Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Niedziele ostatnio upływają nam zgodnie z ustalonym, przyjemnym planem. Wstać niestety trzeba 9-10. Szczęśliwiec, który rano wstaje do Idy odlicza sobie godzinkę, ale ostatnio ja rano ją ubieram, daję śniadanie i włączam bajkę, a po chwili wstaje do niej Jurek, który jako że na tygodniu wstaje 5:50, to w weekend nie śpi dłużej, niż do ósmej. Praca wyregulowała mu poranki, no i wiek robi swoje ;p.

W okolicy 10-11, zależy, o której wstanie młody, idziemy na basen. I o ile wstanie sprawnie i nie sabotuje na każdym kroku moich próśb, dzień można zaliczyć do udanych. Jeśli mamy drobną różnicę zdań, ja rzucam kluczami, zdejmuję buty i oświadczam, że nigdzie nie idę, Jurek bierze młodą i wychodząc z nią przed blok daje młodemu zadanie, spowodować, żeby mamusia jednak poszła. Acha, powodzenia. Niemniej dzisiaj obowiązywał ten pozytywny scenariusz, bo młody chciał ja najszybciej iść do Vanessy, więc wiedział, że brak współpracy mu się nie opłaca.

Dziś na basenie nie założyłam Idzie rękawków, bo i tak z jednego schodzi powietrze, muszę dokupić drugi komplet. Basen płytki, 60-80 cm, rzucaliśmy sobie piłkę, dziecko się zapomniało, skoczyło w wodzie, podkurczyło nogi i okazało zdziwione spojrzenie, spod powierzchni wody, na matkę, że jak to. Wyciągnęłam, pouczyłam, że nie skaczemy, dziecko skoczyło jeszcze raz. Tym razem głowa została jednak ponad wodą.

Po basenie obowiązkowy spacer, albo do piekarza, na kawę, herbatę, czekoladę, bułkę, co tam kto woli, albo, jeśli jak dziś, piekarz już się zamykał (tak, tak, dobra zmiana w Szwajcarii pozamykała sklepy w niedziele już dawno temu, mać), poszliśmy do Migrosa po kilka niezbędnych drobiazgów (co ciekawe, oficjalne Migrosy są w niedziele zamknięte, natomiast Migros-Partner, czyli franczyza, ma utarg podejrzewam jak z dwóch sobót; kolejka non stop. No i piwo i fajki mają, w przeciwieństwie do poprawnych migrosów zwykłych).

Pogoda fajna, minus dwa, piękne słońce, zero wiatru, więc przeszliśmy się piechotą do domu te niecałe trzy przystanki. Dotleniona młoda padła spać, ja przygotowałam obiad pt. wspomnienie wczorajszego dnia (pamiętacie Jetsonów? To chyba ona, albo Wilma Flinston, jedna z nich, serwowała takie danie :D). Zatem u nas dzisiaj było wspomnienie wczorajszego dnia połączone z czyszczeniem lodówki; każdy wykończył to, co lubił i co trzeba było wyjeść. W ten sposób o 14 było już po obiedzie.

Mąż ogląda biathlon (chrrr... chrrr...), młody u Vanessy, Ida śpi. Nastawiłam chleb. Zagniotłam ciasto na kruche ciasteczka, po południu będziemy z młodą wycinać. Wieczorem, jak Piotrek wróci, ubieramy choinkę.

Wczoraj byliśmy na naszym wiejskim kiermaszu świątecznym, Ida była zachwycona choinkami (Halinka!), światełkami, bombkami. Rodzice bardziej zachwycali się grzanym winem i raclette (uwielbiam. Gdyby żółty ser odchudzał, byłabym najszczuplejsza w całej wsi).

Ufff. Dotleniłam się i trochę poruszałam dzisiaj. Pływam sobie z deską na tym mniejszym basenie. Luz, nikt się nie śmieje na mój widok, a nie chcę zajmować miejsca na głębokim basenie ludziom, którzy przyszli machnąć 50 długości.

Jeszcze godzina wolnego, zanim Ida wstanie i zanim skoki w telewizorze. To co, to może drzemka?

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • mylum

    Miły weekend :) Zazdraszczam słoneczka, u nas chmurzyście, poza tym poświęciłam wolne na kurowanie się z przeziębienia...

  • novembre

    Słoneczko było przez kilka godzin, niestety. Później przyszły chmury u wieczorem wreszcie zdecydował się spaść śnieg, przynajmniej trochę ;). Zdrowiej!

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci