Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Nowięc tak. Męża koledzy przyszli w sobotę, na pożegnalną wódeczkę. Chociaż mąż się wzbraniał, bo on się nigdzie nie wybiera, więc jakie pożegnanie. A robotę nową ma w wieżowcu obok starej, więc i piątkowe piwo im pewnie zostanie w tradycji (Tradycja to ładne imię dla dziewczynki).

Przyszli nastawieni na pierogi. O pierogach, niczym innym, gadali cały wieczór. Nalepiłam ich prawie 140, pierogów, nie kolegów. Zjedli ze smakiem, i małżonek uparcie twierdzi, że są idealne (no ja myślę, z przepisu jego mamusi ;p), niemniej pod niebiosa wychwalali... placki ziemniaczane z sosem pieczarkowym. I nie że z torebki! Na śmietanie 32%, z cebulką, czosnkiem, i pieczarkami rzecz jasna. Oni tutaj znają placki, ale robią je z podgotowanych ziemniaków startych na tarce. Też smaczne, ale zupełnie inne (dla ciekawskich - wyguglajcie sobie rösti).

Panowie posiedzieli, pojedli, popili, poszli spać i rano udali się na SBB w drogę powrotną. Bardzo miło było, ale bardzo męcząco, mam na myśli przygotowania, gotowanie itp. Teraz dochodzi już środa, a ja dalej zmęczona.

Mąż w przypływie euforii i alkoholu, powiedział mi, że wszystko jest tak pyszne i że on mi tak dziękuje, że jutro (czyli w niedzielę, kiedy będzie kacował, acha) mogę sobie zażyczyć, co tylko chcę. Wycieczkę na Haiti albo rejs statkiem dookoła świata, wszystko spełni, całkiem jak ten hipopotam żabie. Nie kazałam mu nawlec igły, natomiast świadoma, że w niedzielę to on pomimo szczerych obietnic będzie odsypiał cały dzień, wybiorę się w sobotę w miasto sama. A on zostanie z dziećmi, posprzątają, wyjdą na spacer, zrobią obiad, pójdą na drzemkę (o to, znając mojego męża, jestem dziwnie spokojna. No, przynajmniej on zaśnie na drzemkę...). Mam ochotę iść do kina na I feel pretty (nie wiem, jaki jest polski tytuł, dziewczyna budzi się rano i stwierdza, że jest piękna; czy mógłby mnie ktoś obudzić?). Oraz mam ochotę podjechać do Tamarisa po sandałki; mam jedne. JEDNE sandałki. Jedne klapki i jedne espadryle. Oraz jedne baleriny, kupione w ciąży z Idą, już im się należy emerytura. Koniecznie trzeba na shopping.

Celowo nie idę po sukienkę na wesele, bo za pierwszym razem kupiłam piżamę (niewątpliwie zrobiłabym w niej furorę na weselu, ale nie będę bratu psuła imprezy...), za drugim co kupiłam? Tusz do rzęs, l'oreala, ten najnowszy. No powiem wam, niezły przeciąg robię, jak mrugam. Oraz muszę uważać z malowaniem, bo rzęsy mam długie, choć rzadkie, a jak tusz wydłuża, to mi rzęsy brudzą szkła okularów. To się nazywa problemy pierwszego świata!

Po pobycie teściowej, wyjazdach i ogólnym rozprężeniu atmosfery, wprowadziłam Idzie wieczorny reżim i tym sposobem córunia ląduje przed 21 w łóżku. Wszystkim nam to służy, mam tego wieczoru trochę więcej, niż gdy w łaskawości swojej zasypiała przed 23. Dosyć tego. I nawet jeśli po 21 jeszcze woła i wstaje na siku, to generalnie już usypia i wiem, że mam ją z głowy.

Syneczek przyniósł tróję z zeszytu z przedmiotu pt. gotowanie, to tak dla równowagi. Nóżki z dupki powyrywać, no.

To dobranoc się z Państwem i do następnego razu.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • nell.77

    Za to gotowanie, to przez miesiąc na rekach powinien Cie nosic!

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci