Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Taki psycholog w poradni to ma przerypaną pracę. Przychodzi człowiek, opowiada, odpowiada na pytania, często niewygodne, ryczy, smarcze, użala się nad sobą, no kupka nieszczęścia jednym słowem. A psychourzędnik twardy musi być, nie miętki, profesjonalny, trochę się owszem, pożałuje, trochę pokaże, że może jednak z tej sytuacji, wbrew wszelkim podejrzeniom, jest jakieś wyjście, ale nie zbyt jaskrawo, zasugeruje tylko gdzieś na brzegu, mimochodem. Człowiek smarka nos w chusteczkę, stwierdza, że rzeczywiście, być może, gdzieś tam, kiedyś, ktoś inaczej spojrzał na ten problem i być może we wszechświecie istnieje nań rozwiązanie. Ściera człowiek z nosa i oczu nędzną resztkę makijażu, stwierdza, że póki co woda w Renie jednak za zimna, i wraca do domu, obiecując solennie przemyślenie wykonania kolejnego kroku. Małego dla ludzkości, ale wielkiego dla jednostki. Do przodu.

...a potem dzwoni małżonek, i chce wiedzieć, jak było, fajnie? takie wizyty naprawdę mogą pomóc, człowiek sobie pogada, pogada, i potem taki w dobrym nastroju stamtąd wychodzi, i od razu jest lepiej...

Y-y.

A tak serio, to taki psycholog musi mieć bardzo mocną barierę psychiczną, żeby nie wchłaniać tego całego szlamu zrzucanego przez pacjentów. Brrr...

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • mylum

    psychourzędnik :DDDD
    u nas się mówiło psychobaba ;)
    czasem (podobno) należy wykonać jeden krok w tył, żeby następne kroki były w dobrym kierunku, także ten, czymam kciuki za KROK :)
    a z małżonkami to już tak jest, że pewnie chcą dobrze, ale czasem jak coś powiedzą, to wszystko opada...

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci