Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Weekend był cudowny.

Małżonek, zgodnie z zapowiedzią, z piątkowego pożegnania wrócił w sobotę koło południa, więc moje plany (zakupy, manikjury, może fryzjer?) poszły się paść. Udałyśmy się za to na przedszkolny piknik. Ida się wyszalała, ja się wynudziłam. Całe szczęście, że spotkałam jedną matkę, którą znam, bo zgadałyśmy się już kiedyś pod przedszkolem, jak Ida miała fazę wycia, że zła matka ją porzuca, więc teraz mogłyśmy porozmawiać na spokojnie. No i każdy przyniósł coś do jedzenia, a że Bazylea to mieszanka kulturowa, spróbowałam tybetańskich pierożków z kapustą i mięsem (prawie jak nasze), tureckiego placka, kawałka pizzy i oryginalnego brownie przygotowanego przez oryginalną Amerykankę, to wszystko, zanim sobie przypomniałam, że przecież jestem na diecie bez mąki i cukru. Taaaaaa...

W sobotę był dzień matki, ale ja doczekałam się tylko lakonicznych życzeń dwa tygodnie wcześniej, bo tutaj świętują 13. maja. Nie należały mi się żadne kwiatki ani nic, zresztą już kolejny rok. Widać taka ze mnie matka, nie umiałam dobrze wychować, to mam. Małżonek synowi nie przypomni, bo sam matce nie złożył życzeń, a poza tym kiedyś usłyszałam, że ja nie jestem jego matką tylko żoną, więc o co mi chodzi. No, w sumie trudno mu odmówić racji i logiki, skąd więc ten mój wkurw. Tak więc młody usłyszał to i owo, co w połączeniu ze szlabanem na komputer dało efekt bardzo grzecznego i potulnego syneczka. Szlaban na kompa ma od tygodnia, bo stwierdziłam, że skoro nie potrafi się zachowywać i odzywać normalnie, nie skutkują rozmowy, prośby ani groźby, trzeba było przejść do kar. A że ja wredna jestem z natury, karą jest nieograniczony w czasie szlaban na komputer, a udostępnienie go możliwe będzie, gdy bardzo subiektywnie stwierdzę trwałą poprawę.

Oraz wiecie, szkoły z internatem to jednak nie był taki głupi wynalazek...

Tymczasem od rana mamy poniedziałek; w nocy była potężna burza, trzaskało i lało dokładnie nad naszą wsią, aż myślałam, że nie zasnę... przez całe siedem sekund tak myślałam, a potem nie wiem, co było, bo zasnęłam.

Od rana czekam na macherów, którzy po półtora roku pisania mejli, wreszcie dzisiaj usuną niedoróbkę z remontu; na styku przedpokoju i pokoju młodego brakuje pół metra fugi w podłodze. Niby drobiazg, ale niech zrobią. Wstałam w tej intencji po siódmej, bo włosy, bo śniadanie, a oni od ósmej rano będą wszystko naprawiać, prawda. Jest dziesiąta, a ja czekam jak idiotka.

Młoda wstała o szóstej rano i właśnie padła na drzemkę. Długo nie pośpi, bo zaraz przychodzą Sara z Heleną na kawę (i przeczekać u nas ich macherów, którzy coś tam będą naprawiać i trzeba wyprowadzić dzieci z domu).

Najadłam się chia z mango na śniadanie i mi teraz bleeeee.

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • mylum

    mój też nie uświadamia młodego w kwestii dnia matki, urodzin matki i imienin... a potem ja się męczę ze swoim wqrwem, także ten, nie jesteś sama ;)
    ja za to nie przypominam o dniu ojca, ale jakoś lata stosowania tej praktyki nic nie pomogły, w ogóle ani subtelne przypominanie o dniu, ani robienie awantur po fakcie nic nie pomaga... niereformowalny ten mój chop...

  • novembre

    Mylum, ja też nie przypominam o dniu ojca. A jako, że jestem pamiętliwy i wredny Skorpion, w Walentynki czekam na prezent. Jak dostanę tylko kwiatki (chociaż dobre i to, prawda :D), to prezent czeka miesiąc, do urodzin małżonka ;p. Nie to nie!

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci