Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

I znów nastał codzienny, nudnawy rytm. Przedszkole, rehabilitacja, zakupy, skype z mamą ("JESZCZE nie znalazłaś pracy?"), młody, młoda, wieczór, kolacja, spać, dwudziesta druga, mam czas dla siebie! To co? Poczytać? Maseczka? Film? Spaaać...

Młoda niezmiennie ma fazę na święta. Od pół roku wieczorem czytamy te same dwie książeczki, Bałwanka i Mikołaja, tylko trzecia się zmienia - od miesiąca jest Stefek Burczymucha. Pierwsze utrzymane są w klimacie świątecznym i co wieczór Ida wspomina, że Mikołaj wyląduje na dachu i przez komin wrzuci jej prezent. Taki duży! Ostatnio, jako że też były święta, bo poniedziałek po Zielonych Świątkach jest tu też wolny, Ida założyła czapkę, szalik, rękawiczki i zażyczyła sobie rzucać się śnieżkami. Zrobiły z babcią kulki z papieru i się bawiły w salonie. O prezentach i sankach nie wspominała, chociaż te drugie dałoby radę zorganizować, skoro skoczkowie skaczą na igielicie, to czemu by nie miała zjeżdżać na trawie? Kończąc temat świąt, gdy dziś w drodze z przedszkola do domu mijałyśmy kościół (jakiś ewangelicki, kalwiński czy coś podobnego, przepraszam, czytam tylko napisy, nie znam się), oznajmiła, że tu mieszka bozia (już nie Gosia, na szczęście już była parę razy u Gosi i przestała mylić) oraz nawiązała do ostatnio przygotowywanego koszyczka do święconki i upomniała się o jajka, bo musi koniecznie je pomalować. W sumie, czemu nie?

Tymczasem palnęłam kiedyś, że nie ma sprawy, i mam. Za tydzień przychodzą czterej Niemcy na obiadokolację. Męża koledzy z pracy, albowiem mąż zmienia pracę i oprócz godnego pożegnania dziś wieczorem, w pracy (wolno im po godzinach zostawać w biurze i walić wódę, macie pojęcie? byle po sobie posprzątali), czterej najbliżsi (jeźdźcy apokalipsy...) przybędą w przyszłą sobotę o 16 na obiad. I teraz Kasia w blokach startowych, bo: biały barszcz, pierogi (ruskie, niepatriotyczne), śledzie, wędlina, sałatka, placki ziemniaczane ze sosem, i paszteciki z czerwonym barszczem na zamknięcie imprezy. Oraz ciasto, i tu mnie zawiesiło, bo co to znaczy tradycyjne polskie ciasto? Piernik? Karpatka? Szarlotka? Sernik? Mazurek? Padnie chyba na piernik, ale mam pewne wątpliwości co do dostępności przyprawy do piernika w maju...

Pogoda przestała się wygłupiać i wyprodukowała dzisiaj 30 stopni. Ponarzekałam rano, jak o dziesiątej już mdlałam na dworze, ale generalnie bardzo miło, zwłaszcza jak się siedzi w salunie. Jutro piknik przedszkolny, miał iść tatuś wybrany przez aklamację, kiedy to w ubiegłą sobotę kiblowałam CZTERY godziny na placu zabaw, ale obawiam się, że po jego dzisiejszym pożegnaniu pracowym będę musiała zmodyfikować plany i zmienić priorytety, prawda.

No to co, miłego weekendu Państwu życzę.

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci