Menu

Otwarte

Życie.. samo życie..

novembre

Październik minął, i nareszcie. Dotychczas zawsze tak było, że jesień była dla mnie sprzyjającym czasem, spokojem, wyciszeniem, poukładaniem, podsumowaniem i zbieraniem sił przed kolejną wiosną. Ostatnie lata, chyba te od wyprowadzki z Polski, starają się udowodnić mi, że ależ skąd, jaki spokój. Dwa lata temu i rok temu depresja małżonka, rok temu dodatkowo non stop fajerwerki z młodego szkołą. Nie mam takiego czasu, żebym mogła odetchnąć i stwierdzić: no dobrze, poukładane, jest chwila luzu, mogę zająć się sobą. Zawsze coś. Może to kwestia pojawienia się na świecie Idy? Dwudziestu lat już nie mam, kondycja nie ta, a panienka cierpi na nadmiar energii, nudy z nią nie ma. Do tego, jak to ładnie określają, siedzę w domu (każdy, kto widział Idę chociaż przez pięć minut, roześmieje się w głos na kombinację słów Ida oraz siedzę). Poszłabym do pracy, nawet bardzo chętnie, ale jest we mnie ogrom wątpliwości, strachu i niewiary w siebie. Bo. Co, jak Ida będzie chorować? Co, jak będę zarabiać tylko na waciki - albo i nie, po odliczeniu przedszkola? Co, po pierwsze właściwie, jeśli nikt tu nie będzie chciał mnie zatrudnić? W Polsce moja praca opierała się głównie na gadaniu, kontaktach z dostawcami, klientami, a tutaj... szkoda gadać. Gdyby jeszcze oni mówili jak ludzie, po niemiecku, byłoby to do ogarnięcia. Ale nie, oni muszą w dialekcie. Wspólnego z hochdeutschem to ma tyle, co polski z czeskim. Eh.

Młody w październiku dowalił, jak tylko mógł; w szkole jest bardzo ładnie, nie na darmo większości tematów uczy się drugi raz, prawda, może błyszczeć i robić za gwiazdę. Natomiast "nadrabia" zachowaniem w domu, pyskowaniem, a czasami po prostu treść jest ok, ale ton jego głosu sprawia, że czuję w żyłach adrenalinę, i aż się młody prosi. No, ale przecież nie będę nastolatka tłukła. Chociaż może by się przydało czasem.

Małżonek stara się, jak może, ostatnio mi powiedział, że trzeba Piotrka pilnować ze szkołą, bo przez ostatnie dwa lata był puszczony samopas i proszę, jakie były efekty. Stanęły mi w oczach te wszystkie popołudnia spędzane na odpytywaniu młodego z chemii, biologii, tłuczenie reguł gramatyki francuskiej, znienawidzona przeze mnie historia, te wszystkie jego wzloty i upadki, zakończone spektakularnym brakiem 0,037 do średniej, żeby zdać. Ja rozumiem, że koniec końców nie zdał, ja rozumiem, że mąż w pracy nie widział, jak my spędzamy popołudnia, ale - samopas...? Naprawdę? Aż takiego wsparcia się nie spodziewałam. Chociaż może trzeba było.

Po raz kolejny - i myślałam, że ostatni - w życiu, o ja optymistka, przeszłam na dietę, taką do końca życia, zdrową, zbilansowaną i och i ach. Schudłam trzy kilo, i dupa. Pozostałe dwadzieścia radośnie jest i nie ma zamiaru mnie opuścić aż do śmierci. Prosty wniosek, najwierniejszy kobiecie jest jej tłuszcz na udach. Nie mam już siły; za nieco ponad pół roku ślub i wesele brata, za rok przekręca mi się licznik, jeśli nie teraz, to kiedy? A z drugiej strony, coraz częściej dopada mnie refleksja: a po co? a jeśli jutro wpadnę pod samochód, to czy warto się tak dzisiaj zarzynać? Na świecie jest siedem miliardów ludzi, no nie mogą mieć wszyscy super poukładane i jeszcze zdrowo pod deklem. Może ja jestem w tych drugich?

 

Konia z rzędem temu, kto wyłapał, o co mi w tej notce chodzi...

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • gania76

    Kochana, doskonale rozumiem... u mnie bardzo podobnie z nastrojem i też się czasami zastanawiam, po co to wszystko. Pocieszam się jednak, że jak powiedział Szwejk - nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było - i dalej pcham ten "wózek", bo co zrobić...
    A za pracą może warto się rozejrzeć? Nawet zarób na te waciki, ale wyjście z domu pomiędzy ludzi daje dużo więcej, a doświadczenia nikt Ci nie odbierze.
    Trzymaj się ciepło, ściskam!!!

  • mylum

    to tak przykro, jak ktoś nie docenia starań drugiej osoby, ale jak ich nawet nie zauważa, to już na prawdę porażka... pewnie to ON przez ostatnie lata nie kiwnął palcem w sprawach szkolnych... i projektuje to na "my" albo na Ciebie... skąd ja to znam...
    czymam kciuki za znośny listopad (bo czegóż się można spodziewać po listopadzie?) i byle do wiosny :)

© Otwarte
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci