Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Niedziela. Idunia, kochane dziecko, wstało 7:30, na szczęście bajka i ekspresowe śniadanie uratowało jeszcze godzinę snu. Wczoraj zabrałam ją na cały dzień na dwór, dzisiaj już łeb urywa i front nadchodzi, więc było wiadomo, że trzeba korzystać. Poszłyśmy się spacerować do parku, na place zabaw, przewłóczyłyśmy się cztery godziny, po obiedzie znów. Małżonek miał w tym czasie skończyć wreszcie rozliczenie PITa (tutaj można przedłużać w nieskończoność, oczywiście odpłatnie, więc przedłużał i przedłużał, ale w ten weekend, to on już się weźmie. Najnowsze wiadomości podają, że się weźmie dziś po obiedzie). No to myślałam, że trochę pośpi dzisiaj, córunia, nie mąż. Mąż tam zawsze pośpi, na pstryk.

Poszłam z młodym na siłownię, potem do piekarza na herbatę i ciastko. Żeby nie było, że tylko z młodą spędzam czas. Babeczka malinowa na kremie waniliowym, i żeby nie było za mało słodko, babeczka wysmarowana jeszcze  czekoladą. Dobrze, że już bez polewy na wierzchu. Oni tu wszystko słodkie do wiwatu robią. Oraz moja ulubiona zielona herbata, japońska sencha. Wzięłam dzisiaj na wynos, bo zawsze mi się serce kraje, jak po jednym zaparzeniu ląduje w koszu. A zieloną można zaparzać dowolną ilość razy (w przeciwieństwie do czarnej). Zabrałam dziś więc na wynos i właśnie piję drugi sort ;).

We wtorek wieczorem przyjeżdża Najlepsza z Kadrowych! Jupi! Nareszcie. Fajnie będzie pogadać, pozwiedzać, pogadać i jeszcze raz się napić. Zwłaszcza, że jeśli w ogóle dotrzemy na święta do Polski, to wpadniemy jak po ogień na dwa - trzy dni tylko do Radomia, w Lublinie nas nie będzie w ogóle. Planujemy jeszcze wstępnie wczesnowiosenny wypad nad polskie morze, z Kadrową oczywiście, ale planujemy tak już chyba ze dwa lata, więc nie wiem, kiedy nam się uda go wreszcie zrealizować. Póki co, łapiemy, co jest.

Jako, że sezon letni wreszcie po czterech miesiącach dobiega końca i póki co nie widać na horyzoncie kolejnej fali trzydziestostopniowych upałów, tfu odpukać, popełniłam dzisiaj szarlotkę. Internety wczoraj podpuszczały, że jesień, że ciasto, to niech mają, proszę bardzo. Mąż, oczywiście, jak wyjmowałam gorącą blachę z piekarnika, stwierdził, że on to by zjadł apfelstrudla, ale jasne, ja zrobię, a on zje jeden kawałek, bo się odchudza. A młodego będą rodzynki gryzły w zęby, albo co tam jeszcze.

Zapowiada się, że dzisiaj zjemy jakiś obiad, bo w kuchni trwają prace nad ciastem na pizzę. Ida oczywiście dzielnie pomaga, wiadomo. Wszyscy niezmiernie cenimy sobie jej pomoc, ale co poradzić ;).

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • mylum

    oj przedłużanie pita, to czyste zuo, dobrze, że u nas nie wpadli na to :)
    cieszę się, że zapowiada Ci się miły tydzień :)
    u nas pospolitość no i pogoda się zmieniła z 27 na 13, także szok o niedowierzanie ;)

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci