na kontrolę (tylko niech nie sprawdza kurzu na lampie!). No nic. Popsikałam jakimś kilerem po kątach i zobaczymy.

O, zaczynam kichać. Znaczy, młody zdrowieje, a ja będę następna.

Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • mylum

    robale dzielą się na oswojone - muchy, komary, rybiki, pająki oraz niewymowne - karaluchy, prusaki, pluskwy...
    kiedyś zobaczyłam coś z czułkami biegające koło zlewu, po jakimś czasie okazało się, że się niestety wmeldowały prusaki, kochały podstawkę od czajnika, rozmnożyły mi się też w szafce i wyłaziły potem malutkie... na szczęście uszczelnienie mieszkania (a były dziury, bo to wielka płyta) i trucie jakoś pomogło, trutki typu do konsumpcji, nie psikane; niedługo potem się przeprowadzaliśmy, bałam się, że jakiś niedobitek pojedzie z nami, ale na szczęście nie; każdy owad w domu z czułkami budzi u mnie histerię, na nowym jakiś mi raz przebiegł ;)
    prusaki są podstępne, bo w dzień nie wyłażą, mam nadzieję, że to jakiś inny stwór mało groźny Cię odwiedził :)
    potrzebuję zrobić porządek w szafie, ale mam problem z ostatnim etapem - wyrzucaniem ;) nawet ostatnio wymyśliłam, że przesortuję i niepotrzebne wsadzę pod łóżko... ale może dorosnę do wyrzucenia jednak ;)

  • novembre

    Co do niewymownych, to pfff... mam nadzieję, że to tylko jakiś zwiadowca był, albo zwykły skorek, który przyplątał się ze dworu. Aczkolwiek - dobry pomysł, kupię jakąś trutkę dla nich dzisiaj i porozstawiam po kątach. Bleee.

    Ooo kochana, ja wbijam do Ciebie i pomogę Ci pozbyć się niepotrzebnych ubrań! :D

  • nell.77

    Tez moge wywalac na bieżąco. Piąteczka! Ale żeby kupić coś sobie... Dokładnie ten sam case - idę po niezbędną, konieczną rzecz dla mnie - wracam z rzeczami dla dziecka...
    Ikea - ewidentnie niezbędna.
    A na kichanie i inne takie - aplikuj sok z aronii albo czarnej porzeczki. Może znajdziesz gdzieś u siebie a jak nie, będziem słać :D

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci